Spis treści


Leopold Hess (14)

Ostatni człowiek

- Dawno, dawno temu, gdy elfy nie miały skrzydeł, a gnomy miały tylko dwie ręce - Bzdura, my zawsze mieliśmy cztery bhmp, bhmp... - Chejron przestań się wygłupiać, a ty Ghar nie przerywaj. No, dziadku, mów dalej.
- No więc dawno temu była sobie rasa potężnych istot, które same siebie nazywały Ludźmi.
- Tak, tak pamiętam jak mi prababka opowiadała, że...
- Ghar, zamknij się!
- Dobrze, już dobrze.
- Cisza! Dziadku kontynuuj, proszę.
- Ludzie uważali, że są jedynymi władcami świata i, że inne rasy rozumne w ogóle nie istnieją. A myśleli tak ponieważ wszystkie rasy były do siebie podobne z wyglądu. Bo Ludź wyglądał jak duży gorim bez ogona albo elf bez skrzydeł. Myśleli, że gnomy, elfy i krasnoludy to wszystko Ludzie, a nikt im nie wyjaśniał, że jest inaczej. Ale w dniach ich największej sławy, zaczął ich ogarniać dziwny szał i zaczęli między sobą walczyć. Nikt nie wie dlaczego. Może to bogowie tak chcieli, a może nie. W każdym razie Ludzie zaczęli toczyć wojnę. Ale nie tak jak do teraz zdarza się to wśród elfów lub krasnali. Nie tak jak teraz miasto przeciwko miastu, czy klan przeciwko klanowi, ale brat przeciwko bratu, dzieci przeciwko rodzicom. Walczyli tak zawzięcie, że wkrótce zostało ich już mniej niż ludności średniego miasteczka. Wtedy elfy, krasnoludy i gnomy, a także gorimy, przybywające zza góry wspólnie wybiły Ludzi, ponieważ stwierdziły, że takie istoty nie mają prawa żyć na Ziemi. Wtedy zginęli wszyscy Ludzie, oprócz jednego. Podobno ten jeden odkrył sekret nieśmiertelności i żyje do dzisiaj. Podobno jest potężny i bogaty i chce zemścić się za śmierć swoich ziomków. Przyciąga różnych awanturników i banitów, kusząc ich złotem. Wkrótce zaatakują i zemszczą się za swoje krzywdy. Bo każdy z nich ma jakiś powód. Niektórzy zostali niewinnie oskarżani i skazani na wygnanie, inni stracili majątki na rzecz rządu, jeszcze inni w jakiejś głupiej, według ich mniemania, wojnie stracili krewnych lub przyjaciół. Niektórzy robią to po prostu dla pieniędzy, ale ci są nieliczni. Podobno to miasto będzie ich pierwszym celem, a ich baza znajduje się w starej świątyni Seta.
- Bzdury dziadku, stara świątynia jest od dawna opuszczona. Ghar, Chejron chodźmy stąd.
- Poczekaj Skel'lu, tylko skończę piwo.

- Cholera - zaklął agent federalny Hans Berton wyłączając aparaturę podsłuchową. - Cholera! Żadnych zleceń, żadnych informacji, nic. Co ja powiem szefowi? Ale z drugiej strony to ja ich nie rozumiem jak mogli słuchać takich bzdur? Chyba że... Nie, to niemożliwe.

Świątynia była ogromna i czarna. Czarna jak śmierć. Gdzieniegdzie tylko lśniły w ciemnościach szmaragdowe oczy węży przedstawionych na płaskorzeźbach pokrywających wszystkie ściany. Węże wydawały się żywe - wiły się i syczały. A może to był tylko wiatr... Świątynia nie miała okien ani drzwi, a dokoła było przeraźliwie pusto. Nawet pobliskie osiedla wieżowców zdawały się unikać tego ponurego miejsca

- Cholera! I jak my wejdziemy do środka?
- Nie denerwuj się. Dziadek coś zaraz wymyśli, prawda Dziadku?
- Tak, synu. Poczekajcie chwilę. - Dziadek usiadł po turecku, zamknął oczy i począł coś mamrotać. Chejron zaczął się denerwować, rozglądał się nerwowo i tupał wszystkimi czterema nogami. Uderzenia kopyt centaura o bruk w połączeniu z coraz głośniejszym syczeniem węży dawało niesamowity i przerażający efekt. W końcu Ghar nie wytrzymał i krzyknął jakieś słowo w języku gnomów z Gór Szarych. Skel'lu nie wiedział co to znaczy, ale domyślał się że słowo nie było zbyt przyzwoite.

Tymczasem Dziadek zaczął unosić się nad ziemią. Teraz nie tylko Chejron, ale także Ghar i Skel'lu zaczęli wyczuwać skupiającą się w powietrzu Moc. Dziadek rozłożył ręce i z jego palców zaczęły powoli wypływać falujące strumienie energii. Moc płynęła w kierunku ściany świątyni i okrywała ją zielonym całunem. Gdy przykryła całą ścianę powoli zaczęły się otwierać wrota prowadzące do środka.

- Wchodzimy - odezwał się dziwnym głosem Dziadek, stając na ziemi. - Za mną.
Wnętrze świątyni było równie dziwne i straszne jak część zewnętrzna. Była to jedna wielka, pusta sala, wyglądająca od środka na jeszcze większą niż gdy patrzyło się od zewnątrz. A może to nie było tylko złudzenie. Gdy ich oczy przyzwyczaiły się do panującego w sali półmroku, zauważyli, że sala nie jest całkiem pusta - przy przeciwległej ścianie, na podwyższeniu stał czarny tron.
- Jasna cholera - jęknął Ghar, bo na ścianie nad tronem wisiał, oszlifowany na kształt głowy węża, szmaragd o wymiarach piłki futbolowej.
- Nie klnij w domu bożym - rozległ się jakiś głos, który Skel'lu z trudem rozpoznał jako swój własny. Chejron z wrażenia przysiadł na zadzie, a Ghar potknął się o własną nogę. Nagle w ciszy rozległy się czyjeś kroki rytmicznie odmierzane stukotem laski. Ghar i Chejron zaczęli się nerwowo rozglądać, podczas gdy Skel'lu próbował się skupić i wyczuć, kto idzie. Bezskutecznie.

Nagle zza tronu wyłoniła się jakaś postać w czarnym habicie, której twarz skrywała się w cieniu kaptura. Wyglądała na elfa, ale nie było widać skrzydeł. Gdy odwróciła się nieco bokiem okazało się, że skrzydeł nie posiada. A więc musiał to być Ludź, a raczej Człowiek, o którym mówił Dziadek. Człowiek usiadł na tronie, poczym spytał:

- Kim jesteście intruzi? - i odrzucił kaptur.
Intruzi ujrzeli twarz oszpeconą paskudną blizną, ciągnącą się półkolem od czoła do brody, dziwnym trafem omijając oko. Blizna wyglądała na starą iśmiertelną.

- Pytałem kim jesteście. - powtórzył Człowiek.

Nagle Dziadek zaczął coś mówić w nieznanym pozostałym intruzom języku. Człowiek najwidoczniej go zrozumiał, bo pokiwał głową, wstał i ruszył w kierunku, z którego przyszedł, gestem nakazując mu iść za nim.

- Chodźcie - mruknął Dziadek, poczym ruszył w ślad za Człowiekiem. Chejron potruchtał za nim, Skel'lu i Ghar zostali nieco z tyłu.
- Co o tym sądzisz? - spytał gnom, gdy Dziadek się nieco oddalił.
- Nie wiem, Ghar, ale wątpię, aby nagroda, którą oferuje ten facet, była warta więcej niż ten szmaragd.
- Co masz na myśli?
- Na razie nic - w zamyśleniu odrzekł Skel'lu, po czym ruszył za dziadkiem.,br> - A więc szukacie pracy, tak? - spytał Człowiek, gdy znajdowali się już w jego gabinecie, oddzieleni od niego blatem biurka.
- Tak - odpowiedział krótko Skel'lu.
- I myślicie, że jesteście mi na coś potrzebni? Wy: elf, gorim, centaur i gnom, banda nic niewartych zbójów - na to Skel'lu nie odpowiedział. - No cóż, niestety macie rację. Mam coś dla was. Nie jest to robota ani bezpieczna ani legalna, ale za to dobrze płatna. Chodzi o mały zamach. Co wy na to?
Wszyscy milczeli.
- Rozumiem, że to znaczy - tak. A więc dobrze. Utworzycie grupę trzecią. Ja dostarczam wszelkiego niezbędnego sprzętu. Cel: dzielnica handlowa Harrods, data: 23 grudnia, czyli pojutrze, oczekiwane efekty: zrównanie z ziemią, nie oszczędzając istot żywych ani przedmiotów martwych, zapłata: dwa miliony.

Grupa trzecia była wstrząśnięta. Ale nie sumą przekraczającą ich najśmielsze oczekiwania, lecz zadaniem. W przeddzień Narodzin Bogów - tego nadal najważniejszego święta w roku - w dzielnicy handlowej będą setki tysięcy, jeśli nie miliony przedstawicieli przeróżnych ras, ale mimo wszystko ich rodaków. Spojrzeli po sobie z oczekiwaniem, że któryś odpowie. Zauważył to Człowiek i przerwał przedłużające się milczenie:

- No cóż widzę, że panowie muszą się zastanowić. Tymczasem poznajcie ostatniego członka grupy trzeciej. - Na te słowa, otwarły się boczne drzwi gabinetu. Ukazała się w nich młoda elfka, kokieteryjnie wachlując błękitnymi skrzydłami o skomplikowanym splocie delikatnych żyłek. Zarówno Ghar i Chejron, jak i Dziadek o mało nie uklękli zachwyceni jej urodą. Tylko Skel'lu stał niewzruszenie, a na jego twarzy nie odmalował się zachwyt, lecz wręcz przeciwnie - głębokie niezadowolenie i skrywana niechęć.
- Panna Senese. - Przedstawił ją Człowiek, poczym, widząc minę elfa, dodał - Ale, zaraz, zaraz, państwo się chyba znacie ichyba chcielibyście porozmawiać na osobności. Już znikamy. I jak powiedział, tak zniknął, zabierając ze sobą Ghara i Dziadka. Chejron chwilę zamarudził, poczym także rozpłynął się w powietrzu.
- Miło mi cię znowu spotkać - wyszeptała Senese, kryjąc piękne, piwne oczy przed jego złowrogim spojrzeniem.
Skel'lu milczał.
- Pewnie zastanawiasz się, co tutaj robię. - Skel'lu nadal milczał. - Ona jest chora. Leży w szpitalu. Nie mam pieniędzy na niezbędną operację. Ona może umrzeć.
Przy ostatnich słowach widać było, że Skel'lu tłumi wściekłość. W końcu nie wytrzymał.
- Ty parszywa dziwko - krzyczał cały czerwony groźnie unosząc ręce - Najpierw zostawiłaś mnie, gdy najbardziej potrzebowałem pomocy i zabrałaś naszą córkę, a teraz ona przez ciebie jest chora. Jeśli Mari zginie, znajdę cię wszędzie i nie dam ci spokoju, aż wreszcie cię zabiję. Już i tak mam dość powodów, żeby to zrobić.

Gdy krzyczał, jej skrzydła i ramiona opadły bezwładnie, a z oczu pociekły łzy. Mimo to, odważyła się spojrzeć mu w oczy.

- Czemu ty mnie tak nienawidzisz? - spytała cicho.
- Czemu? - ryknął rozpinając koszulę i odkrywając paskudną bliznę - Temu! To zrobiono mi przez ciebie. A to zrobiłaś mi ty sama, pamiętasz? - dodał ściszając głos i odgarniając długie, jasne włosy z lewej strony głowy. Zamiast ucha widniał tam czarny kikut.
- To nieprawda - krzyknęła - to nie była moja wina. Ja nie wiedziałam...
- Ale ja chociaż cię nienawidzę - kontynuował, nie zważając na jej słowa - pomogę ci zdobyć te pieniądze, bo to jest też moja córka. Ale nie zamorduję milionów ludzi. Znajdę inny sposób.
W tym momencie w pokoju pojawił się Człowiek.
- Ach, rozumiem, że pan odrzuca moją ofertę. Cóż, zdarza się. - wysyczał złowieszczo, poczym krzyknął w gniewie - Wynocha!

Stali wszyscy pięcioro przed świątynią zatopieni w myślach.
- Skel'lu, mówiłeś coś o tym szmaragdzie, tak? - zapytał w końcu Ghar.
- No. I chyba wiem co masz na myśli. Ja jestem za. - odparł elf.
- Ja też - rzucił Chejron.
- I ja - nieśmiało dodała Senese.
- Ja się na to nie piszę - mruknął Dziadek i poczłapał w kierunku miasta.
- No to jest nas czworo - podsumował Ghar - możemy zagrać w brydża.
Nikt nie odpowiedział. W milczeniu wsiedli na śmigacze i odjechali.

Plan był prosty: wejść, zabrać szmaragd i wyjść. I, jak w każdym prostym planie, coś musiało się zepsuć. Zaczęło się psuć już na początku. Jak wiadomo drzwi świątyni były ukryte, a tylko Dziadek wiedział jak je odnaleźć. Na szczęście Chejron wpadł na pewien pomysł.

- Skel'lu.
- Tak?
- Czy dałbyś radę poszperać w mojej pamięci?
- Myślę, że powinno się udać, chociaż było to tak niedawno, że powinieneś sobie sam przypomnieć. Ale nie ma sprawy, mogę ci pomóc.
- Dobra, zaczynaj.
- Spójrz mi w oczy.
Chejron zadarł głowę.
- Może lepiej niech Skel'lu uklęknie - zaproponował Ghar. Nie było to złośliwe - sam był niewiele wyższy.,br> - Dobry pomysł.

Skel'lu uklęknął i spojrzał w oczy centaura. To były dziwne oczy, jak oczy wszystkich magów, oczy widzące inny świat - świat, który same tworzą. Oczy, które wciągają w otchłań czającego się za nimi umysłu. Ten umysł pamięta wszystko od początku czasu, ale jednocześnie to umysł małego dziecka, które chce się bawić, a zapomniało konieczną wyliczankę. Ta wyliczanka tam jest, gdzieś bliskonie, to nie to. Ale, zaraztak, mam! Jest.

- Ha, już pamiętam - krzyknął Chejron - To niesamowite, co wy, kithaba, możecie zdziałać.
- Taak - odpowiedział Skel'lu, podnosząc się z klęczek - to niesamowite.
- Czy mogę zaproponować, abyśmy już wchodzili - spytał Ghar.
- Oczywiście. Wszyscy gotowi?

Każdy, oprócz Chejrona, miał już w jednej ręce pistolet, a w drugiej zakrzywioną szablę. Broń tą zdobyli z wielkim trudem, ale wiedzieli, że jest niezbędna.

- Otwieram. - rzucił Chejron, poczym zamknął oczy i powoli wypowiedział słowa zaklęcia.

Tym razem obyło się bez zbędnych fajerwerków. Chejron wypowiedział zaklęcie i drzwi się otwarły.

- Wchodźmy i, jak to ktoś kiedyś powiedział, Niech Moc będzie z nami.

Powoli, z bronią gotową do strzału weszli do środka. Tak jak poprzednio było tam całkowicie pusto i ciemno, choć i tak jaśniej niż można by się spodziewać po pomieszczeniu pozbawionym okien i lamp. Weszli trochę głębiej i nagle drzwi zamknęły się z hukiem. W tym momencie w świątyni rozpętało się piekło. Wszędzie dokoła zaczęły latać pociski. Odgłos wystrzałów odbijał się zwielokrotnionym echem od ścian, aż bolały uszy.

- Chejron, osłona! - krzyknął Skel'lu padając na ziemię, ale niepotrzebnie, gdyż falująca, półprzeźroczysta tarcza właśnie materializowała się przed jego nosem. Refleks maga uratował ich od niechybnej śmierci, gdyż żołnierze przyzwyczaili się już do półmroku i kolejne strzały byłyby celne.
- Skąd oni się tu, do jasnej cholery, wzięli? - wrzasnął Ghar, nim jeszcze huk wystrzałów całkiem przycichł.
- On ich teleportował - odpowiedział znacznie ciszej Chejron wskazując na tron. Siedział na nim Człowiek. Śmiał się.
- Cholera. Podejrzewałem, że ma jakąś obstawę, ale nie myślałem, że będzie ich aż tylu. I w dodatku to też są ludzie.
- To już nieważne.
- I co teraz zrobimy?
- Zaraz - wtrącił się Skel'lu - Czy on nas słyszy przez tą osłonę?
- Mogę sprawić, żeby nie słyszał, ale długo tego nie utrzymam.
- Dobra, zrób to.
- I gotowe - po chwili odpowiedział Chejron
- Wspaniale, teraz tak Ghar, Senese, wycelujcie w któregoś żołnierza, najlepiej tak, żeby oni tego nie zauważyli. Na mój znak strzelamy, a Chejron otwiera tarczę i natychmiast ją zamyka. Wszyscy zrozumieli? Dobra, teraz!

Na moment magiczna osłona znikła i powietrze przecięły trzy pociski. Dwóch żołnierzy padło na ziemię, trzeci był ranny w ramię i nie mógł strzelać. Pozostali wystrzelili, ale pociski odbiły się od tarczy.

- Świetnie. Jeszcze raz Teraz!

I znów magiczna osłona na moment znikła i kolejnych trzech żołnierzy zostało wyłączonych z gry. Zostało jeszcze dwunastu. Skel'lu przygotowywał się, aby dać znak do kolejnej salwy, gdy nagle na wysokości jego klatki piersiowej tarcza zaczęła zielenieć. Wkrótce powstała w niej dziura, najpierw mała, ale powoli rosnąca.

- Co się dzieje? - spytał z niepokojem
- To Ludź. Próbuje przerwać osłonę.
- Możesz go jakoś powstrzymać?
- Nie na długo. Musimy coś wymyślić. Na razie wystrzelmy jeszcze jedna salwę. Nową osłonę będę mógł trochę wzmocnić.
- Zgoda. Teraz!

Kolejne pociski pomknęły w kierunku przeciwników, ale tym razem tylko jeden trafił. Na szczęście salwa z przeciwnej strony znów była spóźniona. Tylko jeden pocisk zdążył przed pojawieniem się tarczy, ale nie trafił.

Tymczasem dziura znów się pojawiła i zaczęła się coraz szybciej powiększać. Ghar zauważył, że jeden z żołnierzy celuje przez nią do Senese. Skoczył w jej kierunku, wyciągając wszystkie cztery ręce. Zdążył w ostatnim momencie - pocisk musnął mu włosy.

- Dziękuję - wyszeptała, gdy podnosiła się z ziemi
- Nie wstawaj! - Krzyknął Skel'lu, również padając - Na dole osłona jeszcze chwilę wytrzyma.
- Na bladą dupę górskiego trolla - narzekał Ghar - Wiedziałem wiedziałem, że nie trzeba było tu wchodzić
- Nie marudź. Lepiej zastanów się jak stąd wyjść. Najlepiej ze szmaragdem.
- Cholera, już dłużej nie dam rady. Osłona zaraz zniknie! - Chejron był cały czerwony z wysiłku.
- Nie bój się. Nie zginiemy bez walki. - niezbyt pewnym głosem powiedział Skel'lu
- Ale mnie pocieszyłeś.

W tym momencie osłona jeszcze raz mignęła i znikła. Żołnierze nie potrzebowali dużo czasu, żeby to zauważyć. Huknęły strzały i wydawało się, że to już koniec. Ale nagle pociski zatrzymały się w pół drogi, po czym, rozproszyły się po całej sali. Osłona znów działała. Skel'lu ze zdumieniem popatrzył na Chejrona, po czym obrócił się za siebie. Była jedna, jedyna rzecz, której nie spodziewał się teraz zobaczyć.

- Dziadek! - Wykrzyknęli chórem Ghar i Chejron, gdy podążyli za spojrzeniem elfa.
- Tylko nie myślcie, że robię to dla was. Po prostu potrzebne mi są pieniądze. Tak naprawdę to wcale was nie lubię - zapewniał ich, ale jego uśmiech świadczył o czymś zupełnie przeciwnym, podobnie jak radosne ruchy ogona. - A teraz dość tych powitań. Dokopmy im!
- Dobra. Na mój sygnał Już!

Powtórzyło się to samo co już dwa razy wcześniej, ale tym razem pociskom towarzyszyły biało-niebieskie błyskawice tryskające z palców Chejrona. Trzech żołnierzy padło na ziemię, czwarty w elektrycznych drgawkach uderzył o ścianę. Gdy osłona ponownie się zamknęła, Ghar zapytał sam siebie, skąd Dziadek znał ich plan. Przecież nic mu nie wyjaśniali. Sądząc po twarzach pozostałych, oni także zastanawiali się nad tym samym. W końcu wszyscy doszli do wniosku, że to nie jest teraz najważniejsze. Mając nowa osłonę, mieli większą szansę na przeżycie. Zostało im już do pokonania tylko ośmiu żołnierzy. I Człowiek.

- Dobra, jeszcze raz. Póki mamy tarczę - popędził ich Skel'lu - Teraz!

Pociski pomknęły w stronę przeciwników i nagle zawróciły. Tylko błyskawice dotarły do celu, ale trafiony żołnierz ledwie drgnął.

- Co się stało? - spytała Senese.
- Nic, tylko mamy pat. - skwitował Skel'lu
- Cholera! Cholera
- Spokojnie, Ghar. Już znamy twoją opinię na ten temat. Lepiej zastanów się co teraz zrobić.
- Ja się tak zastanawiam - wtrącił się Chejron - czemu on wcześniej na to nie wpadł. Czemu dał im osłonę dopiero teraz?
- Nie wiem, ale mi też się to nie podoba. Może zapomniał?
- Wątpię, on nie wygląda na takiego co zapomina o takich rzeczach.
- Ale na razie wygląda na to, że zapomniał o innym ważnym szczególe - Dziadek chyba miał plan - on jest jeden, a my mamy dwóch magów i kithabę. Nie chciałbym zapeszyć, ale zdaje się, że mamy przewagę. Chejron, czy mógłbyś podpalić ich tarczę?
- Taak. - centaur uśmiechnął się złośliwie - I chyba wiem co planujesz.
- To dobrze. Skel'lu, byłbyś tak łaskaw przejąć kontrolę nad jednym z żołnierzy i wprowadzić go na osłonę?
- Jasne. Ale uda mi się najwyżej z jednym. Potem Ludź zablokuje mój wpływ.
- Nie szkodzi. To zawsze będzie jeden przeciwnik mniej. Zaczynajmy. Senese może lepiej nie patrz.

Nagle tarcza wrogów rozbłysła jaskrawym płomieniem. Właściwie to było to raczej sprzeczne z prawami fizyki, ale kto by się tym przejmował. Wszyscy żołnierze odruchowo cofnęli się, oprócz jednego, który zaczął się powoli zbliżać. Wkrótce gorąco stało się niemiłosierne i nieszczęsna ofiara spróbowała się oprzeć pchającej ją sile. Bezskutecznie. Po chwili ubranie zajęło się ogniem i świątynię wypełnił przeraźliwy krzyk konającego. Senese dobrze zrobiła zawczasu odwracając wzrok.

Za tarczą panował zamęt. Płonąca kula chaotycznymi ruchami zbliżała się do pozostałych, cofających się żołnierzy. Któryś potknął się i próbując utrzymać równowagę, wpadł prosto w objęcia płonącego. Piekielny duet zmusił ich kolegów do uznania, że należy powstrzymać to śmiertelne domino. Chwilę potem podziurawieni jak sito nieszczęśnicy ostatecznie przestali się ruszać. Nawet Ghar, mimo twardych gnomich nerwów musiał odwrócić wzrok.

- Uuuu. - Dla dziadka także nie był to przyjemny widok - Nie była to metoda humanitarna, ale za to skuteczna. Popatrzcie co się dzieje: wycofują się.

- O-o. Lepiej się odwróćcie. On chyba nie lubi dezerterów. - Chejron miał całkowitą rację. Na twarzy Człowieka odmalowała się furia. Tarcza na moment znikła, a on zaczął inkantację jakiegoś śmiertelnego zaklęcia. Lepiej było nie wiedzieć jakiego. W każdym razie skończyło się to plamami krwi i szczątkami ciał porozrzucanymi po dużej części sali.

Człowiek przez chwilę wydawał się odsłonięty, więc Skel'lu postanowił skorzystać z sytuacji i skończyć z nim raz na zawsze, ale pocisk został zatrzymany. Twarz Człowieka rozjaśnił na chwilę złośliwy uśmiech.

Przez chwilę wszyscy pozostawali w bezruchu. Cisza zaczynała gęstnieć i przylepiać się do ścian. Potem powoli jęła pęcznieć i nagle pękła. A razem z nią ze świstem i hukiem pękły obie tarcze. Skel'lu zareagował błyskawicznie - uniósł broń i strzelił. Pocisk nabrał prędkości, opuścił lufę i nagle zatrzymał się i spadł na ziemię. Elf strzelił ponownie. Sytuacja powtórzyła się. Taki sam efekt dały próby Ghara i Senese oraz usiłowania odtworzenia tarczy. Wszyscy czworo spojrzeli na Dziadka - on jeden zachował spokój.

- Kur - zaczął Ghar, ale został natychmiast uciszony groźnymi spojrzeniami
- Uprzedzę wasze pytania. - Dziadek nie miał problemu z ich przewidzeniem - Rzeczy stały się dwie. Po pierwsze Ludź zastosował czar znany pod nazwą "Rozproszenie Magii", na jakiś czas, pozbawiając Mocy wszystkich magów w promieniu pół kilometra. Ale zanim to uczynił rzucił inny czar, którego nie znam, ale podejrzewam jak on działa. Wszystkie przedmioty tracą przyspieszenie, jeśli nie są cały czas "pchane" przez siłę, co powoduje Krótko mówiąc - wszystkie bronie dalekiego zasięgu są bezużyteczne, tak samo jak bezowocne są jakiekolwiek próby rzucania, skakania, czy biegania.
- Biegania?
- Tak, ponieważ biegnąc wykonujesz małe skoki odrywając stopy od ziemi i w ten sposób nie dostarczając ciału siły popycha
- Dobra, dobra już rozumiem. Krótko mówiąc nie możemy strzelać, rzucać, skakać ani biegać. Ani rzucać czarów. Tak samo Ludź. Tyle, że różnica jest taka, że my mamy szable, a on jest bezbronny. Więc co nas powstrzymuje od poszlachtania go i zabrania szmaragdu?
- Oni.

Zza tronu wysunęli się właśnie dziwni zamaskowani osobnicy w czarnych kimonach. Też mieli szable. I było ich więcej.

- Dziesięciu, jedenastu, dwunastu, cholera.
- Czternastu - Poprawił Skel'lu - Senese pomóż mi. Pamiętasz ulubioną zabawę Bena?
Na wspomnienie przyjaciela z lat dziecinnych twarz elfki na chwilę rozjaśnił uśmiech.
- Tak. Powiedz kiedy.

Oba elfy stanęły obok siebie, szeroko rozkładając skrzydła. Na znak dwie pary skrzydeł z niesamowitą siłą popchnęły powietrze. Ogromny podmuch zwalił z nóg pierwszych czterech nieprzyjaciół. Skel'lu najszybciej jak mógł podszedł do leżących i poderżnął im gardła, zabierając dwie szable. Podniósł się w ostatnim momencie by sparować trzy śmiertelne ciosy. Groźnie podniósł skrzydła i napastnicy nieco się cofnęli, dając mu czas na powrót do swoich. Ledwie zdążył podać broń Dziadkowi i Chejronowi, gdy zamaskowani przystąpili do ataku. Mieli dwukrotną przewagę liczebną, ale nie docenili umiejętności bojowych gorima. Dziadek z furią zaatakował najbliższego, tnąc go przez klatkę piersiową, po czym leżącemu już zabrał szablę. Z dwoma szablami przedstawiał obraz czystej furii. Robiąc zmyłki ogonem i tnąc równocześnie oboma broniami z przeciwnych kierunków, w kilka sekund pokonał kolejnych dwóch przeciwników.

Gorzej radził sobie Chejron. Zaatakowany przez dwóch wrogów, z trudem parował ciosy. Został zraniony w ramię, ale w ostatnim momencie uratował go Dziadek atakując wrogów od tyłu. Nie mieli szans. Z pozostałymi poszło już bez problemu. Wkrótce na ziemi leżało czternaście zamaskowanych trupów.

W trakcie walki Skel'lu spróbował jeszcze raz wykorzystać podmuch skrzydeł, ale Ludź uszczelnił czar tak, że nie przepuszczał nawet, cząsteczek powietrz, więc stało się ono bardzo ciężkie i zimne. Musieli szybko stamtąd wyjść, więc runęli na Człowieka i gdy już prawie miała go dosięgnąć któraś szabla, nagle zniknął. Rozglądali się dookoła, sądząc, że to kolejna sztuczka, ale nie zobaczyli nic podejrzanego. Ghar wdrapał się na tron i zajął się zdejmowaniem szmaragdu. Skel'lu zdjął z pleców wcześniej przygotowaną torbę i spakował go do niej. Powoli zaczęli zbierać się do wyjścia.

Na zewnątrz czekało ich to, co mogli przewidzieć - Policja. Przysłali tylko dwa radiowozy, wiedząc o żołnierzach Człowieka.

- Rzućcie broń! Jesteście aresztowani! Możecie zachować milczenie, wszystko co
- Dobra, dobra - przerwał Ghar i uniósł broń. Odpowiedzią była seria strzałów na postrach, które świsnęły im koło uszu. Niestety jeden odbił się od ściany świątyni i trafił Senese. przeszedł na wylot, zadrapując jednego z policjantów w rękę.
- Nieeee! - Skel'lu rzucił się ku padającemu ciału. Elfka jeszcze żyła i próbowała mu coś powiedzieć. Nachylił głowę.
- Okłamałam cię. Ona już nie żyje. Pożyczyłam pieniądze na operację. Nie udała się. Pieniądze były mi potrzebne, aby spłacić długi. Wybacz mi. - wyszeptała i przestała oddychać.
- Wybaczam - odpowiedział i złożył na jej ustach ostatni pocałunek. Całował ją długo, jakby miał nadzieję, że to przywróci jej życie.

Gdy wstał wyglądał przerażająco. Urósł jakby, kolce na skrzydłach zabłyszczały kropelkami trucizny, w oczach pałała żądza mordu. Podszedł parę kroków do przerażonych policjantów i nagle wyskoczył wysoko w górę, przybrał pozycję poziomą i z bojowym okrzykiem poszybował w stronę radiowozów. Nie trafił go żaden z wielu strzałów. Pierwszych dwóch trafił kolcami. Zawyli z bólu, gdy ich ciało palił jad. Kolejnych pociął szablą na małe kawałki. Ostatni zdążył wezwać posiłki, zanim zginął z czaszką roztrzaskaną jednym ciosem pięści. Skel'lu usiadł na ziemi, ukrył twarz w dłoniach i zapłakał, nie przejmując się zbliżającymi się syrenami.

- Skel'lu, chodźmy już - Chejron podszedł do niego niepewnie, bojąc się kolejnego ataku furii.
- Tak, masz rację musimy iść - Skel'lu podniósł ciało Senese i wsiadł do śmigacza. Ghar usiadł obok niego, na miejscu kierowcy. Do drugiego, odpowiednio zmodyfikowanego dla istot czteronożnych, wpakował się Chejron.
- Ja mam coś jeszcze do załatwienia. Spotkam się z wami później. - mruknął Dziadek i poczłapał w stronę miasta.

Śmigaczami mknęli do sąsiedniego miasta, do zaprzyjaźnionego jubilera. Jechali już kilka dni. Miasta były ogromne, ale jeszcze większe były odległości między nimi.

- Skel'lu, co zrobimy z taką furą pieniędzy? - spytał Ghar, dla zabawy przejeżdżając zaraz nad pustynnym szczurem.
- Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę Zaraz, słyszysz to co ja?
- Aha - gnom obrócił się do tyłu - federalni.
- Dopiero teraz? Przecież mieli nas cały czas na podsłuchu.
- Dziwne. I w dodatku wyobrażają sobie, że mogą nas dogonić. Chejron, kto ostatni w barze stawia piwo!
Skel'lu z uśmiechem popatrzył na torbę w otwartym bagażniku. Nie zauważył, że była pusta.

- Mówiłem, że ci żołnierze się nie sprawdzą. Odtwarzanie rasy ludzkiej nie ma sensu. - zaczął Dziadek, po długiej chwili milczenia.
- Tak, chyba masz rację. - Człowiek wyglądał na smutnego.
- Przykro mi.
- No cóż, trudno. Zatrudnij te gorimy.
- Jasne.
Nagle coś błysnęło. Dziadek spojrzał w górę. Nad tronem wisiał szmaragd. Ostatni Człowiek wstał opierając się na lasce i wybuchnął pustym śmiechem.

Na górę strony











Serwisy Partnerskie:
| agencja interaktywna | dzwonki | pokoje rewal | wózki widłowe | reklama | pozycjonowanie | domy jednorodzinne | wyszukiwarki |
| hosting | dodaj stronę | rpg | tłumaczenia | volvo | bramy garażowe | wymiana linków | ślub | firmy | katalogi stron | sztaplarki | szczecin |