Spis treści


Piotr Schmidtke (16)

Śmieć

Gdy promienie słońca przeniknęły wreszcie ciężkie zasłony nocy, skończył się okres aktywności złodziei, asasynów, hien cmentarnych i pospolitych rzezimieszków, a zaczął czas zwykłych mieszkańców, handlarzy, i strażników prawa. Wysokie domy osłaniały jednak niektóre zaułki przed dokuczliwymi promieniami słońca. W jednym z takich zaułków, spod stosu odpadków wygrzebał się jakiś człowiek. Nie wyglądał jak żebrak, którego można by się spodziewać w takim miejscu. Cały był odziany w skóry. Miał na sobie długi płaszcz z rękawami, spod którego przebłyskiwała koszulka kolcza. Na głowie nosił szerokoskrzydły kapelusz, a z cienia rzucanego przez rondo błyszczały przenikliwe, zimne oczy. Spod kapelusza wypływały długie, brązowe włosy. Do pasa, opinającego szeroką talię, przyczepiona była pochwa, z której wystawała rękojeść miecza. Broń była wyraźnie zużyta, skóra owijki była wyślizgana i tłusta, a głownia wygładzona i nieco zdeformowana. Ręce postaci ukryte były w ciężkich rękawicach. Gdy wiatr odwiewał połę płaszcza, widoczne były różne przedmioty przyczepione do pasa. Była tam lina z kotwiczką, kilka sztyletów, sakiewka i tubus na zwoje. Mężczyzna otrzepał płaszcz i ruszył do wylotu uliczki. Na chwilę zapatrzył się w niebo i zamyślił się. Osłabienia czujności pożałował już w chwilę później, gdy otrzymał potężne kopnięcie w nerki, które odrzuciło go na ścianę. Tak szybko, jak tylko mógł, odskoczył od ściany, już w powietrzu wyciągając miecz. Gest ten spotkał się z wybuchem śmiechu napastnika.

- Reiterze Angriff, czy sądzisz, że Bango Wspaniały wysłałby aby cię zabić kogoś, kogo mógłbyś pokonać?

Kogoś, kto nie zna wszystkich twoich sztuczek? Kogoś, kogo mógłbyś zabić bez wyrzutów sumienia? Na dźwięk znajomego głosu, Reiter podniósł wzrok. Ujrzał osobę, której nigdy by się nie spodziewał, nie tylko w takiej sytuacji, ale w ogóle żywej.

- Manner, ale ty przecież... Krasnoludy... Aerial... Ty nie żyjesz!

Pokryta siecią blizn twarz Mannera skrzywiła się w paskudnym uśmiechu.

- Cóż, może to, co spadło w głębokie przepaście Aerialu, nie było wcale ciałem starego Mannera ? Może stary Manner zdołał wyrwać się z objęć płonącego krasnoluda ? Może zdołał wydobyć kotwiczkę i dorzucić do półki skalnej ? Może ! Bo pan Reiter Angriff nie pokusił się o sprawdzenie tego, co się z Mannerem stało ! Wściekły mężczyzna rozdarł białą koszulę na piersiach, ukazując Reiterowi pokrytą paskudnymi bliznami po oparzeniach klatkę piersiową.
- Ależ Manner... Byłem pewien...
- Ja też ! Byłem pewien, że po mnie przyjdziesz ! Ale nie przyszedłeś ! Czy wiesz, ile czasu przesiedziałem na tej cholernej skale, zanim ktoś mnie uratował ? A wtedy dowiedziałem się, że pan Reiter Angriff jest najsłynniejszym asasynem Oscilla ! A miało nas być dwóch !

Manner ryknął i wyciągnął zza pleców wielki, dwuręczny młot. Zamachnął się, po czym opuścił broń w miażdżącym ciosie. Reiter uniknął go w ostatniej sekundzie, odpowiadając gładkim, czystym cięciem. Manner jednak nie mruknął nawet, gdy ostrze wbiło się w jego udo. Machnął młotem ponownie, tym razem z dołu do góry, zmuszając Reitera do przyjęcia niewygodnej pozycji. Wielkolud sprawnie zakręcił bronią, trafiając Reitera w bok. Asasyna zamroczyło, a jego ciało z przyprawiającym o mdłości trzaskiem uderzyło w ścianę.

***

Oczy Reitera były zalepione czymś gęstym i ciepłym. Pomimo obezwładniającego bólu głowy, szybko zaczął myśleć. Pierwszym pytaniem było , dlaczego jeszcze żyje. W chwilę później ponownie zemdlał.

***

Gdy się obudził, leżał na łóżku, a ktoś , pochylony nad nim, ocierał jego spocone czoło.

- Możesz wstać ?

W odpowiedzi, Reiter zsunął nogi z łóżka i oparł je na podłodze. Nieco chwiał się na nogach, ale był w stanie chodzić.

- Strażnicy przepędzili tego kolosa, który chciał cię zabić. Potem przyprowadzili cię tutaj, do szpitala.

Czarodzieje cię połatali i posklejali twoje kości, teraz musisz już tylko odzyskać siły. Pół godziny później Reiter stał w balii, zmywając brud ze swego ciała. Jego oczy lekko, wręcz pieszczotliwie, prześlizgiwały się po wielu bliznach, które pokrywały jego ciało. Jego wzrok padł na jedną z nich, małą bliznę w okolicach serca. Była to rana, którą zadała mu strzała mrocznego elfa, gdy Reiter wdzierał się w głąb lasu Darkwoods, gdzie udał się, by móc ćwiczyć zabijanie wśród mistrzów tego rzemiosła - drowów, elfów ciemności. Elf, który go zranił, zauważył na szczęście potencjał młodego mężczyzny i uratował go od pewnej śmierci. Reiter otrząsnął się z ponurych wspomnień. Wyszedł z balii, osuszył się i ubrał. Na odchodnym podziękował gospodarzowi, po czym zanurzył się w mroki nocy.

***

Świt zastał Reitera, gdy ten leżał płasko na dachu, z łukiem w ręku, oczekując na swoją ofiarę - Banga Wspaniałego, szefa gildii złodziei. Wreszcie cel się ukazał. Szedł w otoczeniu ochroniarzy, lecz zabójcy jeszcze nigdy nie zdarzyło się chybić w podobnej sytuacji. Napiął łuk, czując pod palcami siłę cienkiej i z pozoru słabej cięciwy. Dokładnie wycelował, po czym strzelił. Ku swemu przerażeniu, nie trafił. Jeden z ochroniarzy ze zdziwieniem spojrzał na swój hełm, przebity na wylot strzałą. Nagle Manner, który także szedł obok Banga, wskazał Reitera, który właśnie ponownie napinał łuk. Asasyn musiał jednak opuścić broń, gdyż w jego kierunku poleciała nagle chmura strzał, wystrzelonych przez ochroniarzy. Odrzucił broń precz i biegiem rzucił się w karkołomną ucieczkę po dachach. nagle przed nim otworzyła się szeroka przerwa pomiędzy budynkami. Nie była ona jednak tak wielka, żeby była niemożliwa do przeskoczenia, przeciwnie, na szkoleniu zabójca musiał pokonywać znacznie szersze przepaści. Strzały ochroniarzy Banga przelatywały tuż za nim. Nie miał czasu na nic, poza przyśpieszeniem. Skoczył. Poleciał w powietrzu, strzały gwizdały nieszkodliwie za nim. W końcu jego stopy dotknęły dachówek. Jedna z nich pękła mu pod stopami. Poleciał w dół. W ostatniej chwili zacisnął palce na ściance rynny. Zaskrzypiało, trzasnęło, a Reiter spadł, trzymając oburącz blisko dwumetrowy kawałek rynny.

" Czemu znowu mi nie wyszło ? " pomyślał rozpaczliwie na kilka sekund przed dotarciem do ziemi.

Z głuchym jękiem uderzył o bruk. Całe powietrze uciekło mu z płuc. Zamroczyło go. Z całych sił walczył o utrzymanie przytomności, o odpędzenie sprzed oczu tej czarnej mgły, która rozmywała i zaciemniała widok. Wreszcie mu się udało. Wstał przy akompaniamencie jęków i przekleństw. Zanim zdołał się w jakikolwiek sposób ukryć, od strony wejścia do zaułka dobiegł go okrzyk.

- Chłopaki, znalazłem go ! - krzyczał niewysoki, ale muskularny mężczyzna, dzierżący w ręku miecz dwuręczny. Uniósł go i zaatakował. Asasyn nie zdążyłby dobyć swego ostrza, uniósł więc rynnę, którą do tej pory ściskał w dłoniach. Miecz spadł w potężnym cięciu. Zabójca smagnął rynną. Ciężka, mosiężna rura zbiła miecz z toru ciosu. Asasyn pchnął lewą ręką, wysyłając lewy koniec rynny w kierunku twarzy przeciwnika. Z nosa mężczyzny trysnęła krew. Broń ponownie opadła w cięciu. Reiter zawirował na pięcie, unikając ciosu, po czym uderzył rynną w tył głowy przeciwnika, zakręcił nią, po czym uderzył ponownie, w plecy. Mężczyzna wpadł na ścianę, odbił się od niej i zawirował, niebezpiecznie tnąc poziomo. Zabójca cisnął mu rynnę pod nogi, odskoczył i dobył swego miecza. Jego przeciwnik skoczył na niego, robiąc potężny zamach swym dwuręcznym mieczem. Asasyn nie próbował parować, zamiast tego uniósł miecz nad głowę i skoczył do przodu, dźgając mieczem w brzuch lecącego na niego mężczyzny. Ten nie zdołał w porę zmienić ustawienia swej broni i nadział się na rozpaczliwy atak Reitera. Zabójca opadł na kolana, wyrwał miecz z ciała przeciwnika i pozwolił mu opaść na bruk. Potem wytarł miecz o jego płaszcz i pochylił się nad ciałem. Wyjął miecz z martwych dłoni przeciwnika. Broń była ładna, doskonale wykonana i świetnie wyważona.

Nagle ucho asasyna zarejestrowało cichy stuk. Odwrócił się błyskawicznie, unosząc miecz. Przywitał go cios w twarz. Reiter upuścił broń i poleciał na ścianę. Uderzył w nią. Ponownie stracił oddech, bezwładnie osunął się na stos odpadków, leżących pod ścianą. Walcząc z ogarniającą go niemocą zdołał wstać. Potrząsnął głową i wydobył miecz. Przeciwników było dwóch - jeden uzbrojony w korbacz i drugi, wielki i muskularny, dzierżący włócznię o krótkim drzewcu i długim, szerokim ostrzu. Asasyn ruszył na wielkoluda, wprawiając swoje ciało i miecz w hipnotyzujący, harmonijny taniec. Taniec śmierci. Drowy, u których uczył się walki, posługiwały się parą długich, lekkich i ostrych mieczy mortis, a walka polegała na zadawaniu dziesiątek małych, bolesnych ranek, mających spowolnić i osłabić przeciwnika, aby można było zadać decydujący cios. Zabójca, który walczył jednym, długim mieczem o szerokim ostrzu, zmodyfikował ten styl, tworząc specyficzne połączenie tańca drowów, ich skomplikowanych pchnięć, cięć i bloków, oraz mocnych, krasnoludzkich ciosów. Mimo jego świetnego wyszkolenia, szeroka włócznia wielkoluda blokowała każdy, nawet najbardziej skomplikowany cios Reitera. Ten, osłabiony od tych kilku uderzeń, które ostatnio otrzymał, szybko tracił siły. Nagle przeciwnik kopnął go mocno w brzuch. Zabójca zgiął się w pół, upuścił miecz. Wielkolud zakręcił włócznią, uderzając asasyna w twarz metalową kulą, przymocowaną do drugiego końca drzewca włóczni. Reiter gwałtownie wyprostował się. Dostał jeszcze raz, w pierś. Odrzuciło go aż na ścianę. Ponownie wylądował wśród odpadków. Ciężko oddychał. Czarna mgła zasnuła mu widok. Usłyszał, jak trzeszczą ścięgna ramienia wielkoluda, który zamachiwał się, by cisnąć w asasyn włócznią. Odgłos ten przypominał zabójcy trzeszczenie napinanej kuszy. Reiter przestał walczyć. Pozwolił, by życie uleciało z jego steranego ciała. Nagle, z bardzo daleka, dał się słyszeć głos.

- Zostaw go, szkoda się męczyć. Co może nam zaszkodzić taki śmieć?

Czarna mgła przed oczami asasyna błyskawicznie zmieniła kolor na czerwony. Krwiście czerwony. Rzeczywiście, ostatnio nic mu nie wychodziło, ale nikt nie będzie nazywał go śmieciem. Nikt. NIKT ! W jego żyłach popłynęła czysta wściekłość, ból zniknął. Zabójca wstał. Pochylił się, aby podnieść swój miecz. Zmienił jednak zdanie i uniósł dwuręczną klingę, ważąc ją w dłoni. Machnął orężem, wywołując wizg powietrza, który zwrócił uwagę mężczyzny z korbaczem. Ten obrócił się i uniósł swą broń.

- Śmieć ? - syknął przez zaciśnięte zęby Reiter - Nie sądzę.

Korbacz ruszył w górę, miecz opadł w ciosie. Przeciwnik starał się oplątać klingę miecza łańcuchami, aby zatrzymać cięcie. Jakież było jego zdziwienie, gdy ostrze przecięło łańcuchy i drewno, na koniec zagłębiając się w kości. Asasyn cofnął miecz, pozwalając, by zniszczony korbacz wyślizgnął się z pogruchotanej dłoni. Następne cięcie pozbawiło przeciwnika głowy. Teraz zabójca stanął naprzeciwko wielkoluda, zaalarmowanego śmiercią towarzysza. Wściekłość wezbrała w żyłach Reitera, przejmując kontrolę nad jego ciałem. Zaszarżował na przeciwnika. Jelcem zbił wycelowany w jego pierś grot włóczni, zakręcił mieczem i ciął mocno z góry. Wielkolud wystawił włócznię nad głowę, trzymając ją oburącz. Wiedział, że w środku drzewca znajduje się rdzeń z żelaza i był pewien, że zatrzyma on ostrze. Broń opadła w cięciu. Wizg klingi tnącej powietrze zabrzmiał jak skrzek drapieżnego ptaka. Ostrze zatrzymało się, a jakże. Zrobiło to jednak dopiero wtedy, gdy wbiło się na kilka cali w bruk. Asasyn wyciągnął zakrwawiony oręż z kamieni ulicy i wytarł klingę. Zdjął z ciała poprzedniego właściciela miecza pas, przystosowany do utrzymywania broni. Zapiął go na piersi, po czym założył płaszcz i przedziurawił go w odpowiednim miejscu, tak, aby obejma na miecz wystawała przez otwór. Wsunął miecz w obejmę, wyciągnął go i włożył parę razy, dla treningu. Uśmiechnął się krzywo. Pozbierał cały swój ekwipunek, otrzepał płaszcz z odpadków i wyszedł na ulicę, pewnym krokiem kierując się w stronę najlepszego w Noibli sklepu z bronią. Broń była rzeczą, która była mu teraz bardzo potrzebna. I to potrzebna w dużych ilościach.

***

Strażników, strzegących głównego wejścia do posesji Banga od zewnątrz było dwóch. Jeden z nich, patrząc bezmyślnie w głąb uliczki, usłyszał jakiś hałas. Wytężył słuch, usłyszał jakiś piskliwy, przerażony głos, mówiący coś szybko, bez przerwy. Drugi głos, głęboki i spokojny, zadawał pytania, które powodowały jeszcze szybszy potok słów płynący z ust pytanego. Nagle rozległ się piskliwy wrzask, a zza rogu uliczki wyleciał niski, tłusty człowieczek, który przy przyprawiającym o mdłości chrupnięciu uderzył o mur. Bezwładny korpus osunął się na bruk i znieruchomiał. Strażnicy unieśli broń. Zza rogu wyszedł, powolnym, miarowym krokiem, wysoki, szeroki w barach mężczyzna. Cały jego strój był ze skóry, starej i zużytej. Była cała połatana i brudna, a jej ciemnobrązową powierzchnię szpeciła sieć pęknięć. Postać miała na sobie długi płaszcz z rękawami, szerokoskrzydły kapelusz, a luźne, szerokie spodnie niknęły w cholewach wysokich, solidnych butów. Znad ramienia mężczyzny wystawała rękojeść dwuręcznego miecza, a w każdej dłoni przybysz trzymał naładowaną kuszę.

- Pokaż przepustkę! - strażnikowi nie podobała się ta złowroga postać.

Kapelusz uniósł się odrobinę, strażnik ujrzał, błyszczące upiornie, zimne oczy, jedyny widoczny wśród cieni rzucanych przez rondo element twarzy. Mężczyzna uniósł obie kusze, wycelował jedną w niego, a drugą w jego kolegę. Strażnikowi puściły nerwy. I zwieracze.

- Alarm! Do broni! - krzyknął.

Jęknęły zwalniane cięciwy kusz. Zgrzytnęły przebijane zbroje. Brzęknęły, uderzając o ścianę. Stuknęły groty, wbijając się w drewno. Reiter spokojnie i starannie załadował obie kusze. Podszedł do drzwi. Po bokach, niczym dwie makabryczne kolumny wisieli, przyszpileni bełtami do ściany, dwaj strażnicy. Reiter odwrócił się do tego, który pytał go o przepustkę. Na twarzy asasyna wykwitł ironiczny uśmieszek.

- Czy taka przepustka ci odpowiada?

Obuta noga Reitera wystrzeliła do przodu, trafiając w drzwi. Solidne, drewniane deski rozprysnęły się na wszystkie strony. Zabójca spojrzał na swój but. Zaczarowana, metalowa osłona, ukryta pod warstwą skóry, nawet się nie wgniotła. Bo nie miała prawa. Asasyn przestąpił przez resztki drzwi i wszedł do pomieszczenia za nimi, trzymając kusze w pogotowiu. Za drzwiami czekało na niego kilku strażników. Jęknęły cięciwy kusz. Dwaj strażnicy zostali wykluczeni z walki. Trzeciego Reiter kopnął w głowę, powodując, że kopnięty zobaczył, co ma za plecami. Bez odwracania się. Dwóch strażników zdążyło unieść miecze. Unieść. Miecz asasyna, wydobyty nie wiadomo kiedy, przeciął powietrze. Zabójcy ponownie wydawało się, że to nie był gwizd powietrza, lecz skrzek drapieżnego ptaka. Cios był celny. I tak silny, że Reiter zawirował wokół własnej osi, ciągnąc za sobą smugę czerwieni. Nie wytarł ostrza. Nie było sensu tego robić, wszak za chwilę znów będzie czerwone. Asasyn otrząsnął się, rozpylając wokół deszcz czerwonych kropelek. Nagle jedyne drzwi w pomieszczeniu rozpadły się z hukiem na kawałki. Zabójca błyskawicznie odwrócił się w kierunku nowego zagrożenia. Najpierw z otworu wynurzyła się głowica młota, a zaraz za nią głowa i reszta Mannera. Wielkolud, widząc walające się wokół ciała, uśmiechnął się, zamieniając swoją i tak wystarczająco paskudną gębę w makabryczną maskę.

- Nie przeszkadzam? - wychrypiał.
- Ależ nie krępuj się, przyjacielu, wejdź, właśnie zaczynałem się nudzić. - odparł z bezczelnym uśmiechem zabójca. Manner prychnął tylko i zaatakował. Młot wielkoluda opadł w potężnym ciosie. Reiter zawirował jak bąk, zszedł z linii ciosu i ciął Mannera w udo, wykorzystując impet obrotu. Cięcie było jednak zbyt płytkie, aby mogło wyrządzić potężnemu mężczyźnie jakąś większą krzywdę. Manner odpowiedział ciosem, który rozsmarowałby asasyna po całej komnacie. Gdyby trafił. Z miejsca uderzenia rozbiegły się po podłodze linie pęknięć. Zabójca zamachnął się mieczem. Manner miał czas tylko na to, żeby unieść młot i ustawić głownię na drodze miecza. Zarówno Reiter, jak i Manner wiedzieli, że młot jest pomniejszym przedmiotem magicznym, zaczarowanym dla Mannera przez znajomego czarodzieja. Zdziwienie obu walczących było więc jednakowe, gdy miecz gładko przeciął na pół głowicę, trzonek, rękojeść i zaciśnięte na niej palce.

Tym razem Reiter był pewien, że widział, jak wokół ostrza pojawia się błękitny, migotliwy obraz jastrzębia z rozwartym dziobem. Skrzek ptaka zabrzmiał głośno i wyraźnie. Manner wrzeszczał z bólu, wymachując okaleczonymi rękami. Reiter nie wahał się długo i skrócił jego cierpienia. Byli kiedyś przyjaciółmi, bądź co bądź. To zobowiązywało. Asasyn spojrzał na ciało Mannera i zaklął. Przeklął los, że musiał zrobić coś takiego. I zastanowił się, czy Manner też by żałował swego czynu, będąc na miejscu Reitera. Asasyn wzruszył ramionami i ruszył w drogę. Przeszedł przez rozwalone drzwi i zatrzymał się, badając wzrokiem salę przed sobą. Nagle dostał pałką w głowę. Kapelusz zabójcy przekrzywił się, ale nie spadł. Zabójca skrzywił się, ale nie upadł. Skoczył do przodu, wykonując w powietrzu salto i obrót. Już w powietrzu wycelował kuszę. Gdy, miękko i pewnie, wylądował, nacisnął spust. Ochroniarz zacharczał i upadł. Asasyn przeszedł przez kolejne, otwarte drzwi. Stanął na skrzyżowaniu dwóch korytarzy. Gdy zastanawiał się, w którą stronę się udać, usłyszał rżenie konia. Dochodziło z prawej strony. Bez wahania skręcił w prawo. Już kilka metrów dalej natknął się na drewniane, okute stalą drzwi. dochodziły zza nich gorączkowe szepty i rżenie koni. Reiter z całej siły kopnął w drzwi. Rozległ się trzask i zgrzyt. Speszony asasyn spojrzał najpierw na swój but, a potem na drzwi, a konkretniej na pęknięte drewno, spod którego pobłyskiwał metal. Reiter zaklął, wyrażając niezbyt pochlebną opinię o wykonawcy drzwi.

- I co, asasynie, Jak to pokonasz ? - dobiegł go zza drzwi skrzekliwy głos.

Reiter zaklął ponownie, tym razem poważnie obrażając matkę Banga. Potem przyszedł mu do głowy pomysł. Zgrzytnął Jastrząb, wydobywany z obejmy. Reiter zamachnął się i ciął w drzwi. Gruby metal z jękiem rozstępował się pod naciskiem zaklętego ostrza. Asasyn słyszał, jak upada na podłogę stalowa sztaba, która blokowała drzwi od drugiej strony. Reiter schował kuszę za plecami i, z mieczem w prawej ręce, podszedł do drzwi. Jedno kopnięcie wystarczyło, aby pokiereszowane drzwi stanęły otworem. Zabójca przeszedł przez nie, trzymając wzniesiony miecz przed sobą.

- Mieczem ! - krzyknął asasyn - Po prostu mieczem !

W pomieszczeniu ujrzał Banga, kilku ochroniarzy i woźnicę. Była tam też kareta zaprzężona w czwórkę koni.
- Cóż, musisz jeszcze pokonać ich, - powiedział Bango wskazując swoją ochronę - a ja przez ten czas zdążę uciec. - dodał, wskazując na karetę. Bango wybuchnął skrzekliwym śmiechem.
- Nie zdążysz. - odparł spokojnie Reiter.

Ukryta za jego plecami kusza błyskawicznie pojawiła się w jego dłoni. Jęknęła cięciwa. Asasyn nie chybił.

" Cóż " pomyślał " Dobra passa powraca. " Przerażony Bango leżał pod ścianą, gorączkowo usiłując pozbyć się bełtu, który przebijał jego pierś i przygważdżał go do ściany. Zabójca przeniósł wzrok na ochroniarzy.
- Wiecie, że on wam już nie zapłaci. - to nie było pytanie, tylko stwierdzenie - A ja was oszczędzę, jeśli zaraz was tu nie będzie.

Nim zdążył dokończyć, ochroniarze i woźnica wyparowali, pozostawiając po sobie tylko przykre wspomnienie. I nie mniej przykry zapach.
Reiter powoli zbliżył się do Banga.
Cięcie było szybkie i czyste.

***

Pół godziny później, gdy Reiter opuszczał rezydencję Banga, u jego pasa kołysały się dwa nowe przedmioty. Pierwszym była pękata sakwa, wypełniona kosztownościami, które asasyn znalazł w rezydencji.

Drugim przedmiotem była głowa Banga, przywiązana za włosy do pasa zabójcy. Był to dowód na to, że wykonał zlecenie. Czuł, że dzisiaj dostanie następne. Był pewien, że je przyjmie. W końcu był najlepszy, no nie ?

***

A'nn uśmiechnęła się. Często się uśmiechała. Niestety uśmiechy, jakimi obdarzała Irrela, nie były takimi, o których marzył młody mag. Mag, który nienawidził siebie. Nienawidził za to, że był tchórzem. Bał się powiedzieć A'nn, że ją kocha. Bał się tego, co zrobi, gdy dziewczyna go odprawi. A'nn. Po elfiemu - radość. Irrel uśmiechnął się z przekąsem do swych myśli. Radość, szkoda słów... Gdy o niej myślał, wcale nie odczuwał radości. Zamiast tego, czuł paskudne ssanie w żołądku. I żal. Żal mu było tego, czego sam się pozbawiał. Dlatego też wiecznie chodził ponury, a jeśli na jego wargach gościł uśmiech, to tylko cyniczny lub krzywy. Ukrywał to jednak przed ludźmi, korzystając ze swych umiejętności czarodzieja. Stworzył iluzję, która pokazywała go zawsze uśmiechniętego i wesołego, bez względu na to, co się działo w jego duszy.

- Wiesz, gdzie jest Kurti? - zapytała go A'nn głosem, który brzmiał w uszach maga jak cudowna muzyka
- Znalazłam księgę, która może nam pomóc w naszej pracy semestralnej.
" No tak, praca semestralna, studia. " pomyślał Irrel " Niech szlag trafi starego Ruperta. Zupełnie nie jestem w nastroju do grzebania w zakurzonych manuskryptach. Po prawdzie, to nigdy nie jestem w odpowiednim nastroju. "
Pomrukując pod nosem, ruszył korytarzem wijącym się przez budynek wydziału historii na Uniwersytecie Noiblińskim. Kurta McPowera, swego... Dobrego znajomego ( znał go lepiej, niż by tego chciał ), szukać długo nie musiał. Zastał go przy jego zwykłym zajęciu - podglądaniu panienek. Kurt uczynił z podpatrywania prawdziwą sztukę. Tak samo jak Irrel, Kurt był magiem. Jego specjalnością były podmuchy powietrza, które podwiewały w górę spódnice, rozwiewały poły szat i dekolty, pozwalając magowi na ujrzenie tego, co dla większości na zawsze będzie zakryte. Kurt nieraz stosował te podmuchy wobec A'nn, doprowadzając Irrela do niekontrolowanego szczękościsku i zgrzytania zębami. Według opinii młodego maga, dziewczyny powinny nienawidzić obleśnych tekstów i lubieżnych uśmiechów, którymi obdarzał je Kurt, jednocześnie gapiąc się na zawartość ich dekoltów. Było jednak inaczej. Ku niepomiernemu zdziwieniu Irrela, podglądane dziewczyny lgnęły do Kurta jak muchy do miodu. A'nn również. Gdy Irrel patrzył, jak jego kolega szczerzy zęby do panienek, obmacuje je i podszczypuje, rósł w nim gniew. I nienawiść. Zarówno do Kurta, jak i do samego siebie, że on tak nie może, że jest taki... inny.

Nagle Irrel uśmiechnął się złośliwie i wyciągnął ręce, jednocząc się z otaczającym go powietrzem. Kurt właśnie zabierał się do kolejnej studentki, bardzo pięknej, zapewne elfki. Irrel przestał widzieć cokolwiek, teraz był powietrzem. Czuł wichry, targające sosnami Icewoods, czuł wiatr gwiżdżący w przepaściach Aeriala. Skupił się. Teraz czuł także drobny podmuch, mknący w kierunku dekoltu skąpej elfiej sukienki. Nagle podmuch zakręcił i poleciał w kierunku szaty Kurta, podwiewając ją wysoko. Irrel zaczął powoli powracać do swego ciała. Usłyszał śmiech. Otworzył oczy i ujrzał Kurta, który, czerwony ze wstydu i wściekłości, przyciskał mocno odzienie do swojego ciała. Stojące wokół studentki śmiały się, klaskały, wykrzykiwały głośno niewybredne komentarze na temat tego, co Kurt ma pod ubraniem. Tylko nieliczne odwróciły głowy. Irrel, zadowolony z dowcipu, podszedł do Kurta, uśmiechając się pod nosem.

- A'nn cię woła. Chodźmy.
- Ty szczeniaku - warknął Kurt - Zabiję cię za to. Kiedyś.

Irrel zbył groźbę milczeniem.

Kilka minut później dotarli do sali, w której Irrel zostawi A'nn. Dziewczyna przywołała ich gestem. Podeszli i pochylili się nad księgą. Irrel obok, a Kurt nad A'nn, która wtuliła się mu w pierś i pocałowała go w policzek. Szkliwo na zębach młodego maga zatrzeszczało głośno, tak jakby miało zaraz pęknąć. Zanim jednak do tego doszło, Irrel zdążył się uspokoić. W ostatniej chwili.

***

Irrel szedł ulicą, powłócząc nogami. Odgiął rzeczywistość, ukazując światu swój prawdziwy wygląd. Kraniec szaty oblepiał się błotem i gnojem, które pokrywały ulicę. Mag nie dbał o to.

Szedł powoli w kierunku swego mieszkania, jak ponury cień przemierzając brudne i mroczne uliczki Noibli.

- Pieniądze albo życie! - wyrwał go z apatii ochrypły okrzyk.

Mag uniósł wzrok. Ujrzał zaplutego i szczerbatego draba, który groził mu paskudnie wyglądającym nożem. Ospowata twarz zbója skrzywiła się w okrutnym grymasie.

- No szybciej, nie mam całej nocy!

Irrel zazwyczaj dawał podobnym rzezimieszkom drugą szansę, uprzejmie informując ich o swych ponadnaturalnych zdolnościach. Ale nie dziś. Dziś był wściekły. Musiał się wyładować, na byle kim. Można powiedzieć, że ten konkretny zbój sam podpisał na siebie wyrok. Wyrok śmierci. Ręce maga skierowały się w kierunku bruku, a palce rozczapierzyły drapieżnie. Mag wydarł kawałek ze znajdującej się pod nim skały. Kawał kamienia uformował się w najeżoną kolcami kulę, która zawirowała wokół czarującego, po czym poleciała w kierunku zbója. Pocisk z wizgiem przeciął powietrze, po czym z chrupnięciem wbił się w twarz rzezimieszka. Przebił się przez nią na wylot i poleciał dalej, ciągnąc za sobą warkocz krwi.

Trup bezwładnie zwalił się w gnój pokrywający ulicę.
- W gnoju mieszkałeś, w gnój się obrócisz - stwierdził sentencjonalnie Irrel. Miał nadzieję, że humor mu się poprawi, gdy się na kimś wyżyje. Mylił się. Mag pochylił się i zwymiotował.

Czuł się o wiele gorzej niż przed chwilą.

***

Następnego dnia Irrel udał się na uniwersytet w paskudnym humorze, po drodze rekonstruując swój iluzoryczny wizerunek. Podczas pobytu w budynku niemal stracił kilka zębów, gdy ujrzał rękę Kurta niknącą pod suknią A'nn. Byli do siebie przytuleni przez cały czas. Kurt obmacywał A'nn, jednocześnie uśmiechając się do innych dziewczyn. A'nn udawała, że tego nie dostrzega. W żołądku Irrela zaczęło rosnąć jakieś dziwne, nieznane mu dotąd uczucie. Kilka godzin później cała trójka szła ulicą, kierując się do domów. Uczucie w brzuchu Irrela stawało się coraz bardziej intensywne. Tak samo jak pieszczoty, którymi Kurt obdarzał A'nn. W pewnym momencie mag obrócił się do Irrela, a na jego wargach wykwitł lubieżny uśmiech. - Dobra, spadaj, pętaku. Tam, gdzie się udaję z A'nn, publiczność jest niemile widziana. Dziewczyna zachichotała, a jej śmiech tysięcznym echem odbijał się w czaszce Irrela, powodując nieznośny ból.

***

Irrel jeszcze nigdy nie uderzył człowieka. To znaczy, słownie i magią owszem. Nigdy jednak pięścią. Nie miał więc w tym wprawy. Wściekłość ma jednak tę dziwną właściwość, że wszystkie rzeczy mogące zaszkodzić znienawidzonej rzeczy lub osobie wychodzą nad podziw dobrze, nawet, jeżeli robione są po raz pierwszy. Oczywiście, potem nabiera się w nich również wprawy.

Dłoń Irrela zacisnęła się w pięść tak mocno i gwałtownie, że paznokcie przecięły mu skórę na dłoni. Pięść wystrzeliła do przodu tak szybko i niespodziewanie, że Kurt nawet nie zauważył ciosu. Uderzenie zmazało mu uśmieszek z twarzy. I sprawiło, że już nigdy nie będzie mógł się tak uśmiechnąć.

Kurt wypluł zakrwawiony ząb.
- Za to cię zabiję, szczeniaku. - stwierdził, masując szczękę.

Uczucie w żołądku Irrela osiągnęło odpowiednią intensywność. I uwolniło się. Irrel szarpnął się, wyrzucił ręce w powietrze. Z jego gardła wydobyło się upiorne wycie. Ciałem zawładnęła wściekłość. Iluzja znikła, czarne szaty zafurkotały wokół jego kostek. Uwolniła się moc. Wielka moc, taka, jakiej jeszcze nie miał prawa posiadać. Dzika moc nagięła rzeczywistość, tworząc portal, czyli zagięcie przestrzeni. Irrel osunął się na kolana, jego ciałem wstrząsnął szloch. Otrząsnął się jednak i wstał. Podszedł do portalu. Odwrócił się, spojrzał w twarz A'nn. Chciał na zawsze zachować w pamięci jej jasną twarzyczkę, której nie spodziewał się już nigdy ujrzeć. Nie zamierzał tu wracać. Uśmiechnął się przez łzy, po raz pierwszy od wielu lat. Potem bez słowa odwrócił się i wszedł w portal.

***

Kurt i A'nn stali bez ruchu, wpatrując się w wirujące cienie, wśród których zniknął Irrel. Kilka minut później nadal się nie poruszali, mimo tego, że po magicznych wrotach nie został żaden ślad. Pierwszy ochłonął Kurt. Podszedł do A'nn i pochylił się, aby ją objąć. Dziewczyna błyskawicznie obróciła się na pięcie, jej włosy smagnęły go po twarzy. Studentka z całej siły trzasnęła maga otwartą dłonią w policzek, po czym pobiegła ulicą, nie oglądając się. Kurt usłyszał, jak dziewczyna wybucha płaczem. Spojrzał na miejsce, w którym był portal, a w jego wzroku nie było nic prócz nienawiści. W kilku słowach wyraził swą, bardzo niepochlebną, opinię na temat Irrela i jego matki, wspominając coś o niskich opłatach.

***

Stopy Irrela dotknęły ziemi. Mag ruszył do przodu, nie rozglądając się. Łzy spływały po jego twarzy nieprzerwanym strumieniem, co jakiś czas jego ramionami wstrząsał szloch. Szedł długo. Bardzo długo. Nagle coś ostrego przecięło jego szatę i zraniło nogę. Kolejny cios trafił go w ramię. Uderzenie było tak silne, że mag stracił równowagę i upadł. Spojrzał wokół i ujrzał gromadę małych stworków, kręcących się dookoła niego. Kreatury miały wielkie pazury. I umiały mówić.

- Co z nim zrobimy? To mag, może nas zniszczyć...
- Gdyby to był mag, to już by nas zabił. To zwyczajny ludzki śmieć...

Wilgotne ślady po łzach na twarzy Irrela wyschły błyskawicznie, pozostawiając po sobie tylko smugi soli. Oczy maga rozgorzały czerwonym płomieniem. Wokół jego ręki uformowała się ognista kula, którą cisnął w tłum potworków, podpalając ich ciała. Irrel wstał. Jego dłonie zadrżały i przemieniły się w szpony. Mag rzucił się w tłum stworów, szarpiąc ich ciała, zgniatając je i rozrywając. Kilkanaście minut później stał samotnie pośród zmasakrowanych zwłok. Jego szata była w strzępach, był zbryzgany zieloną posoką potworów od stóp do głów. Jednak jego umysł był czysty. Przeraźliwie ostry i przenikliwy. Irrela rozpierała odwaga. Odwaga i miłość do A'nn. Miłość, której się już nie bał. W końcu nie był śmieciem, prawda?

***

- I co, podobały wam się moje opowieści? - zapytał siwobrody starzec, odziany w białą szatę.
- Tak! - odkrzyknęli chórem dwaj nastoletni chłopcy, siedzący do tej pory z rozdziawionymi ustami.
- Nie. - odparł spokojnie oparty o framugę drzwi, na oko siedemnastoletni, chłopiec - Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. W prawdziwym życiu magiczne miecze nie pojawiają się z nikąd, a moc nie nadpływa tylko dlatego, że ktoś jest wściekły. Przyznaj się lepiej dziadku, kiedy to wymyśliłeś.
- Ja ich nie wymyśliłem... - odparł spokojnie starzec - Nie znasz mocy, jaka drzemie w gniewie, Roderyu.
A poznasz ją... Prędzej czy później.
- Czy masz jakikolwiek dowód na to, że nie kłamałeś, dziadku? Cokolwiek?
- A i owszem, mam. - staruszek z wysiłkiem wstał z fotela.

Palce prawej ręki zacisnęły się na gałce laski, lewa bezwładnie zwisała wzdłuż boku. Kuśtykając, dziadek dotarł do wielkiej, dębowej szafy, stojącej w rogu pomieszczenia. Drzwi, skrzypiąc niemiłosiernie, stanęły otworem. Starzec grzebał w zawartości półek, aż znalazł to, czego szukał. Trzymając przedmiot w dłoni, odwrócił się do wnuków. Roderyk jęknął z zachwytu. Jego dziadek trzymał w dłoni złamany miecz dwuręczny. Wytarta, ciemna i błyszcząca od tłuszczu owijka rękojeści zdradzała, że broń była często w użyciu. Miecz miał bardzo ładną rękojeść, wyrzeźbioną w kształt głowy jastrzębia. Rolę jelca pełniły dwie pozłacane ptasie łapy, zaciskające w szponach błękitne klejnoty. Pozłota w paru miejscach złuszczyła się, ukazując stal. Ciemną klingę pokrywały runy. Jedną, szczególnie długą inskrypcję przerywała poszarpana krawędź złamania. U nasady ostrza widniał wizerunek głowy jastrzębia. Cała broń była pokryta sadzą, jakby przeleżała jakiś czas w płomieniach.

- Dziadku, czy... Czy to jest... - jąkał się chłopiec.
- Tak, Roderyku. Tak. - starzec zakręcił złamańcem w powietrzu, aż zaświszczało, a jego głos stał się głęboki i donośny - To jest Jastrząb!
- A to - dodał już spokojniej, stukając się pięścią w pierś - jest Reiter Angriff. Oświadczenie to spotkało się z niemal synchronicznym opadnięciem szczęk i wytrzeszczeniem oczu przez trójkę wnucząt.
Milczenie przerwał Roderyk.
- Dziadku, a ta druga historia? Skąd ją znasz? - nie dawał za wygraną młodzieniec.
- Widzisz, A'nn to moja siostra. I babcia Marrona, - tu starzec wskazał jednego z dwóch młodszych chłopców - a jego dziadek to Arcymag Irrel Troligen. Jak więc widzisz, obie historie były prawdziwe od początku do końca. - starzec przerwał na chwilę, zamyślił się.
- Ale - podjął - cieszę się, że zadałeś to pytanie. Teraz już wiecie, jakie jest wasze dziedzictwo i z jaką reputacją wkraczacie w nasz świat. A ty, Roderyku, wiesz, co otworzy ci wiele zamkniętych dla innych drzwi. Nazwisko twojego dziadka. Nazwisko Reitera Angriffa, Pana Jastrzębia, Towarzysza Kryształu. A ja życzę ci powodzenia, życzę, abyś nigdy nie doświadczył tego, czego doświadczyłem ja. I błogosławię ci na drogę.
Starzec uniósł ręce nad głowę chłopca i wymamrotał kilka słów, których Roderyk nie zrozumiał.
Podniosły nastrój trwał jeszcze kilka chwil, nikt nie chciał przełamać milczenia. Wreszcie odezwał się Roderyk.
- Dziadku, - zapytał - a jak złamałeś ten miecz?
Przez twarz starca przemknął nagle grymas bólu.
- To - rzekł - już zupełnie inna historia...

Na górę strony











Serwisy Partnerskie:
| agencja interaktywna | dzwonki | pokoje rewal | wózki widłowe | reklama | pozycjonowanie | domy jednorodzinne | wyszukiwarki |
| hosting | dodaj stronę | rpg | tłumaczenia | volvo | bramy garażowe | wymiana linków | ślub | firmy | katalogi stron | sztaplarki | szczecin |