Opowieści z Ardy: Ręka przeznaczenia



- Nie pójdę z wami! Nie chcę z wami iść! - wrzasnęła. Avotar popatrzył na nią zmęczonym wzrokiem. Nie ulękła się i spojrzała prosto w twarz czarodzieja. Jej oczy płonęły gniewem i zawziętością - wyglądało na to, że faktycznie zamierza ich opuścić. Avotar zwrócił się z kolei ku Thradowi i Nomiemu. Krasnoludy nie wyglądały na zaskoczone postawą dziewczynki. Najwyraźniej uważały ją za niespełna rozumu i nie przejmowały się za bardzo jej losem. Avotar wiedział, że popełniają błąd. Może nie wiedział, ale na pewno czuł. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się dzień wcześniej...

* * * * * * * * * *

Naprawdę nie wiedział, co popchnęło go w te strony. Wschodnie stoki Oroni Anarooreon były bardzo niebezpieczne, a nikt nie słyszał, by za górami, na wybrzeżu wielkiego wschodniego oceanu, były jakieś zaludnione obszary. Nic nie wskazywało, by ta wędrówka miała jakiś sens. Niemniej, Avotar ciągle posuwał się naprzód, coraz głębiej w góry, już od dwunastu dni. I przez całą tę drogę nie napotkał żadnego żywego ducha. Martwego również.

Samotność była dla niego chlebem powszednim, lecz przez dziesiątki lat wędrówek po wschodnich rejonach Śródziemia nie znalazł jeszcze tak odludnego regionu. Nawet zwierząt było tu niewiele, trochę ptaków, kilka zajęcy, może trzy sarenki... Na prawie dwa tygodnie intensywnego marszu. Bardzo, bardzo dziwne. Tym dziwniejsze, że przez ostatnie trzy dni w ogóle już nie było słychać życia, a jedynym dźwiękiem, który dochodził czarodzieja, był szum wody w górskim strumieniu. Wody, której nie wiedzieć czemu bał się napić. Tym bardziej zaskoczony był, gdy nagle usłyszał ludzkie krzyki. Przyciszone odległością, urywane i niewyraźne, ale niewątpliwie ludzkie. Pospieszył w tamtą stronę. Grunt był nierówny, śliski - niedawno padało, więc posuwał się dość wolno. I stało się, czego się obawiał - głosy ucichły, i znów zapanowała głucha cisza. Na szczęście, wyćwiczony umysł czarodzieja nie łatwo zmylić i Avotar bez wahania, chociaż mocno klucząc, szedł w kierunku miejsca, gdzie byli ludzie. Być może powinien był się bać. Być może powinien był być ostrożniejszy. Ale nie zastanawiał się nad tym, chciał koniecznie sprawdzić, do kogo należały głosy.

Przystanął. Był już bardzo blisko, a ciągle wokół panowała cisza i spokój. Drzewa stały nieruchomo, nawet najmniejszy zefirek nie szumiał w ich gałęziach. Na zachodzie, całkiem niedaleko, piętrzyły się skalne szczyty Gór Wschodzącego Słońca, jak zwykle pokryte szczelną warstwą chmur. Na wschodzie, nisko pod zalesionymi zboczami gór migotała w porannym słońcu powierzchnia oceanu. Aż dziwne, że było ją widać z takiej odległości, gdyż do wybrzeża miał Avotar bez mała dwadzieścia mil. Ale pogoda była piękna i poza szczytami gór nigdzie nie dostrzegało się żadnej najmniejszej nawet chmurki. Aż chciałoby się krzyknąć z zachwytu nad pięknem tego zakątka świata. Chciałoby się, gdyby nie groza, czająca się w niesamowitej ciszy. Ciszy, która swoim bezgłosem rozsadzała uszy.

Ktoś jęknął. Całkiem niedaleko - może jakieś trzydzieści kroków przed Avotarem. Za bujnym żywopłotem ze zrośniętych ze sobą wysokich krzewów. Jak się przekonał Avotar, ciernistych krzewów. Szkoda, że nie przypatrzył się im wcześniej, zanim zaczął się przez nie przedzierać.

Obszedł krzewy, chociaż zajęło mu chwilę wyjście z nich. A część płaszcza została tam już na zawsze. Na polanie leżał krasnolud. Dookoła było trochę krwi, a z piersi krasnala sterczał brzeszczot strzały. Wyglądało na to, że dostał w plecy i pocisk przeszedł na wylot. Ranny oddychał chrapliwie, a na jego ustach widać było ciemne strużki krwi. Avotar wiedział, że już nic nie może poradzić. Podszedł do umierającego.

- Rat... ratuj ich - krasnolud ledwo mówił - kimk... - głośno wciągnął powietrze - ...olwiek jesteś...

- Kogo mam ratować? Gdzie? - Avotar zdjął płaszcz, złożył go i wsunął rannemu pod głowę. Ten zaczął oddychać nieco ciszej.

- Moi bracia... zabrali ich do jaskini... tam... - wskazał na pobliski szczyt.

- Kto zabrał? Powiedz... - czarodziej urwał. Krasnolud żegnał się ze światem.

- Proszę - szepnął ostatkiem sił i wyzionął ducha.

Avotar nie czuł wściekłości. Było mu po prostu przykro. Przykro, że mimo całej swej mocy nie mógł nic zrobić, by ratować nieznajomego. Przykro, że nie zdążył zapewnić krasnoluda, że uratuje jego braci. Cokolwiek im zagrażało.

Na polanie były ślady stóp. Czarodziej nie był tropicielem, ale wieki doświadczeń nauczyły go dość dobrze rozpoznawać ślady. Te tutaj należały głównie do ludzi, chociaż było też kilka par odcisków krasnoludzkich chodaków. I jedne, których nie umiał zidentyfikować.

Ślady prowadziły pod górę, w kierunku szczytu. Ku zdziwieniu Avotara, ciągnęły się dość dobrze wydeptaną ścieżką, wijącą się wśród ciemnych świerków gęsto porastających wyższe partie zboczy górskich. Czarodziej wzmógł ostrożność. Domyślał się już mniej więcej przebiegu wydarzeń, rozumiał, że może zrobić się niebezpiecznie. Zwłaszcza gdy dotrze do jaskini. Gdziekolwiek by ona nie była.

Ścieżka, pnąc się pod górę, prowadziła zakosami wśród skarlałych drzew. Roślinności było coraz mniej, aż po kilkunastu minutach marszu drzewa znikły w ogóle, a na nagich kamieniach gdzieniegdzie tylko pojawiały się małe krzaczki. Czarodziej powoli zbliżał się do celu - czuł to, a ponadto gęsta mgła rozpościerająca się na tej wysokości, wyglądała na doskonałą kryjówkę dla... Kogokolwiek, pomyślał Avotar. Nie miał pojęcia czego oczekiwać na końcu ścieżki. Był pewien jedynie, że jaskinia, o której mówił krasnolud, nie jest po prostu zbójecką kryjówką. To nie miałoby sensu.

Wydało mu się, że znów słyszy głosy. Tym razem były przyciszone, ostrożne, ale niewątpliwie bliskie. Czarodziej przystanął i zaczął nasłuchiwać. Jego wyostrzone zmysły nie były jednak wystarczająco czułe, by rozróżnić pojedyncze słowa. Musiał podejść bliżej.

Przysiadł za dużym głazem. Gęsta mgła teraz mu sprzyjała - żadna istota nie mogła go dostrzec nie będąc tuż przy nim. On natomiast widział dość wyraźnie. Na tyle wyraźnie, by ocenić sytuację. I był zaskoczony. Dwóch mężczyzn siedziało na kamieniach w wylocie dużej jaskini. Obok nich, na ziemi, siedziała dziewczynka. Wyglądała na nie więcej niż piętnaście lat. O ile Avotar mógł dostrzec, była brudna z pyłu i krwi. Ale na ranną nie wyglądała.

- A skąd to panna taką zabawkę wzięła? - jeden z mężczyzn, wysoki i chudy, obracał w dłoniach miecz - Nie wiesz, panienko, że niebezpiecznie zabawiać się bronią? Można tym podpaść wielu osobom. Dziewczynka nie odpowiedziała. Popatrzyła na mężczyznę wściekłym wzrokiem i splunęła mu pod nogi.

- Nie odzywaj się do niej, Tregor. Nie pamiętasz już słów szefa? Chcesz go wkurzyć jeszcze bardziej? Wystarczy już tej burdy z krasnoludami. - drugi człowiek, niski i wątły, z włosami do ramion, nie był chyba w dobrym humorze.

- Może masz rację. Psie syny, co im przyszło do głowy, żeby nagle bronić tego dzieciaka? Ach, zaraza z nimi. Mówiłem szefowi, by nie bratać się z krasnoludami.

Mały nie odpowiedział. Przez chwilę panowało denerwujące milczenie, przerywane tylko gniewnymi sapnięciami dziewczynki. W końcu znów odezwał się ten wyższy.

- Wszystko przez krasnoludy. Same nieszczęścia na nas ściągają. Kurwa ich mać.

- Nie klnij, głupi. Gdyby Dheinowi nie zachciało się wycieczki do tej cholernej wioski na dziwki, on, Rohy i Knothe byliby dalej z nami. A tak ich miejscowi zatłukli.

- Miejscowi, nie miejscowi. Chłopi się do niczego nie przyznali, a i dziwne, by trzech tęgich chłopów dało się chamstwu zatłuc.

- Zaraz powiesz, że i to krasnoludów sprawka. Głupiś i tyle.

- Ech... Zawrzyj gębę lepiej, bo ci ktoś inny ją jeszcze przymknie.

* * * * * * * * * *

Zagadali się, głupcy, pomyślał Avotar. A tymczasem dziecko już pęta na rękach o skałę przecięło. Zadziwia mnie ta dziewczynka, zadziwia...

Wstał i wyszedł zza głazu. Podpierając się patykiem podszedł do mężczyzn. Ci zerwali się natychmiast.

- Ktoś ty?! - warknął Tregor.

- Wędrowiec, panie - Avotar ciągle powolutku dreptał. Aż w końcu mężczyźni byli dokładnie między nim a dziewczynką. - Zagubiłem się w górach...

- Skąd jesteś? Wszak tu wiosek żadnych nie ma!

- Jam pustelnik, daleko stąd mieszkam. Śmierć mi już w oczy patrzy, na koniec powędrować jak za młodu by się chciało. Powiedzcie panowie...

- Ucichnij, głupcze. Tu się twa droga kończy! Kto tu raz przyjdzie, już nie wychodzi. Z tobą nie będzie inaczej. - Obaj mężczyźni unieśli miecze i ruszyli wolno w stronę Avotara. Ten postąpił krok do tyłu. Okazało się, że nie było to konieczne.

- Au! - wrzasnął Tregor. Kamień trafił go dokładnie w potylicę. Obrócił się. Dziewczyna stała patrząc na niego wściekle, z mieczem w jednej a sztyletem w drugiej ręce. Tregor zawahał się. To był błąd - ostatni w jego życiu. Błyskawicznie rzucony sztylet utkwił mu w krtani. Drab zacharczał i zwalił się na ziemię. Jego towarzysz był bardziej zdecydowany. Uważnie trzymając swój pokaźnych rozmiarów bułat, zaczął obchodzić przeciwniczkę z prawej strony, tak, by mieć za sobą wnętrze jaskini. Prawdopodobnie chciał uciec, tylko w przemyślany sposób. Nie pozwoliła mu na to.

Zakręciła mieczem młynka i zaatakowała, tnąc mocno z lewej. Mężczyzna zastawił się raz, drugi i skontrował pchnięciem. Trafił w pustkę, a siła, którą włożył w cios zachwiała nim na chwilę. Dziewczyna cięła go z boku przez skroń. Jęknął cicho i upadł. Przez chwilę drgał jeszcze w rosnącej szybko kałuży krwi, po czym znieruchomiał. Było po wszystkim.

Avotar nie zdradzał zaskoczenia. Umiał doskonale panować nad emocjami, więc tylko spokojnie spytał:

- Skąd u młodej damy takie umiejętności?

- Nie twoja sprawa, dziadu. Ciesz się, żem ci życie uratowała.

- Przez wzgląd na mój wiek mogłabyś być nieco grzeczniejsza. Ponadto, ułatwiłem ci nieco zadanie, nieprawdaż? - czarodzieja niełatwo było wyprowadzić z równowagi.

- Przyspieszyłeś tylko nieuniknione - stwierdziła bezczelnie - Dobra, fajnie się z tobą gaworzyło, ale ja już muszę spadać. Pa. - dziewczyna faktycznie chyba chciała odejść. Przeszukała trupy strażników, zabrała jednemu sakiewkę, podniosła z ziemi mały pakunek - prawdopodobnie niedoszły obiad zbójów i spojrzała na Avotara. Ten, mimo, że bardzo intrygowała go młoda wojowniczka, nie zdradzał się niczym. Tylko patrzył swoimi siwymi oczami w jej młodą, brudną twarz. Nawet ładna, pomyślał.

- Czy w środku nie ma już więcej więźniów? - spytał.

- Są, ale co z tego? To tylko kilka krasnoludów, nie chcieli się zgodzić na zbiorowy gwałt. Bronili mnie, ale wcześniej przez nich właśnie wpadłam w ręce tych sukinsynów. Nic im nie jestem winna.

- Może więc spróbować im pomóc po prostu ze zwykłej przyzwoitości.

- Nie mam czasu na przyzwoitość. Jestem stworzona do wielkich czynów! Nie ratowania skóry kilku głupim karłom!

- Jak masz na imię? - spytał ni stąd, ni zowąd czarodziej.

- Co? - była nieco zaskoczona - Hmm... Możesz mi mówić Eleya. Ale co to ma za znaczenie?

- Eleyo, czy ty się boisz tej jaskini? Boisz się tam wejść?

- Uważaj dziadzie co mówisz! Ja się niczego nie boję.

- To źle. Brak strachu nie jest przejawem odwagi. Jest przejawem głupoty. Ja się boję, ale pójdę tam i spróbuję pomóc krasnalom. Może mi się uda.

- Nie uda ci się. Ale jak chcesz to idź, zgiń, ja nie zamierzam ci w tym pomóc.

- Nie proszę cię o to. Skoro się spieszysz, to idź już. Im dłużej tu stoimy rozmawiając, tym większa szansa, że ktoś nas usłyszy.

Odwrócił się i wolno wszedł do jaskini. Eleya czuła się trochę zmieszana.

- Zasrany staruch - mruknęła. I poszła za nim.

* * * * * * * * * *

Grota była dość spora. Skryli się za załomem skalnym, tuż przed wejściem do komnaty. Stąd mieli dobry widok, a sami nie mogli być dostrzeżeni.

Pod ścianą, na lewo od nich, siedziało związanych trzech krasnoludów. Po przeciwległej stronie przy imitującym stół głazie siedziało pięciu mężczyzn. Rozmawiali cicho popijając jakiś napój.

- Dobra, ja ich posiekam, a ty tymczasem rozwiąż jeńców - syknęła Eleya.

- Mam lepszy pomysł. Ty zostaniesz tu, a ja pójdę po krasnoludy.

- Że co? Tak po prostu pójdziesz?! A ci faceci tam przy kamiennym stole powiedzą ci "Proszę, może pan ich wziąć."?!

- Nie zauważą mnie. Mój strój jest ciemny, prześlizgnę się pod ścianą. Najwyżej się trochę poczołgam, podłoga jest bardzo nierówna, pełno tu kamieni i stalagmitów, będą mnie osłaniać.

- Jesteś stuknięty. Ale twoja wola. Pociesz się, że jak już cię zauważą, to może zdecyduję się drugi raz uratować ci tyłek.

- Nie zauważą mnie.

Powoli i bezszelestnie wychynął zza skały. Cicho, płynnie jak ciemność zalewająca świat wraz z nastaniem nocy, powoli ale nieprzerwanie, zaczął posuwać się w kierunku jeńców. Czasami na chwilę przystawał, by zaczerpnąć oddechu, kryjąc się za jakimś nieco większym kamieniem. Kilka razy była pewna, że już go widzą, bo patrzyli się dokładnie w miejsce, gdzie leżał, ale nic się nie stało. Zbóje nie zdradzali najmniejszego zaniepokojenia. Nawet, gdy pierwszy z krasnoludów drgnął wyraźnie, czując spadające z nadgarstków pęta. Następni przyjęli ratunek bez ruchu. Być może Avotar coś im szepnął.

Po kilku minutach znów był przy niej. Krasnoludy nadal siedziały nieruchomo pod ścianą. Nic się nie zmieniło, poza tym, że jeńcy nie byli już spętani.

- Jestem pod wrażeniem - powiedziała cicho.

- Miałem szczęście.

- Co dalej? Czy oni też tak po prostu przepełzną tutaj?

- Nie ironizuj. Oczywiście, że nie unikniemy starcia ze strażnikami. Ważne, żeby jak najszybciej stąd uciec. Dalej, w środku, jest ich na pewno dużo więcej.

- Około stu, o ile Tregor się nie pomylił. Słuchałam ich rozmowy, jak mnie tu prowadzili.

- Prowadzili cię... Ciekaw jestem, na co im ktoś taki jak ty? Przecież nie do zabawiania się. No, nie czas teraz na zastanawianie się. Wyjaśnię ci plan...

* * * * * * * * * *

Avotar wyszedł z ukrycia. Tym razem szedł wyprostowany, pewnym krokiem. Prosto w łapy pięciu zbójów. Zauważyli go szybko, chociaż w mętnym świetle pochodni nie mogli dokładnie ocenić, kim jest.

- Drodzy panowie - zaczął Avotar - raczą mi powiedzieć, dlaczego więzią te krasnoludy. Ja bowiem właśnie ich szukałem, pilną sprawę bowiem do nich mam.

Mężczyźni zaśmiali się z cicha.

- Dziadku, tyś aby na głowę nie upadł? - zagadnął jeden z nich. Avotar kontynuował przedstawienie.

- To przecież Arturo, syn mojej siostry! - krzyknął cicho kierując wzrok na przedmówcę. Zbiry popatrzyły po sobie. Jeden wstał.

- Dość tego... - zaczął. Avotar ruchem tak szybkim, że ledwo zauważalnym, uniósł rękę, zamachnął się i rzucił kamieniem w sklepienie groty nad kamiennym stołem. Pocisk odbił się od skały i trafił jednego z mężczyzn w głowę. Czarodziej miał trochę pecha, bo akurat ten zbir miał na głowie hełm.

Jak na komendę, zaraz po rzucie Avotara, krasnoludy wstały i szybko pobiegły w stronę korytarza, z którego nadeszła pomoc.

- Alarm! Jeńcy uciekają! - ryknął ten w hełmie, po czym wszyscy mężczyźni wyciągnęli miecze i rzucili się w pogoń za zbiegami. Avotar był już wtedy przy Eleyi.

- Twoja kolej - warknął, gdy tylko krasnoludy przebiegły obok nich. Pięciu zbójów było tylko kilka metrów za nim. Zatrzymali się na chwilę, gdy dziewczyna z lśniącym ostrzem w ręku i z okrzykiem na ustach zastąpiła im drogę. Ale zaraz znów runęli do przodu, zdecydowani zmieść dziwną przeszkodę z drogi. Nikt nie skojarzył później spadających ze sklepienia groty stalaktytów z uniesioną i lekko jaśniejącą dłonią Avotara. Może dlatego, że krasnoludy były już dość daleko, Eleya rzadko przyjmowała do wiadomości czyjąś pomoc, a trzem napastnikom z roztrzaskanymi łbami trudno było cokolwiek skojarzyć. Pozostali dwaj padli od celnych i mocnych cięć miecza dziewczyny. Ale z drugiego końca groty było już słychać nadbiegających ludzi, czas był najwyższy na ucieczkę.

- Zostaw mnie! - krzyknęła Eleya, gdy czarodziej szarpnął ją za rękę ciągnąc ku wyjściu. - Ja nie uciekam przed nikim!

- Głupi dzieciaku! Zginiesz jeśli będziesz próbować powstrzymać tych ludzi!

- Nie pokonają mnie. Nikt mnie nie pokona!

Avotar nie mógł jej przekonać. Wiedział o tym.

Bełt z kuszy odbił się od kamienia i uderzył bokiem w głowę dziewczyny.

- Kurwa - zaklęła cicho, popatrzyła raz jeszcze przed siebie, odwróciła się i pognała do wyjścia. Avotar biegł tuż za nią, chociaż odległość między nimi rosła. Bełty i strzały świszczały im koło uszu i odbijały od kamiennych ścian. Szczęściem ciemność i zwisające ze sklepienia kamienne sople bardzo utrudniały strzelającym zadanie. W końcu Avotar jako ostatni wybiegł z jaskini.

Nie miał czasu zastanawiać się, czemu jeden z krasnoludów jest cały we krwi. Obrócił się twarzą do korytarza - z wnętrza słychać było coraz bliższe odgłosy pogoni. Czarodziej wziął do ręki duży kamień. Zamachnął się potężnie i rzucił na skały nad jaskinią. Nie trzeba było długo czekać na efekt - po chwili wejście do ciemnego korytarza zasypała lawina skalnych odłamków. Byli bezpieczni.

- Dobrze trafiłeś, pustelniku - powiedziała z przekąsem Eleya.

- Miałem szczęście.

- Cholerne szczęście. Cholernie niesamowite szczęście.

- Cóż, zdarza się.

- Ja nie wierzę w szczęście. Nie takie przynajmniej.

Avotar nie był zaskoczony. Spodziewał się czegoś takiego.

- Ja też nie wierzę. Ale bardzo lubię, gdy mi sprzyja.

Eleya nie kontynuowała dyskusji. Zwrócili się ku krasnoludom. Dwa klęczały nad tym rannym. Gdy Avotar podszedł bliżej, zrozumiał.

- Potknął się i upadł na kamienny kolec - rzekł karzeł. - Umarł przed chwilą.

* * * * * * * * * *

Krasnoludy zwały się Thrad i Nomi. Avotar nie dowiedział się od nich wiele ponad to, że ich pochowany przed godziną kompan był bratem Nomiego, tak jak i ten, który umarł na rękach Avotara w lesie poniżej, rano. Krasnoludy były małomówne i nieufne, szczególnie wobec Eleyi. Dziewczynie specjalnie to nie przeszkadzało.

- Mam ich w dupie. Powinni mi na kolanach dziękować za życie, ale skoro nie chcą, to ich sprawa. I tak jutro się z nimi żegnam, tak jak i z tobą. Dość już czasu zmitrężyłam, dziadku. Polubiłam cię przez te kilka godzin, ale to nic nie znaczy. To nie jest mój świat, muszę wracać na południe.

- Nie będę cię zatrzymywał, choć radziłbym ci pojechać z nami przynajmniej do końca gór. Dla bezpieczeństwa.

- Mowa. Wspominałam ci już, że się nie boję. Poradzę sobie.

- Nie wątpię. Myślałem raczej o swoim bezpieczeństwie. - Uśmiechnął się. Ona też. Koniec końców była z siebie dumna. Nie pierwszy raz.

Położyli się spać w dobrych nastrojach. Możnaby się pokusić o stwierdzenie, że udało mi się z nią trochę zaprzyjaźnić, pomyślał Avotar. Jak się rano okazało, przyjaźń ta była jeszcze bardzo niestała.

* * * * * * * * * *

- Kto ci pozwolił ruszać mój miecz?! - Eleya zerwała się z trawy, podeszła do Avotara i wyrwała mu ostrze z rąk.

- Czy jest coś złego w oglądaniu? - czarodziej jak zawsze był spokojny.

- Nie twoja cholerna sprawa! To moja broń i już.

- Jest magiczny.

- I co z tego?

- To o niego chodziło tym ludziom, prawda? Nie o ciebie, tylko o twój miecz.

- Nie! Ja jestem ważniejsza niż miecz! Jestem ręką przeznaczenia!

- Tak? A co to jest przeznaczenie? Wiesz?

- No... A co ci właściwie do tego?

- Dobrze, już dobrze. Przepraszam. Zdecydowałaś się?

- Na co?

- Czy idziesz z nami, czy wracasz, jak to ujęłaś, "na południe"?

* * * * * * * * * *

Powoli zbliżali się do końca gór. Thrad zaprzyjaźnił się z Avotarem i całe dnie spędzali na rozmowach. Nomi trzymał się bardziej z tyłu. Nie można było mu się dziwić - stracił dwóch braci, nawet dla krasnoluda był to okropny cios.

- Ciekawe co z tą małą - zaczął Thrad. - Pewnie już nie żyje.

- Nie sądzę. Ona sobie poradzi, to dzielna dziewczynka.

- Wiem, ale myślę, że ją przeceniasz, Avotarze. Nie znasz tych szlaków morskich, ja nimi pływałem. Nie wróci na południe. A nawet jeśli wróci, to długo tam nie pożyje.

- Dlaczego?

- Ja tego nie pojmuję, Avotarze. Nie rozumiem, czego oni od niej chcieli. Ale ona sobie nie poradzi. Ma za dużo wrogów.

- Mówiła prawdę, tak?

- Co?

- Gdy powiedziała, że to jej szukali, nie miecza. Byłem zaskoczony widząc tak piękną i potężną broń. Nie mogłem jej uwierzyć. A ona miała rację. Jest ręką przeznaczenia, chociaż nie wie nawet do końca, co to znaczy. Jest narzędziem Mandosa, nie znając nawet imienia swego pana. Niesamowite.

- Chyba nie do końca cię rozumiem...

- Nie szkodzi. Ja też nie do końca to wszystko pojmuję. Może się mylę, ale czuję, że jeszcze ją spotkam. I spotkanie to będzie zwiastunem mojego końca.

- Myślisz, że Eleya cię zabije?

- Wątpię, ale nie mogę być pewien. Tego już moje oczy nie potrafią dojrzeć.


Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
Elessar