Wieczni kochankowie
Są wampirami, które podczas swej wieloletniej egzystencji zdobyły prawie
wszystko co tylko oferowały światy śmiertelnych oraz kainitów. Nie jest
ich wielu - zaledwie garstka, lecz ich wpływy sięgają daleko. Krążą o nich
plotki - ponoć jedyną rzeczą, która ich ekscytuje jest miłość i jej
najróżniejsze odmiany. Pasja, namiętność, uwielbienie. Jeśli popełniłeś
zbrodnię, do której zawiodło cię pożądanie lub złamałeś Tradycję z powodu
uczucia - opowiedz im o tym. Znajdą Cię i będą słuchać, kryjąc twarze za
maskami. Jeśli tylko wzbudzisz w ich sercach emocję, pomogą Ci. Jeśli zaś
nie poruszysz ich swą opowieścią - zniszczą Cię. Bądź więc ostrożny.
Zacznij opowieść...
"Zanosiło się na deszcz. Na tę jego późnomajową odmianę, która wyzwala w
ludziach nieokiełznane, gwałtowne uczucia. Powietrze było duszne, niemal
gęste. Wąskie uliczki Nowego Orleanu wypełnione zaś potokiem ludzi -
kobiet szukających rozrywki, dam, tanich dziwek, ich mężczyzn, kochanków i
żądnych wrażeń młodzieńców. Wszyscy zaś sprawiali wrażenie iż doskonale
wiedzą dokąd zmierzają unoszeni falami muzyki i tłumu. Napięcie zdawało
się stale wzrastać, emocje brać górę nad rozumem, zmysły nad ciałem,
brakowało jedynie iskry by stało się coś nieoczekiwanego. Nagle spadł
deszcz, wyzwalając pierwotne instynkty, zachowania na które ci sami ludzie
w innych okolicznościach nigdy by się nie odważyli. Euforia, zimne krople
deszczu na rozpalonym ciele, smak ust nieznajomej kobiety, rytm
wypełniający głowę i śmiech dziesiątek, setek ludzi.
Wtedy usłyszałem Ją - głos czysty, niby obietnica spełnienia, śmiech i
gesty skierowane w moją stronę. Z ukrycia obserwowałem całe to ludzkie
szaleństwo, które zafascynowało mnie atmosferą napięcia i owego dawno
zapomnianego stanu, który setki razy przywoływałem we wspomnieniach.
Tańczyła wśród swoich, nie zwracając uwagi na strugi deszczu i pełne
pożądania spojrzenia mężczyzn. Więc nie byłem dla niej niewidoczny,
przeszło mi przez myśl. W jakiś sposób widziała mnie, czuła moją obecność.
Pragnąłem jej, wiedząc, że nie ma sposobu by po nią sięgnąć, dotknąć i
sprawić by zaznała uczucia jakiego nigdy nie da jej żaden mężczyzna.
Tancerka pod dotykiem muzyki, jej dłonie oplatające smukłe ciało,
podążające nierównym torem ku szyi o pięknie ulotnym jak pierwsze chwile
poranka. Nie chciałem znać jej imienia, nie pragnąłem niczego poza nią,
jej ciałem, jej krwią.
Deszcz był moim sprzymierzeńcem a ja - reżyserem spektaklu dla jednego
widza, śmierci i miłości w jednym akcie. Umierała tańcząc, wirując w
ekstazie podczas gdy ja przeżywałem jej piękno wciąż od nowa, niepomny
otoczenia ani jej woli życia. Była zbyt piękna by mogła żyć i zbyt
zuchwała. Kochała mnie za te chwile niewysłowionej rozkoszy, gdy
pozbawiałem ją życia obserwując jej taniec schowany w cieniu.
Gdy przestałem, a krwawe krople deszczu przestały płynąć ku mnie, leżała
na ulicy z włosami rozrzuconymi w nieładzie. Rozchylone wargi i zamknięte
niby we śnie oczy należały do niej - ofiary namiętności. Byłem jej coś
winien. Zapłatę. Wytłumaczenie. Może po prostu kochałem ją i nie chciałem
pozwoli by tak piękna chwila uleciała?
Wokół niej zebrała się gromada ludzi - jej koleżanki patrzyły z
przerażeniem, ktoś dokądś pobiegł. Ruszyłem ku niej wolnym krokiem,
patrząc na jej piękne ciało, którego nie mogłem oddać śmierci. Była zbyt
piękna żeby żyć więc... będzie żyć dalej. Minąwszy stojące nad nią
postacie, przeszedłem tuż obok, mijając ją, lecz udając brak
zainteresowania. Mój krwawiący nadgarstek znaczył smugą rozmytej purpury
drogę, którą szedłem. Krople vitae spadły na jej twarz i na wpół otwarte
usta."