Spis treści


bOOsTeR (18)

C Y B E R P S Y C H O Z A

SZPITAL

Przez mgłę endorfin i anestetyków widział tylko zamazaną sylwetkę w białym kitlu. Czuł, jak po jego pociętym ciele poruszają się mikrochirurgiczne maszynki, łatając jego pocięte wnętrzności. Świadomość przychodziła na krótką chwilę, po czym odchodziła na długie minuty. Widział ułamki zabiegu - lekarzy, pielęgniarki, wielką lampę, przypominającą oko jakiegoś owada. Później wieźli go jakimś biało - niebieskim długim korytarzem. Czuł zapach wszechobecnych środków do dezynfekcji i drażniącego nozdrza ozonu. I przez ten cały czas nie mógł sobie przypomnieć jak tu trafił...

Obudził się w pokoju z trzema innymi łóżkami i wielkim oknem po lewej. Świadomość, wcześniej tłumiona środkami przeciwbólowymi, zaczynała powoli wracać. Sala była pusta - nic oprócz zaścielonych białą pościelą łóżek. Przez okno mógł zobaczyć miasto nocą - jeden wielki, mieniący się niezliczona liczbą świateł, neon. Zauważył, że chyba środki przeciwbólowe nie przestały jeszcze działać - cały czas czuł jakieś dziwne mrowienie w rękach. Spróbował ruszyć ręką i poczuł, jak coś zimnego musnęło jego udo. W napadzie lęku szybko zrzucił kołdrę na ziemię, jednak to co zobaczył, było dużo bardziej przerażające niż najgorsze z jego przeczuwań. Zamiast dwóch ramion miał teraz metalowe, zimne i połyskujące chromem wszczepy. Jimmy miał już kilka wszczepów: oko z celownikiem i wyświetlaczem, dopalacz, smartguna, interface, ale nigdy nie zdecydował by się na coś tak wielkiego jak dwie cyberręce. Szok był zbyt wielki, zatoczył się i z hukiem runął na chłodną podłogę. Świadomośc odeszła jak podczas operacji...

Stał teraz w jakiejś ciemnej uliczce - ślepej uliczce. Za plecami słyszał kroki, okrzyki i śmiech młodych mężczyzn. Był wycięczony półkilometrową ucieczką i zlany zimnym potem - z ledwością mógł nawet złapać oddech. Wyjął pistolet, magazynek był pusty. Zresztą strzelanie i tak by nic nie dało - ich jest pięciu i też mają spluwy. Z wewnętrznej kieszeni opancerzonej kurtki wyjął białą kartę z dwoma niebieskim literami T.

- "Streszczajcie się tym razem" - pomyślał łamiąc kartę.

Cztery sylwetki wyłoniły się z za zakrętu jakieś dziesięć metrów przed nim. Lokalny boostergang - każdy w szaro - niebieskiej kurtce i szarych, podartych dżinsach, każdy z włosami pomalowanymi czerwoną, fluorescencyjną farbą i każdy z olbrzymimi, wszczepionymi szponami. Nie walczył - biernie czekał i patrzył jak cieli jego ciało swoimi ostrymi brzytwami. Kawałek po kawałku, centymetr po centymetrze... Nie śpieszyli się. Przez cały czas napawali się dziką rozkoszą zabijania. Przestali, gdy leżał już nieprzytomny i prawie martwy. Wtedy odeszli. Ocknął się, gdy ginęli za zakrętem. Czuł, że tarza się w kałuży własnej, lepkiej i jeszcze ciepłej krwi. Gdzieś w oddali słyszał jakąś syrenę i odgłos silnika przeszywające ciszę, ale to nie mogło być dla niego. Odpłynął w ciszę nieprzytomności.

Obudził go przerażony głos pielęgniarki i rozmowa dwóch lekarzy. Poczuł, jak aerostrzykawka aplikuje mu dawkę jakiegoś leku. Świadomość wróciła po krótkiej chwili. Leżał na zimnej, ceramicznej podłodze. Nad nim stało dwóch mężczyzn w białych kitlach i kobieta, również ubrana na biało. Jeden z mężczyzn, ten z siwymi włosami i w okularach, wydawał mu się znajomy, chyba to on go operował. Drugi, młodszy, przypatrywał się Jimmiemu z badawczym wyrazem twarzy. Starszy wydawał się coś mówić - Jimmy powoli zaczął kojarzyć słowa.

- ... wypadek panie Osmond. Pańskie ubezpieczenie pokryło koszty operacji. Przeszedł pan wszystkie badania pomyślnie i myślę, że za jakieś pół godziny będzie pan mógł zwolnić łóżko dla kogoś innego.
- Co z moimi rękami? Co mi zrobiliście? - Wyksztusił przez zaschnięte gardło.
- Był pan ciężko ranny, zbyt duże zniszczenie tkanki, by pańskie ubezpieczenie mogło pokryć koszta odbudowy, a w banku nie był akurat odpowiednich narządów - wyjaśnił chłodnym i naukowym tonem młodszy lekarz.
- Rozumiem - powiedział odruchowo, biernym i cichym głosem.
- Jako rekompensatę chcielibyśmy dać panu naszą kartę. Wie pan już jak jej używać.
- Tak, chyba tak. Gdzie są moje rzeczy.
- Zaraz je ktoś dla pana przyniesie. Kiedy się pan przebierze, pani Johnson pokaże panu wyjście - rzucił odchodząc.

Z POWROTEM NA ULICY

Wyszedł na ulicę przed szpitalem. W głowie miał mętlik - mieszanka leków, narkotyków i wspomnień z poprzedniej nocy nie dawała mu spokoju. Ludzie zaczynali go denerwować. Nic tylko gapili się na jego porwane rzeczy, z których chemikalia sprały krwiste plamy. Sprawdził kieszenie. Nie miał nawet drobnych na taksówkę, do domu postanowił więc wrócić metrem.

Stacja była lepiej oświetlona niż mieniące się blaskiem kolorowych neonów ulice Night City. W jasnym świetle jarzeniówek wyglądał teraz jak pluszowa zabawka, którą mały Johnny pociął brzytwą tatusia. Spod czerwonej podkoszulki wystawały białe bandaże, a chromowane cyberręce pobłyskiwały spod podartej kurtki. Ludzie odsuwali się od niego, szepcząc coś między sobą i wytykając go palcami. Zaczynali go coraz bardziej denerwować, jednak starał się nie reagować. Wsiadł do pierwszego - lepszego wagonu i zajął miejsce przy drzwiach. Pociąg ruszył.

Piętnaście minut jazdy przebiegało dość spokojnie i można powiedzieć, że Jimmy prawie zdołał się odprężyć. Przed ostatnią stacją ktoś jednak zakłócił jego spokój. Młody gnojek szarpał się z jakąś kobietą i próbował wyrwać jej torebkę. Kobieta darła się w niebogłosy, chłopak wymachiwał jej przed twarzą nożem i groził, że zaraz może go użyć. Nikt nie zwracał na to większej uwagi, ale Jimmiego zaczynało to już powoli wkurzać. Hałas, przekrzykiwanie się punka i kobiety, hipnotyczne błyski światła jarzeniówki na ostrzu noża - to wszystko budziło w nim jakąś dziwną, niewytłumaczalną agresję.

Chłopak wyszarpnął w końcu torebkę kobiecie i zaczął biec w kierunku drugiego przedziału. Akcelerator Jimmiego włączył się prawie z własnej woli, metalowe dłonie zacisnęły się w pięści. Jimmy wstał w momencie, gdy chłopak był jakieś pół metra przed nim. Pierwszy silny cios w okolice żołądka, drugi gdzieś blisko podstawy czaszki, potem trzeci, czwarty, piąty...

HOME SWEET HOME

Stał przy wyjściu z podziemnej stacji metra. Dopiero teraz zaczęły docierać do niego obrazy z przed pięciu minut: młody, może szesnastoletni, chłopak w kałuży ciemnej, lepkiej krwi; bladzi ze strachu ludzie uciekający w panice z przedziału, nóż odbijający się, jakby w zwolnionym tempie, od metalowej podłogi wagonu. Nie wiedział dlaczego, jak i kiedy to zrobił, wiedział tylko, że przed chwilą prawdopodobnie zabił człowieka. Spojrzał na swoje ręce - jeszcze dziesięć minut temu błyszczący i gładki chrom zdobiły teraz rozmaite rysy i zaschnięta, czarna krew, błyszcząca w świetle latarni. Postał tak jeszcze kilka minut, aż przypomniał sobie co miał zrobić. "Tak, najpierw do domu po nowe ubrania" - pomyślał.

W dzielnicy portowej nie mijało go zbyt wielu ludzi. Błyskający od niechcenia niebieski neon oznajmiał, że budynek na którym wisi to Noclegownia Arasaki. Jimmy przeszedł obok śpiącego, grubego strażnika, rozwalonego za biurkiem obok drzwi. Zbroczony krwią cybernetyczny palec wybrał kilka cyfr na tabliczce prostego zamka kodowego. Drzwi żółtego sześcianu mieszkalnego syknęły i otworzyły się. Jimmy wczołgał się do środka. Zdjął z siebie podarte rzeczy i włożył coś, co nie wyglądało jak ser szwajcarski. Z małej szufladki po prawej stronie wyjął czarne okulary przeciwsłoneczne, kilka pogiętych banknotów i dwa kredchipy z błyszczącymi logami różnych banków. Wcisnął okulary na nos. Teraz wystarczyło tylko załatwić spluwę...

JIMMY GOT HIS GUN

Stare osiedle przy 15th Street - brudne i śmierdzące jak zwykle. Wszedł do klatki i schodami na drugie piętro. W tym bloku mieszkali właściwie tylko bezdomni i żebracy. Nawet boosterzy nie mieli tu po co zaglądać. Wspaniałe miejsce na kryjówkę dla drobnego handlarza bronią. Zapukał w stalowe drzwi, które na oko miały jakieś 15 centymetrów grubości.

- Czego?
- Wpuść mnie Spider.
- Jimmy? Ty żyjesz?
- Przekonaj się i otwórz w końcu te pierdolone drzwi.
Cztery szczęknięcia stalowych zamków. Zza uchylonych drzwi wychyliła się chuda twarz.
- Właź Jimmy. Nie będziemy przecież rozmawiać przez drzwi. Pełno tu różnego męciarstwa - powiedziała chuda twarz popychając drzwi chudą ręką.
Jimmy wszedł do środka.
- Potrzebuję spluwy Spider.
- Co ty Jimmy? Nie chcesz pogadać? Na ulicy krążą jakieś plotki o tobie i brzytwach. To prawda?
- To nieważne. Śpieszy mi się. Pokaż co masz.
- Dobra. Nie chcesz pogadać to nie.

Chudy i niski gość w dresowych spodniach i białym podkoszulku podszedł do szafki w drugim końcu pokoju. Chuda ręka wcisnęła przełącznik na ścianie. Dwa dezorientujące błyski jasnego światła zapalającej się jarzeniówki. Sylwetki różnych rodzajów broni od polimerowych jednostrzałówek do karabinów szturmowych zapłonęły w niebieskim blasku lampy. Chudy facet spojrzał na Jimmiego z przerażeniem.

- Jezu, to jednak nie były plotki - powiedziała chuda twarz, widząc dwie stalowe dłonie. Naprawdę cię załatwili.
- Już mówiłem to nieważne - wycedził przez zaciśnięte ze złości zęby. Dawaj spluwę, dużą spluwę.
- Już, już się robi. Wybieraj, bierz co chcesz.
Jimmy podszedł do szafki. Wybór był prosty.
- Masz ammo do tego - powiedział biorąc z półki magnum .666.
- Pewnie, pewnie, że mam - wyszeptał przestraszonym głosem chudy gość. Z szafki stojącej pod druga ścianą chudzielec wyjął czerwone pudełko. Jimmy zgarnął naboje i włożył trzy do magazynka Helbringera.
- To wszystko co mam - powiedział rzucając chipy i pogięte banknoty na półkę, z której wziął pistolet. Resztę oddam później.
- Dobra, dobra. Chcesz coś jeszcze?
- Na razie Spider.

Zamki szczęknęły ponownie, kiedy Jimmy zamknął za sobą drzwi. Wyszedł z klatki. Teraz chciał tylko jednego - wyrównać rachunki.

OKO ZA OKO

Nad głowami skaczącego w rytm psychodelicznej muzyki tłumu widział bar. Zaczął się przedzierać. Po chwili rozpychania się zauważył pierwszego, potem trzech następnych - ci sami, którzy pocięli go wczoraj w ślepej uliczce. Nie myślał długo co robić, powodowała nim chęć zemsty. Włączył dopalacz, smartgun zidentyfikował cele, chromowana ręka sama sięgnęła po pistolet.

BUM!

Pierwszy strzał rozerwał plecy punka siedzącego najbliżej.

BUM!

Głowa drugiego z boosterów eksplodowała. Ludzie rzucili się do ucieczki.

BUM!

Ciało trzeciego rozszarpał. Zsunęło się na ziemię, zostawiając na stole krwawą plamę. Czwartemu udało schować się za barem.

Jimmy nie zwracał uwagi na panikujących dookoła ludzi. Każdy zabity człowiek przynosił mu jakąś dziwna ulgę, rozładowywał napięcie, które narastało w nim przez całą noc. Opróżnił magazynek - trzy łuski uderzyły o dyskotekowy parkiet. Wyjął z kieszeni w kurtce trzy kolejne i włożył do komór w bębenku. Przełączył się na termograf. Słabe widmo skulonego za barem punka pojawiło się po kilku sekundach. Za plecami usłyszał odgłos odbezpieczanej broni.

- Rzuć to! - Krzyknął do niego jakiś głos.

Ale on nie słuchał. Nie zwracał uwagi na nic poza trzęsącym się za barem punkiem.

BUM!

Odłamki rozrywanego plastiku zabłyszczały w powietrzu.

BUM!

Poczuł potężne szarpnięcie, potem okropny ból w plecach. Stracił równowagę i runął na parkiet. Jakaś kobieta krzyknęła przeraźliwie. Odpłynął w ciemność.

Na górę strony











Serwisy Partnerskie:
| agencja interaktywna | dzwonki | pokoje rewal | wózki widłowe | reklama | pozycjonowanie | domy jednorodzinne | wyszukiwarki |
| hosting | dodaj stronę | rpg | tłumaczenia | volvo | bramy garażowe | wymiana linków | ślub | firmy | katalogi stron | sztaplarki | szczecin |