|
Dracool 2005 |
Jak Fandom Centrum podbijał serca gliwickich konwentowiczów |
Piątek Fandom Centrum w składzie Borys, LawDog i Lord Thomas zawiązuje się w pociągu Łódź-Katowice. Mimo przeszło 20-minutowego opóźnienia na początku trasy, do celu docieramy punktualnie. Na katowickim dworcu podstawiają właśnie dla nas pociąg do Gliwic. Wsiadamy razem z grupką nieznajomych jadących zapewne na Neuroshimowego LARP-a — ogorzałe twarze, mętny wzrok, w papierowych torbach butelki z jabłkiem. Wygląd uniwersalny, do psychodramy też by pasowali. Pociąg do Gliwic jedzie dość krzywo, podczas postojów na stacjach przechyla się na lewą stroną. Z początku nas to dziwi, ale potem, już w Gliwicach, obserwujemy, że autobusy jeżdżą tam tak samo. Taki widocznie urok Śląska. Na dworcu w Gliwicach spotykamy Scobina i w czwórkę udajemy się pod Centrum Handlowe MAX, gdzie mamy spotkać się z Fandomem Mikołów. Rasgan kazał nam wypatrywać bandy włóczykijów z kijami. Kilka razy przechodzą obok nas bandy z kijami, ale nijak im do sympatycznych włóczykijów. Po pół godzinie oczekiwania pojawia się wreszcie ekipa z Mikołowa. Przez chwilę chodzimy w kółko, nie wiedząc, gdzie dokładnie mieliśmy się spotkać z Jeremiahem i z Dune^^. Co prawda było to dość dokładnie ustalane na forum, ale kto by tam pamiętał, co pisał dwa dni wcześniej. W końcu decydujemy się na wyruszenie do szkoły, gdzie organizowany jest Dracool. Borys ma zafoliowaną mapkę dającą +3 do rzutu na Orientację, ale Fandom Mikołów podstępem mu ją zabiera, wskutek czego na teren konwentu docieramy zygzakiem i z opóźnieniem. Wreszcie logujemy się do środka. Akredytacja grupowa była zgłaszana w terminie, ale na liście nie figurujemy — na szczęście "bramkarze" nie robią żadnych problemów. Dekujemy się w sali 112 na pierwszym piętrze; Rasgan wywiesza na drzwiach kartkę INKLUZ. Na razie, zamiast rozejrzeć się po szkole, wyruszamy do pobliskiej Biedronki, by zakupić prowiant i napoje. Po drodze LawDog głośno narzeka na nieobecność Jeremiaha: "Przecież tylko on ma aparat...", po czym pyta chłopaka idącego z nami: "A kto ty właściwie jesteś?". Nieznajomy pokazuje identyfikator, na którym wielkimi literami napisano JEREMIAH COVENANT. Dune^^ też się odnajduje. Jesteśmy w komplecie. W Biedronce Borys namawia wszystkich gorąco do skosztowania chipsów marki "Top Chips", ale po chwili z niesmakiem sam stwierdza, że Biedronka gliwicka zaopatrzona jest w chipsy gorszego sortu niż łódzka. Wracamy do sali 112 (Inkluz Roomu). Ktoś rozkłada Magiczny Miecz. Borys daje się szybko namówić do gry, choć nękają nim wątpliwości — nie po to przejechał 300 km, by siadać do planszówki, która od wielu lat leży u niego w piwnicy. Pamiętając o Cyganie, który dał się powiesić dla towarzystwa, rzuca kostką i przesuwa swojego Kata po Wewnętrznym Kręgu. Po siódmej idziemy na prelekcję poświęconą "gettu gier planszowch". To zajmujący temat, ale Krzysztof Trzewiczek mówi dość chaotycznie i dochodzimy do wniosku, że mimo wszystko wolelibyśmy dalej przesuwać swoje postacie na spotkanie z Bestią.
Po powrocie gramy jeszcze przez chwilę w MM, a potem wypożyczamy z Games Roomu Jungle Speeda. Kolega trzymający pieczę nad planszowo-karcianymi zasobami sali gimnastycznej jest trochę sceptyczny — regulamin nie przewiduje zapewne wypożyczania gier na zewnątrz — ale w przeciągu minuty pada ofiarą zdolności werbalnych Fandomu Centrum. Borys i Jeremiah (Jeremiah nie jest członkiem Fandomu Centrum, ale wspierał Borysa, strasząc Bogu ducha winnego orga wzrokiem) wracają z łupem pod pachą do sali 112. "Tylko przynieście z powrotem", ściga ich straszny głos z sali gimnastycznej. Opanowanie zasad Jungle Speeda zajmuje nam chwilę, ponieważ Jeremiah "grał, ale nie pamięta", a LawDog przywłaszczył instrukcję i nie chce jej nikomu oddać. Do naszej sali zagląda nieznajomy i pyta, czy może się u nas ulokować. Nikt nie ma nic przeciwko; dopiero potem okazuje się, że Inkluz Room zaszczycił swą obecnością legendarny Puszkin. Fandom Centrum wpatruje się w niego jak obrazek, a Rasgan dopytuje się, kto to właściwie jest, ten cały Puszkin. Trochę później do sali wtacza się kilku mocno podpitych panów, którzy w upojeniu alkoholowym zaczynają się turlać po podłodze. Krzywdy nikomu nie starają się zrobić, lecz zachodzi obawa, że lada moment zaczną zanieczyszczać pomieszczenie. Rasgan, obawiając się Inwazji Pożeraczy Wódki, zarządza przeprowadzkę do sali na drugim piętrze. Z całym majdanem zabieramy się na górę, ale kilka minut potem RedNacz ulega perswazji (trzeźwego) Puszkina, że takie przeprowadzki nie mają sensu — i zarządza powrót. Exodus kończy się zatem niepowodzeniem, a Pożeracze dają sobie bezproblemowo wytłumaczyć, że to raczej oni powinni przenieść się do sali na górze. Więc się wynoszą. Kilka kwadransów później zaglądamy do nich, by sprawdzić, jak się miewają, ale naszych przyjaciół w rzeczonej sali nie ma. Znajdujemy za to w korytarzu i na schodach dwa buty. Wieje grozą — pospiesznie wycofujemy się do 112. Próbujemy grać dalej w Jungle Speeda, ale na zewnątrz właśnie rozpoczął się LARP. Alieni syczą, marines z wrzaskiem się za nimi uganiają. Rasgan kilka razy wybiega z naszej sali w ciemność korytarza i wymachując kijem robi zamieszanie — bynajmniej nie bierze udziału w grze jako Predator. Chowa chłopakom fosforyzujące rurki-checkpointy, ale uczestnicy zabawy w LARP-owym upojeniu w ogóle nie zauważają, że do gry przyłączył się prawdziwy Obcy. Północ minęła dawno temu. Jeremiah, LawDog, Rasgan, Rian, Thomas i Borys idą do sąsiedniej sali grać w Wilkołaka. Borys jako jedyny z obecnych nie zna systemu. — Jakim klanem chcesz grać? — Mistrz Gry pyta Borysa. Pozostali spoglądają znacząco na zegarki, właśnie wybiła druga. Borys macha ręką i oznajmia pozostałym, że skoro i tak nie zna realiów, to wróci do 112, dokończy nadmuchiwanie materaca swoją pompką nożną o minimalnej objętości i pójdzie spać. I idzie. Nigdy nie dowie się, kto tej pamiętnej nocy ocierał się o korę.
Sobota Drugiego dnia konwentowych harców wszyscy jesteśmy jeszcze świeżutcy niczym pączki, więc bez większych problemów wygrzebujemy się ze śpiworów około dziewiątej. Pączkom burczy jednak w brzuszkach, więc Fandom Centrum wyrusza na poszukiwanie pobliskiego baru. Dociera do niego dość okrężną drogą, ale tak to już jest, gdy rzut na Orientację się nie powiedzie. Jemy pierogi. Niezłe, tylko porcje są małe. Lord Thomas pyta się pozostałych, czy gdzieś im się spieszy, a gdy słyszy, że nie, zamawia dokładkę. Po powrocie na teren konwentu wyruszamy do sklepiku, ale po drodze postanawiamy zajrzeć do sali bitewniakowej, gdzie prezentowany jest Mein Panzer. Zajrzeć na najwyżej pięć minut. Spędzamy tam bite trzy godziny. Lord Thomas i Borys stawiają czoło LawDogowi w zaciętej bitwie o radziecką wioskę. Cały Fandom jest zauroczony makietą, modelami, a przede wszystkim kawałkami waty przedstawiającymi obłoki dymu, a doczepianymi do czołgu, gdy ten zostanie zniszczony. Rafał Szwelicki spisuje się znakomicie w roli arbitra i tłumaczącego zasady. Zgodnie dochodzimy do wniosku, że Mein Panzer jest w dechę. Najwięcej powodów do zadowolenia ma jednak LawDog, ponieważ jego Szwaby pokonują naszych Czerwonych.
Tymczasem na boisku rozpoczyna się właśnie turniej piłkarski. Drużyna Inkluza przegrywa z kretesem z drużyną Portala. Borys dokumentuje aparatem fotograficznym mecz przez okno, ale zdjęcia robi tylko wtedy, gdy piłka jest na portalowej połowie. Propaganda przede wszystkim. Mein Panzer nastraja totalitarnie. LawDog trafia wreszcie do konwentowego sklepiku. Odwiedza go jeszcze jakieś osiemnaście razy. Następnym razem będziemy wiedzieli, że nie wolno go tam w ogóle wpuszczać... LawDog naśmiewa się potem z młodszego Trzewiczka, że ten w pewnym momencie targował się rzucając kostką ("dostaniesz zniżkę, jeśli wypadnie 2-5"), ale my wiemy, że to Trzewiczek ma powody do radości. Nierzadko zdarza się, by w ciągu dwóch dni ktoś wyniósł z konwentowego sklepiku trzydzieści litrów gier, m.in. karciankę kolekcjonerską w świecie Gwiezdnych Wojen. Podekscytowany Lord Thomas opowiada Rasganowi o Mein Panzerze. RedNacz słucha wywodów młodszego kolegi ze stoickim spokojem, po czym lekko go policzkuje i wyzywa na czołgowy pojedynek. W Lordzie aż się zagotowało. Woła Borysa i razem idą skopać Rasganowi dumę. Rafał Szwelicki musi męczyć się z nami po raz drugi, ale robi dobrą minę do złej gry i na naszą prośbę składa Micro Armor, a rozkłada Mein Panzera. Rasgan postanawia poprowadzić do zwycięstwa Japończyków. Borys i Lord początkowo podśmiewają się z tego wyboru, gdyż japońskie czołgi grubością pancerza przypominają maluchy, ale miny im szybko rzedną, gdy okazuje się, że potrafią strzelać dwa razy na rundę. Bitwa kończy się sromotną porażką Fandomu Centrum — mikołowskie demony najwyraźniej trzymały stronę RedNacza. Upojony zwycięstwem Rasgan opuszcza konwent i wraca do domu, a na jego miejscu w sali 112 pojawia się Maestro. Nie jest to dobra zamiana. Thomas zdołał przejrzeć Maestro od razu, ale na Borysa olśnienie spływa dopiero następnej nocy, podczas gry w kalambury — o tym jednak napiszemy później. Warto natomiast podkreślić, że jakoś w sobotę LawDog otrzymał nowy pseudonim, a motyw Warszawki wszyscy z lubością drążyli przez następne trzydzieści sześć godzin. Wieczorem trafiamy na długo do Bloku I. Najpierw całkiem ciekawa prelekcja pt. "Co to jest wojna" prowadzona przez Starego; następnie hicior konwentu, warsztaty Puszkina poświęcone prowadzeniu sesji. Sala wypchana po brzegi, nawet Puszkin wydaje się lekko zaskoczony frekwencją (choć może to tylko taka poza). Warsztaty są istotnie bardzo pożyteczne, ale ich trzygodzinna długość nie współgra z brakiem jakiejkolwiek przerwy. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut tylne części ciała dają się co niektórym we znaki — szczególnie tym, dla których zabrakło krzeseł i musieli usiąść na stolikach lub na podłodze. Na warsztatach dostrzegamy znajomych Pożeraczy Wódki z poprzedniego wieczoru. Wyglądają nietęgo, ale i tak oddychamy z ulgą. Więc jednak nie tylko buty po nich zostały. Wszyscy obejrzeli już z czcią Rianowy podręcznik do nowej edycji WFRP. Najwyższa pora zagrać. Mistrzuje Scobin. Borysa podstawkowe tabelki zafascynowały na tyle, że postanowił wylosować sobie postać. Losuje wszystko, począwszy od rasy, a skończywszy na znakach szczególnych. Lord Thomas nie wie, czy ma się śmiać, czy płakać: Borys gra krasnoludzkim przemytnikiem o opływowych kształtach i brązowych oczach różnego koloru. Przenosimy się do pustej sali, gdzie Scobin użera się z naszą niesforną drużyną od pierwszej do czwartej w nocy. Drużyna liczy osiem osób i marzenie Staszka — poprowadzić dla jak największej grupy ludzi — wreszcie się spełnia. Niestety, każdy z nas ma specyficzne podejście do erpegowania i do systemu jako takiego. Im bliżej krańca stołu, przy którym siedzi Fandom Centrum, tym bardziej klimat przypomina Paranoję. Gdy na dworze świta, kończymy sesję. Przeżyli wszyscy poza sympatycznym, bohaterskim, rumianym, dwukolorowym krzatem Borysa. Bywa.
Niedziela Zasypialiśmy "wczoraj" o wschodzie słońca, nic więc dziwnego, że śpimy aż do jedenastej. No dobra, Fandom Centrum śpi, bo reszta wstała trochę wcześniej — i czeka cierpliwie, aż FC się obudzi i łaskawie zechce zorganizować im czas. Więc Fandom się budzi i postanawia: Idziemy wyszaleć się w Games Roomie. Chcemy pograć w A Game of Thrones, ale niestety tenże rarytas jest już niedostępny. Wybór pada na karciankę Saloon. Zsuwamy dwie ławki, siadamy dookoła i zaczynamy się zdrowo grzmocić. Scobin ustawia stołek i kulturalnie skacze na kolegów, Thomas rzuca w Jeremiah spluwaczką, Rian i Borys okładają się krzesłami, Dune^^ ciska zza stolika butelkami whiskey, LawDog podkłada nam nogę. Zabawa jest przednia, ale mija druga i czas już iść do pizzerii na obiad. Wracamy do 112 po Malkava oraz Jadźkę i wyruszamy. Pizze są smaczne i duże, ale musimy na nie dość długo czekać. Obsługa lokalu nie była przygotowana na najazd złaknionych konwentowiczów — nikt nie spodziewał się Fandomu Centrum. Czekamy, rozmawiamy, znowu czekamy, wreszcie jemy i dalej rozmawiamy. Atmosfera swojska i sympatyczna. Ale cóż, mija czwarta, czas wracać i jak najlepiej wykorzystać ostatnie kilkanaście godzin konwentu.
O wpół do szóstej idziemy na warsztaty Garnka poświęcone filmowym elementom w prowadzeniu sesji. Brzmi intrygująco, ale co tu ukrywać, zależy nam przede wszystkim na poznaniu Garnka, który swojego czasu wspierał magazyn artykułami opisującymi świat Wolsunga. Mimo groźnie brzmiącego pseudonimu okazuje się bardzo sympatycznym człowiekiem, a i z jego warsztatów można coś niecoś wynieść (ale niestety nie podręcznik do Wolsunga). Pstrykamy pamiątkowe zdjęcie i biegniemy z powrotem do Games Roomu grać w najnowszy nabytek Borysa — planszówkę Zombies!!!
Gra jest "wporzo", ale rozgrywka ciągnie się w nieskończoność. Borys jest sceptyczny i uważa, że nie dopracowano reguł (na planszy pojawiają się coraz to nowe zombiaki, które skutecznie blokują dostęp do lądowiska dla helikopterów), ale LawDog nakręca się coraz bardziej i po jakichś trzech godzinach wygrywa. W końcowej fazie rozgrywki rywalizował tylko z Thomasem i Scobinem — Dune^^ i Borys zrezygnowali, a Jeremiah pojechał do domu, podobnie jak wcześniej Rian i Jadzia. LawDog triumfuje. Wczoraj Mein Panzer, dzisiaj Zombies!!!. Borys proponuje, że odda mu planszówkę za podstawkę do Monastyru, ale Law, nie wiedzieć czemu, odmawia. Zbliża się północ. Wracamy do sali 112. Zostało nas już tylko siedmiu (wspaniałych) — Lord, LawDog, Malkav, Dune^^, Tomek, Scobin i Borys. Ten ostatni wyciąga Uprawę: karciankę wykonaną metodą chałupniczą, ale wykorzystującą w stu procentach zasady Bohnanzy. Tyle tylko, że familijne fasolki zastąpiono... hm, zgadnijcie sami. Współgracze początkowo są sceptyczni, gdyż oprawa graficzna kart nie nastraja optymistycznie. Szybko jednak przekonują się, że nie takie karty straszne, jak je Borys maluje. Lord wprost niesamowicie wczuwa się w klimat, ale LawDog i Malkav zakładają kartel i wygrywają. Warsaw forever. LawDog proponuje, by po raz drugi zagrać w Zombies!!! Borys jest przerażony, lecz vox populi vox Dei — ulega więc większości i wyciąga pudełko ze swojej Reklamówki Pełnej Niespodzianek. Sam jednak nie uczestniczy w rozgrywce i ogranicza się do obserwowania jej przebiegu. W trakcie cudzej tury Scobin podejmuje z Dune^^ rozmowę o polityce. Pada hasło "komunizm", lecz LawDog reaguje błyskawicznie: "Ale rozmowy klimatyczne, proszę!". Mimo jego starań, gra zostaje przerwana, a to za sprawą Maestro, który pojawia się niespodziewanie w 112 (ktoś zapomniał zamknąć drzwi na zamek) i podejmuje zajadłą dyskusję ze Staszkiem na tematy wyznaniowe. Niewinna partyjka w Zombies!!! szybko przeistacza się w panel religijny. Scobin, Dune^^ i Maestro dysputują przy jednym krańcu stołu, a Borys, Malkav i Tomek przy drugim. LawDog smętnie przygląda się zombiakom, a Lord Thomas załamuje ręce i w kółko powtarza: "A matka mówiła, że to sekty...". W celu rozładowania atmosfery, ktoś proponuje kalambury. Gramy od drugiej do piątej. W jednej drużynie Dune^^, Malkav i Maestro, w drugiej LawDog, Scobin i Lord Thomas. Prowadzą — tzn. wymyślają hasła, czyli tytuły książek i filmów — Tomek i Borys. Pojedynek jest niezwykle zajadły. Po 39 rundach drużyna Malkava wygrywa 20:19. Maestro dostaje relatywnie najtrudniejsze hasła (nieprzypadkowo...) — Coś, Critters, Muminki... Wszystkie pokazuje tak samo: Przewraca się na ziemię i warczy. Poniedziałek Piąta nad ranem. Decydujemy, że nie ma sensu iść spać, bo za kilka godzin i tak będziemy musieli wstać. Malkav i Scobin wyłamują się z kolektywnie podjętej decyzji — ten pierwszy wyjaśnia, że będzie wracał do domu samochodem i woli nie ryzykować bliskiego spotkania z drzewem, ten drugi nikomu się z niczego nie tłumaczy. Pozostała piątka gawędzi o erpegowaniu (rozmawialiście kiedyś o grach fabularnych o szóstej nad ranem? nie? polecamy). Atmosfera robi się cokolwiek senna, więc Tomek proponuje przetestowanie swojego najnowszego nabytku — karcianki Munchkin. Rozgrywamy dwie partie; na samym początku pierwszej LawDog zasypia na siedząco, budzi się po chwili, przenosi do swojego śpiwora i zasypia ponownie. Tymczasem zwycięskimi manczkinami okazują się kolejno Borys i Dune^^. Oboje za sprawą Boskiej Interwencji. I jak tu być ateistą...? Ranek. Scobin się budzi, pakuje, żegna z nami, wychodzi, jeszcze wraca, bo czegoś zapomniał, wychodzi powtórnie i już nie wraca. Jego pociąg odjeżdża najwcześniej. My również zbieramy do plecaków klamoty, budzimy Malkava, żegnamy się z nim, Malkav znów zasypia, a nasza ocalała piątka wędruje do baru na śniadanie. Po posiłku Fandom Centrum żegna się z Dune^^ i Tomkiem — pociąg Dune^^ odjeżdża dopiero za kilka godzin, a Tomek jedzie dalej na Tornado (podobnie jak Maestro, co Tomka niewymownie wprost cieszy). FC dociera na gliwicki dworzec. Autokar przyjeżdża z opóźnieniem i nie ma w nim wolnych miejsc. Do Katowic dostajemy się więc podmiejską koleją, a tam czekamy na pociąg "właściwy" jeszcze około godziny. Wreszcie przyjeżdża, wsiadamy. Obok naszego przedziału przechodzi wielu innych konwentowiczów. Kłaniają się grzecznie Fandomowi Centrum, Borys pozdrawia ich uniesieniami dłoni. Dracool został za nami. Przed nami — upragniony prysznic, porządny posiłek i minimum dwanaście godzin snu. Za rok wrócimy. Redakcja "Inkluza" i Fandom Centrum pozdrawiają (in random order):
|