Świeca |
Ciężka, pękata sakiewka wylądowała w dłoni Najwyższego Kapłana. Nebualg uklęknął przy maleńkim ołtarzu w swojej celi. Ołtarzyk zbudowany był ze stojącego na postumencie, glinianego, nabijanego cierniami serca (sam je kiedyś zrobił) i płonącej świecy. Chłopak zatopił się w wieczornej modlitwie, choć nieco rozpraszał go brzęk liczonych monet, dochodzący z sąsiednich cel. Modlił się także za nich - za chciwych kapłanów, będących przecież najgorszymi z grzeszników - bowiem oni wykorzystywali Dazza do swych celów. Nebualg dawniej dziwił się, że bóg na to pozwala, lecz z czasem zrozumiał, że Dazz był zbyt miłosierny, by ich karać i czekał na poprawę, choć, tak samo jak młody kapłan, wiedział, że ona nigdy nie nadejdzie. Ale dopiero po śmierci grzeszników mógł ich ukarać, choć nie chciał. Chłopak w końcu zasnął, zmęczony pracowitym dniem kapłana niskiego stopnia. Tej nocy jednak nie dane mu było się wyspać. Mężczyzna w potwornej masce i obszarpanych, ciemnych szatach podszedł do plugawego ołtarza, znajdującego się w najgłębszych podziemiach katedry Dazza. Na mrocznym ołtarzu leżał sztylet o ostrzu z rubinu. Mężczyzna wziął go i z rozmachem wbił sobie w serce. Mroczna moc popłynęła w jego żyłach. Ciało gwałtownie zmieniło się w czarnoskórą postać o głowie wyglądającej jak maska, którą przed chwilą miał na sobie. Potwór zaryczał tryumfalnie, a jego krzyk dotarł na powierzchnię i rozbudził całe miasto. Jednak tylko stary zakonny bibliotekarz wiedział, co się dzieje. Przerażony wyskoczył z łóżka i pognał, w koszuli nocnej, szlafmycy z pomponem i ciepłych papuciach, prosto do biblioteki. Gdzie natychmiast ruszył na poszukiwania pewnej księgi. Miał jednak przeraźliwą pewność, że jej nie znajdzie. Miał rację. Wiedział też, że będą mu to wypominać do końca życia. Zwłaszcza pompon. Pocieszał się tylko, że zarówno jego, jak i ich życie będzie trwać niezwykle krótko. Interes szedł tego dnia rewelacyjnie. Ludzie, przerażeni nocnymi wrzaskami, wpłacali znacznie więcej pieniędzy, oczekując jak najlepszych recenzji u Dazza, gdy, z powodu domniemanego rychłego końca świata, staną przed jego obliczem. Sam Najwyższy Kapłan nie przejmował się tymi bredniami. Nie przejmował się też gadaniem starego bibliotekarza, który mamrotał coś o księdze mrocznej wiedzy, kradzieży i demonie. Był w tak wyśmienitym nastroju, że nie zepsułaby go nawet wieść o potworach w podziemiach katedry. Jednak wieść o potworach w podziemiach, wypijających nagromadzone tam przez wieki zapasy trunków, była zupełnie innego kalibru.
- I w obliczu grożącego nam zła postanowiłem udać się do podziemi i, z bożą pomocą, pozbyć się go z naszej ziemi!!! - wrzeszczał w uniesieniu Najwyższy Kapłan.
Banda święcie obrażonych odcięciem od trunków kapłanów gotowała się do zejścia w podziemia. Towarzyszyć im miała znaczna część straży świątynnej. Oddział kapłanów i wojowników zagłębił się w korytarz prowadzący do podziemi. Nebualg rozejrzał się. Pozostał na górze tylko on i kilku strażników. Młody kapłan uklęknął i zaczął modlić się o siłę, wiedział bowiem, że już niedługo przyjdzie mu samotnie stawić czoła mocom ciemności. Najwyższy Kapłan umierał. Leżał pod ścianą ciężko oddychając, a z jego rozszarpanego brzucha sączyła się krew. Zło było potężniejsze, niż przypuszczali, a Dazz odmówił im pomocy. Bóg nie wysłuchał ich modlitw, płynących w panice z ust, z których słowa szczerej modlitwy płynęły po raz pierwszy od czasu nowicjatu. Teraz zaś Najwyższy Kapłan zaczął się bać, czy przypadkiem młody zakonnik nie miał racji. Miał się o tym przekonać już za chwilę. Tłusty kapłan wydał ostatnie tchnienie i umarł. Dusza Najwyższego Kapłana rozejrzała się po bezkresnym morzu chmur. Sam fakt, że miał duszę, mocno go zaniepokoił. Myślał, że po śmierci wszystko się skończy, że nie będzie już widział, słyszał, czuł ani myślał. A jednak.
Nagle pod jego stopami otworzyła się przepaść, wiodąca w najgłębsze czeluście, wypełnione ogniem
i cierpieniem.
Grubas desperacko rzucił się ku krawędzi i złapał się jej, usiłując wciągnąć swój, niemały przecież, ciężar na górę. Nebualg poruszał się spokojnie, choć w jego żyłach buzowała adrenalina. Kapłan przepasał się błękitną szarfą, mocno zaciskając węzeł. Do szarfy przywiązał linkę, na której wisiała srebrna maczuga o główce w kształcie nabijanego cierniami serca. Zdmuchnął świecę, płonącą na małym ołtarzyku, po czym opuścił celę.
Po chwili stanął przed dwuszeregiem świątynnych strażników i westchnął. Jeden ze strażników odszedł. Pozostało trzynastu. Nebualg wzniósł maczugę w salucie tym, którzy zostali, po czym cała grupa ruszyła do podziemi.
Mięśnie zapiekły w proteście, ale kapłan opuścił maczugę na głowę kolejnego pomniejszego demona. Słaby, biały blask otoczył główkę broni, gdy ta dotknęła skóry potwora. Pozostałych przy życiu pięciu strażników było równie zmęczonych, niektórzy po zabiciu swego 'przydziału' padli na ziemię. Nebualg wzniósł oczy w górę i pogrążył się w modlitwie, która uzdrowiła ich ciała i usunęła zmęczenie. Ta modlitwa była jednak jak narkotyk, gdyż zmęczenie powracało szybciej po każdym użyciu. Ponownie ruszyli w drogę i wkrótce dotarli do wielkiej sali. Kapłan wzniósł maczugę niby pochodnię, a poranione serce rozbłysnęło światłem. W chwilę później Nebualg pożałował, że jest jasno. Pośrodku sali wbito w ziemię kilkanaście pali, tworzących okrąg. Na każdy z tych pali nadziany był jeden z tych zakonników, którzy wcześniej udali się w podziemia. Pośrodku kręgu stał ołtarz. Na nim siedział, majtając nogami, czarnoskóry demon o naprawdę paskudnej gębie. - Żałosny jesteś. Myślisz, że pięciu żołnierzyków i jeden nędzny kapłan jest w stanie mnie pokonać? Mnie?! Ucieleśnienie zła?! Nebualg spojrzał na niego i wyrecytował starodawną formułę egzorcyzmu.
Na Serce me czyste,
Demon zamajtał nogami. Demon machnął ręką. Nebualg roztoczył wokół siebie boską osłonę. W samą porę. Ołtarz, krąg pali i kawałek podłogi wokół niego ruszyły do góry, przebijając się przez kolejne poziomy lochów na powierzchnię. Gdy już tam dotarli, katedra runęła. Kurz opadał długo, ale już po kwadransie widoczność była całkiem niezła. Demon wciąż siedział na ołtarzu, wciąż majtając nogami. Jednak Nebualg leżał na ziemi, posiniaczony i poraniony.
- Nie masz szans. Poddaj się. Może daruję ci wtedy życie... Młody kapłan rozejrzał się w panice. Jego wzrok padł na, stojący niegdyś na szczycie katedry, srebrny symbol serca przebitego cierniami. Teraz był osmalony, zakurzony i pogięty, lecz, jak głosiła legenda, stworzony niegdyś przez samego Dazza. Dłonie Nebualga zacisnęły się na słupku, do którego umocowany był symbol. Kapłan uniósł relikwię nad głowę i pogrążył się w modlitwie. Światło otoczyło serce, a wkrótce także modlącego się młodzieńca. Wtedy demon zeskoczył z ołtarza i rozpostarł szeroko ręce. Z jego postaci zaczęły spływać na świat fale ciemności. Przez pewien czas Nebualg zdawał się być świecą płonącą w ciemności. Jednak srebrne światło szybko zgasło, niczym zdmuchnięte, a niczym już nie powstrzymywana ciemność zalała świat. |