spis treúci Konwenty

Dracool 2005


Artur 'Rian' Nowrot

Magazyn Coli

Już pierwszego dnia konwentu wspólnie z naczelnym zapisaliśmy się na LARP-a w klimatach Neuroshimy pod jakże zachęcającym tytułem "Magazyn Coli". Broszura z planem konwentu i opisem atrakcji na nas czekających twierdziła, że będzie to "LARP negocjacyjny". Zachęceni tym okresleniem wpisaliśmy się na listę graczy. O godz. 19:30 zjawiliśmy się na miejscu i odebraliśmy nasze postacie. Kiedy organizatorzy uporali się z problemami personalnymi (czyt. brakiem odpowiedniej ilości graczy) ktoś zaproponował, by przenieść rozgrywkę na boisko. Pomysł został zaakceptowany, opuściliśmy więc budynek i udaliśmy się na nowe miejsce gry.

Kilka słów na temat fabuły. W St. Louis – mieście, gdzie we względnym spokoju koegzystują ludzie i mutanty – odkryto magazyn Coca-Coli. Jak się wkrótce okazało, napój ten jest w świecie Neuroshimy towarem bardzo chodliwym. W związku z tym rozmaite grupy zaczęły zgłaszać swoje roszczenia do magazynu. Należy wymienić wsród nich dwie organizacje z samego St. Louis plus lokalną grupę mutasów, gangsterów z Miami, Nowego Jorku, Detroit i ekipę z Posterunku. Przedstawiciele wszystkich tych stronnictw spotkali się w samym magazynie, by przedyskutować to i owo i wykorzystać rozmaite argumenty; by przekonać pozostałych, że to im należy się magazyn.

Wspólnie z Rasganem wcieliliśmy się w Rewolwera i Melonika – dwóch panów z Detroit. Naczelny z wrodzonym talentem i gracją zabrał się za tkanie (jak zwykle zresztą) przemyślanej intrygi. Jego zamysł był prosty – napuścić na siebie nawzajem wszystko i wszystkich, a ponadto spowodować jak największy zamęt. Sami przemyślnie zakonspirowaliśmy się jako ekipa nowojorska. Kamuflarz był tak dobry, że nawet prawdziwa grupa z Nowego Jorku nie zorientowała się, co jest grane.

Prawdę powiedziawszy, sam nie do końca się orientuję w tym, co właściwie podczas LARP-a było grane. Przy takim nagromadzeniu różnych stronnictw do porozumienia dojść nie mogło. W związku z tym cały LARP wyglądał następująco: na boisku stało kilkanaście mniej lub bardziej licznych grupek ludzi, co jakiś czas jedna lub dwie osoby z jednego takiego skupiska odłączała się i ruszały w stronę innego.

Prędzej czy później coś musiało się wydarzyć. Najpierw z ręki mutantki poległem ja sam. Smutne. Chwilę później kolejna osoba. A później, po dosyć gwałtownej wymianie zdań, magazyn wyleciał w powietrze. Przeżył tylko koleś, który okazał się mutantem w przebraniu.

Podsumowanie: mnóstwo trupów, magazyn zniszczony, Cola zmarnowana, Rasgan smutny, bo sam planował wysadzić magazyn, a ktoś go ubiegł. LARP wypadł przeciętnie. Jak się później dowiedzieliśmy, MG nie dojechał i trzeba było szybko znaleźć jakieś zastępstwo. Może dlatego LARP sprawiał wrażenie nieprzygotowanego i bez pomysłu na dalsze poprowadzenie akcji. Pozostaje mieć nadzieję, że następny LARP w tej konwencji, na jaki trafię, będzie miał większe szczęście.

Na górę strony