Spis treści Fantasy

Earthdawn

 

Leszek Lanuszny

Osiem

Wendorf wraz z dwoma przyjaciółmi wesoło zmierzał na zachód. Czas mijał im szybko na zabawie, tzn. obrzucaniu się szyszkami, żołędziami, pluciu i popychaniu się. Nagle Wendorf, goniąc plującego na niego Kabdę, potknął się i upadł. Z tej perspektywy dostrzegł, w krzakach naprzeciwko, tablicę pokrytą dużymi literami w nieznanym języku. Napis na niej głosił: "Karczma u BarSogortona zaprasza". To, że był w nieznanym języku, a mimo to on go odczytał nie zastanowiło go specjalnie. W ogóle starał się nie marnować życia na takie niuanse. Wstając i otrzepując ubranie z igieł zerknął jeszcze raz na tablicę i dostrzegł strzałkę skierowaną mniej więcej na zachód.


- Niedaleko jest karczma - oświadczył pewnym głosem.


- Skąd wiesz - zainteresował się Burnby, czarnoskóry złodziej, utykający z powodu drewnianych stóp. Swoje własne rozpuścił kiedyś, gdzieś, w jakimś kwasie.


- Jestem zwiadowcą zaufaj mi - ton głosu Wendorfa nie tracił pewności siebie.


- Jaka karczma, co ty gadasz? - zainteresował się Kabda, drugi towarzysz Wendorfa


Kabda podobnie jak Burnby również był złodziejem jednak w przeciwieństwie do pozostałych był orkiem, a nie człowiekiem.


- No. Karczma u Borsogota. Tam. Biegniemy.- Wendorf pobiegł w kierunku, który wskazywała strzałka.


Złodzieje spojrzeli na siebie wzrokiem wyrażającym cierpienie związane z towarzystwem szaleńca, westchnęli i pobiegli za zwiadowcą. Po paru minutach dotarli do polany w centrum, której stał osobliwy budynek. Na ścianie na wprost nich ziało czernią ośmiokątne wejście umiejscowione w centrum ściany zbudowanej z ośmiokątów. Nad wejściem, na szczycie ściany znajdował się posąg jakiegoś wojownika, wykonany także z ośmiokątów. Nasi bohaterowie widzieli cztery ściany, łatwo było się, więc domyślić, iż jest ich osiem, każda wyglądała niemal identycznie.


- Dobra my jako ludzie wejdziemy wejściem na wprost, a ty orku wejściem po lewej - zarządził Wendorf.


- Dlaczego? - Zainteresował się Kadba.


- Bo tak trzeba. Zaufaj mi. - Mina zwiadowcy była co najmniej tajemnicza.


- Powiedz - nalegał Burnby.


- Bo pisze.


Burnby prześledził uważnym spojrzeniem ośmiokątne ściany. Szybko zauważył napis nad wejściem, był w jakimś nieznanym języku, lecz mimo, że nie znał tych liter pojmował ich sens.


- Ale tam pisze tylko: "Karczma u BarSogortona".


-Aaaaaaaa - zajęczał Kabda wznosząc wzrok ku niebiosom jakby oczekiwał gromu z jasnego nieba. - Przecież on ci kit wciska, a ty mu wierzysz. Wendorf nie róbże Burnbego w trąbe bo widzisz, że się gubi.


Podeszli do wejścia, zwiadowca jako pierwszy wszedł przez portal do wnętrza i bez zastanawiania ruszył korytarzem zbudowanym z ośmiokątnych Płyt do wnętrza budynku. Wchodzący za nim złodziej otworzył usta by coś powiedzieć, jednak nie zdążył, gdyż wielka łapa orka skutecznie zakryła mu usta.


- Ciii. - Usłyszał szept w uchu - jak będą jakieś pułapki to je znajdzie i od razu rozbroi.


Wendorf po kilkunastu metrach bez stresowego marszu dotarł do ośmiokątnej komnaty, dużej ośmiokątnej komnaty. W każdej z ośmiu ścian znajdowało się wejście, lub jak kto woli wyjście. Oczywiście ośmiokątne. Na podłodze leżało symetrycznie rozmieszczonych osiem kamiennych płyt. W centrum pomieszczenia znajdował się kamienny blok, sądząc po kajdanach w miejscach odpowiednich dla rąk i nóg był to ołtarz ofiarny. W tej chwili dogonili go dwaj złodzieje.


- Nie było pułapek - zapytał żartobliwie Kabda.


- Co? - odpowiedział nieobecnym głosem Wendorf.


- Które wyjście zbadamy najpierw - zapytał czarnoskóry złodziej.


- Każde z nich prowadzi na zewnątrz świątyni. Jeszcze tego nie zakumałeś tępaku. - Głos Wendorfa aż ociekał irytacją.


Z kolei spojrzenie którym obrzucił go Burnby przesiąknięte było sceptycyzmem.


- Dobra, do cholery, udowodnię ci - z tymi słowami ruszył biegiem do drzwi naprzeciwko. Złodzieje, tym razem bez ociągania, ruszyli za nim. Po chwili wybiegli na zewnątrz.


- Nie mówiłem! - Dźwięcznej nuty triumfu w głosie zwiadowcy nie można było przeoczyć.


Po tym okrzyku zwiadowca biegiem wrócił do środka. Kiedy wszyscy znów znaleźli się w głównej sali padło zasadnicze pytanie: "co robimy?" Złodzieje rozpoczęli badanie ołtarza. Po kilku minutach Kabda z triumfem pokazał im wąską szczelinę pomiędzy blokiem ołtarza a podłogą. Wszyscy trzej zajęli dogodne pozycje i wykorzystując całą siłę mięśni zaczęli pchać blok, czy raczej napierać na blok bo ten ostatni ani myślał się ruszyć. Nagle Wendorf wstał i jak dziki w porze sianokosów wybiegł z pomieszczenia. Ork z zaskoczeniem spojrzał na Burnbego i napotkał jego wzrok wyrażający to samo uczucie. Obaj westchnęli niemal równocześnie.


W tym czasie Wendorf wybiegł do lasu upatrzył sobie młode, kilkuletnie drzewko i szybko wyjął miecz. Młody dąbek nie miał najmniejszych szans uchylić się przed ciosem dwuręcznego miecza. Płynnym ruchem ręki zwiadowca zatoczył mieczem jeszcze dwa kółka i nie przerywając ruchu schował go w pochwie na plecach. Następnie chwycił świeżo ścięte drzewko i pociągnął je do budynku. Kiedy wszedł do głównej sali napotkał podniesione brwi i pytające spojrzenia przyjaciół. Dumnie wyprężył pierś.


- Zrobimy dźwignię - wykrzyknął z entuzjazmem.


- A gdzie włożysz koniec? No wiesz, gdzie będzie punkt podparcia?


Entuzjazm, widoczny na twarzy pomysłodawcy, zmienił się w nabożne skupienie, a następnie w pełną rezygnację. Rzucił niedoszłą dźwignię i ponowił pytanie: "co robimy?"


- Ktoś powinien położyć się na ołtarzu- wpadł na pomysł Burnby.


Zwiadowca nie należał do osób które należy długo prosić. Szybko więc znalazł się na kamiennej płycie ołtarza, a przyjaciele sprawnie go unieruchomili kajdanami. No to teraz go mamy Kabda zatarł ręce z sadystycznym uśmiechem na pysku.


- Co mu zrobimy?


- Weźcie chłopcy przestańcie, co? - niepewność w głosie Wendorfa było równie trudno wyczuć jak obecność wody w rzece. Usiłując zmienić temat zaproponował nieśmiało:


- Może spróbujemy wymyślić jakieś hasło - równocześnie, prawie niezauważalnie, sprawdził czy uda mu się uwolnić z kajdan. Z sercem przepełnionym smutkiem i obawą zauważył, że się nie uda.


Zapanowała pełna napięcia cisza podczas której Wendorf usilnie myślał jak odwrócić uwagę towarzyszy od swej bezbronnej postaci, a złodzieje z kolei myśleli jaki numer wyciąć tejże bezbronnej postaci. Po minucie tej ciszy Wendorf pomyślał, iż jeśli sam uda, że nie widzi beznadziejności swego położenia reszta też o nim zapomni. Ta myśl pozwoliła mu tchnąć odrobinę pewności siebie w pytanie:


- No wymyśliliście coś?


Ledwie zamknął usta uświadomił sobie, że pytanie może być źle zinterpretowane. Zaczął więc wymyślać różne hasła, które, według niego musiały uruchomić mechanizm. Na kilka chwil zagościło w jego umyśle pytanie : "Jaki mechanizm?". Było to jednak jedno z tych pytań które się zwykle ignoruje. Bez dalszych oporów zaczął więc krzyczeć :


- Jeeesteeeem gotóóów!


- ... - odpowiedziało otoczenie.


- No choooodź!


- ...


- Czeekaaaam!


- ...


- Ejjjjjj!


- ...


- No co jest?


- ...


- Ja nie mogę! Otwórz się co?


- ...


- Osiem!


- Ziiiiuu buuuum! - odpowiedziało osiem kamiennych Płyt osuwając się w dół i skutecznie zamykając wszystkie wejścia.


- Dobra teraz cicho! Już nic nie mów! - krzyknął ostrzegawczo Burnby.


- Osiem, osiem, osieem, oooosieeeeem - ryczał dalej w upojeniu Wendorf.


Jedna z kamiennych płyt leżących na podłodze, odsunęła się z przeraźliwym zgrzytem ukazując ziejący złowrogą czernią otwór w dziwny sposób kojarzący się z otwartym grobem. Z otworu zaczęły się wolno wysuwać dwie potężne macki, gdyby nie ich wielkość wyglądałyby po prostu śmiesznie. Bo jak inaczej można określić mackę w kolorze zgniłej zieleni z mnóstwem wściekle różowych plamek? Gdyby jednak jakikolwiek ślad uśmiech pojawił się na twarzach wędrowców zostałby niewątpliwie starty przez widok dwóch kolejnych macek wysuwających się w ślad za poprzednimi. I kolejnych dwóch. I jeszcze dwóch. Po kilku sekundach osiem różowo nakrapianych odnóg CZEGOŚ sunęło po posadzce. "Sunęło w stronę ołtarza" - uświadomił sobie zwiadowca.


- Odepnijcie mnie chłopcy, co? - upojenie w głosie Wendorfa zostało w pełni zastąpione błaganiem.


Burnby jako pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia i uwolnił ręce zwiadowcy. Był po temu czas najwyższy , gdyż w chwili gdy korpus Burnbego, nachylającego się do drugiej ręki, odsunął się Wendorf dostrzegł opadającą mu na twarz zgniło-zieloną mackę pół metrowej średnicy z groźnie połyskującymi różowymi plamkami. "Jest to chyba jedyny przypadek groźnie wyglądającego różowego koloru" - pomyślał absurdalnie i nagłym zrywem ciała usunął się z trajektorii lotu zabawnie nakrapianego paskudztwa. Usłyszał głośne plaśnięcie i Płyta na której leżał zadrżała. W chwili gdy uwalniał nogi dostrzegł, że w ślad za mackami z otworu wysunęło się wściekle żółte oko, mniej więcej metrowej średnicy. Czarnoskóry złodziej najwyraźniej też je dostrzegł, gdyż z dzikim krzykiem rzucił się w jego stronę i pogrążył w nim swój sztylet. Istocie się to nie spodobało i, już w następnej sekundzie jedna z macek trąciła go brutalnie w bok i posłała drogą powietrzną ku nieuchronnemu ucałowaniu ściany. Niezbyt się to jednak udało gdyż Burnby grzmotnął w ścianę głową i prawym barkiem, a potem po prostu klapnął na podłogę w mało imponującym stylu. Wendorf nie miał więcej czasu na przyglądanie się koledze, uwolniwszy się w końcu z kajdan przetoczył się pod kolejną, opadającą na niego, macką i wstając wyciągnął miecz. Zauważył Kabdę atakującego potężnych rozmiarów oko i bez zbędnych przemyśleń dołączył do niego. Kilka następnych chwil to ciągłe cięcia, często kończone chlupnięciami obrzydliwej breji pochodzącej z oka, uniki i kolejne cięcia. Sielankową atmosferę przerwała jedna z macek uderzając Kabdę centralnie w twarz, czy też raczej, orkowy odpowiednik twarzy, kończąc egzystencję jego ryjka (nosa) w towarzystwie fontanny krwi i odgłosu towarzyszącemu zwykle nadepnięciu gąsienicy, Ork z jękiem zwalił się na podłogę bełkocząc coś żałośnie i plując zębami.


- Skończ się mazać głupcze. Jesteś w końcu facetem. - Wendorf próbował uspokoić przyjaciela w przerwach między unikami i ciosami.


I rzeczywiście jęki Kabdy umilkły, Uszczęśliwiony tym, że podniósł przyjaciela na duchu Wendorf zaatakował z podwójną siłą, energią, szybkością, entuzjazmem i całą resztą używaną przy ataku. Zagłębiając miecz prawie po rękojeść w obrzydliwie lepkich płynach ocznych. Stwór spróbował ostatni raz zmieść głowę z ramion przeciwnika, na co ten, wykorzystując po raz kolejny magię swej profesji, odpowiedział błyskawicznym schyleniem głowy. Zniechęcone kolejnym niepowodzeniem mackowate Coś zaczęło cofać się w głąb czarne dziury .


- Ty poczwaro! Wracaj tu! - krzyczał zaczepnie, lecz bez zbędnego entuzjazmu, Wendorf w głębi ducha odczuwając ulgę.


Przeciwnik nie podjął wyzwania i po chwili, uniesiona końcówkami macek płyta wróciła na swoje miejsce. Pierś Wendorfa uniosła się dumą wykonał kilka szybkich machnięć mieczem i zręcznie umieścił go w pochwie. Następnie ruszył w kierunku wciąż leżącego Kabdy. Znaczy..., słowo ruszył jest tutaj trochę niefortunnie użyte gdyż wykonał tylko pół kroku po czym stanął, wyjął miecz i dokładnie wytarł go ze śluzu. Po całej operacji ponownie go schował, już bez zbędnych ceregieli. Zauważył, że wszystkie drzwi są otwarte, to napełniło jego sercem swego rodzaju otuchą. Wyciągnął ciała swych przyjaciół na zewnątrz i rozpoczął reanimację. Na początku wlał eliksir leczący (noszony na specjalne, jak ta, okazje w plecaku) pomiędzy połamane zęby Kabdy. Eliksir wypełnił usta nie miał jednak najmniejszego zamiaru przepłynąć przez przełyk. Zwiadowca zbliżył więc swoje usta do pysku orka i korzystając z zasady dotyczącej cieczy i ciśnienia (o której nie miał pojęcia) dmuchnął w otwór gębowy przepychając ciecz w głębsze rejony ciała. Zadowolony wstał i czekał, aż towarzysz wstanie. Zauważył, że krwotok ustał, ale poza tym nic się nie działo. Zaczął więc potrząsać ciałem, kilka razy trzasnął je w głowę. Po włożeniu mu patyka do ucha i nie doczekaniu się żadnej reakcji mroczne przeświadczenie wydostało się w końcu na powierzchnię jak robal wypływający na powierzchnię jedzonej właśnie zupy. Wiedziony tym przeczuciem zaczął badać co ważniejsze tętnice na ciele orka i stwierdził, że jego kumpel jest trupem. Przez chwilę zagościła mu w głowie myśl, że wlał ostatnią buteleczkę eliksiru leczenia w ścier... w martwe ciało. Została jednak szybko wyparta przez zrozumienie iż to co wziął za płacz kolegi było w rzeczywistości jego agonią, a to co uznał za uspokojenie było... faktycznie uspokojeniem. Tyle że wieczystym. I tą myśl po chwili wyparła świadomość, że w sumie to szkoda chłopa i zrobiło mu się przykro. Prawie niezauważalnym ruchem wyjął patyk z ucha martwego Kabdy. Podszedł do Burnbego lecz zanim przystąpił do reanimacji sprawdził czy reanimacja ma sens. Nie miała.


Każdy wie, że ostatnią szansą jest..., oczywiście... Eliksir ostatniej szansy. Magiczny wywar pozwalający wrócić duszy do martwego ciała i tym samym przywrócić go do życia. Szybko przejrzał zawartość sakiewek martwych towarzyszy i stwierdził, że wystarczy. Już miał ruszać z powrotem do miasta, gdy zatrzymała go pewna problematyczna myśl: " Eliksir trzeba podać najdalej godzinę po śmierci. Z miasta wyruszyliśmy rano. Jest późne popołudnie. Kurcze, nie zdążę".


Kiedy wszystko zawiedzie ludzie zwykle sięgają po modlitwę. Wendorf uczynił podobnie i w nabożnym skupieniu, z pochylona głową zaczął szeptać: " O największa z pasji, wszechmocna Garlenth ... eeee... Garlen? Garlen. Pomóż memu towa.... hhmm... pomóż mym towarzyszom. Jeśli dasz im jeszcze jedną szansę ofiaruję dziesięć tyś.... ofiarują po dziesięć tysięcy srebrników na pomoc rannym i chorym oraz na potrzeby Twoich świątyń." Kiedy podniósł głowę zauważył przy wejściu do budynku postać kobiety. Jej czarna skóra i rysy kogoś mu przypominały nie mógł jednak się dokładnie przyjrzeć gdyż zniknęła w wejściu. Nie zastanawiając się pobiegł za nią, szybko przebiegł korytarzem i dobiegł do pomieszczenia. Mimo usilnych poszukiwań nie dostrzegł nawet śladu kobiety. Zauważył natomiast pewien szczegół, który musiał poprzednio przeoczyć. Mianowicie przez całą długość płyty ołtarza biegła szeroka na dziesięć centymetrów szczelina.


- To pewnie dzieło macki która próbowała mnie walnąć, gdy byłem jeszcze przywiązany -mruknął do siebie podchodząc do ołtarza.


Zajrzał do szczeliny było jednak za ciemno by cokolwiek dostrzec. Zdjął zawieszony na szyi świecący kryształ i opuścił, na rzemyku, w głąb otworu. W jego świetle dostrzegł kilka sakiewek, słoik z jakimiś stworzonkami i buteleczkę. Szybko wydobył wszystkie przedmioty na zewnątrz, pod sakiewkami leżał jeszcze bardzo piękny, zdobiony złotem sztylet.


W czasie gdy opróżniał schowek pod ołtarzem, w pewnym momencie poczuł silne pieczenie na grzbiecie, które bardzo szybko ustało. Gdyby mógł teraz zobaczyć plecy dostrzegł by ze zdziwieniem żyjący własnym życiem, ciągle się poruszający tatuaż, przedstawiający jakieś stworzenie z ośmioma mackami i bardzo dużym żółtym okiem. Nieświadom tego począł przeglądać zawartość sakiewek. Oprócz jednej, wypełnionej szarym pyłem, zawierały srebrne monety, w słoiku pływało kilka stworzonek z grubsza podobnych do bestii, która ich tutaj zaatakowała. Na razie odstawił go, wraz z sakiewkami na bok. Buteleczka zawierała gęstą jasnobłękitną substancję. Serce zabiło mu szybciej, tak, to było to: Eliksir ostatniej szansy.


- Dzięki Ge... Garlen - mruknął wybiegając na zewnątrz z butelką w dłoni.


Tutaj czekał na niego kolejny problem: buteleczka była jedna a zwłok para. Jakiś czas stał zastanawiając się kogo wybrać, wybór był trudny pozwolił więc ostatecznie by los go rozwiązał. Wyjął monetę, przypisał odpowiednie znaki odpowiednim osobom i rzucił. Wygrało ciało Kabdy, los najwyraźniej dziś mu sprzyjał. Nie ociągając się dłużej wlał zawartość butelki w rozchylone usta orka. Tym razem nie przepompowywał cieczy przez gardło, wstrzymywała go niechęć związana z całowaniem orków, a szczególnie martwych orków. Usiadł i w milczeniu przyglądał się reakcjom, czy raczej brakom reakcji, Kabdy. Dopiero po kilku długich minutach ciało lekko drgnęło, a spomiędzy resztek zębów wydobył się bolesny jęk.


- Znowu skamlesz. Bądźże facetem. - Wendorf odczuł wyraźną ulgę.


Powieki orka uniosły się powoli i już po chwili z zaskoczeniem rozglądał się wokół.


- Mackowaty rozwalił ci gębę, więc lepiej nie patrz teraz w lustro. URATOWAŁEM CIĘ Eliksirem ostatniej szansy, ale był tylko jeden, a Burnby zaczyna sztywnieć więc lepiej szybko coś wymyślmy. - Zwiadowca usłużnie zrelacjonował sytuację. - Aha jesteś winny Garlen dziesięć tysięcy.


- Pasje, proszę, pomóżcie mu. Chętnie oddałbym za niego życie. Zaczął błagać złodziej.


- Tak. - Zainteresował się jakiś zimny, skrzypiący jak wieko trumny głos. Przyjaciele odwrócili się równocześnie. To co zobaczyli nie poprawiło im humoru, zresztą nikomu nie poprawia samopoczucia koleś z ostrą kosą dzierżoną w kościstych łapkach, ubrany w czarną pelerynkę spod której kaptura widać łysą czaszkę z połyskującymi groźnie pustymi oczodołami i kojarzący się z końcem.


- ? - opowiedział Kabda i uznając że wypowiedź jest niepełna dodał jeszcze -Upsss.


- Mówiłeś, że oddałbyś za niego życie.


- Eeee... hmmm.... noooo to tylko tak. Może nie czepiajmy się szczegółów - ork próbował niezdarnie wybrnąć z sytuacji.


- A ty? - Spojrzenie pustych oczodołów wydało się Wendorfowi równie zachęcające co śmierdzące bagna pełne jadowitych węży .


- Co ja? - nerwowo przełykając ślinę, Wendorf próbował zyskać na czasie.


- No, idziesz na to? - grobowy głos czynił ofertę mniej interesującą niż gotowanie w oleju.


Nagle Wendorf rzucił się do świątyni i wrócił z sakiewką pełna szarego pyłu. Wsypał szczyptę w usta Burnbego i zalał wodą.


- No dalej - próbował zachęcić zwłoki. - Wstawaj.


- Dałbyś mu już spokój, Tak się nad trupem znęcać. - Spod pelerynki dobiegło delikatne skrzypienie towarzyszące kręceniu głową. - No to jak zgadza się któryś.


- No ... wiesz.... niespecjalnie.


- Bez sensu.


- Cholera zawsze to samo - zirytował się śmierć - dlaczego on, a nie ja. . . , mogłaś zabrać moje nie jej życie..., bez niego i tak nie mam po co żyć... A jak przyjdzie co do czego to kręcą i rozmyślają się - mamrotał odchodząc w las.


Kabda i Wendorf obrzucili się niepewnymi spojrzeniami.


- Jak długo nie żyje? Możemy mu jeszcze pomóc? - przerwał kłopotliwe milczenie Kabda.


- Niestety nie - westchnął zrezygnowany Wendorf Odszedł. Nie ma już dla niego nadziei.


Spojrzeli jeszcze raz po sobie spojrzeniami przepełnionymi smutkiem i, niemal równocześnie, rzucili się do ciała przyjaciela. Błyskawicznie przetrząsnęli kieszenie i bagaż zgarniając co ciekawsze rzeczy . Resztę bezwartościowych śmieci, w rodzaju: buteleczki na kał, bukłaka z popiołem, sutkiem krowy itp., wrzucili z powrotem do plecaka. Następnie podzielili się znalezionymi pod ołtarzem pieniędzmi. Wendorf uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu czuje świerzbienie na plecach. "Muszę się w końcu umyć" - skwitował to w myślach. Po podziale łupów wykopali płytki grób i złożyli w nim ciało złodzieja wraz z jego, trochę okrojonym, ekwipunkiem. Podczas gdy Kabda zakopywał ciało, Wendorf znalazł jaki, kij, Zaostrzył go z jednej strony, a na drugiej wypisał koślawymi literami: "Burnby"


Kiedy skończyli Wendorf wziął duży zamach i wbił kij nad głową leżącego ciała, a przynajmniej tak starał się wierzyć ignorując tym samym dziwny dźwięk towarzyszący wbijaniu kija. Kabda też starał się żyć ze świadomością iż go nie usłyszał.


Po pogrzebie ruszyli na północ pogrążeni w smutku, rozjaśnianym lekko świadomością, że zdobyli kilka fajnych rzeczy.


* * *

Duży i naprawdę dobrze zbudowany obsydianin wszedł na polanę, w której centrum stał ośmiościenny budynek. Zerknął na kij sterczący z rozkopanej ziemi. "Burnby" - przeczytał powoli z głębokim zaangażowaniem w daną czynność. Skojarzyło mu się z imieniem pewnego człowieka, z którym wędrował przez długi czas i przeżył niejedno. Burknął coś i poszedł do budynku. Wrócił po pół godzinie i podszedł do kija. Jeszcze raz włożył wysiłek w przeczytanie imienia i.. rozkopał ziemię. Odsłonięte ciało, mimo poważnego naruszenia przez robaki i rozkładu, utwierdził się w przekonaniu, że to na pewno jego przyjaciel. Obrzucił przeżartą robakami twarz obojętnym spojrzeniem. Nie zainteresował go nawet fakt iż ostry koniec "nagrobka" sterczał z głowy martwego. Bez zbytnich przemyśleń począł przeszukiwać ciało. Wysypał zawartość plecaka lecz i tam nie znalazł nic ciekawego. Poszedł więc dalej.


Nad rozkopanym grobem zaczęły krążyć roje much.