| |
Runem i garotą
|
Marcin Mortka: Wydawnictwo i rok wydania: Runa, 2004 Nie sposób znaleźć odpowiedź na pytanie, czy Marcin Mortka zabrał się za pisanie cyklu, którego spoiwo ujawni się w całej okazałości dopiero w późniejszych tomach, czy też mamy do czynienia z szeregiem książek luźno powiązanych ze sobą miejscem akcji i pogańską, skandynawską magią. Wiem natomiast, że do lektury Wojny runów zasiąść można bez znajomości Ostatniej sagi, choć jeśli debiutancką powieść Mortki przeczytaliśmy, to z czytelniczym uśmiechem na ustach odnajdziemy w jego drugiej książce pewne odniesienia. Bardzo lubię takie podejście; gdy autor nie zmusza nas do mozolnego przedzierania się przez kolejne tomy swojego serialu (który zazwyczaj traci z kolejnymi odcinkami na jakości), a pozwala rozpocząć przygodę ze swą twórczością w dowolnym momencie, nagradzając jednocześnie "wierniejszych" czytelników. Niewykluczone, że moje pochwały są przedwczesne. Bądź co bądź mamy na razie do czynienia wyłącznie z dwiema powieściami. Zamknięte zakończenie Wojny runów sugeruje jednak, że Świt po bitwie nie doprowadzi do niemiłego precedensu. Gdyby jakąś miarą określić kwantytatywnie ilość elementów magicznych i historycznych w Ostatniej sadze oraz Wojnie runów, każdy szybko pokusiłby się o postawienie pomiędzy obiema powieściami znaku gatunkowej równości. Nic bardziej mylnego – obie książki są tematycznie różne i chociaż także Wojnę runów bez dłuższego wahania wolno wrzucić do worka z fantastyką magiczną, to autor ubrał tę fantastykę w nowe szaty. Karabin maszynowy zastąpił wikiński topór, a zydwestka – barani kożuch. Z owianych mgłą tajemnicy czasów wikingów trafiamy do współczesności. Wielowątkowość i nieliniowość, którą chwaliłem, recenzując Ostatnią sagę, pojawia się i na kartach Wojny runów. Ba, "pojawia się" to określenie zbyt skromne – występuje tu w na tyle pokaźnej dawce, że bardzo utrudnia przekazanie jakichś informacji o fabule, której podstawowe założenia kształtują się nie na kilkudziesięciu pierwszych stronach, ale przynajmniej przez całą pierwszą połowę powieści. Akcja rozpoczyna się w przededniu wybuchu II Wojny Światowej. Główni protagoniści to – przynajmniej pozornie, ponieważ w trakcie lektury przyjdzie nam weryfikować poglądy na ich temat – sir Harrington, pracownik brytyjskiego wywiadu, oraz porucznik Wojtek Śnieżewski pełniący służbę na ORP "Gromie". Autor niczym Loki przewrotnie bawi się ich losami. Na przemian łączy i rozdziela ich ścieżki, stawia raz po tej samej, a raz po przeciwnych stronach barykady i tym niesztampowym sposobem wyposaża swą powieść w sporą dawkę dynamizmu. W Wojnie runów nie zabrakło mimo wszystko konkretnego badguya. Jest nim niemiecki profesor Michael Tritz, który pragnie przywłaszczyć sobie tajemnice runicznej magii wikingów. Właśnie jemu stawią czoło (lecz ze zgoła odmiennych powodów) sir Harrington i Śnieżewski, postacie notabene nie tak przeciętne, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Marcin Mortka bezlitośnie pozbawił czytelników jakichkolwiek chwil wytchnienia. W Wojnie runów dzieje się "dużo i bez przerwy". Poprzednie wydarzenia następują na pięty kolejnym i nawet jeśli jeden z wątków ulegnie czasem chwilowemu wyciszeniu, to pozostałe rekompensują to z nawiązką. Początkowo dziwiło mnie, że autor postanowił podzielić nie aż tak grubą przecież powieść na cztery części. Już w trakcie lektury przekonałem się, że taki podział nie jest bynajmniej bezpodstawny. Każda z części tworzy poniekąd oddzielny, obszerny epizod, w których pojawiają się różne postacie drugoplanowe, natomiast w całość splatają je losy głównych bohaterów uczestniczących w tytułowej "wojnie runów". Jednocześnie dzięki takiemu podziałowi łatwo dostrzec – i to już zamiarem autora z pewnością nie było – że pierwsza połowa książki jest lepsza od drugiej (a nie na odwrót, niestety). Pierwsze dwie części stanowią zagadkowe i klimatyczne wprowadzenie do "właściwej" przygody. Razem ze wścibską panią Timson odkrywamy zagadkową przeszłość sir Harringtona, razem z porucznikiem Śnieżewskim poznajemy jego ponury dar. Na dodatek w drugiej części znalazły się trzymające w ludlumowskim napięciu sceny, w których wywiad brytyjski infiltruje niemiecką ambasadę w Kopenhadze. Trzecia część rozpoczyna się od równie smakowitego prologu, lecz wkrótce wciągalność fabuły na resztę powieści przerzedza się. Niekoniecznie rozwadnia, ale właśnie przerzedza, mimo że tempo wydarzeń nie maleje. W tym momencie zabrakło zapewne jakiegoś świeżego pomysłu, jakiejś niespodzianki, która dodałaby paliwa do kotła czytelniczego zainteresowania. Finał również jest nie do końca satysfakcjonujący, autor rozegrał go zbyt szybko. Za końcówkami-ciągutkami rzecz jasna nie przepadam, ale Mortka przegiął w drugą stronę. Rach-ciach i napisy końcowe. Nie wiem, czy to ja lubię wątki sensacyjne bardziej od historycznych (o bogowie!), czy też autorowi zgrabniej wychodzi tworzenie tych pierwszych. Tak czy owak, Wojna runów to książka lepsza od Ostatniej sagi – lepsza nieznacznie, ale jednak lepsza. W powieści debiutanckiej narzekałem na tło historyczne zanieczyszczone magią niepotrzebną; tutaj pochwalę zgrabne połączenie elementów szpiegowskich i wojennych (nie wspominałem chyba jeszcze, że Mortka z werwą opisuje w Wojnie... zmagania bitewne na morzu?) doprawione dwiema szczyptami magii bardzo apetycznej. Razi jedynie nierówny poziom "poczytności". Ostatnia saga była w całości dobra, natomiast pierwsza połowa Wojny runów jest bardzo dobra, a druga – znów "tylko" dobra. Narzekać na to jednak nie przystoi. Sami przyznacie: Taki rozwój sytuacji nie najgorzej wróży kolejnej książce. OCENA: 7+/10Dziękujemy wydawnictwu Runa za udostępnienie książki do recenzji. |