Spowiedź |
Pod nocną ciszy kopułą cmentarza
Opuściłeś nas Boże, odszedłeś
Zostawiłeś nad otwartym grobem,
Porzucamy na wieczność Cię Ojcze, Słowa wypowiedziane bezwiednie, teatralnym szeptem, gdy patrzył w zamyśleniu na pogrążone w chaosie nocy miasto. Twarz oświetlona trupim blaskiem, bijącym od ołowianych gór drapaczy chmur. Twarz niczym piękna, biała maska śmierci, zatopiona i odbijająca się w przezroczystej materii szkła. Pochylił głowę odwracając się ku wnętrzu pokoju. Z niepokojem zlustrował pomieszczenie. Nie zatrzymał wzroku na pokrytym patyną starości gobelinie, przemknął spojrzeniem po pokrytych łacińskimi inskrypcjami, grzbietach zakurzonych inkunabułów, odnalazł oczami zawieszony nad rzeźbionymi gotyckimi drzwiami, bezcenny krucyfiks. Postać Ukrzyżowanego, umierającego Boga z wolna przywracała pamięć i ukojenie. Przeniósł spojrzenie na słabo oświetlone starą gabinetową lampką, zakurzone biurko. Popatrzył na spoczywające w oświetlonym kręgu szczupłe, zaciśnięte kurczowo w zamkniętym geście wyczekiwania i strachu dłonie, i ich skrytego w zalegającym za wiekowym meblem cieniu właściciela. Dłonie ożyły i gwałtownie cofnęły się w ciemność. - Zapomniałeś się Anchelu. Takie słowa nie powinny tu paść. Jesteśmy w kościele a mój gabinet to nie miejsce na wygłaszanie bluźnierstw. Kimkolwiek lub czymkolwiek byłby ich autor... Mężczyzna przy oknie uśmiechnął się smutno. Wydawało się, że w niczym nie zmąconej ciszy pomieszczenia stara się odnaleźć odpowiedź. Zapatrzył się w skupieniu w rzędy starych ksiąg. - Masz rację księże. Nie powinienem tego mówić. Te stare woluminy... Będą to pamiętać, razem z tymi gotyckimi murami które nas otaczają i pilnują... Wiem, że słuchają. Znają i chłoną nasze emocje, wiedzą i absorbują to co najbardziej chcielibyśmy ukryć... Mówiąc to odwrócił się uśmiechając, by popatrzeć rozmówcy w oczy. Ksiądz skulił się od tego spojrzenia, po czym wycofał w bezpieczne objęcia starego, głębokiego fotela. Kim jesteś? Wciąż zadawał sobie to pytanie, powracało uparte jak wyrzut sumienia. Sylwetka emanująca przerażającą innością, nadnaturalnym chłodem odmienności i ta twoja twarz. Nienaturalnie piękna, ciągle otoczona tą subtelną mgiełką nocy. Twarz jaką spotkać można jedynie na starych rycinach, portretach świętych i gotyckich sztychach. Te oczy. Błękitne, zimne jak kryształy, pełne uczuć i pragnień których się lękam. I ten wieczny uśmiech, pogardliwy, współczujący i przemożenie smutny. Wciąż wyobrażał sobie ten grymas nawet gdy znał swego gościa jedynie jako zgaszony bólem i mimowolnym cierpieniem głos zza krat konfesjonału. Uśmiech który widział w snach. Na ustach posłańców śmierci. Zanurzył się w nocnych wspomnieniach cudzych spowiedzi. Wyłoniła się chwila pierwszego spotkania, pachnąca starym kurzem, kadzidłem i przesycona tajemniczą obecnością. Poruszona niezwykłością chwili pamięć duchownego ożywiła ów niezapomniany moment, gdy po raz pierwszy usłyszał go. Tego, który kazał nazywać siebie Anchelem. Wyryte płonącymi strofami w umyśle, pierwsze słowa: - Przebacz mi ojcze, bowiem Bóg mi nie przebaczy. Przebacz mi ojcze bo zgrzeszyłem, myślą, mową, uczynkiem i swym istnieniem.... Przypominał sobie jak wsłuchiwał się w te zdania, szukając w nich sensu. Pełne ciężkiej samotności, podszyte nutą goryczy, rozbrzmiewały bezdźwięczną melodią rozczarowania i straty. Pamiętał jak drżał ze strachu przed niewidocznym nieznajomym, który potrzebował jego pomocy. Pomocy człowieka, nie Boga. Znów był skulonym z przerażenia, zastygłym w napięciu, które burzyło mroczny spokój kościoła, młodym księdzem i słuchał tej dziwnej spowiedzi. Wyznania przeklętego czy szalonego może. Szept, brzmiący winą, radością i śmiercią, niósł obrazy przeszłości. Obrazy, których częścią mimowolnie się stawał. Czym była dla Anchela spowiedź? Tajemnicą ucieczki, poszukiwaniem zagubionej przeszłości a cisza konfesjonału i bliskość współczującego człowieka stanowiła odskocznię od szaleństwa trwania. Ksiądz nigdy nie odezwał się nawet słowem, nie mógł mówić ze ściśniętym z przerażenia gardłem i wiedział, że tamten tego nie oczekuje. Szukał jedynie kogoś kto go wysłucha. On nie potrzebował rytuału spowiedzi. Ta jedynie dając mu złudzenie anonimowości, stanowiła rękojmię milczenia i zachowania tajemnicy. Młody ksiądz wiedział to. Dlatego nigdy drewno konfesjonału nie przyjęło na siebie w takt trzech uderzeń, brzemienia jego grzechów, nigdy usta tajemniczego nocnego gościa nie dotknęły świętego materiału stuły i nigdy nie usłyszał on słów przebaczenia. Nie było ich, być nie mogło... W tych chwilach czuł, że przeznaczonym mu było jedynie słuchać w milczeniu tej przedziwnej spowiedzi, przerażającej modlitwy pamięci. - Sam nie wiem kim byłem. Kto był prawdziwy. Który z nas był szalony? Ale byłem skazany i śmierć szła za mną. Żyłem w dzień, by ginąć, tonąć w realności każdej nocy... Będąc kimś innym w towarzystwie, posługiwałem się nie swoimi słowami gdy on mówił za mnie a ja umierałem z każdym jego gestem, krzyczałem z bólu i upokorzenia, zdegradowany do roli niechcianej myśli, do szeptu uśpionej, przerażającej podświadomości. Ja, ja ojcze uwięziony w ciele śmiertelnika, i skazany na wieczne przeżywanie jego życia. A potem wracałem, w samotności znów byłem sobą, uwolniony od cudzej formy w której przyszło mi egzystować, znów mogłem krzyczeć w gniewie, znów przeklinać swój los którego sensu nie widziałem, nie znałem przyczyny, powodu, ślepy i głuchy, samotny.. - wpatrywał się gorejącymi oczyma w pobladłą twarz spowiednika. - Wiesz ojcze właśnie wtedy zacząłem szukać odpowiedzi, uciekać, gonić za nierealnymi ptakami zrozumienia. Dlaczego ja? Kim jestem by doświadczać takiej kary? Czym i komu zawiniłem swą egzystencją, że w przewrotnym okrucieństwie, skazał mnie na szaleństwo podwójnego trwania, na ironię obdarzając świadomością obu? Czy uwierzysz księże, że te czarne urojone kruki przywiodły mnie do twojego kościoła, byś objawił mi moje przeznaczenie? Znów powiesz, że bluźnię lecz ja wiem. Wolna wola to zbiór Jego praw, których musimy przestrzegać by żyć, jeśli nie chcemy być odrzuceni. Poza Jego ścieżkami ojcze, jest tylko ciemność i tacy jak ja, którzy sami wyrzekli się Jego światła, na własne życzenie skazali się na życie w ciemności, życie pośród tych, którzy zatrzasnęli sobie sami wrota miłosierdzia... Zimny powiew nocnego powietrza, wyrwał duchownego z zamyślenia. Wyniosła sylwetka Anchela na tle rozświetlonej brudnymi neonami nocy, odcinała się wyraźnym cieniem w otwartych drzwiach tarasu. Patrzył w zamyśleniu na zasnute burzowymi chmurami nocne niebo. Ksiądz pomyślał, że wygląda jakby na coś czekał, gdy pierwszy mocny podmuch nawałnicy, targnął czarnymi połami płaszcza, którym szczelnie otulony był nocny gość. Anchel zamknął oczy. Gdy pierwsze krople zimnego deszczu uderzyły o dach kościoła, poznaczyły wilgotnymi szlakami stare witraże i spłynęły po jego gładkim niczym polerowana stal obliczu, uśmiechnął się. Stał tak nieruchomo, napawając się tą dziwną pieszczotą nieposkromionej natury, ciemnym deszczem skażonym oparami cywilizacji. Trwał tak niczym posąg, nieruchomo w milczącej kontemplacji samego siebie. Po chwili otworzył oczy i spojrzał w głąb pomieszczenia. Roziskrzony wzrok powoli gasł, uśmiech zanikał trawiony nagła pożogą przypomnienia, cierpkim echem rzeczywistości. Krople deszczu na policzkach przywodziły na myśl łzy a może właśnie łzy maskowały... Pochylił głowę, twarz ukryła kaskada posklejanych, pociemniałych od wilgoci włosów. - Tyle jeszcze chciałbym ci opowiedzieć ojcze - szepnął. - Ale nic prawie nie pamiętam z poprzedniego życia. A wszystko to i tak mało znaczące, nieważne i wyblakłe jak stare, zapomniane na dnie szuflady fotografie. Nie wiem kim byłem, jak mnie zwali...- Ożywił się, podniósł gwałtownie twarz.- Lecz teraz to nie potrzebne bo przebudzono mnie. Ja sam szukałem przebudzenia lecz nie przypuszczałem, że może przyjść w tak przerażającej postaci. Pamiętasz ojcze jak mówiłem o mojej sztuce? Czym dla mnie była, co mi dawała, jaką ucieczką ostatecznie się stała ? Powiedziawszy to odwrócił się ponownie do wpółotwartych drzwi, na których ciężkie od czarnej sadzy krople nocnego deszczu, poczęły tworzyć mozaiką mokrych wodospadów. Ksiądz pamiętał. Zamknąwszy oczy, znów wsłuchał się w meandry pamięci a słowa usłyszane podczas dziwnej opowieści mrocznego wędrowca, poniosły go momentalnie światem cudzego życia. Przeniosły w lokum opustoszałych pomieszczeń, pozwoliły znów jak poprzednim razem ujrzeć tamto miejsce. Widział ciemną, oświetloną jedynie poświatą miasta, ogromną salę zrujnowanej fabryki, słyszał chrapliwy szloch samotnej postaci i dostrzegał jej zarys. Zwiniętego w embrion mężczyznę, wstrząsanego drgawkami niepohamowanej wściekłości i żalu. Płakał. Leżał skulony pośród przestrzeni wypełnionej setkami stalowych form koszmarnych postaci, metalowych wizji odmiennych rzeczywistości, sennych widziadeł w żelaznej powłoce, tworów cierpiącej podświadomości, które zyskawszy stalową formę, otaczały swego twórcę w niemym, nieruchomym tańcu. Dręczyły leżącego na zimnej, pokrytej arabeskami zacieków i ciemną spiralą brudu podłodze... Niczym zagubione i nagle odnalezione wyrzuty sumienia zdawały się otaczać go, zwieszały się ze ścian, sufitu, wyciągały metalowe ramiona, pokryte łuskami patyny dłonie, prosiły, żądały... Człowiek z wolna przestał płakać. Uniósł wciąż wykrzywioną z gniewu twarz i zacisnąwszy z determinacją usta ociężale wstał. Ślady przemieszanych z brudem łez na twarzy. Rozgorączkowane postanowieniem spojrzenie i zaciśnięte w desperackim gniewie, pokaleczone, pokrwawione dłonie. Mierzy się wzrokiem z własnymi dziełami, spoglądając w zastygłe w stali twarze, tak puste a jeszcze tak pełne wyrazu przed momentem. Zza zaciśniętych warg dobywa się szept. Zduszony cierpieniem, rozlega się nienaturalnym echem w ciemności zimnej hali. - Nic wam nie dałem i nie potrafię dać wam niczego. Nie umiem przelać w was mych uczuć, mych emocji, nie mogę ożywić... W uniesionej oskarżycielsko ku niewidocznemu niebu dłoni, ostry fragment spiłowanej, wyrzeźbionej pracowicie stali. Stalowe pióro anielskiego posłańca śmierci o krawędziach grubości ludzkiego życia. Wszystko oprócz tego migotliwego ostrza takie nieistotne, bezbarwne.... Spłynęło na niego uczucie ukojenia. Spokój podjętej decyzji, spokój pogodzonego z losem. Przeznaczenie z ostrego metalu dzierżone w pewnej ręce, nieubłagane, zbliżające się ku liniom życia - jakże nietrwałym arteriom człowieczego trwania. Przegub żądny zimnego ostrza, domagający się ostatecznej pieszczoty w rytmie upływającego z krwią bytu, w muzyce wiecznej i powolnej jak rzeka płynąca skrajem wszechświata. Wzrok skierowany we własne wnętrze. Chwila godna uwiecznienia - odejście ku wieczności, obcowanie z losem, obcowanie z wszechświatem własnej jaźni, z kosmosem końca własnego trwania. Gdyby ktoś mógł obserwować tę scenę, zobaczyłby akt najwyższej ofiary na ołtarzu życia. Hołd dla martwych kształtów rzeźb, czekających na wota krwi u swych stóp. Pogańskich bożków sztuki ukutych z metalu i duszy artysty, spragnionych pierwszych kropel gorącej krwi, przelanej ku ich nieśmiertelnej uciesze. Ostra stal dotknęła przegubu. Popatrzył, uśmiechem witając śmierć, w oświetlone przebijającym zza chmur księżycem okna. Tak. Pożegnać ten padół rozpaczy, odejść... Poprzecinane zaciekami szyby, rozświetlone miejską, nierealną luminescencją, skropił deszcz. Pierwsze krople zagrały melodię nocnej nawałnicy, niczym złowróżbny akompaniament umierania w obojętności cierpienia. Werble śmierci na stalowym dachu hangaru, łzy nieba, łzy radości i smutku. Krople przeszłości przyniosły nagłe wahanie... Chwila ostatecznej pewności złamana cichym deszczem... Gdzieś w realnej przestrzeni sali, do melodii szeptu deszczu dołączył cichy śmiech. Nagły, radosny, zabarwiony lekką drwiną. Ciemność zmaterializowała się. Jedna z zimnych rzeźb zdawać się mogło - ożyła. Czerń oświetlona fosforyzującym blaskiem nocy, pałające czerwienią oczy rozświetliły noc. Kształt poruszył się, powoli zbliżył się do zatopionego w paraliżującym strachu człowieka. Znów cichy śmiech jak echo dawno zapomnianej radości. Wysoka postać utkana mrokiem, spowita szmerem deszczu i malejącą z wolna purpurą oczu. - Nie bój się. - Przez zmartwiałą ciszę jednostajnych dźwięków burzy i chrapliwym oddechem przerażonego człowieka, przebił się ten szept. Dźwięk stu cichych głosów mówiących w tym samym momencie. Setki, miliony zmarłych i cierpiących dusz, potępionych i przerażonych samotnością, krzyczących w jednym momencie. Postać wyszła z mroku. Odziana w czerń. W sięgającym ziemi płaszczu, z włosami koloru zastygłej krwi, zaplecionymi w misterne warkocze zarzucone w wystudiowanym, niedbałym geście na plecy. Blask srebrzystych łańcuchów spływających po eleganckim ubraniu. Szedł nienaturalnie płynnym, powolnym krokiem. Mężczyzna? Kobieta? Wyglądał...Wyglądała... Nie, jednak wyglądał bardzo przystojnie. Uwodzicielsko wręcz. Jakiś spokój emanujący łagodnym erotyzmem, magnetyzmem drapieżnego pożądania... Niezachwiana wola. Drobna rysa zwierzęcości w uśmiechu, łakomym i pożądliwym, zniewalającym pragnieniem całkowitego oddania się...Spokój. Absolutny brak zawiści, zazdrości, po prostu stwierdzenie faktu czyjejś atrakcyjności, porażające poczucie przebywania blisko perfekcji - wszystkiego czym chcielibyśmy być. Magnetyzm męskości i odmienności, wewnętrznej, naturalnie przyrodzonej mocy. Rodząca się mimowolnie chęć, oddania się pod opiekę, bycia otoczonym mrocznymi skrzydłami dającymi bezpieczeństwo, jakie tylko matka może dać swojemu dziecku. Ulotna szansa odrzucenia maski codziennego trwania, i wtulenia się w ramiona tego, który zrozumie, ponieważ wie jakim cierpieniem okupiony jest każdy uśmiech człowieka. Podszedł bliżej w gracji nienaturalnego istnienia. Zjawa przerażająca materialnością. Położył chłodną, piękną dłoń na sercu zniewolonego lękiem człowieka, wsłuchał się w jego przerażony rytm. Uśmiechnął się ponownie widząc strach. Tą dłonią, parzącą zimnem dotknął pieszczotliwie twarzy, długimi paznokciami musnął szyję.
- Nie musisz się bać. Nie jestem w stanie zrobić ci nic więcej nad to, co jest w stanie uczynić człowiek swemu bliźniemu... Wziął jego twarz w swe dłonie i skierował ku powoli rozświetlającemu się pomieszczeniu. Tam gdzie stały rzeźby. Obszedł dookoła, przygarnął gestem gwałtownego zawładnięcia. Sięgnął ku opadłym bezwładnie rękom artysty. Objął przeguby przyjemnie bolesnym uściskiem. - Patrz na swe dzieła, te ilustracje bólu, efekty fascynacji własnym zagubieniem i złem... Patrz...- Posągi mimowolnie fascynowały, odbierały zmysły, hipnotyzowały, ożywały pragnieniem i oczekiwaniem...- To tylko puste formy na twoje emocje. Czekają byś wypełnił je swoim oddaniem, posiadł... Stalowe pióro prowadzone pewną, bladą dłonią dotknęło przegubu. Tym razem nie zatrzymało się. Na czekające niecierpliwie posągi, ku ich stopom, popłynął szkarłatny eliksir życia. Rozkosz umierania, w nieśmiertelnych akordach deszczu, w czułym, stanowczym dotyku, obecności i bliskości uosobienia wszechświata... Jaskrawość detali, niewypowiedziana, nieskończona. Metalowe twarze nabierające wyrazu. Srebrzysty metal chłonący emocje i drgnienia umierającego ciała w objęciach śmierci W ponad wymiarowym dance macabre w chwili nieskończonej. Postacie w geście zaczerpniętym z "Piety". Śmierć z umierającym na kolanach, patrzącym w pozbawione białek oczy wieczności... - Jeszcze nie, jeszcze nie odchodź. - mówiąc to otacza płaszczem nagą sylwetkę słabnącego człowieka. Mrok gęstnieje, otacza ich i tuli. Zamknięty w kokonie ramion przeznaczenia czuje, że oddala się od materialności, szybując przez ciężkie warstwy powietrza, których najlżejszy dotyk boli. Na nagim ciele czuje płomienie zimnych kropel deszczu i dłoń przytrzymującą opadającą bezwładnie głowę. Ciepły dotyk na twarzy. Wrażenie pędu ustaje, pozostawiając ból. - Patrz Anchelu, patrz co nam przeznaczone... Ociężałe powieki, zlepione łzami i deszczem otwierają się wbrew woli. Ciemne niebo, płaczące rosą deszczu prosto w twarz. Padające pionowo krople a każda wzmaga płomień krążący w żyłach. Nad nim tchnąca spokojem twarz z wzrokiem utkwionym martwo w przestrzeń. Drżąc z bólu, odwrócił gasnące spojrzenie, popatrzył w bok by rozszerzone umieraniem źrenice, wyłoniły z realnych form ulewy, rozpostartą pod nimi panoramę miasta. Metropolię ludzkich dusz walczących o swe prywatne piekło zbawienia. Rozmyta bólem świadomość, wyostrzona chwilą własnej śmierci, wykreowała powolną wizję zrozumienia. Patrzył na miliony człowieczych żyć, płonące nierealnym światłem linie powolnego konania. Na wyciągnięcie ręki, przebijające się przez ołów pokrytego chmurami smogu nieba, niewidoczne wcześniej formy ludzkiego istnienia. Wirowały, splatały się w niekończącej się wojnie rozbłysków poczętego i kończącego się życia. Feerie ciepłych barw miłości, czerni nienawiści i zimnej, okrutnej bieli obojętności. Gasły i zapalały się na przemian w elektrycznym blasku błyskawic końca i początku. A każda z nich na wyciągnięcie słabnącej w zastraszającym tempie, okaleczonej dłoni. - Patrz, oto bowiem dziedzictwo, którego ja mogę ustanowić cię Panem. Oto daję ci władzę nad nimi, otwieram ci oczy byś mógł pojąć sens swego stworzenia. Tam gdzie podążasz i tu, jeśli zechcesz pozostać, czekają cię ciemności. Lecz ja uczynię byś ujrzał ich sens. Czy masz dość siły i odwagi by stać się częścią swojej drogi ? Te słowa rozległy się gromem burzy w umyśle konającego. Nie było w nich nadziei, lecz była świadomość przeznaczenia. Umierający w objęciach wysłannika ciemności człowiek, zdołał wyszeptać spękanymi, gorzkimi od deszczu ustami zaledwie jedno słowo: - Ojcze... Ksiądz gwałtownie otworzył zaciśnięte powieki. Czuł na sobie palący wzrok swego gościa. Mimowolnie wstrzymał oddech patrząc w błyszczące nienaturalnym błękitem oczy. Zapadł się głębiej w starym fotelu, pod milczącą, niewypowiedzianą groźbą szalonego spojrzenia.
- Widzę, że dobrze zapamiętałeś. I wiem o co chcesz mnie zapytać. - Mroczna sylwetka, opierając dłonie o blat odgradzającego ich biurka, pochyliła się nad przerażonym kapłanem. - Czy tego chcesz naprawdę ? - spytał drwiącym szeptem. Patrzyłem w jego piękne, teraz pogardliwie uśmiechnięte oblicze. Drżałem od targających mną emocji zaciskając dłonie z gniewu. Czułem jak zalewa mnie fala niepohamowanej wściekłości. - Dlaczego ofiarowałeś mi dar nic nie mówiąc o bólu który przyniesie ? - nieświadomie uniosłem głos do krzyku. - Nie mówiąc prawdy! Budząc mnie do świadomości, zabiłeś człowieka, którym byłem. Choć ofiarowałeś mi przeznaczenie, przebudziłeś i pokazałeś drogę, nie powiadomiłeś jakie będą konsekwencje mych ponownych narodzin w świecie, na który On mnie zesłał bym cierpiał. Wbrew mej woli ofiarowałeś mi przekleństwo, zasiałeś we mnie ziarno czystego zła, obcą świadomość najczystszego okrucieństwa, którego stałem się nosicielem. Uczyniłeś mnie ojcem Bestii, którą w sobie noszę i pozwoliłeś by splugawiła ostatnie promienie boskiego światła, które we mnie były. Odebrałeś mi nadzieję ofiarowując mimowolną rolę żywiciela ciemności, wylęgłej z brudów mego żywota. Kłamałeś mówiąc o wyzwoleniu! Założyłeś mi kajdany wykute z mych własnych uczynków, pętlę uplecioną z grzechu mego losu. Wraz ze słowami, narastała we mnie pewność. Postanowienie podszyte dziwnym strachem, przed nieznanymi konsekwencjami zamierzonego z nagła celu.- Choć kocham Cię Ojcze, to jeszcze bardziej nienawidzę. Nienawidzę bo otworzyłeś mi oczy nie pozwalając umrzeć w błogiej nieświadomości mego przeznaczenia. Wybacz. Nie ma dla nas obu miejsca na tym świecie. Dla Ciebie karą będzie odejście, dla mnie świadomość mojego istnienia. Kocham Cię Ojcze. Niech śmierć będzie Ci łaskawa... Patrzyłem w jego pozbawione uczuć oczy, widziałem jak moje słowa zapadają w niego jakby się ich spodziewał, jakby czytał we mnie, jakby tego oczekiwał... - Powiedz czy mogę postąpić inaczej ? Milczał przez chwilę, jakby smakując zapadłe pomiędzy nami milczenie. - Nie. Nakarmiłem się tobą a Ty musisz karmić się bólem innych. Tak pisane. Tak nam przeznaczone. Nie mogłem inaczej, bo jestem jedynie emisariuszem losu. Znam Twoje i moje przeznaczenie i tak, tu i teraz, dopełnimy wspólnie Jego dzieło. - Jego uśmiechnięta twarz nagle przybrała stanowczy wyraz powagi. Szept zawibrował nieugiętą wolą rozkazu. - Na co czekasz? Uwolnij to co zaszczepiłem twej duszy, wyzwól siebie, swoją Bestię niech działa za ciebie... Nagły strach mija, zmyty ulewą każącego deszczu jego głosu, jak ciemny osad przerażenia. Potworna, wyzwolona moją nienawiścią siła, rozrywa jaźń na strzępy nieudolnych protestów, bierze z szaleńczym śmiechem w posiadanie. Nie broniłem się przed ogarniającym mnie amokiem śmierci. Pozwoliłem owładnąć się, zagarnąć żywiołowi, oddałem się własnemu przekleństwu. Niczym targana ręką szalonego artysty marionetka, patrzyłem jak moje, obce teraz ciało przemienia się w morderczą maszynę zagłady. Rozmyte prędkością ruchy, krwawa piana wściekłości na zwierzęco wykrzywionych ustach, przed oczami szkarłat agonii mojej woli, poddającej się ochoczo tkwiącej we mnie bestii. Nie bronił się, nie uciekał, gdy gniew i żądza krwi, którymi się stałem, opanowujące mój podatny umysł, sięgnęły ku jego gardłu. Dłonie niczym krogulcze szpony szarpią, sięgają po życie. Głód i smak krwi, wypełnia ekstatycznie, drżący w gorączce opętania umysł, ciało, które umiera, dusza, zimna jak krew. Nagły impuls opamiętania, wyzwolony krzykiem, moim własnym zawodzeniem, ból, nagła świadomość samotności. Trzymam jego umierające ciało nad brzegiem przepaści, okaleczone, zakrwawione, lecz ciągle żywe. Jego oczy wpatrują się we mnie z pogardą, pokaleczoną twarz wykrzywia uśmiech, płomień rozpalonego spojrzenia. Wiatr i deszcz na niebotycznej wysokości szarpią nami, targają jak grzeszne uczucie, mordercze instynkty natury. Czuję jak moją twarz palą gorące łzy upokorzenia przez własną słabość. Zawisł w moich ramionach nad odległą betonową ziemią. Chcę się cofnąć. Przygarniam do siebie tą jedyną mi przeznaczoną postać, jedyną osobę mogącą mnie zrozumieć, bliską. Mego ojca. Uratować go przed samym sobą, zagłuszyć rozsądek w imię miłości i przebaczenia. Widzę w ułamku chwili, jak jego wzrok roziskrza się ogniem zrozumienia. Bucha gniewem i pogardą. Dłonie w spazmatycznym, błyskawicznym geście tytanicznej siły gruchocą mi nadgarstki, które trzymają go przecież nad granicą pewnej śmierci. Szarpnięciem rozrywa mój uścisk i plując mi w twarz krwią, syczy: - Głupcze! Nigdy nie nauczysz się podejmować ostatecznych decyzji... Szamoczę się przez chwile, krzycząc w bólu i zaskoczeniu, w pewności nagłej jak śmierć. Odrywa się z łatwością ode mnie i osuwa niczym poszarpane widmo w objęcia grawitacji. Wolno. Poprzez wieczne strugi deszczu, który naszym żywiołem, rozpostarty krzyżem, niknie w dali wysokości. Unoszony śmiechem, spada w wiecznie czekające ramiona śmierci. Z radością spełnienia... W nagłej chwili umierania tej części mego trwania, którą był, w mój omotany cierpieniem umysł wkrada się gasnący szept : - Pożegnaj ode mnie świat aniele... Ponownie stał w cieniu. Z opuszczoną w rezygnacji głową. Monotonna, szeptem opowiedziana historia, pełna mielizn jeszcze głębszych tajemnic. Dłoń księdza bezwiednie zaciska się na zimnym, metalowym krucyfiksie różańca. Boleśnie wbijają się w rękę, ostro zakończone ramiona krzyża. Nie czując bólu, zamyślony kapłan wpatruje się w przygarbionego brzemieniem opowieści Anchela, myśląc jednocześnie, że temperatura w pokoju spadła niepokojąco. Nawet jeśli brać pod uwagę szeroko otwarte drzwi balkonu. Uświadomił sobie, że widzi parę własnego, przyspieszonego oddechu. W przyćmionym świetle zakurzonej żarówki biurowej lampy, w mozaice nocnych cieni poruszanych burzą i rozgorączkowana wyobraźnią, nie mógł dostrzec czy z ust pochylonego Anchela wydobywa się podobny obłok. Nie był pewien. Jego postać wydawała się zlewać z otaczającym ją mrokiem. Wydawał się a może był wyższy, bardziej nierealny niż otaczający go cień. Jakby nie pasował do tego miejsca i czasu. Panowała przejmująca cisza, uwypuklona tylko monotonnym zaśpiewem ulewy i dalekim pogłosem nigdy nie zasypiającego miasta. Gość podniósł na księdza oczy. Tylko one widoczne na tle ciemnej twarzy. Wąskie szparki, błękitnego ognia szaleństwa, cierpienia lub gniewu. Oto chwila w której waży się mój los, pomyślał kapłan. Los zależny od mojej odpowiedzi, od postawionego właściwie pytania. Ściśnięta trwogą krtań. Suche, spieczone wargi z ledwością artykułują cichy szept.
- Czego ode mnie oczekujesz? Cóż mogę dać ci ja, czego nie może ofiarować Wszechmogący? - czuł jak krople zimnego potu zraszają czoło. Rysy Anchela zesztywniały. Maska gniewu, zaciśnięte pięści, zwierzęcy grymas wykrzywionych okrucieństwem ust. Boże, czy tak wygląda śmierć? Jedyna myśl w zdrętwiałym ze strachu umyśle księdza.
- A ty wciąż jeszcze nie rozumiesz...- nieznajomy trudem opanował wściekłość. Bo kocham ją. Jakby oczyszczony tym monologiem, wyzwaniem rzuconym okrutnej przyszłości, pogodzony słowami z własnym losem, wyszedł na taras, nie oglądając się na pogrążonego w myślach księdza. Stanął w strugach deszczu, rozpościerając ramiona. Objął nimi chmurne niebo. - Moja dusza nigdy już nie ujrzy blasku Boskiego majestatu, dlatego Ciebie ojcze wybrałem na powiernika mej utraconej miłości. Ludzkim przebaczeniem oczyść mnie błagam z grzechu pychy... Do widzenia, do następnej nocy... Sylwetka Anchela zdawała się rozpływać w strugach nocnej burzy. Zanikał, rozmywał się, stapiał się z tłem nigdy nie zasypiającego miasta, z brudnym, przepełnionym ludzkim cierpieniem deszczem. Samotny i wieczny w neonowym blasku umierającego miasta, odchodził w mrok, wracał na łono niekończącej się nocy. Nieustraszony wędrowiec. Zagubiony wśród bezdroży miłości, wysłannik ciemności... Kapłan wpatrywał się w milczeniu w miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał "bliski nieznajomy". Patrzył w mrok zachmurzonego nieba szukając w nim odpowiedzi, choć wiedział, że nigdy jej nie pozna. Przymknął zmęczone oczy, ociężałym gestem zamknął drzwi galerii. Oparł pokryte zimnym potem czoło o chłodną powierzchnię wilgotnej szyby. Wargi mimowolnie ułożyły się do modlitwy, lecz nagle zapomniane słowa nie przychodziły. Przed oczami widział jedynie smutny uśmiech przeklętego, którego ogarnięte rozpaczą oczy wpatrywały się w niego z nadzieją, niczym ciemne powidoki przeznaczenia. Drgnął w gwałtownym impulsie przypomnienia. Wyprostował się i zdecydowanym krokiem skierował się do wnętrza katedry. Wciąż drżał, próbując otrząsnąć się z mrocznych pozostałości niesamowitej obecności Anchela. Biegł prawie ku jednej z bocznych naw, nie zwracając uwagi na oskarżycielskie, kamienne spojrzenia rzeźb świętych. Dawno zmarłych patronów ludzkich słabości. Ścigany echem zmęczonego oddechu i upiornym pogłosem szybkich kroków w pustce ciemnej przestrzeni kościoła, zatrzymał się gwałtownie przed wypełnioną nagłą ciszą, głęboką wnęką w zimnej, gotyckiej ścianie. Wytężony wzrok spoczął na oświetlonej nikłym, krwawym blaskiem wiecznego płomienia, metalowej rzeźbie. Tknięty niezrozumiałym impulsem ostrożnie zbliżył się do ciemnego posągu, wodząc wzrokiem po zawiłościach spatynowanego metalu, prześlizgując rozpalonym nadzieją odkrycia tajemnicy spojrzeniem, po przedziwnej sylwetce upadłego anioła. Umysł, trawiony gorączką niekończącej się ilości pytań, chłonął każdy najmniejszy bodaj detal stalowej postaci. Wyostrzone mistycznym momentem zmysły, rejestrowały z niewiarygodną precyzją najmniejszy element dzieła: twarz przykrytą wykręconymi rozpaczą dłońmi, ramiona uniesione w zastygłym na wieczność bólu, czarne rozpostarte skrzydła. Zatopiony w metalu symbol przeznaczenia. Przeznaczenia i nieskończoności w braku oparcia, w klątwie odtrącenia i kary, niezachwianej mocy boskiej sprawiedliwości... Dłoń księdza powoli spoczęła na zimnej bryle posągu. Ręka jakby prowadzona przez dziwną siłę tkwiącą w posągu, dotknęła jaśniejszego miejsca na skrzydle anioła. Puste miejsce w którym powinno tkwić ostre, stalowe pióro. Po trwającej wieczność chwili, ciszę gotyckich cieni przerwał mimowolny, ludzki, przepełniony obcym bólem płacz zrozumienia. Zza zamkniętych kurczowo powiek mężczyzny, popłynęły gorące łzy. Umysł wypełniły nabrzmiałe obrazy obcych uczuć. Bo zimny metal rozbrzmiewał echem krzyku jego twórcy. Rezonował niewypowiedzialnym cierpieniem, zatopionym w stalowej formie. Śpiewał swą pieśń o z góry skazanej na klęskę walce o przebaczenie, pieśń o odtrąceniu, pieśń o niekończącej się samotności, pieśń o śmierci, pieśń o upadłym aniele... Nad miastem wstawał ociężale świt. Promienie płonącego zimną czerwienią słońca z trudem przebijały się przez niezliczone warstwy smogu. Szukały przerw pośród ciężkich wyziewów ludzkiej nienawiści, więzły w oparach niemej obojętności. Rzadko docierały do pokrytej spękanym betonem, jałowej ziemi. Nieliczne dotarły do zagubionej na przedmieściach, zatopionej w stalowej dżungli miasta, cichej katedry. Z trudem przebiły pajęczynę brudnych, gotyckich witraży i starły się w odwiecznej, beznadziejnej walce o przetrwanie z prastarymi władcami tej zapomnianej przez większość ludzi domeny, cieniami. Pocięte ciemnymi smugami pajęczyn, poranione okruchami stuletniego kurzu, nie zwróciły uwagi, zajęte wciąż od nowa przegrywanym bojem, na dwie jakże podobne w swej pozie i odmienne w trwaniu sylwetki. Stalowy posąg upadłego anioła i klęczącą u jego boku udręczoną zrozumieniem, postać szczupłego księdza. Pomiędzy nimi, zadzierzgnięta pętlą rozpaczliwej, człowieczej modlitwy, ciemna strefa boskich tajemnic.... Kolejny świt, który nie przyniósł rozwiązania... Dedykuję mojemu przyjacielowi z miasta ciemności, ze Słupska. To dzięki tobie stary, dzięki Twoim snom, dzięki Twemu kumplowi z ciemnej strony rzeczywistości, udało się dokończyć tę historię. Dla Raina, który powinien urodzić się w lepszym świecie. S. K. |