| |
Góralskie opowieści![]() ![]()
|
Wit Szostak: Jesteście gotowi na gawędę? Słuchajcie zatem: Stało się raz, że się staremu Smykowi dusza przewróciła. Podobało się? Nie mówcie, że nie, bo nie uwierzę. No to jeszcze trochę: Poszarpane granie kaleczyły chmurom brzuchy. Prawda, że ładne? I wyjątkowe. Zaprezentowałam Wam początkowe akapity dwóch książek Wita Szostaka – jego debiutanckiej powieści Wichry Smoczogór i prequela do niej, czyli Poszarpanych grani3. Do kompletu brakuje nam jeszcze fragmentu ze zbioru opowiadań Ględźby Ropucha, zawierającego najwcześniejsze utwory pisarza, ale pozwólcie, że zostawię sobie coś na zakończenie. Pierwsza książka Szostaka (a czytałam w przykazanej kolejności, zaczęłam więc od Wichrów Smoczogór) zaczarowała mnie, urzekła i długo nie chciała wypuścić spod tego uroku. Bo jeśli człowiek, który góry zazwyczaj ogląda na zdjęciach, a przy opowieściach z obozowiska dyskretnie ziewa, daje się do tego stopnia wciągnąć historii, której bez gór by nie było, to musi to być urok, prawda? Sama byłam zaskoczona tym, z jaką chęcią i łatwością poddałam się prostej (co nie znaczy, że banalnej) opowieści autora. Razem z dwoma bohaterami i Śmiercią (uwięzioną w starych dudach i wleczoną przez górskie szlaki i bezdroża to na ramionach Berdy z Kościanów, nowego gęślarza tego rodu, to na plecach Wrzościa z Lacerty, młodego smokoznawcy z Akademii, który nie wierzy, ale chce wiedzieć na pewno, że w swojej niewierze nie błądzi) wyruszyłam na wędrówkę szlakami i bezdrożami Smoczogór. Wichry się zbiesiły i żyć góralom nie dawały, ludzie przestali umierać (bo jak tu odchodzić, kiedy Śmierci nie ma?), a nasi bohaterowie mieli za zadanie jakoś to wszystko rozplątać, przy niewielkiej tylko pomocy skrzata Kumaka, odwiecznych nut zbieranych po drodze i dobrych (albo i trochę mniej dobrych, zależy z której strony na nich patrzeć) ludzi spotkanych na szlaku. Nie muszę oczywiście dodawać, że – przynajmniej na początku – szanse na powodzenie owej nietypowej misji prezentowały się nad wyraz mizernie. Nihil novi, moglibyście powiedzieć, czytało się podobne rzeczy w różnych konfiguracjach tyle razy, że trudno zliczyć. Nie tym razem, zapewniam. Poza prostotą największą zaletą Wichrów... jest właśnie świeżość. Szostak z chęcią sięga do worka z archetypami i nie szuka (źle pojętej) oryginalności, ale przyprawia stworzony przez siebie świat tak nietypowymi przyprawami, że jego książka jest czymś niespotykanym w polskiej literaturze. To połączenie góralskości i fantastyki jest tak zaskakujące, jak zakończenie pierwszej smoczogórskiej opowieści: z jednej strony – przynajmniej do pewnego momentu – czytelnik spodziewa się czegoś zupełnie innego, a z drugiej, gdy wracamy myślami do książki po skończonej lekturze, przychodzi ono niezwykle naturalnie, jakby wszystkie drogi bohaterów musiały doprowadzić ich do tego właśnie miejsca. Jest zresztą tak w istocie, ale wśród niebotycznych szczytów nawet przeznaczenie wydaje się być rzeczą mało istotną i z natury swojej nieważną, i spokojnie można je pisać z małej litery. Powieść ta przesiąknięta jest na wskroś góralską mądrością. Samo to w sobie jest godne uwagi, a już sposób, w jaki religia i filozofia życia zahartowanych ciężkimi warunkami górali zostały przedstawione czytelnikowi – nienachalny, niepouczający na siłę, ale też nieuciekający od ważnych problemów i trudnych pytań – zachwyca. Gdybym w jednym zdaniu miała powiedzieć, o czym jest ta książka, niechybnie brzmiałoby ono: O życiu, umieraniu i o tym, jak się jedno splata z drugim. Na szczęście nie muszę, i bardzo dobrze, bo to jedno zdanie nijak nie ujmuje całości zagadnienia. Wichry Smoczogór są, i owszem, historią o nieodwracalnym, o końcu i o przemijaniu, ale jest to też opowieść o muzyce i tańcu, o pełni życia, przyjaźni i poszukiwaniu mądrości i wiedzy. Oraz o tym, że mądrość i wiedza w żadnym razie nie są tożsame. Nie ukrywam, że po zachwycającej pierwszej części do drugiej podeszłam bardzo entuzjastycznie. Zbyt entuzjastycznie, być może – takie wyczekiwanie nigdy nie wróży dobrze książce, poddanej brutalnej konfrontacji z rzeczywistością – ale Szostakowe, nietypowe spojrzenie na fantastykę i bezpretensjonalny urok prostego mówienia o rzeczach ważkich wydawały się być wystarczającym gwarantem mojego nastawienia. W końcu byłam ze szczętem wciągnięta w opowieść, w której śmiech mieszał się z płaczem, a godzenie się z losem obywało się bez wielkich słów nadętych przemówień, za to z pokorą, zrozumieniem siebie i akceptacją własnych niedoskonałości. Niezwykła uroda frazy pisarza, niepodrabialny styl i dobrze nakreśleni – choć przecież do cna archetypiczni – bohaterowie z mądrej książki uczynili książkę wybitną. Wichrami Smoczogór Wit Szostak zdobył u mnie kredyt, o którym myślałam, że nigdy się nie wyczerpie. Co mogło pójść źle? Mogło zabraknąć bezpretensjonalności, która tak bardzo zjednała mnie do debiutu krakowskiego autora. Mogła świeżość zostać zastąpiona sztucznością. Ja sama, w końcu, mogłam znudzić się górskim klimatem, bo bez dujących wichrów, bez zwiewności, jaką nadawały pierwszej części, nie był on już taki sam. To wszystko mogło się stać. I to wszystko się stało. Na potrzeby tej recenzji myśląc wstecz o Szostakowym pisaniu, dochodzę do wniosku, że najważniejsza różnica między Wichrami... a ich prequelem zawiera się w magii, którą w pierwszej powieści poczułam już w prologu, i czułam do samego końca. Rzadki to przypadek, bo najczęściej dzieje się tak, że podobny urok bawi się z czytelnikami w chowanego. Tak jak w Poszarpanych graniach, gdzie bardzo dobry początek i interesująca (bo szkatułkowa, a ja wszelkie zabawy z narracją lubię bardzo) konstrukcja całości zwiastowały prawdziwą ucztę dla czytelnika. A jednak gdy zamknęłam książkę, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zabawa z formą przysłoniła pisarzowi treść, a bezpretensjonalność zgubiła się gdzieś między jednym a drugim pudełkiem; jedną a drugą gawędą. Oś powieści stanowią zmagania młodego Koredy z czartem nudy, jaki go opętał, i poszukiwanie przez tę dwójkę (choć tylko jedna z postaci zainteresowana jest ich pozytywnym rezultatem) remedium na dziwne a straszne plagi, jakie spadły na rodzinną miejscowość młodego juhasa – Jasionkę. Ta część napisana jest w najlepszym, "Wichrowym" stylu i gdyby tak wyglądała cała książka, nie miałabym na co narzekać. Niestety, wraz z upływem akcji okazuje się, że wszystko, co dotyczy Koredy, a więc także jasionkowe nieszczęścia, związane jest z rodem Koźliców, który kiedyś był majętny i przez wszystkich szanowany (choć każdy z jego członków był w mniejszym lub większym stopniu ekscentrykiem. Prostoduszni górale pewnie użyliby słowa "szaleńcy"), a teraz został przez wszystkich zapomniany. No, prawie wszystkich, i ci nieliczni, którzy z różnych powodów o Koźlicach pamiętają, opowiadają Koredzie o historii tego rodu, misji, którą – we własnym mniemaniu – mieli spełnić i poszukiwaniach, które prowadzili przez kilka pokoleń, a w końcu także o tym, jak przyszedł na nich koniec. Nie brakuje tym opowieściom rozmachu, a potoczysty Szostakowy styl jest łatwo przyswajalny, więc wszystko powinno być w porządku, ale nie mają one bezpretensjonalności pierwszej części. To prawda – znowu mówi się tu o sprawach ważnych, znowu dotyka się rzeczy istotnych i trudnych, i znowu w tle przygrywają cicho gęśliki oraz dudy, ale tym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest to sztuka dla sztuki. Jak już napisałam, Koźlice to był ród bogaty, uparty jak wszyscy górale i zapamiętały w swojej misji. Misji, której tak naprawdę nikt poza nimi nie rozumiał. I powiem szczerze – czytelnik, przynajmniej w mojej osobie, też jej nie rozumie. Wręcz przeciwnie, decyzje kolejnych głów rodu, jego gęślarzy i watahów wydały mi się tak naiwne i niekonsekwentne, że niewiele brakowało, a odłożyłabym książkę, mimo przeświadczenia, że był to świadomy wybór artystyczny. Post factum mogę stwierdzić, że dobrze się stało, iż dotrwałam do końca, ale nie ze względu ową zapętloną intrygę, którą do tej pory mam za niepotrzebnie przejaskrawioną, ale za pojedyncze opowieści o poszczególnych członkach rodziny. O tak, tu widać prawdziwe mistrzostwo Szostaka. Chociaż opowieści Koźlicowe ciągną się przez wiele rozdziałów, każdy z nich stanowi perełkę. Mimo wydarzeń, których swoista logika drażniła mnie do końca, portrety bohaterów są małymi majstersztykami. Czasami zabawne i ironiczne, czasami smutne i poważne, ale zawsze prawdziwe, zawsze ludzkie i zawsze celne. Jaka szkoda, że po złożeniu ich w całość obraz, jaki powstaje, jest mocno niejasny i tylko w najmniejszym stopniu skupiony na bohaterach. Najważniejsze są ich poszukiwania, które Szostak – co mnie bardzo cieszy, ale powieści nie ratuje – traktuje z dużym przymrużeniem oka. Nie ukrywam – byłam zniechęcona. Kredyt autora gwałtownie się u mnie skurczył, a na czekający mnie zbiór opowiadań patrzyłam z prawdziwą nieprzychylnością. Gdyby to ode mnie tylko zależało, nie sięgnęłabym po część trzecią, a już na pewno nie zaraz po drugiej. Głównie z obawy, że dobre wrażenie, jakie wyniosłam z Wichrów Smoczogór, rozmyje się jak sen jaki złoty pod kolejnymi rozczarowaniami. Gdyby to ode mnie zależało... Cóż, szkoda, że nie zależało. Ględźby Ropucha przenoszą nas w Międzygórze, do miast, karczm, a czasami na wielkie dwory możnych panów. Jeśli gdzieś tam natkniemy się na smoczogórskiego górala, mniejszą rolę odegra jego pochodzenie, większą – jaką rolę los mu przeznaczył w ciągle się obracających trybikach świata. Przyznam, że zawiedziona byłam odejściem od krajobrazu gór, których kultura od samego początku stała mi się bliska i zrozumiała, choć po tej stronie książkowej rzeczywistości ich urok zupełnie na mnie nie działa. Co prawda po dwóch powieściach osadzonych w Smoczogórach byłam już nimi trochę zmęczona, a dodatkowo ciekawiło mnie, jak Szostak poradzi sobie na nizinach. Ale nostalgia za unikalnością góralskich opowieści została we mnie przez całą lekturę Ględźb Ropucha. Tym bardziej, że antologia ta niewiele miała mi do zaoferowania w zamian. Powiem od razu – jest to najsłabsza z wydanych książek Szostaka. Widać niewprawne pióro debiutanta, widać obsesje, jakim ulega autor – zagadnienia niepowtarzalności ludzkiego losu, prawdziwości świata empirycznego, szczerości naszych doznań i innych, z równie filozoficzną otoczką powtarzają się w tych opowiadaniach z niepokojącą regularnością. Niepokojącą – bo po kilku bardzo do siebie podobnych tekstach czytelnik zaczyna odnosić wrażenie gonienia w piętkę, i nie jest tylko pewny, czy to on, czy – pisarz. Nie zostało w nich też nic z Wichrowej... bezpretensjonalnej świeżości, ani nawet z ambicji Poszarpanych grani. Opowiadania są, to prawda, do pewnego stopnia błyskotliwe, ale na pewno nie zaskakujące, zwłaszcza dla kogoś, kto od wielu lat nosi w kieszeni któryś z tomików Borgesa. Może to zbyt daleko idące porównanie, ale natrętnie wracało do mnie podczas lektury, z tym że tam, gdzie Borges był demaskujący, Szostak co najwyżej wzbudzał moje (laika, któremu bakcyl filozofii jest raczej obcy) niejakie zainteresowanie. Nie przeczę, że na gruncie polskiej fantastyki jest to coś nowego, nie wymagam również doskonałości od debiutów ani tym bardziej – podzielania moich literackich zainteresowań od ich autorów, ale nie zmienia to ogólnej opinii o tych tekstach, jaką sobie wyrobiłam po lekturze zbioru: opowiadania w nim zamieszczone są wtórne, również w stosunku do siebie nawzajem. Na olbrzymi plus wybija się utwór Kłopoty z błaznem, w którym znalazłam i oryginalność spojrzenia, i intelektualny pazur, których tak brakowało pozostałym tekstom. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ględźby Ropucha nie mają żadnych zalet. Mają – przede wszystkim są bardzo dobrze napisane, a te teksty, które w jakiś sposób odnoszą się czy to do Wichrów..., czy do Poszarpanych Grani, udowadniają także, że dystans do swojego pisarstwa i autoironia nie są Szostakowi obce. Przypuszczam również, że czytane pojedynczo, dużo by zyskały. Czas zaciera szczegóły, i kolejne opowiadanie mogłoby się wydać równie świeże i oryginalne, co poprzednie. Zebrane jednak w jednym zbiorku – nużą, i po jakimś czasie zlewają się w jeden metatekst, z którego czytelnik niewiele pamięta, jeszcze mniej rozumie i raczej nie ma ochoty na więcej. Trzy książki – jedna wybitna, jedna przyzwoita z genialnymi momentami, jedna nieudana. Dwa oryginalne pomysły. Piękna fraza. Cudowna melodia języka. I opowieść. Archetypiczna, ale nie nudna, mądra, ale nie wymądrzająca się, taka, od której mogłyby się zacząć inne opowieści. Można Szostakowi, zwłaszcza po Ględźbach Ropucha, wiele zarzucać, ale nie ulega wątpliwości, że jest jednym z najbardziej obiecujących młodych pisarzy. Takim, który nie boi się próbować, nie boi się łamać przyzwyczajenia swoich czytelników, nie ucieka przed ważnymi tematami i nie sili się na oryginalność za wszelką cenę. Żałuję, że Wichrów Smoczogór nie przeczytałam o wiele wcześniej, nie wsiąkłam do końca w ten świat, zanim zasiadłam do dwóch pozostałych książek tego autora. Żałuję, że lekturę Poszarpanych grani zepsuł wątek Koźlicowych poszukiwań, będący przecież tylko jedną częścią składową tej wielowątkowej opowieści, ale tak drażniącą, że przysłonił mi wszystko inne. Żałuję, że nie miałam czasu, żeby Ględźby Ropucha czytać powoli i smakować każde opowiadanie po kolei, z przerwami, jakich wymagają kolejne utwory. Ale absolutnie nie żałuję, że zapoznałam się z pisarstwem Wita Szostaka, a to nie tylko dlatego, że Wichry... na zawsze już weszły do mojego prywatnego spisu najbardziej ulubionych lektur wszech czasów, ale także dlatego, że jestem przekonana, iż ich autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. A polskiej fantastyce dobrze zrobił taki haust orzeźwiającego, górskiego powietrza. Przed nim leżało zaostrzone rankiem pióro, kałamarz i czysta karta pergaminu. A na obydwu krańcach biurka wspinały się wieże z dziesiątków innych kart, zapisanych równym, sękatym pismem. Ropuchowi zdawało się, że karty szeleszczą i szeptają pomiędzy sobą, jakby bohaterowie poszczególnych ględźb porozumiewali się, ostrzegali i zapraszali do siebie.
Starzec z przyjemnością zanurzył się w świat swoich opowieści. To był jedyny świat, który został mu z niegdysiejszych bogactw roztrwonionego życia. Wspominał kolejne postaci, delektował się ulubionymi wątkami, obsesyjnie powracającymi w każdej niemal ględźbie. Wszystkie były różne, jednak traktowały o tym samym. Wszędzie były pętle i zsupłania, wszędzie podobne motywy. Słyszał je jako powtarzane w muzyce wątki, powracające w zmienionych wariacjach, by po raz kolejny dopełnić kosmiczną całość. OCENY: Przypisy: Dziękujemy wydawnictwu Runa za udostępnienie książki do recenzji. |