| Fundacja |
Diary of Vampire – 5 minut |
Nazywam się Sanders. To nie jest moje imię, raczej pseudonim. Pasuje do mnie, a poza tym o wiele lepiej brzmi niż jakiś Heinrich Quarte. Urodziłem się ponad siedemdziesiąt lat temu w Hamburgu. Pracowałem w antykwariacie, skupującym stare rzeczy z terenów dawnej Rzeszy. Nie miałem żadnej rodziny, pominąwszy moją ciotkę Erikę. Szczerze mówiąc, już wtedy pogardzałem większością ludzi. Nie istnieje logiczne wytłumaczenie ich pogoni za pieniądzem. Brakuje im siły, aby przezwyciężyć prawdziwe problemy. Tłumaczą się przed samymi sobą. Żyłem zwykłym, monotonnym życiem. Do czasu, kiedy zostałem przemieniony w wampira przez niejakiego Victora. Zostało mi ofiarowane wieczne życie – nieśmiertelność. Dano mi wampiryczne moce – potężną siłę, możliwość zamiany w nietoperza czy niewidzialność. Musiałem pić ludzką krew, jednak czy to duża cena za władzę nad śmiercią? Miałem szczęście. Victor był ważną postacią wśród Przemienionych i wprowadził mnie do ich hierarchii. Z biegiem czasu poznawałem legendy, słabości, moce i przyjemności mojego nowego gatunku. Wreszcie byłem ponad ludźmi, ponad ich ułomnościami i niedoskonałością. Wszystko szło po mojej myśli – razem z Victorem wspinaliśmy się po drabinie władzy. Mieliśmy kilkunastu przeciwników, ale kto w dzisiejszych czasach ich nie ma? Jednak popełniliśmy błąd – nie rozprawiłem się z nimi wtedy, kiedy Victor jeszcze stał przy mym boku. Gdy odjechał, straciłem najbardziej cennego sojusznika i moja władza w Hamburgu upadła. Przyjechałem tu na krótko, mając nadzieję na pewną odmianę. Hamburg nudził mnie, wszystko było tak oczywiste, tak normalne i nieciekawe, że musiałem wyjechać. Jednak tak naprawdę znasz przyczynę – paru ludzi, wśród których nie jestem mile widziany. Krótko mówiąc: istniała nieprzeparta potrzeba zmiany otoczenia. Dużo myślałem o celu podróży, ale Miasto wydawało się najodpowiedniejsze. Nie znałem tam nikogo, nikt o mnie nie słyszał. Sądzę, że miałem okazję zaistnieć wśród tamtejszych Przemienionych. Miasto przedstawiało pole działania, nie narzucało reguł. Dlatego wybrałem właśnie je. Miasto. Potrzebowałem czasu, aby przystosować się do jego klimatu, do tej atmosfery. Tu nic nie jest powiedziane wprost, tu nie ma podziału wśród Przemienionych jak w innych metropoliach. Nawet powietrze jest tu zupełnie inne – możesz w nim znaleźć wszystko, czego pragniesz. Ludzie są otwarci, uśmiechnięci, sympatyczni. Łatwo znaleźć ludzi, chętnych oddać swoją krew. Moje ukochane Miasto. Zacząłem wszystko od początku. Nowi znajomi, nowe interesy. Pierwsze kilka tygodni spędziłem na badaniu środowiska – w końcu trzeba wiedzieć, z kim można kulturalnie prowadzić interesy, a kogo będzie trzeba usunąć. Oprócz mnie było tylko kilku prawdziwych przywódców. Kiedy wybuchła wojna pomiędzy gangami, zaoferowałem najsłabszemu swoje wsparcie finansowe. W krótkim czasie zabito naszego głównego wroga (do teraz nie wiedzą, że skorzystałem z pomocy płatnego zabójcy). Sojusze, zdrady, tajne układy. W krótkim czasie rządziłem Miastem. To trudne zadanie – trzymać w ryzach niepokornych, zabawiać dekadentów, dbać o bezpieczeństwo. Część Przemienionych pragnęła mojej śmierci, ale nie posiadali siły. A ja zabijałem ich jeden po drugim, w dużych odstępach czasu i z odpowiednim przygotowaniem. Długo wierzyli w moje kłamstwa. Może nawet zbyt długo. Miasto cały czas w milczeniu przypatrywało się moim działaniom. Czasami szeptało ustami przyjaciół, jaką powinienem obrać taktykę. Czasami pogardzało, odmawiając przyjemności. Ale cały czas istniało, pozwalało grać na swojej scenie główną rolę. Pozwoliło mi na stałe wpisać się w jego historię. Mówią, że nic nie może trwać wiecznie. Mój autorytet upadał, moja władza słabła. Sojusznicy wykruszali się z zaskakującą szybkością. Urządzono kilka zamachów, wszyscy zabójcy zginęli. Terror nigdy nie był dobrym rozwiązaniem, dlatego nie skorzystałem z tej metody. Sam pośród wrogów, wybrałem najbardziej odpowiadające mi rozwiązanie. To dziwne – pomimo tego, że wampiry są bezdusznymi mordercami, szanują pewne zasady. Skorzystałem z nich i zrzekłem się władzy na rzecz mojego największego wroga. On wygrał, ale ja zachowałem nieśmiertelność. Pozostałem w Mieście, jednak nie pełniłem już żadnej funkcji. Nikogo nie obchodził mój los – byłem im wszystkim obojętny. Krótka opowieść. Konkretna. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły. Jestem wampirem, nieśmiertelnym krwiopijcą, zabijającym średnio trzy razy w tygodniu. Żyję wygodnie, otoczony luksusem. Mam wszystko, czego zapragnę, oprócz mojej ukochanej władzy. Ale w końcu nie można mieć wszystkiego. Wiesz, przynajmniej Miasto jest lepsze od Hamburga. Tam już dawno padłbym ofiarą moich wrogów i nie miałbym szansy cieszyć się słodką krwią i nieskończoną nieśmiertelnością. Zresztą, myślę, że Miasto jest lepsze od Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Tam wszystko jest podane na tacy, a Miasto jest pełne tajemnic. Nawet dla mnie, choć żyję tu ponad dwadzieścia lat. Wciąż kocham przechadzać się tymi uliczkami i zaułkami, w których mrok spowija każdy kąt. Lubię chodzić do dyskotek, gdzie mogę wsłuchać się w najpiękniejszą melodię – przyspieszone bicie serca, pompującego słodką krew. Gdy zapragnę, Miasto ukazuje mi nowe dzielnice, których nie miałem jeszcze okazji zobaczyć. Tak, Miasto to mój dom. Po co to wszystko napisałem? Po co kalałem czystą kartkę moimi bazgrołami, moim pozostawiającym wiele do życzenia stylem? Uśmiechniesz się ironicznie, gdy poznasz odpowiedź. Bardzo banalna, może aż za bardzo. Leżę bowiem teraz w powiększającej się powolutku kałuży własnej krwi. Patrzę na zasnute chmurami nocne niebo, na gwiazdy błyszczące gdzieś w innym czasie. Potem na wysokie drapacze chmur, na ich szklane źrenice. Tak, masz rację. Miasto patrzy z drwiącym uśmiechem. Luty 2005 |