Spis treści Multimedia


Borys Jagielski

Oko patrzącego #70
















Vidocq (Vidocq)
Pitof, 2001; Gerard Depardieu

Znajomi zachwalali, a przeczytana recenzja była wielce obiecująca. Gdy jakiś czas później w programie telewizjnym wyczytałem zapowiedź filmu o podejrzanie wyglądającej końcówce tytułu, zatarłem ręce i w najbliższy poniedziałek zasiadłem przed telewizorem. Niestety, już podczas pierwszych kadrów zorientowałem się, że coś tu jest nie tak. Do napisów końcowych dotrwałem z trudem.

Duch filmu został bezlitośnie zamordowany przez montaż rodem z MTV. Nijak nie pasuje on do mrocznej, nasyconej surrealizmem opowieści kryminalnej rozgrywającej się w XIX-wiecznym Paryżu. Agresywny i dynamiczny sposób cięć robi dobre wrażenie tylko w czołówce, gdy główny protagonista walczy z głównym badguyem. Niestety, reżyser, z nieznanych mi przyczyn, nie zrezygnował potem z takiego sposobu narracji i tym prostym sposobem pogrzebał swoje dzieło na całej linii. Interesująca scenografia, "retrospekcyjne" ujęcie fabuły, zaskakujące zakończenie – te wszystkie zalety przegrywają z kretesem w starciu z idiotycznym montażem.

Nawet maska Alchemika i niesamowita kolorystyka nieba nie dały rady.


Jak kręcono "Powrót Króla"



Królestwo niebieskie (Kingdom of Heaven)
Ridley Scott, 2005; Orlando Bloom, Liam Neeson, Eva Green, Jeremy Irons

Bóg w niebiesiach mi świadkiem – nosiłem się z poważnym zamiarem napisania "pełnej" recenzji. Miałem nawet bardzo chwytliwy tytuł: Elf stał się mężczyzną. Ale jakoś zabrakło ochoty i skończyło się na "Oku patrzącego". Czy może raczej: w oku.

Królestwo niebieskie to film "przyzwoity" i nic ponadto. Żałuję, że nie mogę pochwalić go bardziej – a chciałbym, choćby dlatego, że dla Królestwa... po raz pierwszy w życiu poszedłem na kinową premierę – lecz gdybym to zrobił, byłbym po prostu nieuczciwy. Pod względem fabularnym o wiele ciekawszy wydaje się Gladiator, natomiast zrealizowane z rozmachem sceny oblężenia miasta widzieliśmy już w Powrocie króla i najnowsze dzieło Ridleya Scotta nie wnosi do tematu niczego nowego. I chociaż Królestwa... w żadnym wypadku nie wolno nazwać bezmyślną rąbaniną, chociaż zawarto tu trafne spostrzeżenia dotyczące konieczności wyboru mniejszego zła i podejmowania trudnych, odpowiedzialnych decyzji, chociaż scenarzysta umiejętnie propaguje tolerancję w filmie o wojnach krzyżowych, to jednak po seansie pozostaje uczucie niedosytu.

Czyżby zabrakło Legolasa wskakującego na olifanta?


Zapanowała moda na prequele. Niedługo w kinach zobaczymy "Robocop Begins"



Blue Velvet (Blue Velvet)
David Lynch, 1986; Isabella Rossellini, Kyle MacLahlan, Dennis Hopper

Pierwszy film Lyncha, jaki obejrzałem, i... Szacuneczek, panie Davidzie! Jeśli następne filmy okażą się równie dobre, szybko stanę się fanem pańskiej twórczości.

Blue Velvet to klasyczny przykład kina noir. Wielka szkoda, że ponure, utrzymane w mrocznej tonacji opowieści kryminalne zostały ostatnio zupełnie zaniedbane przez twórców (cieszmy się jednak, że w latach 90. dane nam było zobaczyć Siedem, thriller genialny pod każdym względem). David Lynch zadbał o wciągającą fabułę i ciężką atmosferę, a jakościową poprzeczkę filmu jeszcze wyżej podnieśli: Angelo Badalamenti ze swoją wspaniałą, zapadającą głęboko w pamięć muzyką i Dennis Hopper wcielający się w równie głęboko zapadającego w pamięć psychopatycznego Franka.

Obejrzeć koniecznie.


Gdy tylko LPR wygra wybory, do szafy w każdej sypialni trafi ustawowo bot obserwacyjny Giertych 100



Człowiek z księżyca (Man on the Moon)
Milos Forman, 1999; Jim Carrey, Courtney Love, Danny DeVito

Milos Forman. Nie nazwisko, a marka, tak jak w przypadku Stanleya Kubricka. Lot nad kukułczym gniazdem. Hair. Amadeus. Nic dziwnego, że na Człowieka z księżyca ostrzyłem sobie ząbki. Niepokoiło mnie tylko jedno – film miał być biograficzny, a ja nigdy nie słyszałem o jego bohaterze, awangardowym komiku Andym Kaufmanie.

Człowiek z księżyca niestety nie spodobał mi się. Nie mogę jednak powiedzieć, że to Forman mnie rozczarował. Po prostu postać Kaufmana z powodów kulturowych w ogóle mnie nie zaintrygowała. Po pierwsze, choć przypuszczam, że jest to indywidualność powszechnie znana w Ameryce, to ja – jak zaznaczyłem powyżej – w życiu o niej nie słyszałem. Po drugie, mister Kaufman był, jak wynika z filmu, komikiem nie tyle awangardowym, co wybitnie awangardowym, a ja awangardy nie trawię w żadnym wydaniu. A co dopiero awangardowy humor, którego śmieszność polega na całkowitej nieśmieszności. Wybaczcie, możecie mnie nazwać prostakiem, ale ja tego w ogóle nie kumam.

Ale dobrze, że do odtworzenia tytułowej roli zatrudniono Jima Carreya, który nie tylko świetnie się spisał, ale który także (jak później odkryłem) jest do Kaufmana bardzo podobny.


Na Dracoolu nie doszło do ekscesów. Z terenu konwentu usunięto jedynie RedNacza



Mulholland Drive (Mulholland Drive)
David Lynch, 2001; Naomi Watts, Laura Harring

Drugi film Lyncha, jaki obejrzałem i... Czapka z głowy, panie Davidzie! Jestem już fanem pańskiej twórczości.

O ile Blue Velvet było "zwyczajnym" kryminałem ze spójną fabułą, o tyle Mulholland Drive to film bardzo oniryczny. Owszem, mniej więcej do połowy sprawia niemalże stuprocentowo "normalne" wrażenie, jednak po przekroczeniu półmetku jego surrealizm ujawnia się z pełną siłą. Plus to czy minus, zapytacie? Cóż... Mnie film urzekł oryginalną konwencją (w zasadzie również dość mroczną) i połączeniem wciągającej narracji z zagadkową fabułą. Odpowiem więc, że plus, chociaż z pewnością będą takie osoby, którym niezrozumiałość pewnych wydarzeń do gustu zupełnie nie przypadnie.

Tak czy owak, Mulholland Drive wrył się w moją pamięć i rozmyślałem nad jego treścią na długo po seansie. Czy należy wymagać więcej od dobrego filmu?


Kadr z reklamówki wyborczej SLD



xXx (xXx)
Rob Cohen, 2002; Vin Diesel, Asia Argento, Samuel L. Jackson

Twórcom należą się gratulacje. Z wysokobudżetowego filmu akcji łączącego bondowskie sytuacje i gadżety ze sportami ekstremalnymi uczynili nudny gniot. Pojęcia nie mam, jakim sposobem. Gwoździami do trumny są aktorzy – drewniany Diesel i aseksowna Argento. Jedyny jasny punkt to kostiumy, a uściślając: główny bohater paradujący w kożuchu narzuconym na podkoszulek. Genialny patent, będę to musiał kiedyś wypróbować. Tylko kożucha nie mam...


A tak będzie na konwencie zorganizowanym przez "Inkluza"...



Skandalista Larry Flynt (The People vs. Larry Flynt)
Milos Forman, 1996; Woody Harrelson, Courtney Love, Edward Norton

Forman Skandalistę... nakręcił na trzy lata przed Człowiekiem z księżyca, lecz mnie najpierw dane było obejrzeć Człowieka.... Gdy kilka tygodni później w telewizji wyemitowano Skandalistę..., przed odbiornikiem zasiadałem nieufnie. Znowu Milos, znowu dzieło biograficzne... Czy zawiodłem się po raz drugi?

Nie! Bo Andy Kaufman był "człowiekiem z księżyca", a Larry Flynt to jego istne przeciwieństwo – postać barwna, z krwi i kości, chciałoby się rzecz. Skandalizuje, obraża ludzi, miota się, skandalizuje, jest postacią tragiczną i komiczną zarazem, gwałci wszystkie świętości, skandalizuje... Przedstawione na ekranie życie Flynta oglądałem z niekłamaną przyjemnością. Woody Harrelson spisał się fenomenalnie, a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to aktor niedoceniany. Słusznie się stało, że dostał nominację do Oskara za rolę Larry'ego.

Postać założyciela "Hustlera" zainteresowała mnie na tyle, że po filmie zerknąłem do jego biogramu. Okazało się, że Forman (a raczej scenarzyści Alexander i Karaszewski) kilka rzeczy wyidealizował, a parę innych spraw uprościł. Umniejsza to walor biograficzny filmu, ale nie zmienia faktu, że nadal mamy do czynienia z przeszło dwiema godzinami solidnej rozrywki.


- Wysoki Sądzie, przepraszam za ten strój, ale właśnie wróciłem z LARP-a



Biegnij, Lola, biegnij (Lola rennt)
Tom Tykwer, 1998; Franka Potente, Moritz Bleibtreu, Herbert Knaup

Jeśli uznacie mnie za debila nie rozumiejącego kina alternatywnego, nie obrażę się. Ale i tak będę dalej uparcie twierdził, że Biegnij, Lola, biegnij to głupota – parafrazując nazwisko odtwórczyni tytułowej roli – na potęgę. Owszem, pomysł oryginalny i rzadko w kinie wykorzystywany, ale co z tego, skoro u Tykwera fabuła jest mało interesująca? Dzień świstaka bije Lolę na głowę, ba, nawet odcinek Z archiwum X pt. Monday był ciekawszy. Że co proszę? Nowatorskie wykonanie? Nie zaprzeczę, ale co mi po nowatorskim wykonaniu, skoro nic z niego nie wynika, nie ma duszy i jest tylko nieudolną zabawą formą? Dudniące techno towarzyszące biegom miejskim Loli (a biega ona dużo, tytuł filmu nie kłamie) ostatecznie mnie dobiło.


Trwa casting do roli partnerki estradowej Michała Wiśniewskiego. Niektórzy zaspali



Droga do wolności (To End All Wars)
David L. Cunningham, 2001; Robert Carlyle, Kiefer Sutherland

Cunningham postanowił wykorzystać pomysł, na którym oparto klasyczny film Most na rzece Kwai z 1957 r. Jego prawo, odgrzewane dania to nie nowość w kinie. Czasem okazują się zupełnie smaczne. Mamy więc japoński obóz jeniecki; mamy brytyjskich i amerykańskich jeńców; mamy okrutnych nadzorców, którzy uważają, że jeśli ktoś dał się wziąć do niewoli, jest godnym najwyższej pogardy śmieciem; mamy liczne plany ucieczki; mamy wreszcie – nie most, a tory kolejowe, które jeńcy muszą z mozołem budować, zmiękczając ziemię krwią, potem i łzami.

I co? I jajco, jak powiedział na zakończenie bardzo znanego skeczu Piotr Fronczewski. Droga do wolności przynudza i usypia na przemian. Nie wnikam w genezę takiego stanu rzeczy. Po prostu odradzę Wam oglądanie, a doradzę – odkurzenie Mostu na rzecze Kwai. Po co nam niedogotowany kotlet, skoro mamy stek?


Pokażmy dziadkowi zdjęcie z pierwszej klasy podstawówki, a on zrewanżuje nam się czymś innym



6-ty dzień (The 6th Day)
Roger Spottiswoode, 2000; Arnold Schwarzenegger

Nie powiem. Film zapowiadał się bardzo dobrze. Nieodległa przyszłość (futurystyczna scenografia budzi uznanie): Adam Gibson, przykładny mąż i ojciec, wraca do domu z pracy i odkrywa, że został zastąpiony przez klona. Tak rozpoczyna się jego walka o przetrwanie, bowiem natychmiast pojawiają się ludzie, którzy chcą go zlikwidować.

Bardzo żałuję, że zmarnowano szansę na inteligentny i niepokojący thriller s-f, robiąc z 6-tego dnia proste i nieskomplikowane łubudu. Darzę Schwarzeneggera sentymentem, więc film i tak obejrzałem do końca (zresztą jako łubudu nie był wcale zły), ale niesmak pozostaje... Mam tylko nadzieję, że The Island Michaela Baya (który miał premierę światową w końcu lipca, a w Polsce zobaczymy go miesiąc później) poruszy temat klonowania w sposób ambitniejszy, zapewniając jednocześnie widzom odpowiednią dawkę akcji i sensacyjności.


Klon ataków



Ludzie honoru (A Few Good Men)
Rob Reiner, 1992; Tom Cruise, Jack Nicholson, Demi Moore, Kevin Bacon, Kiefer Sutherland

Gatunek trudno określić. W Ludziach honoru dopatrzyć się można cech typowych dla filmu sądowniczego, kina sensacyjnego, a nawet dramatu psychologicznego. Czasem takie mieszaniny okazują się wielkim nieporozumieniem, o czym dobitnie świadczy przykład dzieła, które przedstawię za chwilę. Na szczęście Ludzi honoru z czystym sumieniem mogę polecić każdemu. Niesprawiedliwością byłoby stwierdzenie, że film w całości spoczywa na barkach aktorów. Owszem, Tom Cruise w roli adwokata-lekkoducha, Demi Moore jako ambitna pani oficer i w szczególności Jack Nicholson kreujący postać fanatycznego pułkownika spisali się na medal. Jednak scenariusz również reprezentuje wysoki poziom, a reżyser popisał się solidną, rzemieślniczą robotą (szkoda, że Reiner po nakręceniu kilku świetnych filmów na przełomie lat 80. i 90. nie zrobił jak dotąd udanego comebacku). Osadzenie fabuły w surowym, rządzącym się rygorystycznymi zasadami środowisku żołnierzy marines dodaje całości smaczku.


Zapadł wyrok: Tomie Cruise, nigdy nie zagrasz już tak dobrze jak w "Rain Manie"



Żona astronauty (The Astronaut's Wife)
Rand Ravich, 1999; Johnny Depp, Charlize Theron

Johnny Depp siedzi na wielkiej kupie gówna. Doprawdy nie wiem, jakim sposobem nakłoniono Deppa – a muszę podkreślić, że uważam go za jednego z najzdolniejszych (najzdolniejszego?) aktorów, jakich miałem przyjemność podziwiać na ekranie – do udziału w tym szajsie. Przecież w końcu lat dziewięćdziesiątych miał już wyrobioną renomę. Może skusiła go scena prawie-gwałtu na Charlize Theron? Jeśli tak, oszukano go niecnie, bowiem skądinąd atrakcyjną Theron bardzo tutaj zbrzydzono (w całym filmie, nie tylko w rzeczonej scenie).

Żona astronauty to spaprane połączenie Dziecka Rosemary, Inwazji łowców ciał i Obcego. Dlaczego spaprane? Ano dlatego, że nudne i nieudolne. Jedynie Depp jak zwykle gra wspaniale. Szkoda tylko, że nie wykorzystano jego umiejętności w dostatecznym stopniu – nie pokazano nam, jak tytułowy astronauta zachowywał się Przed i nie jesteśmy w stanie dostrzec "subtelnych zmian" w jego zachowaniu Po, przez które filmowa Theron rwie włosy z głowy.

Zygmunt Kałużyński w swej recenzji ten film pochwalił. Ja Was przed nim ostrzegam. Kto w dziedzinie filmowej jest większym autorytetem – wiadomo. Mimo to, ostrzegam po raz wtóry.


"To chyba Depp... A może to nie Depp?"



Czwarta wojna (The Fourth War)
John Frankenheimer, 1990; Roy Scheider, Jurgen Prochnow

Po zakończeniu Zimnej Wojny dwaj dowódcy, rosyjski i amerykański, nie potrafią odnaleźć się w nowym porządku. Na granicy niemiecko-czechosłowackiej rozpętują małą, osobistą wojenkę, ku wielkiemu niezadowoleniu swych przełożonych.

Film absolutnie przeciętny pod każdym względem, z jednym (chlubnym?) wyjątkiem – sens tytułu zostaje wyjaśniony dopiero tuż przed napisami końcowymi. Rzadkość.


Czy Prochnow zagra Iwana Drago w remake'u czwartego "Rocky'ego"? Właśnie tak! Remake'u!



Dziewczyny do wzięcia
Janusz Kondratiuk, 1972; Ewa Szykulska, Zbigniew Buczkowski

Trudno mi napisać coś konkretnego o tym filmie, a to z takiej racji, żem za młody... Rodzice twierdzą, że Dziewczyny do wzięcia to dzieło kultowe tak jak Rejs. I na pewno mają rację, lecz osoba w moim wieku kultowości niestety nie dostrzeże. Dostrzeże natomiast bardzo zabawny i sympatyczny film krótkometrażowy (45 minut to chyba jeszcze krótki metraż?) o trzech dziewczynach z prowincji, które przyjeżdżają na jeden dzień do miasta nawiązać znajomość z miastowymi facetami. Osobom starszym Dziewczyn do wzięcia reklamować nie trzeba, osobom w moim wieku powiem tylko: warto zobaczyć. Ni to komedia, ni to film obyczajowy, a ogląda się bardzo dobrze.


Wbrew pozorom "Dziewczyn..." nie utrzymano w niebieskiej tonacji; nie wyobrażacie sobie, jak trudno wygrzebać w Sieci dobry fotos ze starego filmu



Rydwany ognia (Chariots of Fire)
Hugh Hudson, 1981; Ian Charleson, Ben Cross, Ian Holm

Wstyd mi. Wstyd mi, bo ja najnormalniej w świecie się na tym filmie nudziłem. A wiem, że nie powinienem.

Pod poetyckim tytułem Rydwany ognia kryje się opowieść o dwóch młodych, angielskich biegaczach, którzy rywalizują ze sobą w latach dwudziestych, a zwieńczeniem tej rywalizacji będą występy na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 r. Eric Liddell to głęboko wierzący katolik wywodzący się ze szkockiej rodziny, a ambitny Harold Abrahams jest Żydem zmagającym się z ostracyzmem brytysjkich, snobistycznych elit. Nagrodzone czterema Oskarami dzieło Hudsona to film o sporcie w najszlachetniejszym wydaniu; o sporcie, w którym chodzi nie o sławę i pieniądze, ale tylko i wyłącznie o przełamywanie fizycznych ograniczeń ludzkiego ciała i o dążenie do bycia najlepszym. Całość ilustruje znakomita muzyka Vangelisa.

A ja, rozumiejąc to wszystko, i tak się nudziłem. Nie będę się nawet usprawiedliwiał. Myślcie sobie, co chcecie.


Biegnij, Lolo, biegnij

Na górę strony