Opowieści z Ardy: Rycerz



"Dobrze postawione pytanie warte znacznie więcej jest niźli jakakolwiek odpowiedź. Odpowiedź bowiem może być błędna. Kogo lepszym uważycie: tego co życie strawił na poszukiwaniu prawdy i jej nie znalazł, czy tego, który, nie szukawszy, przez życie całe na fałszu się opierał?"
- Qelyi Folle, "Ludzkie świata postrzeganie"



- Nie, nie, nie. Tak się nie gra na lutni. Daj, pokażę ci - Ethan wziął instrument do ręki.

Usiadł wygodnie na drewnianej ławeczce, odgarnął bujne jasne włosy opadające mu na oczy i zaczął brzdąkać. Nie wychodziło mu to najlepiej, chociaż wytrawny słuchacz mógłby wychwycić wśród dziwnych dźwięków całkiem ładną melodię. Ehel nie był wytrawnym słuchaczem, ale jak na kilkuletnie dziecko przystało bardzo cenił starszego brata i uważał, że nikt już ładniej grać nie może. Innego zdania był sam Ethan, który po chwili z rezygnacją odłożył lutnię. Jak większość młodzieńców z Aksatosse, wolał dźwięk puszczanej cięciwy niż łagodne brzdękanie lutni. A i talent do łuku większy miał niż do muzyki.

Zapadał powoli wieczór. Chłodny jesienny wiatr, który wiał przez cały dzień, teraz prawie ucichł. Słońce, całkiem już pomarańczowe, ledwo wystawało zza grzbietów gór. Chmury rozeszły się całkowicie i całe niebo pokrywała piękna różowa poświata. Ethan zapatrzył się w połyskujące ostatnimi promykami słońca pobliskie szczyty. Od pewnego czasu patrząc na góry czuł dziwną tęsknotę, żal jakby, ale nie wiedział do czego. O podróżach nie marzył, zakochanym także się nie poczuwał, dzika natura nie ciągnęła go bardziej niż pełne ludzi Aksatosseńskie oberże. Mimo to, coś czuł. Niepokój - tak, to chyba było najlepsze słowo na określenie jego stanu wewnętrznego. Jednakże racjonalnie myśląc nie umiał znaleźć żadnego powodu, dla którego miałby się niepokoić. No, może poza jednym... Mężczyzna, który odwiedził Aksatosse przed dwoma dniami - tak dziwnie się na niego patrzył... Ale przecież odjechał, ponadto był rycerzem, wyczuwało się to od razu. Rycerze nie krzywdzą niewinnych ludzi, pierwej ich bronią.

Ehel, nie mając nic do roboty, poszedł już do domu, więc Ethan skorzystał z okazji i położył się na ławce. Popatrzył w niebo, na którym zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Wieczór był wyjątkowo ciepły, prawie jak w lecie. Dodatkowo miły wietrzyk zaszumiał w gałęziach brzóz porastających dość gęsto tę część miasta. Miło tak leżeć, gdy nikt nie przeszkadza. Jest czas żeby myśleć... Zasnął. Nie chciał, ale zasnął.

* * * * * * * * * *

Obudziło go rżenie konia. Przetarł oczy. Niebo było już zupełnie czarne, poprzeplatane gwiazdami migoczącymi jak... błyszczące oczy ledwo widoczne w hełmie pochylającego się nad nim człowieka? Chyba niezupełnie...

- Wstawaj, chłystku - zasyczał właściciel hełmu. Głos nie brzmiał specjalnie przyjaźnie; Ethan wolał się nie sprzeciwiać, przynajmniej dopóki nie dowie się o co chodzi. Wstał posłusznie, ostrożnie rozglądając się dookoła. Miasto było ciche, musiało być już późno. Gdzieniegdzie w oknach paliło się jeszcze światło, ale pobliskie domostwa pogrążone były już we śnie. Przyjrzał się bliżej nieznajomemu. Był wysoki, miał na sobie ciemny płaszcz pokrywający całą postać. Wybrzuszenie w okolicy lewego biodra sugerowało miecz albo przynajmniej jakowąś szablę. Przybysz nie był sam - kilka kroków dalej, pod drzewem, stał drugi, podobnie ubrany, trzymający za uzdy dwa potężne ogiery. Obaj mężczyźni przez chwilę przyglądali mu się z uwagą. Wreszcie ten bliżej przerwał denerwującą ciszę:

- Zadam ci teraz pytanie, a ty na nie odpowiesz. Rozumiesz?

- Czy to już to pytanie? - Ethanowi zebrało się na żarty. W nieodpowiednim momencie.

- W normalnych okolicznościach za żartowanie ze mnie dostałbyś po mordzie, szczylu... Radzę ci byś losu więcej nie kusił. Słuchaj uważnie! - zrobił małą pauzę dla zwiększenia efektu. - W ostatnich dniach przez Aksatosse przejeżdżał pewien człowiek, dość dziwny, rzucający się w oczy... Z pewnością zwróciłeś na niego uwagę. Wiesz gdzie się udał?

- Panie, przez Aksatosse przejeżdża co dzień wielu ludzi, a duża część z nich rzuca się w oczy. Wszakże to główny trakt z wybrzeża - Ethan mówił prawdę. Nie było żadnego powodu, by miał pamiętać jakiegoś szczególnego przybysza. Nie było powodu, ale pamiętał. Pamiętał rycerza, małomównego, smutnego rycerza w błękitnawej, brudnej zbroi. Pamiętał jego wzrok. Czuł, że to jego właśnie szukają. - Nie, panie, nie pamiętam nikogo specjalnego.

- Wzmóż pracę mózgownicy, chłoptasiu, bo robię się zły. Mężczyzna o którym mówię, miał na sobie dość nietypową błękitnawą zbroję. I hełm bardzo podobny do mojego.

Ethan wpadł w zmyślnie zastawioną pułapkę.

- Nie widziałem nikogo w takim hełmie jak wy, panie, nosicie - odetchnął z ulgą. Nieznajomy tylko na to czekał.

- Ale rycerza w błękitnawej zbroi widziałeś, czyż nie?! Mów lepiej gdzie się udał, bo inaczej ty udasz się tam, skąd już wyjścia nie ma! - chwycił chłopaka za koszulę i uniósł do góry. - I radzę ci nie krzyczeć. Zginąłbyś szybciej niż zdołałbyś się obrócić, a ja i tak bym uciekł.

Ethan był blady jak płótno. Nie był tchórzem, ale trzymający go mężczyzna napawał przerażeniem. Jego groźba była z pewnością bardzo realna.

- Naprawdę nie wiem, gdzie pojechał... Z Aksatosse wychodzi jedna droga, rozdziela się dopiero kilka mil za miastem... - kłamał. Dwa dni temu pojechał za tajemniczym rycerzem, aż do rozstaja dróg. Widział jak Błękitny pojechał w góry. W kierunku Denimbered, przełęczy prowadzącej do Doliny Wiecznego Mrozu. Długo zastanawiał się, po co. W Dolinie nikt nie mieszkał, panowała za to nieprzerwanie zima, śnieg sypał prawie codziennie i mało kto przeżywał tam więcej niż kilka dni. Jeśli oczywiście w ogóle przebył Denimbered, o której krążyło wiele legend, z których żadna nie była ani dobra, ani potwierdzona.

- Jeszcze raz skłamiesz, a poderżnę ci gardło. Którą drogą pojechał Błękitny? Chłopak poczuł chłodne ostrze sztyletu na swojej krtani. Nie miał wyboru.

- Na przełęcz. Pojechał na przełęcz... Puść, panie. - Ciągle wisiał w powietrzu. Nie byłoby to może dziwne, gdyby nie dwa fakty: dzięki częstym wizytom w oberży ważył blisko 80 kilogramów, a nieznajomy trzymał go jedną ręką. Wyprostowaną.

- Widzę, że zmądrzałeś. Cieszy mnie to. Pchnął Ethana na ławkę. Odwrócił się i zrobił krok w stronę koni. Jego kompan chrząknął cicho. Mężczyzna w hełmie raz jeszcze spojrzał na chłopaka.

- No tak... - westchnął cicho. I dodał już głośniej - Wprawdzie to nie są normalne okoliczności, ale co mi tam...

Uderzenie rzuciło Ethana dwa metry za ławkę. Na chwile chłopakowi pociemniało przed oczyma, ale nie stracił przytomności. Leżąc na trawie usłyszał jeszcze, jak ten, co chrząknął, cicho szepnął:

- Może lepiej go jednak zabić?

- Nie ma co robić zamieszania. Po tym ciosie nie obudzi się do rana. A my już wtedy będziemy daleko.

- Skąd wiedziałeś, że on kłamał?

- Nie wiedziałem.

Ethan przeklął w duchu. Dał się oszukać. Ale przynajmniej w jednym im pokrzyżuje plany - nie będzie tu leżał nieprzytomny. Tak pomyślał. I zemdlał.

* * * * * * * * * *

Gdy się obudził, było już południe. Zdziwiło go, że dookoła zamiast brzóz i ławki zobaczył ściany swojego pokoju. Spróbował się obrócić i aż jęknął z bólu - miał chyba pękniętą szczękę. Przeklęci nieznajomi - co ich zesłało do Aksatosse akurat wczoraj?! Głupie pytanie, wiedział przecież co. A raczej kto. Ciekawe, dlaczego go ścigają? Wątpliwe, by mieli wobec niego przyjazne zamiary...

Myśl o rycerzu poprawiła mu nieco humor. Bo mimo wszystko nie powiedział dziwnym przybyszom wczoraj wszystkiego. Nie powiedział, że zanim Błękitny skierował się na przełęcz Denimbered, zaatakowało go pięciu zbójców. Nie powiedział, jak wyglądała ta walka. Trudno zresztą było to wyrazić słowami. W każdym razie, Rycerzowi rozprawienie się z napastnikami zajęło około piętnastu sekund. Głównie dlatego, że ostatni zaczął uciekać w las. - Zobaczymy jeszcze, kto tu kogo złapie... - powiedział do siebie Ethan.

* * * * * * * * * *

Szczęka nie była jednak pęknięta, a jedynie mocno stłuczona. Po dwóch dniach o samych napojach Ethan wrócił do w miarę normalnego życia. Jednak myśl o błękitnym rycerzu i dwóch ścigających go okrytych płaszczami postaciach nie dawała mu spokoju. Mało kto dał wiarę jego opowieści - większość sądziła, że dostał po mordzie w jakiejś pijackiej bójce, co było o tyle uzasadnione, że nie byłby to pierwszy raz. Chłopak zaś czuł się podle. Mimo że chłodno rozumując zawsze dochodził do wniosku, że musiał ratować swoje życie, sumienie gryzło go mocno i utwierdzało w przekonaniu że zdradził. Ciekawe dlaczego? Przecież możliwe, że błękitny był ścigany przez prawo, a dwaj nieznajomi stanowili właśnie przedstawicieli prawa. Tak było w istocie, ale to tylko pogorszyło sprawę...

* * * * * * * * * *

Parę dni później Ethan siedział wieczorem w oberży z kilkoma przyjaciółmi. Szczęką już go nie bolała, chociaż duży siniak nie zszedł jeszcze do końca i przypominał o niemiłej przygodzie. Rozmowa toczyła się na różne tematy, ale Ethan nie mógł słuchać, myślał tylko o Rycerzu i idących jego tropem mężczyznach. Sumienie już go tak nie gryzło, ale za to wrodzona ciekawość nie pozwalała zapomnieć. Ciągle widział oczami wyobraźni Błękitnego, a także tego w hełmie, który go uderzył.

I wtedy weszli do oberży. Nie byli już w płaszczach, mieli na sobie skórzane kurtki, czapki na głowach i miecze u pasów. Poznał ich po głosie. A raczej pierwszego, tego z którym rozmawiał.

- Karczmarzu! Kolejka dla wszystkich! - krzyknął mężczyzna gdy tylko wszedł. Spotkało się to z gromkim aplauzem zgromadzonej w oberży tłuszczy. I zniweczyło plany Ethana by próbować udowodnić prawdziwość swej historii. W chaosie, który zapanował gdy kolejni goście podchodzili do lady po swoje piwa, chłopak próbował obserwować fundatorów kolejki. Wychodziło mu to o tyle dobrze, że ci po chwili dosiedli się właśnie do ławy, przy której siedziała kompania Ethana. Co za bezczelność, po tym co mi zrobili, pomyślał.

- A cóż to znakomitych gości sprowadza w nasze strony? - spytał podpity jegomość siedzący dwa metry od Ethana.

- Jacy my znakomici goście, drogi panie. Ścigalim bandytę po lasach, a że nagroda za niego jest, a wreszciem go ukatrupili, to i z innymi radością podzielić się chcemy.

- A jakiegoż to bandytę ścigaliście w Aksatosseńskich borach? Przecie tu zbójów nie upatrzysz, a jeśli jakowyś się pojawi, to szybko go gwardia nasza ubije - mało było w tym prawdy, gdyż Aksatosseńskie lasy wcale do bezpiecznych nie należały.

- Wszelako ten jeden gwardii waszej umknął. Może i dlatego, że on nie w Aksatosse poszukiwany, więc swobodnie przez miasto tydzień temu przejechał. Może go pamiętacie, w błękitną zbroję był odziany. Mężczyzna popatrzył na Ethana i uśmiechnął się lekko. Najwyraźniej bawił się jego kosztem.

- Nie pamiętam takowego, ale może i przejechał, nie przeczę. Groźny to przestępca? - kontynuował miejscowy.

- Słuchy chodziły, że na miecze nikomu się z nim mierzyć. Może to i prawda.

- Jakże to prawda ma być, skoro, jak mówicie, ubity już?

Coraz więcej ludzi przysłuchiwało się rozmowie. Ethan również.

- Że ubity, to prawda. Lecz nikt nie powiedział wszakże, że z mieczami na niego zaszarżowaliśmy. Powiedz im Rohy, jak to go jako kaczkę taką...

Po raz pierwszy odezwał się drugi nieznajomy:

- Żadna to sztuka nie była. Jechaliśmy za nim już od trzech tygodni. Chyba się domyślił, bo czekał na nas na polanie pod Denimbered. Dziwne, że jakowejś pułapki nie zastosował, ale może zbyt honorowym się miał, by z ukrycia nas zaatakować. Zatem, uważajcie, stoi na tej polanie, obok jego koń, a my z drugiej strony. Dhein zsiadł z konia i mówi: "Ręka prawa wreszcie cię dosięgła, przeklęty. Tutaj zakończysz swoją podróż." A on nic. Miecz w pochwie, przyłbica odsłonięta i patrzy. Więc Dhein jeszcze raz: "Zakończmy to tu i teraz. Dobądź miecza.". I sam sięgnął po broń. Wtedy tamten się odezwał: "Stawajcie. Ta polanka krwią waszą spłynie." Wtedy miecza dobył i w naszym kierunku ruszył. A ja na to łuk wyciągam, cięciwę napinam i krzyczę: "Stój! Ani kroku". Na to on "Nie godzi się...", "Wyjętym spod prawa nie decydować, co się godzi a co nie. Ciesz się, że z mieczem w ręku giniesz.", przerwałem mu. Zatrzymał się w miejscu, hełm zdjął i spojrzał na mnie. Nienawiść w tym wzroku była, nienawiść i śmierć. Widząć to jużem się dłużej nie zastanawiał i strzałę czym prędzej w niego wypuściłem. Ile to kroków było - może jakieś dwadzieścia i pięć. On, uwierzycie, ani drgnął; strzała mu prosto w serce weszła, zbroję uprzednio przebijając. Chwycił ją za drzewiec odwracając się do nas plecami, krzyknął, zatoczył się lekko i padł na plecy. Tak zastygł, w kałuży krwi na zmrożonej ziemi leżąc, z rękoma na drzewcu strzały w serce wbitej zaciśniętymi. Chciałem go jeszcze nożem myśliwskim na szyjce zaznaczyć, dla pewności, ale mnie Dhein powstrzymał. To już nie przystoi, umarłego jeszcze kaleczyć, powiada. I tak go zostawiliśmy, pierścień jeno wcześniej zabrawszy, coby za dowód, że przestępca ubity, mógł posłużyć. Pierścień bowiem to znany, któren wcześniej zbój ukradł był pewnej pięknej damie i od czasu owego zawsze na palcu go nosił. - To mówiąc Rohy wyciągnął z kabzy złoty pierścień z czerwonym rubinem w środku. Tłuszcza ochnęła. Ethan miał dość. Wiedział, że to naprawdę pierścień Rycerza, widział go wcześniej na jego palcu. Czuł się podle, obwiniał się za jego śmierć. I nijak nie potrafił uwierzyć, by Rycerz naprawdę był bandytą.

Wyszedł z oberży i usiadł na ławce. Cała historia przerażała go trochę, ale też nieco intrygowała. Nie mógł zrozumieć bowiem jednej rzeczy: Rohy powiedział wyraźnie: "Dwadzieścia pięć kroków było, a on nie drgnął nawet". I to było dziwne. Bo gdy pięciu zbójów napadło Rycerza, jeden z nich też miał łuk. Stał nie dalej jak dwadzieścia kroków od ofiary i też strzelił. Ethan był pewien, że odbicie tamtej strzały mieczem wcale nie było szczytem możliwości Rycerza.


Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
Elessar