Historia K'rgaka Grimlocka |
Nazywam się Sekstus Kasenus, jestem tileańskim szlachcicem. Z domu odszedłem, a dokładniej zostałem wygnany. Nie o mnie jednak będzie ta historia, lecz o kurduplu zwanym K'rgak Grimlock - serdecznym mym przyjacielu, którego równie nienawidzę jak kocham. Nigdy nie dowiedziałem się ile tak naprawdę ma lat. Zawsze w odpowiedzi słyszałem "mgrr...", krótkie i węzłowate jak włosy wychylające się z bulwy na twarzy, szumnie nazywanej nosem. Urodził się w Górach Krańca Świata, gdzieś na południowym ich krańcu. Jak się kiedyś dowiedziałem, oczywiście nie od niego, dzieciństwo spędził na wiecznym ganianiu z miniaturową wersją warhammera za szczurami. Bawił się przy tym nieprzeciętnie, gdy mózg nieszczęsnego gryzonia plamił mu buty. Taki to właśnie z niego był typowy krasnolud wychowywany przez kurduple. Sam o sobie nigdy nic nie mówi, szczególnie od czasu wypadku, ale o tym także będzie okazja opowiedzieć. Wszystko co o nim wiem, dowiedziałem się od jego matki - władczyni plemienia krasnoludzkich amazonek, żyjącego gdzieś daleko na południowym wschodzie imperium. Postawna, szacowna Skruda Grimlock, z przerdzewiałym toporem zatkniętym za brudny różowy pas. To niesamowite jak bardzo krasnoludzkie damy dbają o to, aby posiadać na sobie jakiś symbol kobiecości... U Skrudy był to właśnie ten różowy pas, zerwany kiedyś z elfickiej kapłanki. Ale mniejsza z nią. Przecież miałem pisać o K'rgaku. Mając nie więcej jak trzydzieści wiosen kurdupel uwielbiał opowieści mężczyzn, często witających w progu jego domu. Pragnął, aby kiedyś, tak jak oni, szarżować z podniesionym toporem na bandę zielonoskórych pomiotów, aby dokonywać czynów tak wzniosłych, jak to tylko możliwe. Zamiast ostrza na drzewcu emocjonalnie (o ile to możliwe u krasnoluda) się związał z inną bronią, którą uważał za szczytowe osiągnięcie starożytnych kuźni - warhammera. Za każdym razem, gdy oglądał młot zawieszony na ścianie komnaty naczelnika, czułość wstępowała w jego serce, a dłoń wyobrażała sobie jego ciężar i chłód powleczonej skórą stalowej rękojeści... Spędzał tam większość wolnego czasu, mówię wolnego, ponieważ jako młody krasnolud uczący się w fachu obrońcy podziemnych posesji kurdupli, nie miał go za wiele. Nienawidził tych zajęć. Zawsze, gdy stary Grum Korunng nakazywał mu silnym kopniakiem w plecy, wykonanie kolejnego tysiąca razów na statule z litego granitu, ten odwracał się posłusznie, ale łza wściekłości i nienawiści ciekła mu po brudnych policzkach. Uczniem jednak był sumiennym i obowiązki swoje wykonywał porządnie. "Tylko by spróbował nie ..." - zawsze powtarzała jego matka, której czułość w stosunku do młodego wojownika kończyła się na łyżce nakładającej z głośnym mlasknięciem breje zwaną jadłem. Nic nie działo się w życiu pełnego adrenaliny krasnoluda i nuda zaczęła mu już poważnie doskwierać. Szukał tylko pretekstu, aby wyrwać się ze stalowego objęcia matki, porzucić nareszcie niekończące się ćwiczenia w zbrojowni i ruszyć w świat, aby gładzić i deptać czerepy zielonoskórych monstrów. Z nadzieją małego dziecka patrzył na kolejnych mężczyzn, sznurem przewijających się przez jego chałupę. Matka była otwarta na propozycje ... Czekał na sygnał od jednego z nich, aby udać się z nim na wyprawę. Czekał, a miesiące przeradzały się w lata ... lata .. lata... Zniecierpliwienie K'rgaka sięgnęło zenitu pewnego pochmurnego dnia. Ćwiczył on kolejne kata robienia toporem, narażając się na mocne razy nauczyciela w przypadku jakiegoś drobnego błędu w precyzyjnych cięciach. Matka jak zwykle zniknęła w czelusciach chaty z kolejnym przygodnym krasnoludem, a życie wioski tętniło swym monotonnym trybem brzęku oręża, głośnymi okrzykami pijanych mężczyzn i miarowym stukaniem kropel spadających z sufitu pieczary. Wszystko nagle wydało mu się odległe. Nie widział siebie już na obrazie rodzinnej osady, oderwał się od niej i wędrował pod nieboskłonem przez bezkresne puszcze Starego Świata. Nawet nie pamiętał co zrobił. Nagle znalazł się u wyjścia z góry i ruszył przed siebie pewnym krokiem, bez opamiętania wycinając sobie drogę wśród porosłych ścieżkę konarów drzew. Ostry świst topora towarzyszył mu przez wiele dni, które spędzał przy małym ognisku, głęboko wkopanym w ziemię, aby dawało jak najmniej światła i nie było zauważone. Mały szarak obracał się co wieczór nad paleniskiem wydając kiche skwierczenie. Trwało to jakieś dziesięć dni i nocy ... K'rgak może mówić o dużym szczęściu, że nie natknął się na żadną większą zwierzynę, ani na banitów, gromadnie kryjących się w tych lasach. Kolejny dzień wędrówki przyniósł mu zapach pieczonego chleba. Gnany głodem i ciekawością szybko zbliżył się do wioski. Ludzkiej wioski. Krasnolud po raz pierwszy zobaczył człowieka i ten, ku późniejszemu zdziwieniu jego rodzicielki, wydał mu się dosyć atrakcyjny. Nie posiadał wprawdzie słynnych krasnoludzkich umiejętności ani także ich krzepy, ale mimo to nadrabiał pomysłowością i wszechstronnością. W wiosce K'rgak został przyjęty z zaniepokojeniem, ale także z ciepłem. Ludzie ci od dawna handlowali z krasnoludzką osadą, dając pożywienie i tkaniny w zamian za złoto i kamienie szlachetne wydobywane w kopalni. Nie był zatem kurdupel nowym gościem we wsi. Ugoszczony i nakarmiony, mieszkał on w jednej z chat piętrowych. Rosła chałupa z pokaźnym poddaszem górowała nad całą osadą. A z tego co się K'rgak zdołał zorientować między posiłkami i spaniem to były tam takie dwie. Trwała jego sielanka przez trzy dni i noce ... Wtedy go wezwano przez oblicze mizernego naczelnika wioski, który mu zakomunikował, iż chciałby posłuchać o przygodach młodego wojownika. Krasnolud był w swoim żywiole. Sugestywnie gestykulował i skakał ze stołu na podłogę i odwrotnie. Opowiadał o wielkich bojach z chaosem, o których słyszał z baśni matki, o wielkich ziejących ogniem smokach, których zabił tak wiele, że nawet gdyby chciał, to nie uniósł by swojego naszyjnika ze smoczych zębów. Wieśniacy z wielkimi ze zdziwienia i zafascynowania oczami chłonęli każde jego słowo. Krasnolud widząc taki obrót sytuacji zaczął toczyć przed nimi obraz potęgi i bogactwa krasnoludów. Nie mógł wiedzieć, czym mogło się to skończyć i czym się skończyło. Jakaś postać w kapturze szybko się wymknęła za drzwi chałupy, nie postrzeżona przez nikogo i nie wywołując żadnych podejrzeń. Ach, gdyby ktoś powstrzymał Eryka Sterna przed jego zdradzieckim planem ... Dobre życie K'rgaka we wsi skończyło się pewnego letniego poranka. Na skraju lasu dzieci znalazły ciężko rannego krasnoluda, w którym wojownik rozpoznał swego wieloletniego nauczyciela. Ostatnim tchnieniem przekazał on K'rgakowi bolesną prawdę o bandzie zamaskowanych ludzi, którzy napadli na osadę w górze, wycięli większość jej mieszkańców, splądrowali i skradli cały dobytek wioski. Niewielu się uratowało, większość sięgnięta nocą śmiertelną strzałą nie miała nawet okazji by zginąć z honorem... Smutna prawda rachunku wystawionego K'rgakowi przez bogów za grzech pychy obarczyła go i ścisnęła za gardło. Mieszkańcy wioski, dotąd z niepokojem patrzący w stronę krasnoludzkiej góry, nagle postrzegli sposób na szybkie wzbogacenie się niskim kosztem. Trzy dni trwała droga młodego krasnoluda do rodzimej osady. Widok jaki zastał na miejscu był przerażający. Porozrzucane szczątki ciał majaczyły swym krwistym krzykiem w wątlących się gruzach. Czarne zęby zgliszcz zdawały się zmykać nad biedną głową K'rgaka. Szaleńcze przerzucanie kamieni i belek nie przyniosło żadnego efektu, poza poszarpaną skórą dłoni i pasemkami krwi płynącymi po nadgarstkach. - Nikt żywy nie ostał się we wsi! Nikt ... Nikt ... nikt ... Na ścianie domostwa naczelnika nadal widniał młot bojowy, cudownie pobłyskując swym grafitowym pięknem. Nie wiadomo dlaczego zbóje go nie zabrali. Być może nie przedstawiał on dla nich większej wartości nad diamenty i złoto, którymi wypychali oni swe kieszenie. Zawisł na kamieniu, jakby nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo śmiertelna może okazać się jego głownia. Nie sięgnięty podczas zagrożenia ukazywal smutną prawdę nierównego pojedynku, który okazał się rzezią a nie bitwą... Straszne piętno warhammera zawisło nad głową krasnoluda, językiem swoim sprowadzającego nieszczęscia. Wiele miesięcy trwało zanim K'rgak zdołał wypełnić przysięgę, jaką złożył nad grobami bliskich. Złowieszczy świst i głuchy łoskot upadającego na czaszki morderców młota wypełniły teraz życie wojownika. Jedne po drugim. Kolejny i kolejny i kolejny, upadali twarzą, lub jej resztami, w piach u stóp krasnoluda. Mały palec u ręki wygotowany w specjalnym wywarze i wrzucony do bezdennej czeluści sakwy pozyskiwany był z każdego winnego mordu. W końcu znalazło się ich tam dwadzieścia cztery i czekały na ostatni, ale najbardziej pożądany palec Eryka Sterna. K'rgak znalazł go w trakcie beztroskiej zabawy w jednej z karczm tileańskich. Szafował on złotem zrabowanym podczas tej pamiętnej nocy i bawił się w najlepsze, nieświadomy czychającego niebezpieczeństwa. Dotarły do niego niepokojące głosy, że mściwy kurdupel morduje jego byłych towarzyszy. Nie sprawiło to na nim jednak dużego wrażenia, gdyż uważany był on za jednego z najlepszych fechtmistrzów na południowych wybrzeżach. A poza tym dwóch wiernych ochroniaży stało zawsze za jego plecami niczym spiżowe posągi. Rozgarniali oni tłum przed swym pracodawcą z siłą trolla, a ich potężne sylwetki mocno rysowały się na tle potencjalnych napastników. Niewiele pamiętam z tamtego wieczoru, gdyż bawiłem się właśnie w najlepsze, przepijając i przegrywając w kości kolejny majątek ziemski mojego ojca. Jak zwykle nie miałem szczęścia do udanych rzutów, ale beztrosko przyglądałem się jak pieniądze rodziny idą do kieszeni przeciętnych złodziejaszków. Dzień jak co dzień ... Łoskot przewracanego stołu i głośny krzyk zwróciły moją uwagę w stronę potencjalnej rozrywki. Jakiś niski jegomość zaczął wymachiwać buławą i ze wściekłością natarł na jakiegoś faceta w bogatych szatach. No, nareszcie coś się dzieje - pomyślałem. Ostatnia bitka w karczmie u Rosie była dobre dwa dni temu, a i tak była ona nędzna, bo przyniosła tylko dwa trupa, kilka złamanych nosów i żeber. Nie spodziewałem się, że niziołek może tak dzielnie walczyć, ale nie miałem okazji się temu bliżej przyjżeć, bo juz ruszył kocioł ogólnej bijatyki barowej. Ach, jak ja to kocham ... Walka nie trwała więcej jak pięć minut, ale kiedy już ustała, zauważyłem, że drzwi od karczmy są wyłamane, a na dziedzińcu toczy się zażarty bój. Chętnie uczestniczę w tego rodzaju bitkach, więc chwyciwszy mój rapier, mą ukochaną Eveline, wytoczyłem się za nimi. Krasnolud, tak teraz to zauważyłem, rozwalił już łeb jakiemuś dużemu facetowi, pewnie ochroniarzowi i teraz to zasłaniając się tarczą, to nacierając nadziakiem, walczył z drugim z nich, podczas gdy za jego plecami chował się facet w szatkach. Stałem tak i przyglądałem się, bo nie wyglądało na to, aby szanse nie były wyrównane, kiedy zauważyłem, że bogacz wziął nogi za pas. Niski wojownik zamiast dokończyć walkę z ochroniarzem puścił się w pościg za tym drugim. Rosły facet oniemiał wpierw, ale jak tylko doszedł do porozumienia z własnymi myślami rzucił się w pogoń za karłem. Tego już było za wiele. Ruszyłem za nimi, lekko skołatany winem Rosie, podpierając się ściany zajazdu. Na polanie bogacz stanął i zaczął gwizdać na palcach. Karsnolud zbliżył się niebezpiecznie do niego, pozostawiając ochronę daleko z tyłu, gdy z lasu zaczęły się wychylać uzbrojone sylwetki ludzkie. Nizioł widząc to, natychmiast podbiegł do drzewa, oparł się o nie rękami i wydając głośny okrzyk szykował się do ostatniej walki. Rzuciłem się natychmiast do drzewa, po drodze tnąc ochroniarza przez szyję, także zniszczyl mi moje piekne trykoty i opierając się o nie z drugiej strony, nie zauważony przez krasnoluda, chwyciwszy rapier w jedną i lewak w drugą rękę odpierałem już ataki napastników. Potężne razy głowni młota i delikatny świst Eveline przerywane jękami rannych i konających oraz głośnym tętnieniem ciosów przyjmowanych na tarczę, zdawały się tworzyć serenadę do księżyca. On właśnie napełniał nasze serca otuchą i nadzieją, gdy rwąc i tnąc staliśmy ramię w ramię. Nie trwało to długo, może kilka minut, ale jak już odzyskałem wzrok i mogłem ocenić sytuację, moim oczom ukazał się obraz martwych lub też rannych, cicho jęczących mężczyzn otaczających kołem drzewo, po którego konarach ciekła krew niczym żywica. Lekko ranny w rękę i pierś rozglądałem się z przerażeniem i zachwytem dokoła. Za moimi plecami ciężko dyszał ranny w głowę krasnolud, który niemal natychmiast stracił przytomność, do końca nie wypusciwszy młota i tarczy z dłoni... Pielęgnowałem go przez dwa długie dni walki o życie. Rosie za hojną opłatą dostarczała nam medykamentów, które nie pomagały mu odzyskać świadomości, ale przynajmniej powstrzymały krwotok z czaszki. To były ciężkie chwile ... - archh !!! - tymi słowami K'rgak Grimlock powitał ponowne życie - Gdzie jest Eryk Stern ? To mówiąc podniósł się na łokciach, ale nadal słaby szybko zrezygnował z tego zamiaru. Jakże nieporadnie wyglądał teraz ten, jakmiałem okazję się przekonać, potężny wojownik przykuty przez niemoc do łóżka. On, który nigdy nie zaznał zapachu białej pościeli ani nie leżał w miękkich pieleszach, teraz się wyraźnie męczył i czuł nieswojo. W przeciągu tygodnia jego powrotu do sił starałem się z nim zaprzyjaźnić, ale jego krótkie zdania w stylu "nie twoja sprawa", szybko hamowały moje zapędy ku zaznajomieniu się z jego losami i pozyskaniu potencjalnego przyjaciela, który może być nad wyraz pożyteczny. Taka to już nasza szlachecka przyjaźń...he, he, he .. Pewnego ranka, gdy wszedłem do pokoju znalazłem tylko pustą pościel i zmięty kawałek papieru, nz którym zamazanym pismem widniało słowo "dziękuję" ... Minęło już wiele lat od tamtego spotkania. Wtedy byłem niedoświadczonym młokosem, podczas gdy teraz mam już przeszło trzydzieści pięć wiosen i wiele perypetii przeszło przez moje życie... ale mniejsza o mnie... Niedaleko Altdorfu, gdzie przyjechałem na czele moich najemników w poszukiwaniu kolejnej przygody i zarobku, rozbiliśmy swój obóz. Namiot na namiocie, otoczony ściśle posterunkami straży. Spory, bo skupiający ok. czterdziestu żołnierzy znających swój fach i będązych w nich cholernie dobrymi. Wiele bitew razem przeszliśmy i wiele przygód, które wszystkie opisuje w moich pamiętnikach... Mrok już kładł się na polanie, gdy do mego namiotu wszedł strażnik i poinfomował mnie o krasnoludzie, który chce mnie widzieć. Zawsze miałem sentyment dla niziołków i uważałem ich za mistrzów wojny, chętnie więc zgodziłem się na tą wizytę, zachowując oczywiście wszystkie środki bezpieczeństwa. Przez wiele lat naszej tułaczki narobiliśmy sobie wielu przyjaciół ale także i wrogów, których właśnie musimy się wystrzegać. Tak więc nóż pod poduszką, wszędzie ukryte ostrza i magiczne przedmioty strzegą nas przed złym. Krasnolud po wejściu do namiotu rozejrzał się wokoło, głośno chrumknął i zamaszystym ruchem zdjął kaptur. Jego długie, brudne włosy zalewały mu twarz potokiem małych posklejanych kosmyków, które miał w zwyczaju zdmuchiwać sobie z nosa. Potężna sylwetka rysowała się pod ciemnoniebieską skórznią pełną mniejszych i większych kieszonek, z których wyglądały ciekawe łebki butelek i korzeni. Pas, również naszpikowany schowkami podtrzymywał z lewej strony wielką sakwę, a z prawej lśniący w świetle świec młot bojowy. To on właśnie zwrócił moją uwagę. Jak przez mgłę przypominałem sobie głuchy plask wydawany przez tego typu broń. Nie mogłem jednak zlokalizować ani miejsca w przestrzeni ani też w czasie, kiedy tego doświadczyłem.
- Pamiętasz mnie jeszcze ? - słowami przerwał stagnację Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Pozostawił po sobie tylko silny zapach tajemnych mikstur i potu. I nic więcej. Tylko to ... Ależ to był on, błysk świadomości zakłucił myśli, silny wojownik z młotem bojowym sto lat temu w karczmie u Rosie. Ranny, nieświadomy i zmęczony ... Wybiegłem w mrok za nim. Poruszał się na tyle szybko, że dogoniłem go dopiero przy trzeciej straży. Z dumą zauważałem, jak żołnierze widząc mnie prężyli się do salutu.. - Stój, czekaj - krzyczałem Zatrzymał się, odwrócił na pięcie i z lekkim uśmiechem oczekiwał na mnie... Sylwetka jego promieniała dziwnym blaskiem w świetle wstającego księżyca Długośmy rozmawiali. Okazało się, że zemsty dokonał i po roku pościgu, w końcu wbił na pal Eryka Sterna, a jego palec wraz z całą ich sakwą zakopał w zniszczonej osadzie. Błąkał sie długo bez celu, aż trafił na jakieś posiedzenia ciemnych mocy, o których nie chciał mówić. Wywarły one na nim swoje piętno i odkryły przed nim nowe powołanie - alchemię. Przez dziesięć lat uczył się on tej tajemnej sztuki od bezimiennych mistrzów i chłonął wiedzę z zapałem młodego dziecka. Wyuczył sie on na niezrównanego sztukmistrza i został odesłany z powrotem do materialnego świata, gdzie miał szerzyć imię jakiegoś nieznanego boga, o którym mówił J'KEDOR. Chodzi więc po wsiach i miastach głosząc sławę bożą i udowadniając ją działaniem mikstur, lecz wszędzie spotykał się z niezrozumieniem i otwartą wrogością. To, że jeszcze żyje zawdzięcza tylko potężnej magii jaką włada. Od tego czasu staliśmy się nierozłączni. Ja przewodziłem oddziałowi najemników, który teraz, przy wsparciu potężnego alchemika, stał się niezwyciężony. Przeżyliśmy wspólnie wiele wspaniałych przygód i bitew. Jeździliśmy po całym świecie, który stał przed nami otworem. Ta wojenna sielanka trwała około dwóch lat. Aż do tamtej nieszczęśliwej nocy. Podjęliśmy się właśnie misji oczyszczenia ruin zamku w okolicach Marienburga z żyjących tam orków. Żałosne istoty nie miały jakichkolwiek szans ze świetnie działającą machiną wojenną, jaką byliśmy. W przeciągu dwóch godzin wybiliśmy pięćdziesięciu orków mając minimalne straty, które nasz krasnolud automatycznie usuwał magicznymi miksturami. A miały one wielką siłę. Na własne oczy widziałem, jak ręka odcięta od tułowia do niego przyłożona i polana cieczą zrastała się z nim. Już nie wspominam o tych przerażających flakonikach z czarną śmiercią, która rzucona we wroga zmiatała go z powierzchni ziemi z siłą oddechu smoka. Nocleg zarządziłem w zamku. Na dziedzińcu rozbiliśmy namioty i rozstawiliśmy straże. K'rgak jak zwykle zniknął w poszukiwaniu tajemnych artefaktów i ksiąg. Działo się tak zawsze, gdy tylko zaglądaliśmy do jakiejś wierzy, czy też zamku. Nie zdziwiła mnie więc absencja Grimlocka w swoim namiocie. Światła ognisk dawno już pogasły a w nocnej ciszy słychać było tylko ciche nawoływania strażników i pohukiwania nocnych ptaków. Tylko w małym okienku na szczycie zamkowej wierzy tliło się małe światełko, w obliczu którego krasnolud pogrążał się w magicznej księdze, znalezionej tylko mu znanymi sposobami za zamurowanym przejściem. Nie wiem i nigdy się nie dowiem co się wtedy stało. Usłyszałem tylko ryk koni i przerażone krzyki zbrojnych straży. Potem niebo zwaliło nam się na głowę ... Nic więcej nie pamiętam ... Odzyskawszy przytomność i wygrzebawszy się spod zawalonego namiotu moim oczom ukazał się przerażający widok. Pod zachodnią bramą, gdzie swoje posłania miał cały oddział pozostała tylko dziura w ziemi szeroka ma sześćdziesiąt kroków i głęboka na dwóch mężów. Wszędzie walały się szczątki obozu, zakrwawione i potwornie powykrzywiane. Na kamieniu, nad lejem, siedział z twarzą w rękach Randalf zwany Mężnym, który feralnej nocy stał na straży na wschodnich murach zamku. Nie był w stanie się poruszyć, tylko mamrotał - zjawa... olbrzymi potwór... wszyscy zginęli... zjawa. Umarł w dwa dni potem na skutek doznanego szoku. Krasnoluda znalazłem nachylonego nad mroczną księgą w pokoju, w którym go zostawiłem ostatniej nocy. Jedna ze ścian została skruszona i teraz ziała dziurą wielkości wozu z parą koni. Wzrok miał w rozsypce i nie mogłem wydusić z nie go ani słowa. Powtarzał tylko : - tik... tik... hehe ... tik ... tik ... Szaleństwo opętało jego umysł mimo, iż zachował swoją magię. Stał się bardzo niebezpieczny, gdy w przejawie swego dawnego geniuszu mieszał swe eliksiry niebezpiecznie je miksując, co powodowało różne potworności. Czasami także wyowiadał pomieszane teksty kilku zaklęć, czego wyniki kilkakrotnie stawiały nasze życia na szali fortuny. Straciłem cały swój oddział. Opieka roztoczona nad krasnoludem jest na tyle uciążliwa, że trudno jest mi kompletować go od początku. Błąkamy się tak po świecie, żyjąc z opowieści i jego mikstur narażając się na ciągłe niebezpieczeństwa. W ich obliczu jednak K'rgak Grimlock zmienia się nie do poznania i staje się bardzo skutecznym magiem siejącym popłoch i spustoszenie, ale kiedy nie działa w nim adrenalina, to znów jest dziecięcym krasnoludem powtarzającym ciągle: - tik... tik... hehe ... tik ... tik ... Jeśli spotkacie więc na drodze swojej, Podróżnicy, człowieka o szlachetnych rysach i krasnoluda obwieszonego buteleczkami i skaczącego dokoła swego opiekuna, to odejdźcie w pokoju i nnie szydźcie z nich. A już w żadnym razie nie starjcie się ich zaczepiać, bo poczujecie, Śmiałkowie, zimną stal rapieru człowieka i groźny podmuch ognia krasnoluda. Odejdźcie i bądźcie pozdrowieni... Sekstus Kasenus - książę tileański |