Ostatni człowiek |
- Dawno, dawno temu, gdy elfy nie miały skrzydeł, a gnomy miały tylko dwie ręce - Bzdura, my zawsze mieliśmy cztery bhmp, bhmp... - Chejron przestań się wygłupiać, a ty Ghar nie przerywaj. No, dziadku, mów dalej. - Cholera - zaklął agent federalny Hans Berton wyłączając aparaturę podsłuchową. - Cholera! Żadnych zleceń, żadnych informacji, nic. Co ja powiem szefowi? Ale z drugiej strony to ja ich nie rozumiem jak mogli słuchać takich bzdur? Chyba że... Nie, to niemożliwe. Świątynia była ogromna i czarna. Czarna jak śmierć. Gdzieniegdzie tylko lśniły w ciemnościach szmaragdowe oczy węży przedstawionych na płaskorzeźbach pokrywających wszystkie ściany. Węże wydawały się żywe - wiły się i syczały. A może to był tylko wiatr... Świątynia nie miała okien ani drzwi, a dokoła było przeraźliwie pusto. Nawet pobliskie osiedla wieżowców zdawały się unikać tego ponurego miejsca
- Cholera! I jak my wejdziemy do środka? Tymczasem Dziadek zaczął unosić się nad ziemią. Teraz nie tylko Chejron, ale także Ghar i Skel'lu zaczęli wyczuwać skupiającą się w powietrzu Moc. Dziadek rozłożył ręce i z jego palców zaczęły powoli wypływać falujące strumienie energii. Moc płynęła w kierunku ściany świątyni i okrywała ją zielonym całunem. Gdy przykryła całą ścianę powoli zaczęły się otwierać wrota prowadzące do środka.
- Wchodzimy - odezwał się dziwnym głosem Dziadek, stając na ziemi. - Za mną. Nagle zza tronu wyłoniła się jakaś postać w czarnym habicie, której twarz skrywała się w cieniu kaptura. Wyglądała na elfa, ale nie było widać skrzydeł. Gdy odwróciła się nieco bokiem okazało się, że skrzydeł nie posiada. A więc musiał to być Ludź, a raczej Człowiek, o którym mówił Dziadek. Człowiek usiadł na tronie, poczym spytał:
- Kim jesteście intruzi? - i odrzucił kaptur. - Pytałem kim jesteście. - powtórzył Człowiek. Nagle Dziadek zaczął coś mówić w nieznanym pozostałym intruzom języku. Człowiek najwidoczniej go zrozumiał, bo pokiwał głową, wstał i ruszył w kierunku, z którego przyszedł, gestem nakazując mu iść za nim.
- Chodźcie - mruknął Dziadek, poczym ruszył w ślad za Człowiekiem. Chejron potruchtał za nim, Skel'lu i Ghar zostali nieco z tyłu. Grupa trzecia była wstrząśnięta. Ale nie sumą przekraczającą ich najśmielsze oczekiwania, lecz zadaniem. W przeddzień Narodzin Bogów - tego nadal najważniejszego święta w roku - w dzielnicy handlowej będą setki tysięcy, jeśli nie miliony przedstawicieli przeróżnych ras, ale mimo wszystko ich rodaków. Spojrzeli po sobie z oczekiwaniem, że któryś odpowie. Zauważył to Człowiek i przerwał przedłużające się milczenie:
- No cóż widzę, że panowie muszą się zastanowić. Tymczasem poznajcie ostatniego członka grupy trzeciej. - Na te słowa, otwarły się boczne drzwi gabinetu. Ukazała się w nich młoda elfka, kokieteryjnie wachlując błękitnymi skrzydłami o skomplikowanym splocie delikatnych żyłek. Zarówno Ghar i Chejron, jak i Dziadek o mało nie uklękli zachwyceni jej urodą. Tylko Skel'lu stał niewzruszenie, a na jego twarzy nie odmalował się zachwyt, lecz wręcz przeciwnie - głębokie niezadowolenie i skrywana niechęć. Gdy krzyczał, jej skrzydła i ramiona opadły bezwładnie, a z oczu pociekły łzy. Mimo to, odważyła się spojrzeć mu w oczy.
- Czemu ty mnie tak nienawidzisz? - spytała cicho.
Stali wszyscy pięcioro przed świątynią zatopieni w myślach. Plan był prosty: wejść, zabrać szmaragd i wyjść. I, jak w każdym prostym planie, coś musiało się zepsuć. Zaczęło się psuć już na początku. Jak wiadomo drzwi świątyni były ukryte, a tylko Dziadek wiedział jak je odnaleźć. Na szczęście Chejron wpadł na pewien pomysł.
- Skel'lu. Skel'lu uklęknął i spojrzał w oczy centaura. To były dziwne oczy, jak oczy wszystkich magów, oczy widzące inny świat - świat, który same tworzą. Oczy, które wciągają w otchłań czającego się za nimi umysłu. Ten umysł pamięta wszystko od początku czasu, ale jednocześnie to umysł małego dziecka, które chce się bawić, a zapomniało konieczną wyliczankę. Ta wyliczanka tam jest, gdzieś bliskonie, to nie to. Ale, zaraztak, mam! Jest.
- Ha, już pamiętam - krzyknął Chejron - To niesamowite, co wy, kithaba, możecie zdziałać. Każdy, oprócz Chejrona, miał już w jednej ręce pistolet, a w drugiej zakrzywioną szablę. Broń tą zdobyli z wielkim trudem, ale wiedzieli, że jest niezbędna. - Otwieram. - rzucił Chejron, poczym zamknął oczy i powoli wypowiedział słowa zaklęcia. Tym razem obyło się bez zbędnych fajerwerków. Chejron wypowiedział zaklęcie i drzwi się otwarły. - Wchodźmy i, jak to ktoś kiedyś powiedział, Niech Moc będzie z nami. Powoli, z bronią gotową do strzału weszli do środka. Tak jak poprzednio było tam całkowicie pusto i ciemno, choć i tak jaśniej niż można by się spodziewać po pomieszczeniu pozbawionym okien i lamp. Weszli trochę głębiej i nagle drzwi zamknęły się z hukiem. W tym momencie w świątyni rozpętało się piekło. Wszędzie dokoła zaczęły latać pociski. Odgłos wystrzałów odbijał się zwielokrotnionym echem od ścian, aż bolały uszy.
- Chejron, osłona! - krzyknął Skel'lu padając na ziemię, ale niepotrzebnie, gdyż falująca, półprzeźroczysta tarcza właśnie materializowała się przed jego nosem. Refleks maga uratował ich od niechybnej śmierci, gdyż żołnierze przyzwyczaili się już do półmroku i kolejne strzały byłyby celne. Na moment magiczna osłona znikła i powietrze przecięły trzy pociski. Dwóch żołnierzy padło na ziemię, trzeci był ranny w ramię i nie mógł strzelać. Pozostali wystrzelili, ale pociski odbiły się od tarczy. - Świetnie. Jeszcze raz Teraz! I znów magiczna osłona na moment znikła i kolejnych trzech żołnierzy zostało wyłączonych z gry. Zostało jeszcze dwunastu. Skel'lu przygotowywał się, aby dać znak do kolejnej salwy, gdy nagle na wysokości jego klatki piersiowej tarcza zaczęła zielenieć. Wkrótce powstała w niej dziura, najpierw mała, ale powoli rosnąca.
- Co się dzieje? - spytał z niepokojem Kolejne pociski pomknęły w kierunku przeciwników, ale tym razem tylko jeden trafił. Na szczęście salwa z przeciwnej strony znów była spóźniona. Tylko jeden pocisk zdążył przed pojawieniem się tarczy, ale nie trafił. Tymczasem dziura znów się pojawiła i zaczęła się coraz szybciej powiększać. Ghar zauważył, że jeden z żołnierzy celuje przez nią do Senese. Skoczył w jej kierunku, wyciągając wszystkie cztery ręce. Zdążył w ostatnim momencie - pocisk musnął mu włosy.
- Dziękuję - wyszeptała, gdy podnosiła się z ziemi W tym momencie osłona jeszcze raz mignęła i znikła. Żołnierze nie potrzebowali dużo czasu, żeby to zauważyć. Huknęły strzały i wydawało się, że to już koniec. Ale nagle pociski zatrzymały się w pół drogi, po czym, rozproszyły się po całej sali. Osłona znów działała. Skel'lu ze zdumieniem popatrzył na Chejrona, po czym obrócił się za siebie. Była jedna, jedyna rzecz, której nie spodziewał się teraz zobaczyć.
- Dziadek! - Wykrzyknęli chórem Ghar i Chejron, gdy podążyli za spojrzeniem elfa. Powtórzyło się to samo co już dwa razy wcześniej, ale tym razem pociskom towarzyszyły biało-niebieskie błyskawice tryskające z palców Chejrona. Trzech żołnierzy padło na ziemię, czwarty w elektrycznych drgawkach uderzył o ścianę. Gdy osłona ponownie się zamknęła, Ghar zapytał sam siebie, skąd Dziadek znał ich plan. Przecież nic mu nie wyjaśniali. Sądząc po twarzach pozostałych, oni także zastanawiali się nad tym samym. W końcu wszyscy doszli do wniosku, że to nie jest teraz najważniejsze. Mając nowa osłonę, mieli większą szansę na przeżycie. Zostało im już do pokonania tylko ośmiu żołnierzy. I Człowiek. - Dobra, jeszcze raz. Póki mamy tarczę - popędził ich Skel'lu - Teraz! Pociski pomknęły w stronę przeciwników i nagle zawróciły. Tylko błyskawice dotarły do celu, ale trafiony żołnierz ledwie drgnął.
- Co się stało? - spytała Senese. Nagle tarcza wrogów rozbłysła jaskrawym płomieniem. Właściwie to było to raczej sprzeczne z prawami fizyki, ale kto by się tym przejmował. Wszyscy żołnierze odruchowo cofnęli się, oprócz jednego, który zaczął się powoli zbliżać. Wkrótce gorąco stało się niemiłosierne i nieszczęsna ofiara spróbowała się oprzeć pchającej ją sile. Bezskutecznie. Po chwili ubranie zajęło się ogniem i świątynię wypełnił przeraźliwy krzyk konającego. Senese dobrze zrobiła zawczasu odwracając wzrok. Za tarczą panował zamęt. Płonąca kula chaotycznymi ruchami zbliżała się do pozostałych, cofających się żołnierzy. Któryś potknął się i próbując utrzymać równowagę, wpadł prosto w objęcia płonącego. Piekielny duet zmusił ich kolegów do uznania, że należy powstrzymać to śmiertelne domino. Chwilę potem podziurawieni jak sito nieszczęśnicy ostatecznie przestali się ruszać. Nawet Ghar, mimo twardych gnomich nerwów musiał odwrócić wzrok. - Uuuu. - Dla dziadka także nie był to przyjemny widok - Nie była to metoda humanitarna, ale za to skuteczna. Popatrzcie co się dzieje: wycofują się. - O-o. Lepiej się odwróćcie. On chyba nie lubi dezerterów. - Chejron miał całkowitą rację. Na twarzy Człowieka odmalowała się furia. Tarcza na moment znikła, a on zaczął inkantację jakiegoś śmiertelnego zaklęcia. Lepiej było nie wiedzieć jakiego. W każdym razie skończyło się to plamami krwi i szczątkami ciał porozrzucanymi po dużej części sali. Człowiek przez chwilę wydawał się odsłonięty, więc Skel'lu postanowił skorzystać z sytuacji i skończyć z nim raz na zawsze, ale pocisk został zatrzymany. Twarz Człowieka rozjaśnił na chwilę złośliwy uśmiech. Przez chwilę wszyscy pozostawali w bezruchu. Cisza zaczynała gęstnieć i przylepiać się do ścian. Potem powoli jęła pęcznieć i nagle pękła. A razem z nią ze świstem i hukiem pękły obie tarcze. Skel'lu zareagował błyskawicznie - uniósł broń i strzelił. Pocisk nabrał prędkości, opuścił lufę i nagle zatrzymał się i spadł na ziemię. Elf strzelił ponownie. Sytuacja powtórzyła się. Taki sam efekt dały próby Ghara i Senese oraz usiłowania odtworzenia tarczy. Wszyscy czworo spojrzeli na Dziadka - on jeden zachował spokój.
- Kur - zaczął Ghar, ale został natychmiast uciszony groźnymi spojrzeniami Zza tronu wysunęli się właśnie dziwni zamaskowani osobnicy w czarnych kimonach. Też mieli szable. I było ich więcej.
- Dziesięciu, jedenastu, dwunastu, cholera. Oba elfy stanęły obok siebie, szeroko rozkładając skrzydła. Na znak dwie pary skrzydeł z niesamowitą siłą popchnęły powietrze. Ogromny podmuch zwalił z nóg pierwszych czterech nieprzyjaciół. Skel'lu najszybciej jak mógł podszedł do leżących i poderżnął im gardła, zabierając dwie szable. Podniósł się w ostatnim momencie by sparować trzy śmiertelne ciosy. Groźnie podniósł skrzydła i napastnicy nieco się cofnęli, dając mu czas na powrót do swoich. Ledwie zdążył podać broń Dziadkowi i Chejronowi, gdy zamaskowani przystąpili do ataku. Mieli dwukrotną przewagę liczebną, ale nie docenili umiejętności bojowych gorima. Dziadek z furią zaatakował najbliższego, tnąc go przez klatkę piersiową, po czym leżącemu już zabrał szablę. Z dwoma szablami przedstawiał obraz czystej furii. Robiąc zmyłki ogonem i tnąc równocześnie oboma broniami z przeciwnych kierunków, w kilka sekund pokonał kolejnych dwóch przeciwników. Gorzej radził sobie Chejron. Zaatakowany przez dwóch wrogów, z trudem parował ciosy. Został zraniony w ramię, ale w ostatnim momencie uratował go Dziadek atakując wrogów od tyłu. Nie mieli szans. Z pozostałymi poszło już bez problemu. Wkrótce na ziemi leżało czternaście zamaskowanych trupów. W trakcie walki Skel'lu spróbował jeszcze raz wykorzystać podmuch skrzydeł, ale Ludź uszczelnił czar tak, że nie przepuszczał nawet, cząsteczek powietrz, więc stało się ono bardzo ciężkie i zimne. Musieli szybko stamtąd wyjść, więc runęli na Człowieka i gdy już prawie miała go dosięgnąć któraś szabla, nagle zniknął. Rozglądali się dookoła, sądząc, że to kolejna sztuczka, ale nie zobaczyli nic podejrzanego. Ghar wdrapał się na tron i zajął się zdejmowaniem szmaragdu. Skel'lu zdjął z pleców wcześniej przygotowaną torbę i spakował go do niej. Powoli zaczęli zbierać się do wyjścia. Na zewnątrz czekało ich to, co mogli przewidzieć - Policja. Przysłali tylko dwa radiowozy, wiedząc o żołnierzach Człowieka.
- Rzućcie broń! Jesteście aresztowani! Możecie zachować milczenie, wszystko co Gdy wstał wyglądał przerażająco. Urósł jakby, kolce na skrzydłach zabłyszczały kropelkami trucizny, w oczach pałała żądza mordu. Podszedł parę kroków do przerażonych policjantów i nagle wyskoczył wysoko w górę, przybrał pozycję poziomą i z bojowym okrzykiem poszybował w stronę radiowozów. Nie trafił go żaden z wielu strzałów. Pierwszych dwóch trafił kolcami. Zawyli z bólu, gdy ich ciało palił jad. Kolejnych pociął szablą na małe kawałki. Ostatni zdążył wezwać posiłki, zanim zginął z czaszką roztrzaskaną jednym ciosem pięści. Skel'lu usiadł na ziemi, ukrył twarz w dłoniach i zapłakał, nie przejmując się zbliżającymi się syrenami.
- Skel'lu, chodźmy już - Chejron podszedł do niego niepewnie, bojąc się kolejnego ataku furii. Śmigaczami mknęli do sąsiedniego miasta, do zaprzyjaźnionego jubilera. Jechali już kilka dni. Miasta były ogromne, ale jeszcze większe były odległości między nimi.
- Skel'lu, co zrobimy z taką furą pieniędzy? - spytał Ghar, dla zabawy przejeżdżając zaraz nad pustynnym szczurem.
- Mówiłem, że ci żołnierze się nie sprawdzą. Odtwarzanie rasy ludzkiej nie ma sensu. - zaczął Dziadek, po długiej chwili milczenia. |