Opowiadanie |
Było późno. Drzewa szumiały swoją smętną melodię. Ognisko dogasało. Nagle szum liści przerwał głos Gaevana:
- Egar rusz swoją zasraną rzyć i przynieś jeszcze trochę drewna.
- Ostatni raz tłumaczę ci to ty zawszony kurduplu. Do tej porządnej karczmy nie wejdzie żaden chędożony krasnolud. Egar obudził się w nieznanym mu namiocie. Leżał na legowisku z trawy i liści, a przykryty był kilkoma kocami. O dziwo na jego ciele nie było śladu po jakiejkolwiek ranie. Czyżby ten incydent był tylko snem ? - pomyślał krasnolud - I na jądra Piana gdzie ja jestem? - Jesteś w moim tymczasowym obozie wybrańcu bogów. Miałeś wielkie szczęście, że przejeżdżałem przez tę zawszona wiochę. Gdyby nie moja lecznicza magia zmarłbyś cztery dni temu. Powinieneś być mi wdzięczny Egarze. Krasnolud rozejrzał się po namiocie. Dopiero teraz dojrzał wysokiego, dobrze zbudowanego człowieka, o popielatych włosach i ciemnej karnacji. Mógł mieć około trzydziesty dwóch, może trzech lat. Ubrany był w ciemno-zieloną tunikę i tegoż samego koloru płaszcz.
- Skąd znasz moje imię, kim jesteś, jak się tu znalazłem i gdzie jest mój topór, o panie? - powiedział krasnolud starając się mówić jak najwdzięczniejszym tonem.
- Tak, już siódmy raz odprawiłem rytuał uśpienia bestii. Dzięki bogom, że nie muszę tego robić sam. Gdyby nie pomoc Sedaha, bestia wyrwała by się z pod mojej kontroli i wszyscy byśmy zginęli. -rozmyślał dalej Gaevan. Tymczasem krasnolud wrócił i podłożył trochę drewna do ogniska. Płomień strzelił wysoko, a Gaevan znów odpłynął w świat wspomnień Sedah chodził tą drogą od wielu lat, ale jeszcze nigdy nie widział, aby w opuszczonej kaplicy pod lasem świeciło się jakiekolwiek światło. Kapłan zdecydował sprawdzić co dzieje się w opuszczonym przybytku jakiegoś zapomnianego boga. Zbliżył się i spojrzał przez okno. Ujrzał dwie postacie. Jedna, niższa, stała w środku dziwnej, narysowanej na podłodze figury, a druga, w ciemnym, zielonym płaszczu, klęczała obok wertując jakąś księgę. Sedahowi przemknęło przez myśl, że być może ta klęcząca postać składa krwawą ofiarę, ale zaraz odrzucił tę myśl. Postać wewnątrz figury byłaby spętana, lub ogłuszona, a tak nie było. Wyglądało to jakby postać stojąca na figurze była tam z swojej własnej i nie przymuszonej woli. Kapłan zdecydował poczekać, posłuchać co mówią postacie, a w razie czego interweniować lub uciekać.
- ...nie tak. Tłumaczyłem ci, musisz stać w środku. Inaczej bestia wymknie się. Wiesz, że jestem zmęczony całodniowym marszem, więc stój cicho i nie rozpraszaj mnie. - dobiegał głos z kaplicy. Postać w zieleni wstała i zaczęła inwokować jakieś dziwne, niezrozumiałe dla Sedaha słowa, zapewne w Dawnej Mowie. Nagle niższa z postaci zapaliła się niebieskim światłem. Człowiek w płaszczu nie przejmował się jednak ogniem. Artykułował zaklęcie dalej. Po chwili przestał mówić, wziął sztylet i zbliżył się do palącej się postaci. Sedah nie mógł pozwolić na zabicie kogokolwiek w jego obecności. Zerwał się i pobiegł do drzwi. Gdy wpadł do środka zobaczył leżącą na ziemi postać w zieleni, palącego się krasnoluda z rozciętą piersią i obłok mgły w kształcie niedźwiedzia. Dopiero wtedy kapłan zrozumiał, że to nie krwawa ofiara, a rytuał uśpienia demona. Bez zastanowienia postanowił dokończyć przerwaną ceremonię i ujarzmić bestię. Natychmiast chwycił księgę z zaklęciami i wyrecytował wypisane tam słowa. Niestety "niedźwiedź" wymknął się całkowicie spod kontroli. Zaczął się szarpać, lecz nie mógł przekroczyć linii na podłodze. Sedah postanowił zarzucić sieć i zatrzymać wroga. Uformowanie energii umysłu w sieć i skierowanie jej na bestię zajęło mu o wiele za dużo czasu. Przeciwnik zdążył naruszyć w tym czasie jedną z linii i dopadł leżącego na ziemi czarodzieja. Zanim jednak zdążył wyssać energię życiową z maga, został schwytany w sieć Sedaha. Po chwilowym ujarzmieniu bestii kapłan zajął się na wpółmartwym człowiekiem w zieleni. Po wyczerpaniu prawie całej swej pozostałej mocy udało mu się przywrócić czarodziejowi świadomość. Ten natychmiast spróbował się podnieść, ale bez skutku. Był zbyt słaby. Również próba odpędzenia bestii nie powiodła się. Czas kończył się. Sieć słabła. Za kilka minut, bestia wyzwoli się i porozrywa wszystkich na strzępy. Gaevan nie mógł na to pozwolić. Wykrztusił polecenia dla nieznajomego: - Moja torba, hkr, mały flakonik, zielony... szybko Sedah nie zwlekał ani chwili dłużej. Wygrzebał z torby maga buteleczkę i wlał jej zawartość do gardła czarodzieja. Nowa siła wypełniła Gaevana, dzięki której był on w stanie przegnać "niedźwiedzia". Zabrało mu to sporo czasu, tak że bestia prawie całkiem wyzwoliła się. Na szczęście Sedah starał się podtrzymać sieć, więc bestia nie uciekła. Dopiero po odegnaniu bestii, Gaevan spostrzegł, że Egar leży na ziemi w kałuży krwi. Na szczęście nie było to nic poważnego. Krasnolud zerwał się, a rany na piersi wyciekło mu trochę krwi. Po opatrzeniu przyjaciela mag odezwał się do kapłana:
- Dzięki ci o szlachetny panie. Ja i mój przyjaciel jesteśmy ci wielce wdzięczni. Powiedz jak możemy ci wynagrodzić ten czyn?
- Gaevanie, zbudź się. Teraz twoja kolej na trzymanie straży. - zabrzmiał głos Hexy.
- Już wstaję. Czy coś się wydarzyło? Po dwóch godzinach warty Gaevan obudził Ramję, a sam położył się na swoim posłaniu. Nie mógł zasnąć. Przez cały czas przypominała mu się twarz Ramji, w chwili gdy zginęli jej rodzice, a zginęli przez jego błąd. Gaevan nigdy nie powiedział tego dziewczynie. Bał się jej reakcji. Był dla niej jak ojciec, kochał ją i nie chciał, aby go znienawidziła. Nie chciał jej stracić. - Tłumaczę wam, nic się wam nie stanie. Ten portal jest bezpieczny. Podróżowałem nim już. Zaufajcie mi. Tak będzie szybciej. Musimy się tam dostać jeszcze dziś. - kłamał Gaevan. Śpieszył się. Chciał dotrzeć do 0lgrionu jeszcze tej nocy. Nigdy wcześniej nie używał tego portalu. Nie był nawet pewien, czy uda mu się go uaktywnić. Ale był dumny. Nie mógł przyznać się przed tymi prostakami, że nie wie, że nie umie, że nie jest pewien. Uaktywnił portal i wszedł przez niego wraz z nieświadomymi ludźmi. Ale nie wiedział, że po drugiej stronie portal zmaterializował się na wyspie sharanów. Uświadomił to sobie dopiero gdy znalazł się po drugiej stronie. Niestety ni zdążył uratować nikogo oprócz siebie i małej przestraszonej, zalanej łzami dziewczynki. Twarz dziewczynki zapamiętał na zawsze. Te oczy pytające o rodziców zapisały mu się w pamięci na dobre. Jego pole siłowe objęło tylko ich. Inni zostali zabicie przez pająkoludzi. Wrócił jak najszybciej portalem, którym tu przybył. Była z nim ta dziewczynka. Mała i przestraszona. Nazwał ją Ramją, to znaczy Zlęknioną. Gaevan nie miał czasu się nią opiekować więc oddał ją do szkoły walki, gdzie dziewczynka nauczyła się władać mieczem, toporem, szablą i innym żelastwem. Czarodziej odwiedzał ją od czasu do czasu, ale to nie wystarczało Ramji. Pewnej nocy uciekła ze szkoły i odnalazła przybranego ojca, została z nim i z jego towarzyszami. Gaevan obudził się jako ostatni. Jego przyjaciele zwinęli już obóz i byli przygotowani do ruszenia w drogę. Czarodziej również wstał i naszykował się. Po chwili wszyscy maszerowali raźnie na północ. Byli zmęczeni. Szli tak już od kilkunastu dni. W karczmie nie spali od sześciu dni. Wszyscy mieli złe humory, które jeszcze bardziej pogorszyły spadające z nieba krople deszczu. Po pewnym czasie kropiący deszczyk przemienił się w prawdziwą ulewę. Wszyscy byli już przemoczeni, gdy Hexa zauważyła kamienną budowlę, na wzgórzu. Postanowili się tam udać i poprosić o schronienie przed deszczem i strawę. Po krótkim marszu doszli przed bramę posiadłości. Okazało się, że jest to dość duży, stary dom. Brama była otwarta więc weszli na pusty dziedziniec, a potem podeszli pod drzwi. Zastukali w wielkie, dębowe drzwi, jednak nikt nie odpowiadał. Jak się okazało drzwi były otwarte, a dom opuszczony. Gdy tylko weszli do budynku, wrota zamknęły się za nimi. Nie było w tym nic dziwnego bo na zewnątrz wiał silny wiatr, więc pomyśleli, że to on zamknął drzwi. W środku okazało się niezbyt przyjemnie. Było zimno, wilgotno i śmierdziało stęchlizną, jednak nie padało więc postanowili zostać. Rozpalili w kominku magiczny ogień i usiedli w starych, spróchniałych fotelach.
- Pójdę się rozejrzeć - powiedział Egar - może znajdę tu coś do jedzenia lub picia. Egar i Ramja wyszli z głównego pokoju. Krasnolud skierował się w stronę kuchni, a dziewczyna powędrowała schodami w górę. Nagle z góry dobiegł krzyk Ramji i gruchot, jakby coś walnęło o ziemię. - Na jądra Piana - wrzasnął Gaevan - co się stało? Egar, gdzie jest Ramja. Mag nie czekał jednak na odpowiedź krasnoluda i pognał na górę, a razem z nim Hexa i Sedah. Gdy wbiegli po schodach zobaczyli dziewczynę z mieczem w ręku stos kości przed nią.
- Co się stało córeczko? - spytał czule magik - Dlaczego krzyczałaś? Wszyscy wybuchli śmiechem i zaczęli iść w kierunku drzwi. Jakże zbladły im miny, gdy okazało się, że drzwi są zamknięte i nie da się ich otworzyć. Nawet magia Gaevana nie pomogła. Po godzinie lub nawet kilku godzinach siłowania się z drzwiami wszyscy stracili nadzieję na wydostanie się stąd.
- Poszukamy innego wyjścia. Nich każdy sprawdzi ile się da okien. Później spotkamy się przy drzwiach. Ruszajmy! - padły rozkazy z ust Gaevana. Gdy weszli na górę zobaczyli napis na ziemi. Słowa poukładane były z kości. Napis brzmiał: "To mój dom i moje miejsce wiecznego spoczynku, który zakłóciliście, za co poniesiecie karę." Nagłe w całym domu rozległ się demoniczny śmiech, który za chwilę ucichł.
- Założę się, że ten napis nie ułożył się sam. - próbował rozluźnić napięcie Egar. Po tych słowach wszyscy zaczęli szukać wejścia do krypty. Dopiero po godzinie lub dwóch Sedah natrafił na zejście do piwnicy, a stamtąd do grobowca. Po zejściu na dół, wszystkich ogarnęło uczucie chłodu. W podziemnym grobowcu stały trzy sarkofagi. Dwa zamknięte, a jeden otwarty. Najpierw przeszukali otwarty sarkofag. Był zupełnie pusty. Pokropili go wodą święconą i zaczęli oglądać następny. Ten także był pusty i także został skropiony wodą święconą. Ostatni już sarkofag zawierał tylko kości jakiejś istoty. Najprawdopodobniej człowieka lub półelfa.
- No tak. Nasz martwiak ukrywa się gdzieś w domu, zamiast siedzieć w swojej trumnie. - ironicznie stwierdził Egar. Czarodziej miał rację. Gdy zeszli na dół zobaczyli długi korytarz, a na jego ścianach piękne, misterne, złote płaskorzeźby przedstawiające sceny mordowania ludzi, w okropnych torturach. Na końcu korytarza znajdowały się wielkie żelazne wrota, pilnowane przez cztery szkielety i dwa zombie. Egar i Hexa rzucili się na strażników. Sedah i Gaevan pomagało im czarami, a Ramja nie mogła przestać gapić się na płaskorzeźby. Nigdy wcześniej w swoim życiu nie widziała tak pięknych, a zarazem odpychających dzieł sztuki.
- Ramja. Nie chciałabym ci przeszkadzać, ale ty się toczy walka. Jej miecz zawirował w powietrzu i czaszka jej przeciwnika potoczyła się po podłodze. Hexa i Egar nie radzili sobie wcale gorzej. Krasnolud wywijał ogromnym toporem i parł do przodu. Natomiast Hexa atakowała i unikała ciosów przeciwników wykonując piruety i salta. Walka nie trwała zbyt długo. Szkielety i zombie nie powstrzymały bohaterów. Zastopowały ich tylko na chwilę. Nagle Ramja zemdlała i runęła na zimną podłogę.
- Coreczko co ci jest. Kochanie zbudź się. Sedah pomóż jej. Ona krwawi. O tu, z tej rany na ręku. - krzyczał Gaevan. Wrota otworzyły się zaskakująco łatwo. Weszli do dużej sali. Było w niej niczego, nie licząc tronu, zrobionego z kości, zapewne ludzkich. Gdy rozejrzeli się po komnacie dostrzegli małą postać w kącie. Podeszli do niej, lecz w tej samej chwili istotka znikła, a na jej miejscu została tylko mgiełka.
Nagle rozległ się ten sam co wcześniej demoniczny śmiech i na tronie zmaterializowała się postać. Był to stary, niski i pomarszczony ork. Miał na sobie purpurową szatę i złoty diadem. W końcu odezwał się do swoich "gości":
Gaevan siedział z głową Ramji na kolanach i szeptał: Gaevan obudził się w karczmie. Na zewnątrz nadal padał deszcz. Zszedł na dół do jadalni, gdzie przy stole siedzieli jego kompani. Pili oni wino, jedli świeże mięso, rozmawiali o wszystkim i o niczym. Gdy dosiadł się do nich zauważył dziwną rzecz. Hexa miała na głowie diadem. Zaszokowany tym Gaevan spytał:
- Skąd masz ten diadem? |