Spis treści


Anchel (24)

Nocna opowieść

Stoję samotny na szarym w kamieniu występie,
Krwawe łzy, na pobladłych licach mej twarzy...

Milcząca otchłań pode mną,
Kipiel straszliwa wyobraźni i marzeń
Łaskawą dłonią tłustej piany kiwa
Woła mnie przyzywa...

Mroczny ocean umysłu,
Rozpacz niegodziwa...

Mam że pozwolić by ta ręka jej przeklęta
Na sercu mym spoczęła?
Mam zatem przyjąć słodko wonne usta
Kochanki mej jedynej
I wargi swe zrosić gorzkim pocałunkiem śmierci?

Śmierć. Bardzo mi bliska już od dziecka. Być może, lub raczej na pewno, to dzięki niej i jej działaniom odnalazłem siebie.

Miałem 8 lat gdy zmarła moja młodsza siostra. Śmierć przyszła po nią szybko i gwałtownie i cicho, bardzo cicho. Nie było płaczu, nie było bólu. Byłem dzieckiem, nie rozumiałem tego, nie rozumiałem tego, że tak bliska mi osoba, jedyna z którą potrafiłem się porozumieć, po mojemu, po dziecięcemu, zrozumiała i tak jasna, mogła przestać istnieć. Odeszła bez pożegnania, zostawiając mnie samotnego w dziwnym, nie zrozumiałym świecie dorosłych. Powiedzieli mi, że jest szczęśliwa, tam gdzie się dostała, tam w pięknym miejscu, wysoko. Kłamstwa dorosłych, opowiadane nieświadomemu dziecku, Jak mogło tak być, skoro poszła tam sama, nie mając nikogo, nie mając mnie. Nie wierzyłem i w tej niewierze przyszły do mnie sny a być może senna jawa, moje mroczne spotkania. Przyszła do mnie, przychodziła często stając koło mego łóżka, pośród ciemności dziecięcego pokoju, milcząca i smutna, samotna. W jej oczach dostrzegałem niemą prośbę, niewysłowione pragnienie. Nie umiałem jej pomóc, nie wiedziałem jak. Wraz z nią przyszedł ból, ból i świadomość mej bezsilności Moja strata stała się wyraźna, moja znikomość stała się zrozumiała i dotkliwa, a wraz ze zrozumieniem , nadszedł niepokój dziecka, osamotnionego pośród kłamstw dorosłych, tych, którzy nie mogli, lub nie chcieli go zrozumieć.

Dojrzewałem. W pamięci, siostra jawiła mi się jedynie jako mała postać na zdjęciu w kolorze ciemnej sepii. Zapomniałem, lecz niepokój pozostał, głęboko zakorzeniony w mej duszy. Jak opisać strach i lęk, którego nikt nie chce i nie stara się zrozumieć, jak wyrazić, jeśli nie rysunkiem, obrazem, początkowo bezładnym, lecz już tak pełnym osobistej ekspresji.

Możecie to nazwać talentem, darem bożym, ja nazwałem to moją ucieczką od koszmarów wątpliwości. Uciekłem. W siebie i od ludzi, którzy wiele lat temu stali mi się obcy, od rodziców, zatraciłem się w sztuce, w jej zgiełku i rozgardiaszu, w dziełach ludzi o duszach tak zagubionych jak moja. Zatraciłem się w uliczkach Paryża, w duszy miasta sztuk i kloszardów, których dzieła często piękniejsze były niż Luwr. Życie bez problemów, bez przeszłości i przyszłości, wypełnione Apokalipsą według Dürera, gdy duch krąży pośród wykręconych pejzaży Bruegela, jego świata na pół istot, na pół przedmiotów, kształtów zamkniętych w sobie, obcych sobie nawzajem, stworów z pogranicza człowieczeństwa: kalek, ślepców, ludzi pozbawionych wyrazu, odwróconych plecami, z zakrytą twarzą, szaleńców i nieżywych, gdy "jeden dzień gna drugi, świat idzie za swym sensem, a rzeczy wszystkie krążą po orbicie kolistej jak słońce; nic trwałego i stałego na ziemi". Upadałem niekiedy jak Ikar, który zbyt blisko słońca, spadał w bezdenne czeluście piekieł Boscha, by jaźń zatruć obrazami cudzej twórczości, obcej a tak bliskiej mi przecież. Tam kwitły kwiaty zła Baudelaira, nocne opowieści cudzych lęków i demony Goyi. "Sen rozumu płodzi potwory, gdy rozum zapada w sen, wyobraźnia tworzy demony. Wyobraźnia opuszczona przez rozum płodzi potwory, połączona z rozumem, jest macierzą sztuk i źródłem ich wspaniałości". Lecz po co mi był rozum, gdy sypiałem na opuszczonych strychach , wypełnionych oparami opium i śmiechem przyjaciół, upojony ich bliskością, po prostu żyłem, nie bacząc, że stoję z boku, oddzielany przez ścianę własnych lęków, udając i nie przyznając się przed samym sobą, że nie mogę być jak oni. Ale byłem z nimi, tworząc ich dzieło, stając się częścią ich twórczości, tak jak oni stawali się częścią mojej. Byłem w wierszach Rimbauda, smutnego chłopaka o ciemnych oczach, których cień mógł rozjaśnić tylko uśmiech Verlaina . Byłem w nich wszystkich i z nimi. Zdeformowany przez Matissa w jego prywatnym czyśćcu fowizmu, upojony jego niepokojem i pijany tanim winem, ambrozją paryskich poddaszy.

Zbyt daleko oddaliłem się od siebie. Uciekłem by przebudzić się pewnego dnia, wstrząsany drgawkami bólu i samotności. Odszedłem i nie miałem po co wracać. Nie wiem jak odnaleźli mnie rodzice, być może powiadomił ich ktoś ze znajomych.

Zawieźli mnie do Saint-remy. Schroniska dla niedostosowanych artystów, lecznicy pokręconych dusz i dantejskiego piekła spokoju. Nie wiem czy mnie wyleczyli, wiem jedynie, że poznałem tam tego niepozornego człowieka. Zniszczonego lękiem jak ja. Obserwowałem i uczyłem się jak powierzać białej przestrzeni płótna swe skrywane lęki. On czegoś szukał, przed czymś uciekał a ja znalazłem jego. Potrzebowałem mistrza, więc obserwowałem jego milczącą, dramatyczną walkę z samym sobą. Zaprzyjaźniliśmy się, milcząco, powiązani celem i chorobą. Poszukiwał swego ideału, swej filozofii strachu, artystycznego spełnienia. W swej twórczości szukał prawdy, swojej i absolutnej. Deformował obraz świata by wydobyć jego cel i sens, przepuszczony przez pryzmat swego strachu. Oddziaływanie jego twórczości było funkcją wpisaną w jego obrazy, obrazem jego niepokoju i napięć życia psychicznego. Żył jak jego malarstwo, stale na pograniczu normalności i szaleństwa. Obserwowałem go jak pogrążał się w naporze nękających go lęków i szału. Zwierzał mi się. Jego szaleństwo przybrało materialną postać, lęk ucieleśnił się, przybrał postać mrocznego cienia, który nocami wpatrywał się w niego gorejącymi oczami, niosąc nowa porcję niepokoju. Czym był, kim był, nie wiedział. Ja wiedziałem. Mroczną iluminacją jego zmęczonego umysłu. Nie wierzyłem w jego realność, a potem pojechaliśmy do Aures-sur-oise. Początek lata roku 1890. Niezapomniany. Jego stan się pogarszał, twierdził, że ktoś ( na kształt cienia ), odciska w jego umyśle obrazy pełne mroku. Nie chciałem wierzyć zatem czy zabiła go moja niewiara? Lipiec 1890.Noc. Ogrom jej ciszy i strzał odbijający się echem w moim umyśle. Niewyraźne obrazy z pogranicza koszmaru. Ciemny pokój spowity mozaiką cieni. Moja sylwetka na tle niesymetrycznej, ciemnej plamy krwi mego przyjaciela. Krzyk żalu wzbierający w zaciśniętym spazmatycznie gardle, podkreślony ciężkim zapachem śmierci i mrokiem. Krzyk rozpaczy powoli przemieniany w jęk strachu, gdy ciemność przybiera materialny wymiar. Materializujący się z wolna, w nieskończoności ciemnego pomieszczenia, mrok o gorejących oczach i ciemność pełna żalu i wściekłości, brutalnie wdzierająca się do mego umysłu. Tu urodziłem się ponownie. Nad martwym ciałem Van Gogha. Umarły dla dnia - zrodzony dla nocy.

Jak dowiedziałem się później to nie ja byłem jego celem. Zostałem stworzony przez przypadek. Przez przypadek, lub może przeznaczenie nad grobem mego życia pojawił się mój stwórca, mój Ojciec w ciemności.

Nigdy nie wyznał mi swego imienia, nigdy nie poznałem jego twarzy, nawet gdy budziłem się do nowego istnienia, stał milcząco nade mną, ciemność w ludzkim, nadludzkim ciele. Żałował swego czynu, tak jak żałować mógł. Wtedy nie wiedziałem jaką karę poniesie za swój uczynek. Zabił mnie w napadzie niekontrolowanego szału więc co mógł ofiarować swej ofierze jeśli nie życie? Patrząc z perspektywy lat, nie znajduję żadnego wytłumaczenia postępowania mego Ojca, prócz umiłowania do sztuki i nieustającej miłości do niej. Czy to go tłumaczy ? Wystarczająco bym mu przebaczył. Ofiarował mi życie, ofiarował dar przebudzenia, możliwość kontynuowania przekleństwa mojej twórczości.

Poprowadził mnie w noc. Zapoznał z jej tajemnicami, zapachem, nieskończonością wieczornych polowań. Poznałem zapach krwi, niuanse wszystkich smaków świata w tym purpurowym płynie życia. Odnalazłem w niej ludzkie szczęścia, lęki i tragedie, pełne strachu i rozkoszy meandry wspomnień moich własnych przeżyć. Ojciec z Mroku. Nieznajomy a bliższy mi niż ktokolwiek. Mój nauczyciel odkrył przede mną niebezpieczeństwa Rodziny, własnej, odmienionej osobowości, mej osobistej Bestii i nim się spostrzegłem, odszedł bez słowa pożegnania, na powrót stając się jedynie duchem na pograniczu mej przebudzonej świadomości.

Czułem w sobie boską wręcz moc tworzenia i kształtowania, podatnej ludzkiej materii, nieskończoną moc kierowania przeznaczeniem twórczości. Swojej i artystów którym jawiłem się niczym Nemezis ciemności, jutrzenka ciasnych umysłów, rozszerzająca granice postrzegania, jako Idea natchnienia, ucieleśnienie ich lęków i strachu. Jakie granice mogły stanowić dla mnie przeszkodę, prócz zbyt wąskich bram ludzkiej świadomości. Rozpocząłem okres mych niespokojnych podróży po Europie, niepokojące podążanie do nieznanego celu, których przystankami i jednocześnie jedynymi etapami które pamiętam, były niespokojne, nieuporządkowane jak ich pracownie, mroczne umysły młodych artystów, do których to kształtowania ja uzurpowałem sobie prawo.

Nieledwie zapomniałem nazw państw i krain które odwiedziłem w mej pogoni za samym sobą, stając się jedynie duchem, mroczną inspiracją nocy. Hiszpania, Niemcy, Anglia, Włochy, moja ukochana Francja, to tylko puste nazwy, naczynia które ja napełniałem znaczeniem. Nocne cienie samotnych, lub pełnych ludzi pracowni, poddaszy i mansard, stały się moim domem a tłum stał się mym przyjacielem, w którym znalazłem bezpieczeństwo anonimowości, sam będąc jednocześnie cieniem inspiracji ludzi na których chciałem wpłynąć.

Dla Gaudiego stałem się niepokojem linii pustych korytarzy, sferycznym mrokiem szkielecich konstrukcji strzelistych katedr, krętą linią pokręconych fasad, ogrodów z sennych marzeń. Poznałem cierpki smak jego niezaspokojenia. Dla Carry odkryłem swój umysł w wieczornych rozmowach, by zasiać w nim ziarno jego własnych lęków. Pokierowałem krokami Picassa, wiodąc go poprzez okropności wojny do zbombardowanej Guerniki, by przesiąkł zapachem śmierci i cierpienie wraz z przelaną krwią, zlał w pokiereszowane kompozycje swych obrazów. Stałem się strachem Chirico , umacniając go w dążeniu do metafizycznej doskonałości i sycąc się jego lękiem przed umieraniem. Dla twórczości Mirro, objawiłem się jako ukłucie niepewności, zawsze poza zasięgiem zdefiniowania, zawsze na granicy zrozumienia, na pograniczu podświadomości lecz obecne w jego dziełach. Współtworzyłem sny Dalego, ingerując w jego wiecznie ewoluującą rzeczywistość, inspirując koszmar scenografii do "Psa andaluzyjskiego".

Przeszukiwałem Europę w poszukiwaniu mojego osobistego sensu istnienia. W tym celu przeszukiwałem ludzkie sny i niepokoje, jednocześnie stając się ich nieodłączną częścią. Nie posiadając swego życia, wypełniałem się wizjami cudzych lęków i niepokoi, okres ten wspominając jak mroczny, zwichrowany w swym znaczeniu sen. Byłem duchem swego własnego trwania. Jedno, jedyne zdarzenie nie pozwalało mi zaznać spokoju, nie mogłem wymazać go z pamięci. Często w swych poszukiwaniach odwiedzałem Niemcy. Tam w ciemnych uliczkach Drezna dopełniło się moje przeznaczenie. Przez jakiś czas związałem się z dużą grupą ekspresjonistów, Die Brücke. Chwile spędzone wśród tych młodych zapaleńców, były dla mnie przebudzeniem, odpoczynkiem od moich ciemnych "obowiązków", stawały się namiastką normalnego "życia", wypełnionego nocnymi dyskusjami o sztuce i dzikimi eskapadami pełnymi nieokiełznanego szaleństwa. Znów byłem uciekającym chłopakiem, pośród mrocznych, kwitnących wieczornym zgiełkiem ulic Paryża. Nagle, na jednym z naszych spotkań po północy, w knajpce, której nazwy nawet nie pamiętam, zobaczyłem Ją.

Weszła samotna a mój świat zamarł w oczekiwaniu na jej kroki. Gdy jej wzrok skierował się w kierunku naszego stolika, uśmiech rozpoznania zakwitł na jej ustach a moi przyjaciele ze zgiełkiem rzucili się by ją powitać, uciekłem. Uciekłem ponieważ w płomieniu jej spojrzenia, w całej wyniosłości olśniewającej sylwetki poznałem ją. Poznałem mą utraconą siostrę. Być może moje nagłe zniknięcie zaniepokoiło ich, lecz nie dbałem w tej chwili o nic. Znów byłem małym, przerażonym dzieckiem, w samotności wszechświata chłopięcego pokoju.

Dopiero gdy z czasem przychodziłem do siebie, starają się siłą woli powstrzymać narastające przerażenie, zdrowy rozsądek zaczynał brać górę (wyobraźcie sobie moje uczucia, człowieka który oszukał śmierć , wampira, który nie chce uwierzyć w zmartwychwstanie, doprawdy śmieszne). Jednak to nie była moja siostra. Mogłaby jedynie tak wyglądać, gdyby dożyła jej wieku i choć doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, nie mogłem zobojętnieć na burzę sprzecznych uczuć, które swymi przenikliwymi, niebieskimi oczami, jasną burzą włosów i pewnym krokiem, Kathe ( tak miała bowiem na imię ) wniosła w ciągłość mego istnienia. Nigdy nie odczuwałem takiego lęku, gdy ukryty wśród cieni jej malarskiej pracowni, patrzyłem jak śpi samotnie, niespokojnie przewracając się pośród sennych marzeń. Nie miałem odwagi się do niej zbliżyć, odezwać nawet. Czułem, że jej nie mogę oszukiwać, udawać przed nią. Podświadomie czułem, że wie o swym nocnym "przyjacielu", że widzi wśród mroku swego mieszkania, gorejące pożądaniem oczy. Chciałem by tak się stało, jednocześnie bojąc się tego, co mogło przynieść moje ujawnienie się.

Nękany rozterkami wybrałem tak bliskie mi przecież rozwiązanie, ponownie uciekłem, rzuciłem się w wir mego prywatnego piekła odmienności, znów wyruszyłem w milczącą pielgrzymkę po ogarniętej pożogą i szaleństwem wojen Europie. A te dla mnie nie istniały, jak nie istniały wszelkie granice, poza tymi które zbudowałem w swym umyśle ja sam. Syciłem się jedynie sztuką, którą właśnie wojny ukształtowały, tym nierozerwalnie związanym z nimi pokoleniem, pokoleniem ludzi pełnych cierpiącej ekspresji, bólu i twórczego dramatyzmu. To dzięki nim chciałem zapomnieć, zagoić jątrzącą się ranę na udręczonej duszy. Wracałem do Niemiec, do Niej, ilekroć nie mogłem dłużej znieść cierpienia mego "nie życia" we śnie, którym stała się moja, jakoby twórcza egzystencja. I odkryłem największy ból jaki zaznać mogłem, świadomość upływu czasu, powolnego umierania. Każde następne spotkanie z Kathe, każdy kolejny obraz starzejącej się Kathe, był następną otwartą raną, następnym dowodem bezsensowności reguł wszechświata, Boga czy nadrzędnego bytu rządzącego naszym losem. Czy możecie sobie wyobrazić rozmiar rozpaczy, gdy ukochana przez nieśmiertelnego osoba, powoli pogrąża się w odmęt starości, stając się jedynie podmiotem nieuchronności powolnego konania? Po raz drugi stałem się świadkiem śmierci bliskiej mi osoby. Tym razem mogłem temu zapobiec, mogłem dać jej wieczność u mego boku, uratować pamięć o mej siostrze, uratować Kathe a wraz z nimi własną, zagubioną wśród cieni niepewności duszę! Stanąłem przed Radą Rodziny by podzielić się z nimi ogromem mej miłości. Próbowałem nadać swoim słowom moc i żar targających mną uczuć, wyegzekwować od skomplikowanej sekwencji marzeń, kształt realności. Powoli lodowaty ogień zwątpienia pożerał mój zapał, gdy widziałem jak słowa, pełne nadziei, rozbijają się o kamienne twarze nieumarłych, oblicza pełne wystudiowanej uprzejmości, skrywają prawie nie maskowane obrzydzenie dla mnie, żałosnego, nieśmiertelnego idioty. Wyrok poznałem po ich milczących pogardliwie maskach w miejscu ich twarzy, po zeszklonych śmiercią diamentach ich oczu.

Próbowaliście przeciwstawić się woli Rodziny? Bynajmniej nie przedstawia to żadnej trudności. Oni tego chcą, pragną tego, czekają wiedząc, że kara będzie bolesna a jej wymierzenie będzie dla nich piękną przerwą w monotonni nie życia, elementem nadającym ich egzystencji odrobinę bluźnierczego znaczenia.

Ta noc na zawsze pozostanie we mnie, obraz przeniesienia przestrzeni umysłu w nowy, nieskończony wymiar, stawiając opór nieubłaganemu przeznaczeniu. Życie za życie, krew za krew, zabrana i oddana, strach, czara przepełniona bólem i słodyczą rodzącej się nieśmiertelności. Nowa świadomość budząca się dla mnie, dla nocy, oczy pełne uwielbienia, umieranie pełne miłości, wygrana walka ze śmiercią. Tak przebudziła się miłość powoli ogarniająca nasz wspólny wszechświat. Oprócz tego, oprócz nas nie istniało nic, prócz obiecanej zemsty Rodziny.

O dziwo ta zaakceptowała ją bez sprzeciwu. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nikt nie okazuje nam wrogości, nikt nie dąży do ukarania mnie. Niedługo trwało a dowiedziałem się jaki był tego powód. Po raz drugi, tak jak poprzednio, nieoczekiwanie w me tak przepełnione teraz szczęściem życie, wkroczył mój Stwórca. Mój nieznajomy Ojciec, znalazł sposób na odpokutowanie starej winy, przekleństwa mego stworzenia. Na siebie wziął moją winę, gotów ponieść konsekwencje mego sprzeciw stawienia się woli Rady. Nie zobaczyłem się z nim, nie myślałem nawet pogrążony w otchłani ślepoty mego szczęścia nie dostrzegałem nienawistnych spojrzeń członków wspólnoty, ich uśmiechów świadczących, że wiedzą, pamiętają i nie mają zamiaru zapomnieć. Wiecznie cierpliwi, uprzejmi dla mnie i dla Kathe, nie przebaczający nieposłuszeństwa, wiecznie żywi, moja Rodzina. Nie wiem do dziś co się stało, co uczynili memu Ojcu, co się z nim stało. Domyślam się, że jednak żyje, bo choć nie wiem kim jest, wiem, że poczuł bym jego śmierć. Kolejny pamiętny lipiec mego trwania, pełen ciepłych nocy spędzanych w ramionach Kathe, pełen szeptów lata, niezapomniany. Po latach nawiedza mnie świadomość, że w tych cudnych chwilach nie dostrzegałem niewypowiedzianego cierpienia Kathe, jej pełnych miłości i (teraz to widzę) bólu spojrzeń, świadomych zbliżającego się rozstania.

Zrozumiałem to gdy w mój śpiący umysł, budząc mnie z dziennego letargu, wdarł się, przeszywając włócznią nieopisanego bólu i nagłego osamotnienia, śmiertelny krzyk mej ukochanej. Tym krzykiem, wrzaskiem sakramentu poświęcenia i miłości, żegnała mnie jednocześnie witając ostatni poranek swego istnienia. Oddając słońcu ostateczny hołd, oddając mi siebie, pozwoliła mi żyć, spełniła warunek mego dalszego życia. Taka była wola i zemsta Rodziny.

Tej nocy po raz ostatni widziałem Europę. Nie mogę oddać na kartce bezmiaru mego cierpienia, chłodu i samotności. Więc zamilknę. Jedynym głosem są wrzaski mych koszmarów. Lęki każdego z mych artystów, wraz z ich wypitą przeze mnie krwią ożyły, by teraz karmić się mym przerażeniem. Niech tak pozostanie. Po wsze czasy mego żywota.

Na górę strony











Serwisy Partnerskie:
| agencja interaktywna | dzwonki | pokoje rewal | wózki widłowe | reklama | pozycjonowanie | domy jednorodzinne | wyszukiwarki |
| hosting | dodaj stronę | rpg | tłumaczenia | volvo | bramy garażowe | wymiana linków | ślub | firmy | katalogi stron | sztaplarki | szczecin |