Spis treści Cum libro


Stanisław 'Scobin' Krawczyk

Ach, te sequele...


Iwona Surmik:
Ostatni smok

Runa, 2005
423 str.

Odwieczne prawo serii głosi, że w cyklach powieściowych kontynuacje są zwykle gorsze od pierwowzorów (vide nieśmiertelne Koło czasu Roberta Jordana). Niestety Ostatni smok, choć sam w sobie całkiem niezły, nie jest wyjątkiem. Majowe czytanie dylogii o Albanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością; trzecia powieść o Imeskarii okazała się już mniej wciągająca. Co prawda niewątpliwe umiejętności pisarskie Iwony Surmik sprawiają, że Ostatniego smoka mimo wszystko czyta się z zainteresowaniem – lecz muszę przyznać, iż oczekiwałem znacznie więcej.

Powieść jest długa; liczy ponad czterysta stron, podczas gdy żaden z tomów dylogii nie przekroczył trzystu. Na początku bardzo mnie to ucieszyło: już w maju pisałem, iż szkoda mi trochę, że [w dylogii] zabrakło miejsca na dokładniejszy opis historii niektórych postaci. Teraz pojawiła się szansa na nadrobienie tych zaległości. Ale po przeczytaniu Ostatniego smoka mam mieszane uczucia. Owszem, jest wielu znanych bohaterów – Stevar, Dolid, Falias, Garard, Brian, Dough, Valdal, Sylus – lecz w gruncie rzeczy niewiele się o nich dowiadujemy. Parę wzmianek o dzieciństwie Niedźwiedzia to jednak trochę za mało. Ale dobrze, że nie zabrakło nowych postaci: Lyllany, Imediaza, Ildena, Udolfa, Teodusa, Bertusa, Eggi, Riali, Darkiego. Na szczęście są one równie barwne jak wcześniejsi bohaterowie, co potwierdza talent pisarki do tworzenia sugestywnych postaci drugoplanowych. Zresztą i pierwszoplanowe są co najmniej przyzwoite.

Czegoś wszakże na tych czterystu stronach brakuje. I tu mój główny zarzut do Ostatniego smoka: niedostatki fabuły. Najważniejszym jest lenistwo akcji. To, że na początku książki rozwija się ona dość powoli, nie było dla mnie zaskoczeniem; już pierwsza powieść Iwony Surmik pokazała, iż pisarka bardzo spokojnie kształtuje świat Imeskarii i z umiarem tworzy atmosferę zagrożenia. Jednak w dylogii było kilka punktów zwrotnych, które w jednej chwili wypełniały głowę wątpliwościami i zagadkami, a zarazem stanowiły kulminację wzrastającego napięcia. Albana, Bazyl, Calmin, Falias, Garard, Sajron, Zebon, Jarik – z nimi wszystkimi wiązały się nieoczekiwane wydarzenia, przesuwające fabułę utworów na nowe tory i wzmagające me czytelnicze zainteresowanie. Tutaj natomiast takich zwrotów akcji właściwie nie ma. Gdy już mniej więcej w połowie książki jasny staje się los Calmina i wszystko zaczyna dojrzewać do zmiany, autorka wycofuje się nagle, redukując rolę zdarzeń do minimum, a skupiając się prawie wyłącznie na interakcjach między bohaterami. I tak już na dobrą sprawę do końca książki. Podczas czytania dylogii czułem, że oto ważą się losy Imeskarii; przy Ostatnim smoku miałem przeświadczenie, iż nic złego nie może się już królestwu stać, a jeśli ktokolwiek jest zagrożony, to tylko mała garstka najważniejszych postaci.

Może nie byłoby w tym nic złego; w końcu istnieją znakomite literacko i wiarygodne psychologicznie dzieła o bardzo niewielkich grupach ludzi. Może to ja przystąpiłem do lektury z niewłaściwymi oczekiwaniami. Ale chyba trudno było tego uniknąć, nie tylko z powodu wcześniejszych doświadczeń z Talizmanem złotego smoka i Smoczym paktem. Opis na okładce powieści (Wybucha przytłumiona nienawiść i w Imeskarii znów płoną stosy. [...] Razem będą musieli stawić czoło burzy, którą rozpętali) sugeruje fabularne opus magnum, natomiast w rzeczywistości dostajemy do rąk – z małymi wyjątkami – lekko magiczną sagę psychologiczno-rodzinną o prywatnych losach kilkorga bohaterów. Ostatni smok to znacznie bardziej kobieca (co samo w sobie nie znaczy – gorsza, ale ten sposób pisania niekoniecznie musi odpowiadać czytelnikom fantastyki magicznej) proza niż wcześniejsze dwa tomy. Warto pamiętać o tej różnicy, aby nie zostać rozczarowanym.

Inna charakterystyczna strona fabularnego rusztowania książki to niepotrzebne wykorzystywanie chwytu deus ex machina. Już na samym początku lektury, gdy po raz pierwszy pojawili się Egga i Darki, miałem niemiłe uczucie, że ich obecność jest wymuszona. Historia Riali również wzbudziła we mnie pewne zastrzeżenia. Owszem – rozdział, w którym poznajemy tę bohaterkę (Dom snów), jest jedną z najciekawszych części powieści. Potem jednak, gdy wiemy już o Riali znacznie więcej, staje się bardzo dziwne, że nie wykorzystała ona nadarzających się możliwości do odmiany swego losu. Że tyle czasu musiała czekać na Imediaza i jego świtę. Podejrzane. I mimo iż bóg z maszyny nie pojawia się bardzo często, to za każdym razem jego przybycie budzi wątpliwości. W końcu w Ostatnim smoku, jako się rzekło, nie ma wielu sensacyjnych wydarzeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wszystko rozwija się raczej ewolucyjnie, a w dodatku bardzo powoli. Znalezienie racjonalnych rozwiązań fabularnych powinno być zatem łatwiejsze niż w pierwszych tomach. A jednak z jakiegoś powodu nie było. Szkoda, bo przecież autorka dowiodła w dylogii, iż umiejętność unikania luk w fabule nie jest jej obca. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowa obniżka formy.

Trzeba jeszcze odnotować dwa istotne szczegóły. Po pierwsze – narracja Iwony Surmik jest dość dokładnie pozbawiona humoru. Wcześniej, dzięki bogatszej akcji, to nie raziło; teraz, gdy dobre żarty mogłyby ożywić powieść, ich nieobecność staje się bardziej zauważalna. Są wyjątki (polecam obrazki ze skrzyni Lyllany. Świetny przykład humoru sytuacyjnego), jednak nie zawsze trafione (Imediaz wypowiadający słowa Bo zupa była za słona wygląda na wymuszoną parodię samego siebie). Po drugie – duchowieństwo w dalszym ciągu odgrywa moralną rolę chłopca do bicia, konsekwentnie przedstawiane w bardzo niekorzystny sposób. Ale jest pewna zmiana: chociaż kapłani zasadniczo nadal nie mają ludzkich zalet (wyjąwszy to, że ponoć z Teodusem czasami całkiem miło się rozmawia, o ile oczywiście dyskusja nie dotyczy religii), to przynajmniej zaczynają mieć ludzkie wady. Intrygująca jest postać Bertusa – bohatera ni to pozytywnego, ni to negatywnego, w przekonujący sposób szarpanego wyrzutami sumienia i znacznie bardziej pełnokrwistego psychologicznie niż płaski Zebon.

Ale nie samymi wadami recenzent żyje. Mimo iż najnowsza powieść Iwony Surmik nie spodobała mi się tak bardzo jak dwie wcześniejsze (niewątpliwie z powodu niedostatków fabularnych), to jej czytanie wciąż było zajmującym doświadczeniem. Wielu autorów (nie tylko polskich) dość swobodnie traktuje psychikę swoich postaci, a Ostatni smok jest wart uwagi ze względu na nietypowy w fantasy, iście kobiecy wgląd w ludzkie wnętrze. Przedstawicielki płci pięknej mogą odnaleźć w autorce bratnią (czy raczej – siostrzaną) duszę, natomiast męskiej części czytelników nie zaszkodzi spojrzenie na świat (choćby i fantastyczny) z odmiennego punktu widzenia.

Warto tutaj nadmienić, że udanie przedstawione zostały wahania moralne wielu postaci. Ucieczka od niechcianego (acz możnego) zalotnika, morderstwo, stopniowe przeradzanie się posłuszeństwa w bunt przeciwko niesprawiedliwej władzy, samobójstwo, a nawet usunięcie ciąży – pisarka stawia bohaterów przed trudnościami, z którymi i my w realnym świecie często musimy sobie radzić. Przed wyborami, których sami musimy dokonywać. Smocza magia nadała powieściowemu światu fantastycznego zabarwienia, lecz decyzje jego mieszkańców są jak najbardziej realistyczne. Deus ex machina wpłynął wprawdzie na bieg wydarzeń, ale nie wycisnął swojego piętna na wyborach bohaterów.

Kupować zatem – czy nie kupować? Zapewne odpowiedź na to pytanie należy do podstawowych obowiązków recenzenta (choć w sumie... Kto wie? Chyba nie tylko w Młodej Polsce miano ambicje, by recenzja sama w sobie była małym dziełem sztuki), jednak to w niczym nie zmienia tego, że przysparza mi ona wielu trudności. Zwłaszcza że trzecia powieść Iwony Surmik bardzo się różni od dwu wcześniejszych, więc nie wystarczy wyrzec salomonowo, iż po ich lekturze uważny czytelnik sam wyrobi sobie zdanie o narracji autorki. Cóż, pozostaje jedynie odpowiedzieć dwojako. Ci, których fascynuje przede wszystkim ludzkie wnętrze, mogą sięgnąć po Ostatniego smoka bez większych obaw. Ale ci, dla których ważne są w książce napięcie, wartka akcja i żywa narracja, mogą się poczuć zawiedzeni.


OCENA: 6+/10

Dziękujemy wydawnictwu Runa za udostępnienie książki do recenzji.

Na górę strony