Spis treści Multimedia


Borys Jagielski

Ojcze Merrinie, wróć!


Constantine
(Constantine)
Reżyseria: Francis Lawrence
Rok produkcji: 2005
Występują: Keanu Reeves, Rachel Weisz



Zaczęło się od plakatu. Wisiał na stacji metra i zauroczył mnie. Tytułowy bohater w pogniecionej marynarce i koszuli wyłaniający się z granatowej mgły. Wielki rewolwer z krzyżem na lufie. I przemawiające do wyobraźni słowa: "Walka między Niebem a Piekłem toczy się na Ziemi."

Nie należę jednak do osób, które kupują książki pod wpływem okładek bądź wybierają się do kin na premierowe pokazy pod wpływem filmowych plakatów. Cierpliwie czekałem. Przeczytałem kilka recenzji, których autorzy powiedzieli mi, że Constantine to film niezły, ale z pewnością nie wybitny. Będąc świadom, że do tej pory żaden comic movie nie trafił w moje upodobania, zastanawiałem się &mdash warto? Szalę przeważył fakt, że film nakręcono, wykorzystując motywy pochodzące nie z superhirołsowych komiksów Marvela, a z ambitniejszych dzieł DC.

John Constantine (Keanu Reeves) umiera na raka płuc. Wie, że po drugiej stronie czeka go Piekło. Wie też, że posiada rzadki dar, pozwalający mu widzieć i komunikować się z ziemskimi wysłannikami Boga i Szatana. Rozpaczliwie stara się więc odkupić swoje winy, egzorcyzmując rozmaite demony z powrotem do piekielnych otchłani. Choć Constantine jest typem samotnika, w poszukiwaniu monstrów pomagają mu przyjaciele &mdash ksiądz-alkoholik, młody i gorliwy taksówkarz, dociekliwy uczony. Lecz gdy John staje oko w oko z siłami nieczystymi, zawsze jest sam. Ot, taki fach. Nieoczekiwanie w jego życiu pojawia się młoda policjantka, Angela Dodson (Rachel Weisz). Prosi, by zajął się sprawą tajemniczej śmierci jej siostry Isabel. Constantine, początkowo niechętny, w końcu się zgadza. Para niebawem wpadnie na trop diabelskiego spisku zagrażającego całemu światu.

Czas na sedno: Film jest przeciętny. Niekoniecznie kiepski, ale nie więcej niż przeciętny. Po tym wszystkim, co przeczytałem na jego temat, bardzo się rozczarowałem. I wynudziłem.

Uzasadnienie sedna nie będzie trudne, gdyż Constantine to dzieło, którego wady można bezproblemowo wskazać palcem i bezlitośnie obnażyć. Dziwi mnie tylko, że inni recenzenci umniejszyli wagę jednej z nich, a drugiej wydają się jakoś nie zauważać.

Primo: Keanu Reeves gra kijowo. Dopóki się nie odezwie, wszystko jest jeszcze w porządku, gdyż fizjonomią i posturą były Neo bardzo dobrze pasuje do postaci Johna Constantine. Niestety, Reeves nie gra w filmie niemym i wygłasza pokaźną ilość kwestii. Czyni to tak drewnianym głosem, że cała charyzma Johna Constantine pryska niczym bańka mydlana. Grzech pana K. jest tym cięższy, że wyraźnie widać, iż w tytułowym bohaterze kryje się ogromny potencjał na bardzo, ale to bardzo ciekawą i dwuznaczną postać. Aktor go zmarnował, spaskudził. Charakter tytułowego bohatera oddaje więc wyłącznie scenariusz, ponieważ Reeves albo miał zły dzień, albo po prostu jest marnym aktorem. Widzowi wychodzi na to samo.

Secundo: Film jest nudny. Tak po prostu. Nie dlatego, że niewiele w nim się dzieje, lecz dlatego, że całość została źle wyważona. Twórcy usiłowali złapać dwie sroki za ogon i nie najlepiej im to wyszło. Ich podstawowym zamiarem było wyposażenie filmu w mroczny nastrój, w demoniczną atmosferę, lecz zarazem postanowili dostosować się do wymagań mniej dojrzałej części widowni i dorzucili trochę scen akcji okraszonych komputerowymi efektami specjalnymi. Nie twierdzę, że takie połączenie nie miało prawa się udać, lecz akurat w tym filmie całość po prostu nie wypaliła. Może gdyby owe sceny akcji były inaczej wyreżyserowane? Może gdyby efekty specjalne były ciekawsze? Bo tu dostaliśmy kilka ordynarnych "cyfrówek" i proszę nie mówić mi, że odłamki szkła lecące w zwolnionym tempie wywierają dziś jakiekolwiek wrażenie na widzu (jedynie wizerunek Piekła był udany). Chociaż nie, pal licho akcję, pal licho efekty. Rzecz w tym, że Constantine dałoby się bez większych problemów rozegrać bez strzelanin i bez komputerów. Mógłby to być ponury thriller ocierający o fantastykę i kino obyczajowe, współczesna wersja Egzorcysty. Mógłby, gdyby twórcy mieli więcej ambicji i gdyby agencja castingowa nie zaproponowała im Reevesa. Szkoda. Zawsze żałuję zmarnowanych szans.

W recenzjach często podkreśla się, że filmowi dodają czaru postacie archanioła Gabriela i Lucyfera. Apeluję: Nie egzaltujmy się tak łatwo. Dwie jaskółki wiosny nie czynią. Sposób przedstawienia Gabriela zasługuje niewątpliwie na miano oryginalnego, ale cóż z tego, skoro postać ta w finałowych scenach, które jako punkt kulminacyjny powinny teoretycznie wstrząsnąć widzem, jest bardzo bezpłciowa (kalambur zamierzony; obejrzyjcie, a zrozumiecie). Zresztą, czy Gabriel naprawdę by tak postąpił? Mnie wydał się zupełnie nieprzekonujący. A Król Otchłani Piekielnych, którego John nazywa pieszczotliwie Lu... Owszem, wygląda ciekawie, dobrze go zagrano, ale pojawia się tylko na kilka minut w samej końcówce i jest współwinnym największej niedorzeczności fabularnej w całym filmie. Odpowiedni spoiler zamieściłem pod oceną końcową.

Mam pecha. Mam po prostu pecha do comic movies. W Spider-Manie i X-Menach fabuła sensu stricte wciągnęła mnie, ale do gustu wybitnie nie przypadła mi konwencja. Opowieści o superbohaterach w egzotycznych kostiumach to nie dla mnie. Constantine utrzymano z kolei w interesującym, mrocznym klimacie, lecz fabuła okazała się spaprana.

Summa summarum nie polecam. Jeśli Sin City nie okaże się lepszy o przynajmniej dwa rzędy wielkości, postawię ostateczną i nieodwołalną kreskę na ekranizacjach komiksów.

OCENA: 5+/10

SPOILER: W końcówce John mówi do Lucyfera, by zabrał jego duszę w zamian za wypuszczenie z Piekła duszy siostry Angeli. Lu po chwili wahania akceptuje tę propozycję i w tym momencie okazuje się, że Constantine go wyrolował, gdyż tym heroicznym aktem poświęcenia bohater zasłużył sobie wreszcie na prawo wstępu w niebieskie dziedziny. Bzdura do kwadratu! Po pierwsze, Constantine był już martwy i jego dusza należała do Lucyfera. Szatan nie musiał się wcale zgadzać na żadne wymiany, bo obie dusze &mdash i Johna, i Isabel &mdash należały w tym momencie bezpowrotnie do niego. Po drugie, nasz egzorcysta bez wątpienia wiedział (potem nie wyglądał na zaskoczonego, a na dodatek cynicznie się uśmiechał), co nastąpi, jeśli Lu mimo wszystko przystanie na ten układ, więc składając diabłu propozycję nie czynił tego z dobroci serca, a z wyrachowania. A czy Bóg lubi hipokrytów? Nie muszę chyba odpowiadać na to pytanie. (Pomijam fakt, że przed chwilą John po raz drugi w swym życiu popełnił samobójstwo, grzech śmiertelny, przez który to właśnie nie chciano wpuścić go do Nieba wcześniej).

Jeśli mimo wszystko dziura tkwi nie w fabule, a mojej łepetynie, proszę Was o mailowe poinformowanie mnie, czego tu nie rozumiem lub nie dostrzegłem. To nie ironia.




Powyższy tekst powstał wiosną, niedługo po premierze filmu. Niestety, chochlik redakcyjny wykorzystał moment naszej nieuwagi i ukrył recenzję w swojej norze. Zdołaliśmy ją odzyskać dopiero teraz. Przepraszamy za kilkumiesięczne opóźnienie.

Na górę strony