|
|
Trzy grzechy główne
|
Sin City – Miasto Grzechu (Sin City) Zabili moją Goldie1, mówi Marv, bohater pierwszej z opowiastek, a mnie wciąż brzęczy w uszach jego głęboki, wibrujący, urzekający głos. Zagram z nimi po swojemu. A potem wypada z pokoju hotelowego, by siać śmierć i zniszczenie, a film na kilka minut staje się komiksem pełną gębą, nie tylko od strony estetycznej, ale również merytorycznej. Tempo wkrótce się uspokaja, ale narracja zza kadru nie opuszcza nas ani na chwilę – podobnie jak w dwóch następnych historyjkach. Dialogów tu nie za dużo i gdyby nie owe monologi, Sin City byłoby produkcją ubogą w słowa. Gdyby nie owe monologi, Sin City straciłoby wiele ze swego uroku, gdyż narracja z "offu", wystudiowana i teatralna, ocieka charyzmą. A choć wszyscy filmowi protagoniści są mniej lub bardziej charyzmatyczni, to bez wątpienia przoduje tutaj Marv. Marv. A raczej – Mickey Rourke. Ależ go ucharakteryzowano. Nie do poznania. Ucharakteryzowano? Zamieniono w wielki kawał mięsa o zniekształconej, pokancerowanej gębie. I z jaką przewrotnością dobrano do tej roli (podobnie jak Elijaha "Frodo" Wooda do roli kanibala-psychopaty w lustrzankach). Rourke, grający zwykle seksownych, sprytnych twardzieli. Marv, prostolinijny wielkolud o wielkich mięśniach i jeszcze większym sercu. Ale tylko dla kobiet i przyjaciół. Dobrotliwości na pewno nie ujrzą w oczach monstrualnego Marva dranie, którzy zamordowali jego Goldie. Jedyną kobietę, która go pokochała. Warto za nią zginąć. Warto za nią zabić. Warto za nią pójść do piekła. Pogląd: Sin City to Pulp Fiction XXI wieku. [Autor nieznany] To wszystko, na co was stać, cioty? pyta drwiąco Marv, a potem odchodzi i zastępuje go Dwight, rozpoczyna się nowa historia. Po The Hard Goodbye czas na The Big Fat Kill. Czas na pierwsze, małe rozczarowanie. Opowieść Marva była bezpretensjonalna, a prostota fabuły współgrała z liniowością. Opowieść Dwighta niebezpiecznie zbacza w kierunku groteski (obcięta głowa skorumpowanego gliniarza jako karta przetargowa, o którą prostytutki walczą z mafią – to mówi samo za siebie), a prostota fabuły koliduje z paroma wymuszonymi zwrotami akcji. Zresztą The Big Fat Kill to najsłabsza część tryptyku. Clive Owen jest niezłym aktorem, ale jego postać jak na realia Sin City jest zbyt "szara"; owszem, z ikrą, lecz bez iskry niezwyczajności. Ktoś powie, że przeciętność Dwighta może być celem samym w sobie – ja odpowiem, że wrzucona pomiędzy Marva a Hartigana, taka przeciętność pozostawia uczucie niedosytu. Sytuację ratują Benicio Del Toro jako Jackie Boy i Michael Clarke Duncan, pamiętny czarnoskóry gigant z Zielonej Mili, jako okrutny Manute. Benicio Del Toro... Niektórzy twierdzą, że zaraz po Rourke'u stworzył najlepszą kreacją. Niewykluczone, ale niesmak pozostaje – w rolę Jackiego wcielić się miał kameleon Depp, lecz napięty terminarz nie pozwolił Johnny'emu wziąć udziału w kręceniu Sin City. Ogromna strata. Zważywszy na dotychczasowe aktorskie osiągnięcia Deppa, podejrzewam, że mógłby zdystansować nawet Mickeya. Ale i Benicio Del Toro nie odwalił fuszerki i spisał się należycie. Gdy Jackie starannie skrywa wściekłość pod maską szyderstwa, na myśl przychodzą niektóre z kreacji innego Jackiego – Nicholsona. Jack Torrance. Płk. Nathan R. Jessep. I żałujemy, że tylko Owenowi nie pozwolono się wykazać, że Dwight nie zapada na dłużej w pamięć. Pogląd: Najpierw był czarny kryminał w formie filmowej i książkowej, później był komiks Millera, który na papierze dawał destylat czarnego kryminału. Teraz jest film, który z powrotem na film przerabia komiksowy destylat filmowego czarnego kryminału. (...) Cały świat jest tylko czarny lub biały. [Michał Chaciński] Hartigan na pewno by nie uwierzył, ale on w ogóle wierzył w niewiele rzeczy. Na pewno nie w sprawiedliwość. Po uratowaniu małej, chudej Nancy Callahan z rąk zboczonego oprawcy spędził osiem lat za kratkami. Kastrowany za pomocą broni palnej zbrodniarz nierzadko okazuje się synem bardzo wpływowego polityka. Lecz nie wolno mówić tu o pechu, gdyż Hartigan doskonale zdawał sobie sprawę z podejmowanego ryzyka, ba, próbowano go przed wdepnięciem w łajno powstrzymać. Nasz gliniarz zlekceważył te przestrogi, pozostał wierny swym zasadom... i przegrał to rozdanie. Zostały mu listy od Nancy. Została mu pamięć o Nancy. I po ośmiu długich latach dostał drugą szansę. I wiecie co? Postąpił dokładnie tak samo jak kiedyś. Tych najtwardszych poznamy po tym, że nie zmieniają zasad. Że do końca parafrazują słynne zdanie z Szekspira. Staruch musi umrzeć, młoda dziewczyna będzie żyć. That Yellow Bastard powoli stygnie, więc jeszcze tylko ostatni strzał... Jego echo przebrzemiewa powoli, pojawiają się napisy końcowe, wychodzimy z kina. Trzy opowieści, wśród których każdy bez trudu znajdzie swoją ulubioną. Każdy recenzent zachwala inną, więc nie dziwcie się, że zrezygnuję z podawania explicite swego typu. O comic movies mam zdanie ambiwalentne. Z jednej strony – nie najlepsze. Nawet jeśli jakaś produkcja nie rozczarowała mnie fabularnie, "wykańczały" mnie infantylne sceny, w których jeden dziwoląg walczył w wymyślny sposób z innym dziwolągiem (casus Spider-Mana i X-Menów). Natomiast po obejrzeniu Constantine'a zorientowałem się, że film komiksowy równie dobrze może być dziecinady pozbawiony, ale kiepski fabularnie i aktorsko. Z drugiej strony – latarenki w tunelu trzymali Tim Burton i M. Night Shyamalan. Burton udowodnił (Batman), że na podstawie komiksu można nakręcić przyzwoity film akcji. Shyamalan wykazał natomiast w popisowy sposób (Niezniszczalny), że na srebrny ekran da się przenieść komiksową estetykę (i przy okazji poddał wiwisekcji konwencję obrazkowej opowieści o superbohaterze). Przez pewien czas czekałem na film, w którym walory fabularne połączą się z technicznymi. Dostałem Sin City. Pogląd: Rodriguez nie dokonał adaptacji komiksu Millera – on po prostu przeniósł go na ekran przy użyciu najnowocześniejszych technologii filmowych. [Konrad J. Zarębski] Pogląd: Ale szkoda, że Rodriguez tak łatwo daje do ręki argument tym, którzy komiksów nie czytają, że komiks to uproszczenie rzeczy bardziej skomplikowanych. Gdyby za pomocą tej samej formy opowiedzieć PRAWDZIWĄ historię, a nie tylko jej destylat, mogłoby wyjść arcydzieło. [Michał Chaciński] OCENA: 1 Filmowe cytaty przytaczane z pamięci. 2 Nie znoszę tego określenia, lecz użycie tu słowa "komiksy" wydaje się mimo wszystko nieadekwatne. |