Kalcyt |
Kalcyt był spokojny i nic nie potrafiło wyrwać go ze stanu w jakim się teraz znajdował. Uderzeniem młota powalił kolejnego napastnika. Zwycięstwo przechylało się na jego stronę. Właściwie od początku wiedział, że wygra. Nigdy nie przegrał. Z piątki przeciwników zostało jeszcze dwóch... Teraz tylko jeden. Człowiek zrozumiał swój błąd, bo zamiast zaatakować, odwrócił się i zaczął uciekać. Kalcyt nie był mściwy, po prostu twierdził, że jeżeli ktoś chce z nim walczyć, to powinien ponieść tego konsekwencje. Cios w kręgosłup powalił niedoszłego rabusia. Obsydianin rozejrzał się dookoła. Jeden jeszcze się ruszał. Stanął nad nim. Wystraszone ludzkie oczy wpatrywały się w zwycięzcę. Ranny miał połamane wszystkie prawe żebra. Kalcyt pamiętał go. To on zaatakował jako pierwszy. Zamachnął się swoim mieczem, ale trafił w powietrze, po chwili uderzenie młota powaliło go na ziemię. Żebra przebiły mu płuco. Obsydianin znał się na tym. Teraz nawet nie zastanawiał się nad tym, żeby pomóc człowiekowi. Podniósł miecz, który leżał obok i przebił nim rannego. Tamten drgnął tylko konwulsyjnie i zamarł. Następnie wojownik złamał miecz na własnym kolanie. Podobnie uczynił z resztą oręża jaki posiadali napastnicy. Ruszył dalej, zostawiając za sobą pięć trupów.
Miasto Targowe. Jeżeli Kalcyt miałby określić je jednym słowem, powiedziałby: "Chaos". Wszyscy gdzieś pędzą. Nawoływania handlarzy, poszturchania, szybkie "przepraszam", nawet nie sprawdzając w kogo się uderzyło. A to dopiero obrzeża... Prawie dwukrotnie został okradziony. Złodzieje zostali przykładnie ukarani. Ze złamanymi rękoma trudno utrzymać się w złodziejskim fachu. Obsydianin nie przybył do miasta bez powodu. Miał tu mały interes. Skierował się do karczmy "Obieżyświat". Kiedy zamknął za sobą drzwi, z zadowoleniem zauważył, że tutaj jest spokojnie. Cicho i przytulnie. Zupełnie tak jak lubił. Karczma była odcięta od chaosu zza drzwi. Rozejrzał się dookoła. Kilku Dawców Imion, którzy podnieśli wzrok kiedy wszedł, wróciło do swych posiłków. Nikt do niego nie podszedł, więc domyślił się, że jego zleceniodawcy jeszcze nie ma. Przyzwyczajony do tego, że ludzie się spóźniają, podszedł do karczmarza i zamówił posiłek. Usiadł i czekał. Miał czas. Zamierzał spędzić go na uważnym przyglądaniu się gościom. W większości były to krasnoludy, kilku ludzi i jeden troll. Pamiętając nazwę karczmy spodziewał się bardziej różnorodnej klienteli. Większość gości nawet nie wyglądała na podróżników. Obsydianin uśmiechnął się krzywo.
- Widzę, że jesteś w dobrym humorze - zagaił człowiek, który dosiadł się do stolika. - To dobrze...
Kalcyt przyglądał się człowiekowi, który siedział przed nim. Nie był dokładnie taki, jak opisał go Jonki, poza tym spóźnił się o dzień, ale bez wątpienia był to Bizo. Wiedział to po tym, że chłopak miał pierścień, zmierzał do Miasta Targowego, a poza tym przedstawił się, kiedy przysiadał się do stolika. Był zdecydowanie młodszy, niż wyobrażał to sobie obsydianin. Dzieciak. Jeszcze nie zaznał życia. "I już nie zazna." Wojownik doszedł do wniosku, że jutro powinno już być po sprawie. Rankiem Bizo wszedł do stajni, która znajdował się przy karczmie. W chwili kiedy oporządzał konia, usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się błyskawicznie i wyciągnął miecz. Odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył obsydianina. - Ufff... Ale mnie wystraszyłeś Silid - Kalcyt niekiedy się tak przedstawiał. - Co tu robisz? W odpowiedzi Kalcyt zaatakował chłopaka. Młot leciał już na jego głowę, kiedy w ostatniej chwili młody uchylił się i przeturlał w stronę wyjścia. Wyskoczył na zewnątrz. Obsydianin wybiegł za nim, spodziewając się zobaczyć plecy uciekającego Bizo. Zdziwił się uchylając przed ciosem mieczem. Odskoczył na metr i zaczął przyglądać chłopakowi. Tamten nie wyglądał na tak młodego i niedoświadczonego, jak za pierwszym razem wydawało się Kalcytowi. Oczy zwęziły się w szparki, ruchy przypominały ruchy kota. Wyglądał na doświadczonego wojownika, albo fechmistrza. Z tymi drugimi Kalcyt nie lubił walczyć. Zawsze obrażali jego żywogłaz. Uderzył ponownie, ale przeciwnik uchylił się pod jego ciosem i ciął swym mieczem bok obsydianina. Ten odskoczył zdumiony. Spojrzał na ranę. Ledwo zarysowane, ale mimo wszystko była to pierwsza rana od bardzo dawna. Bizo się odezwał:
- Czego chcesz? - cały czas krążył dookoła Kalcyta Kalcyt teraz był pewien, że to fechmistrz. Jak każdy z nich zaczynał dużo gadać. Tracić czas na niepotrzebne tłumaczenia. A z kimś takim nietrudno wygrać. Nawet bez broni. Ruszył błyskawicznie na chłopaka, ten wyciągnął swój miecz na napastnika, spodziewając się, że nadzieje się na niego. Jednakże obsydianin przebiegł nad mieczem i jego właścicielem, a będąc w powietrzu odwrócił się i z dzikim okrzykiem spadł na odwracającego się właśnie Bizo. Kopnięcie nie doszło, tak jak tego oczekiwał Kalcyt, czaszki, ponieważ chłopak ponownie zdążył się uchylić, jednakże cios pięścią złamał mu kilka żeber. Padł na ziemię. Po dziewięcioosobowym tłumie rozległ się jęk zawodu, nikt jednak nie ruszył pomóc człowiekowi. "Przynajmniej to poszło zgodnie z planem." Pomyślał wojownik podnosząc swój młot. Kiedy się odwrócił, Bizo stał już na nogach. Jedną ręką podtrzymywał się za bok, drugą trzymał miecz. Znów przypominał zwykłego, wystraszonego dzieciaka. Wyciągnął przed siebie broń, jakby myślał, że taki gest rozpaczy powstrzyma napastnika. Tym razem to Kalcyt go rozbroił. Wraz z mieczem opuściły chłopaka resztki nadziei. Sięgnął pod płaszcz i wyciągnął spod niego list. Rzucił go pod nogi obsydianina. - Nie zabijaj mnie... - głos mu się łamał. Był przerażony. Zupełnie tak jak to Kalcyt lubił. - Proszę... - tłum czekał z zapartym tchem na rozwój wypadków. Obsydianin nie kazał im długo czekać. Jonki znowu się spóźniał, przez co Kalcyt był coraz bardziej wściekły. Zamierzał szybko załatwić tą brudną sprawę. Dostaje zapłatę i wynosi się stąd. A teraz ten człowiek się spóźnia. Nie wiedział czy Jonki jest handlarzem niewolników. Nie umiał czytać i pewnie dlatego jeszcze nie otworzył listu. Zresztą nie miało to znaczenia. Dzisiejsza noc będzie ostatnią w Mieście Targowym. Podszedł do niego karczmarz.
- Pan nazywa się Kalcyt? - obsydianin przytaknął. - Posłaniec przyniósł wiadomość dla pana. Nigdy jeszcze Kalcyt nie był tak wściekły. Wszystko przez... Nie wiedział przez co... Miał dziwne uczucie, że został oszukany. Ale przecież prawda rzadko kiedy miała znaczenie w jego zawodzie. Dostawał cel i likwidował go. Nie ważne kto był zleceniodawcą, a kto ofiarą. Dlatego musiał opuścić to miasto. Wyruszy w góry. Tam odpocznie. Postara się zrozumieć własne uczucia.
Z jednej z bram wyszedł człowiek. Mimo ciemności Kalcyt rozpoznał, że to Jonki. Dalszą konwersację przerwał mu młot, który ochlapał jego mózgiem okoliczne ściany. W tym samym momencie z cienia wyskoczyło trzech napastników. "Teraz wszystko jasne." Kalcyt właściwie się ucieszył. Opuściło go to dziwne uczucie, a w dodatku zabił wrednego typa. Znowu był sobą. Uchylił się przed ciosem pierwszego napastnika, sparował drugiego a trzeciego posłał dwa metry nad ziemię. W chwili kiedy uderzał w następnego poczuł, jak w jego plecy wbija się ostrze. Weszło głęboko. Tak głęboko, że zauważył czubek wychodzący z jego piersi. Upadając na kolana odbił kolejne uderzenie. Następnego już nie zdołał. Kalcyt żył ponad dwieście lat. W ciągu tego życia zabił wielu Dawców. Jednych w obronie własnej, innych na zleceni, niektórych dla przyjemności. Żałował jednak tylko jednego. Tego, że dał się tak łatwo podejść. |