Spis treści


Piotr Schmidtke (16)

Duch Jastrzębia

"Co ja tu robię, do cholery?" - pomyślał Reiter Angriff, rozglądając się nieprzytomnie, zupełnie jakby obudził się z długiego snu. Po jego lewej stronie gotował się do szarży regiment ciężkiej konnicy. Ich długie lance opierały się na specjalnych podpórkach, a ciężkie, dwuręczne miecze spoczywały w pochwach u siodeł.Po prawej, oddział konnych łuczników przygotowywał się do pierwszej salwy. Członkowie tej elitarnej jednostki posiedli unikalną zdolność kontrolowania koni bez użycia uzdy. Okoń, wierzchowiec Reitera, parsknął. Asasyn położył Jastrzębia w poprzek siodła, po czym poklepał wierzchowca po szyi.

- Spokojnie, koniku. Wiem, że się denerwujesz. Ja też. I mogę cię zapewnić, że mojej decyzji dziwię się nie mniej, niż ty.

"Chociaż," pomyślał "za sumę, jaką mi zaoferowano, wyruszyłbym samotnie do walki ze smokiem." Przypomniał sobie, jak to się zaczęło. Siedział w karczmie panował okropny zaduch. Asasyn czuł się tu bardzo nieswojo. Nerwowo poprawił rękawice.

- No więc jak, Reiter, zdecydowałeś się? - zapytał go żołnierz w pełnej zbroi płytowej, na którego piersi pysznił się wilk na tle księżyca - godło Noibli.

- Za dwa tysiące denarów? Za taką sumę na pewno. Połowa z góry.

Pękata sakiewka przefrunęła nad stołem. Asasyn schwycił ją zgrabnie. Zabójca wysypał zawartość na stół, po czym dokładnie przeliczył monety. Usatysfakcjonowany wynikiem zgarnął pieniądze do sakiewki, przytroczył ją do pasa, po czym ruszył do sklepu. Do wojny musiał się dokładnie przygotować. Do zbroi dokupił naramienniki były pokryte siecią rys, pęknięć i plamami krwi. Reiter potarł jeden z nich, oczyszczając herb Noibli - stylizowaną głowę wilka na białym tle. Asasyn uniósł Jastrzębia w powietrze. Skrzek ptaka zabrzmiał czysto i donośnie. Nagle zrobiło się bardzo cicho. W sekundę później zachrzęściły zbroje i zadudniły kopyta. Kawaleria ruszyła do szarży. Reiter kopnął boki konia.

Jak zwykle podążał nieco z tyłu, więc gdy armie zderzyły się, zabójca zeskoczył z konia, po czym klepnął zwierzę w zad, wysyłając z powrotem do obozu. Sam zacisnął ręce na rękojeści Jastrzębia, po czym wbił się w tłum, metodycznie rąbiąc magicznym mieczem. To była prosta walka - wystarczyło machać mieczem przed sobą, a magia oręża załatwiała resztę. Asasyn parł do przodu niczym banshee - duch śmierci. Nikt nie był w stanie uniknąć zaklętego ostrza. Jeden z Naldneergów, władający olbrzymim młotem bojowym, nie dał się tak łatwo pokonać. Zwinnie uniknął pierwszego cięcia, po czym wyprowadził własny cios. Reiter zasłonił się Jastrzębiem, lecz siła ciosu była tak wielka, że miecz wypadł mu z rąk. Wojownik zamachnął się do następnego ciosu, lecz Reiter już działał. Potężny kopniak w krocze zaklętym butem wgniótł stalową płytę chroniącą najważniejsza część ciała każdego wojownika. Wielkolud padł jak student po pierwszym łyku krasnoludzkiej gorzałki. Reiter podniósł miecz, podciął gardło leżącego, po czym ruszył do dalszej walki.

Kolejnego przeciwnika przeciął na pół, przebijając rozpaczliwą zastawę. Padające ciało odsłoniło asasynowi widok na oszczepnika, który właśnie rzucił swoją bronią. Zabójca nie miał czasu na uniknięcie ciosu. Krótki oszczep przebił na wylot jego lewe ramię. Reiter zawył z bólu i skoczył na oszczepnika, dziko wywijając mieczem. Niski wojownik nie stracił zimnej krwi i cisnął następny oszczep. Ostrze wbiło się w naramiennik asasyna. Ten wylądował, ciął, pozbawiając oszczepnika głowy, po czym upadł na ziemię. Trucizna zaczynała działać. Zabójca wyrwał oba oszczepy ze swego ciała, po czym sięgnął do płaskiej torebki u pasa i wydobył z niej mała fiolkę, wypełnioną zielonym płynem. Przysunął ją sobie do ust, wyrwał zębami korek, po czym wlał piekący płyn do gardła.

Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze.
"Za późno..." pomyślał.
Potem odpłynął w czerń.

***

O cuciło go uderzenie w ramię. Lewe ramię. Białe światło eksplodowało mu w oczach. Z wielkim wysiłkiem otworzył je, po czym spojrzał na swoją rękę. Ujrzał drapieżnego ptaka, który właśnie szykował się do posiłku. A on, Reiter Angriff, miał być głównym daniem. Asasyn zaczął desperacko macać ziemię w poszukiwaniu jakiejś broni. Jego palce zacisnęły się na rękojeści miecza. Skrzek jastrzębia wzbił się wysoko w powietrze. Drapieżnik pokonał padlinożercę. Zabójca wstał, ciężko opierając się na mieczu. Chwiejąc się na nogach, ruszył w kierunku...
Nie wiedział, w jakim. Ba, nie wiedział nawet, kto wygrał bitwę.Nagle dobiegły go okrzyki. Było ich trzech. Reiter z wysiłkiem, który niemal wycisnął mu łzy z oczu, uniósł Jastrzębia. Jeźdźcy ruszyli w jego kierunku. Zanim zemdlał, ujrzał jeszcze tylko biały sztandar falujący na wietrze. Ze sztandaru spoglądał na niego wilk.

***

-Aaaargh!!!
- Spokojnie, już kończę...
- Kończ, ty zafajdany konowale, kończ, bo inaczej to ja z tobą skończę!

Reiter leżał na stole, przykrytym tkaniną, niegdyś zapewne białą. Asasyn był nagi od pasa w górę. Jego wspaniale umięśniony tors błyszczał od potu. Nad jego lewą ręką pochylał się siwowłosy staruszek, dziarsko wywijający zakrzywioną igłą. Gdy skończył, na zaczerwienionej, spuchniętej ręce wojownika czerniły się szwy. Cyrulik wziął przesiąknięty leczniczą maścią bandaż, którym owinął rękę asasyna.

Wyczerpany operacją zabójca zasnął niemal natychmiast.

***

Lewa ręka była zabandażowana, lecz Reiter był osłabiony od trucizny i nie miał sił na władanie Jastrzębiem jedną ręką. Po raz pierwszy od ponad pięciu lat zmuszony był dobyć swego starego, jednoręcznego miecza. Podrzucał sobie broń w dłoni, chcąc przypomnieć ciału znajomy ciężar. Pierwsza bitwa, jaką stoczył po otrzymaniu rany, głęboko zapadła mu w pamięć.

Noiblińczycy mieli przewagę. Ponad cztery tysiące wyborowego żołnierza miało stawić czoła niespełna dwóm tysiącom Naldneergów. Noiblińczycy byli pewni zwycięstwa. I, jak to zwykle bywa, pomylili się.

Ziemia pod kopytami szarżujących koni zmiękła nagle, zamieniając się w rzadkie błoto, w którym wierzchowce natychmiast pogrążyły się po brzuchy. Sekundę później ziemia stwardniała na powrót, unieruchamiając zwierzęta. Żołdacy niemrawo zaczęli wygrzebywać się z siodeł.

Naldneergowie ruszyli do ataku. Noiblińczycy przywitali ich gradem strzał, lecz pociski spadały na ziemię kilka metrów przed atakującymi, nie czyniąc im żadnej krzywdy. No, chyba że ktoś nadepnął na grot. Reiter nie dał się złapać w pułapkę. Wiedział, że musi zabić wrogiego maga. Popędził więc konia w kierunku niewielkiego wzgórza, na którym stała jakaś postać. Kilku wojowników rzuciło się, aby go powstrzymać. Kilka ciał upadło na ziemię. Wtedy zastąpił mu drogę kolejny przeciwnik. Koń nieprzyjaciela był odziany w czarną zbroję, tak samo jak jeździec. Na jego piersi połyskiwała srebrna spinka, przytrzymująca czarny płaszcz. U boku srebrzyła się rękojeść krótkiego miecza.Całość wyglądała jak model z najnowszej, letniej kolekcji Karla Largerfielda, popularnego projektanta zbroi ceremonialnych. Reiter zwinął się ze śmiechu, niemal spadając z siodła.

Czarnozbrojny rycerz uniósł wielki, dwuręczny miecz o zębatym, przypominającym piłę, ostrzu i ruszył na chichoczącego asasyna. Zabójca zeskoczył z konia i dobył miecza. Gdy galopujący na niego rycerz był tuż przed nim, Reiter skoczył w bok, natychmiast wybił się i przeleciał pod koniem, przy okazji tnąc go w brzuch. Rumak stanął dęba, a dosiadający go rycerz wypuścił miecz i zamachał rękami, usiłując utrzymać równowagę. Asasyn odbił się ponownie i skoczył, w locie łapiąc płaszcz rycerza, za który szarpnął, gdy tylko wylądował. Wojownik z hukiem upadł na ziemię. Asasyn doskoczył do niego i wzniósł broń do ciosu. Miecz zabłysnął w promieniach słońca. Noga w czarnym pancerzu nie zabłysnęła - poruszała się zbyt szybko. Reiter przeleciał w powietrzu kilka metrów, po czym ciężko grzmotnął o ziemię. Zwymiotował. Otrząsnął się jednak na czas, by stawić czoła ciężkozbrojnemu przeciwnikowi. Krótki miecz rycerza zamigotał w kilku cięciach, jednak asasyn zablokował każde z nich. Nagle lewą ręką dobył sztyletu i wbił go w bok czarnozbrojnego wojownika.

Trafiony zgiął się w pół. Z otworów wentylacyjnych hełmu pociekły żółto-czerwone wymiociny. Zabójca wyszarpnął sztylet i zamierzył się mieczem. Nagle ranny dosłownie zapadł się pod ziemię. Przez szybko zasklepiającą się szczelinę w ziemi asasyn dojrzał ciemny tunel.

Nie zastanawiając się wiele, Reiter wskoczył na konia i pognał w kierunku wzgórza. Gdy jego wierzchowiec był już tylko o kilka metrów od wzniesienia, z ziemi wytrysnęły ostre skały. Zabójca błyskawicznie wyrzucił nogi ze strzemion i wybił z siodła, przelatując nad kamiennymi kolcami. W powietrzu świsnął kamień. Asasyn uchylił się, po czym ruszył pod górę. Jego miecz rozpoczął migotliwy taniec. Lecące w jego stronę kamienie odbijały się od klingi, która zdawała się być w kilku miejscach jednocześnie. Nagle jeden, szczególnie duży pocisk uderzył w broń zabójcy, wytrącając mu ją z rąk. W ręku maga pojawił się kamienny oszczep, którym cisnął w Reitera. Skrzek jastrzębia wzniósł się ponad pole bitwy. Rozcięty na dwie połówki pocisk spadł na ziemię. Czarodziej uśmiechnął się. Z ziemi u jego stóp wystrzeliła kamienna laska. Zabójca zakręcił mieczem w powietrzu. Starli się na szczycie wzgórza. Asasyn ciął z góry. Mag zasłonił się laską. Jastrząb odbił się od zasłony. Reiter znieruchomiał ze zdziwienia. Ocknął się na ziemi. Palce lewej ręki, którą zasłonił się przed pierwszym ciosem, były strzaskane. Miał połamaną większość żeber, a także zmiażdżoną kostkę. Przed następnym ciosem maga zasłonił się mieczem, którego czubek oparł o ziemię.

Jastrząb zaskrzeczał. Błękitny ptak wzbił się w powietrze, pozostawiając pod sobą strzaskany miecz i jego załamanego właściciela. Reiter patrzył na to, co zostało z jego miecza. Łzy napłynęły mu do oczu. Czarodziej zaśmiał się zwycięsko i wzniósł laskę do następnego ciosu. Asasyn zareagował błyskawicznie. Szarpnął za ukrytą w rękawie pętlę, zwalniając sprężynę. Z rękawa zabójcy wysunęło się wąskie ostrze. Reiter pchnął nim, wbijając je w podbrzusze maga. Pałka wysunęła się ze zmartwiałych palców, a czarodziej padł na ziemię, zwijając się z bólu. Asasyn wzniósł rękę i wbił ostrze w ciało rannego. Ręka zabójcy wznosiła się i opadała, za ostrzem ciągnęła się struga krwi. Reiter uderzał w ciało maga raz za razem, aż w końcu zemdlał, osłabiony ranami.

***

Duch jastrzębia patrzył na to wszystko z bardzo wysoka. Nawet gdyby chciał, nie mógłby wrócić do swego dotychczasowego pana. A wcale nie chciał. Jego więzienie było strzaskane, a on - nareszcie wolny. Eteryczny ptak rozłożył skrzydła i poszybował w kierunku zachodzącego słońca. Kilka sekund później nie zostało po nim nawet drżenie powietrza.

Na górę strony











Serwisy Partnerskie:
| agencja interaktywna | dzwonki | pokoje rewal | wózki widłowe | reklama | pozycjonowanie | domy jednorodzinne | wyszukiwarki |
| hosting | dodaj stronę | rpg | tłumaczenia | volvo | bramy garażowe | wymiana linków | ślub | firmy | katalogi stron | sztaplarki | szczecin |