Wielka tęsknota



"Minął już wiek. Równe sto lat." Robert pamiętał tę noc dokładnie.
Umówił się z Karoliną na mostku, na tym, którego już dziś nie ma. Czekał na nią trzy godziny, aż zrozumiał, że go wystawiła. Cóż, życie jest brutalne. Zwłaszcza tamtej nocy. Było tak zimno, że Robert czuł, jak zamarzają mu gałki oczne. Dziewczyna jednak się nie pojawiła. Sztywnym krokiem postanowił dojść do domu i wsunąć pod ciepłą kołdrę. Nie czuł się zawiedziony. Czuł się zmarznięty. "O zemście pomyślimy, jak tylko moje jajka odmrożą się zamka w spodniach." Ruszył sztywnym krokiem w kierunku domu. Obrał drogę na skróty. Przez park.

Po drodze spotkał Karolinę. Leżała w kręgu światła i nie ruszała się. Robert podbiegł do niej i ze znawstwem lekarza stwierdził, że już się ruszać nie będzie. Na szyi znalazł dwie czerwone kropki. Wnioski same się nasunęły, mimo że były absurdalne. Robert nie po to oglądał filmy i czytał książki, żeby teraz nie wierzyć w wampiry. Podniósł się z kolan i ruszył do najbliższej budki telefonicznej, żeby zadzwonić po kogoś, kto mógłby mu pomóc, ale silny cios w żołądek skutecznie go powstrzymał. Kilka kopnięć równie szybkich co silnych odebrało mu ochotę do dalszej walki.

"Walki..." pomyśli sto lat później Robert. "Kto wtedy walczył? Na pewno nie ja..."

Kiedy leżał na ziemi i wpatrywał się w latarnię, która świeciła tuż nad nim, ktoś stanął przy nim i zasłonił światło. Nie mógł dostrzec szczegółów, choć właściwie i tak go one nie obchodziły. Ważne było to, że za chwilę dołączy do Karoliny. To była wspaniała dziewczyna. Pamiętał, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.

Piękny, słoneczny dzień. Środek lata. Bezchmurne niebo. I ona. Nie można sobie wyobrazić lepszej kombinacji. Jej rude włosy mieniły się w słońcu. Sukienka poruszała się lekko na wietrze. Szła powoli ulicą i Robert stwierdził, że nie widział piękniejszej dziewczyny. Podszedł do niej, zagadnął i umówił na wieczór. Co prawda nie odbyło się to tak szybko, ale i tak liczyło się to, że przez następne kilka miesięcy byli razem i było im dobrze. Bardzo dobrze. Robert nie sądził, że pod wpływem Karoliny tak się zmieni. A zmienił się bardzo. Miłość sprawiła, że chciał zostać lepszym człowiekiem. I udało mu się to. A teraz ona nie żyła. Zabita przez jakiegoś krwiopijcę. Roberta ogarniał gniew. Wściekłość. Wiedział kto na tym ucierpi. Widział go przed sobą.

Ignorując ból odepchnął zbliżającego się napastnika i podniósł na nogi. Spojrzał na niego. Nie tego spodziewał się po wampirze. Wyglądał jak jakiś pijaczyna z pod budki z piwem. Tyle że młodszy. Długie, posklejane włosy zakrywały pół twarzy, brudna broda drugą połowę. Znowu się zbliżał. Robert wziął zamach i wyprowadził najpotężniejszy cios, na jaki było go stać. Uderzył wampira w szczękę i usłyszał chrzęst kości. Jego własnych kości. Ręka zapłonęła. Tylko na chwile, bo Robert uderzał już po raz drugi. Skutek był podobny. Jakby walił w żelazny słup. Gniew opadł, a jego miejsce zajęła rozpacz. Był zupełnie bezsilny. Upadł na kolana pokonany.

Napastnik podszedł do niego. Robert poczuł smród śmietników, rzygów i gówna. W ogóle nie przypominał "prawdziwego" wampira. Robert klęczał i łzy ciekły mu po policzkach. Zimne powietrze, prawie od razu zamieniało je w lód. To była bardzo ostra zima. Zabójca Karoliny kucnął metr przed nim i zaczął się mu przyglądać.

- Co, kurwa...? - powiedział łamliwym głosem Robert.

W odpowiedzi wampir rzucił się na niego i wbił zęby w szyję. Zaczął ssać. Oczy Roberta zaszły mgłą. Światło latarni nie było już tak jasne. Zamknął oczy. Jego ciało odczuwało przeogromną rozkosz. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni było mu tak dobrze... Ale zaraz sobie przypomniał. Z Karoliną było jeszcze lepiej. Kochał ją, a ona jego. Razem łatwiej było im przeżywać te mroźne dni. Otworzył oczy i znowu odepchnął od siebie wampira.

Podniósł się chwiejnie na nogi. Kręciło mu się w głowie i czuł jak drży na całym ciele. Był tak słaby. Napastnik patrzył na niego z niedowierzaniem. Krew ściekała mu po brodzie. Kilka kropelek zawisło na niej i zaczęło spadać na ziemie. W locie zamieniały się w czerwone kryształki lodu a uderzając o ziemię rozpryskiwały się na tysiące kawałków. Piękne. Kolejna kropla.

- Co jest? - głos wampira był skrzeczący. Robert wyrwał się z osłupienia. Krew wyglądał jak zwykła krew, nie było żadnych kryształków. Wszystko wróciło do "normy". Do bolesnej rzeczywistości.

Wampir wydawał się być zdziwionym. Chyba nie spotkał się jeszcze z tak twardym przeciwnikiem. Robert uśmiechnął się krzywo, acz z satysfakcją.

- Twardziel z ciebie - wampir zdawał się być znowu opanowany. - Ale nie wystarczający.

Jednym, szybkim ruchem ręki przeciął Robertowi tętnice szyjne. Krew chlusnęła na ziemię. Szron zabarwił się na czerwono. "Zimną mamy zimę tej zimy." Pomyślał chłopak i upadł na ziemię. Ciemność.

A potem jasność. Latarnia była nad nim. Świeciła mu prosto w oczy. Światło mieniło się wszystkimi kolorami tęczy. Wampir wciąż był nad nim i żłopał jego krew. On jednak nic nie czuł. Leżał na ziemi i wpatrywał się w światło.

Powoli zaczął się unosić. W powietrzu obrócił się twarzą do ziemi. Dojrzał jak drzewa wyciągają ku niemu ręce, chcąc go zatrzymać na ziemskim padole. Robert chwycił jedną z nich, ale ta była zbyt śliska, by móc ja utrzymać. Mieniący się kolorami wampir, przestał pić i odszedł w jasną ciemność. Ciało chłopaka leżało w kałuży różnobarwnej krwi. Nie obchodziło go to. Zobaczył też ciało dziewczyny. Pięknej dziewczyny. Nie pamiętał jej imienia, ale wiedział co do niej czuje. Pomiędzy drzewami dostrzegł kilka jasnych postaci. Patrzyli smutnymi oczami za jego oddalającą się duszą. Robert uśmiechnął się do nich, pomachał i zwrócił swe oczy w kierunku nieba. Tam zmierzał. Powoli. Podróż trwała długo. Na końcu drogi dostrzegł dziewczynę. Nie pamiętał jej imienia, ale wiedział co do niej czuje. Powoli zbliżał się do niej, a ona czekała. Wyciągnął rękę w jej kierunku, a ona zrobiła to samo. Był coraz bliżej. Kiedy opuszki ich palców prawie się dotykały, pojawiła się ogromna dłoń, która jednym uderzeniem posłała go w powrotną drogę. Zobaczył tylko płaczącą dziewczynę i poczuł, że został odrzucony. Bóg nie potrzebował takich jak on w Niebie. Został przeklęty. Jego dusza wbiła się w jego ciało.


***


Robert nienawidził wampirów, mimo że sam był jednym z nich. Nie wiedział kto go przemienił. Na pewno nie ten, który go zabił. Przynajmniej tak mówił tuż przed śmiercią. Inne wampiry również się nie przyznawały. Nawet ten, który nazywał się księciem, kiedy klęczał przed Robertem i błagał o darowanie "życia", twierdził, że nie wie, kto go przemienił.

W końcu Robert doszedł do wniosku, że stworzył go sam Bóg. Miał być Mścicielem. Kimś, kto zapoluje na łowców. Różnił się bowiem od innych wampirów. A przynajmniej od tych których poznał. Oczyścił "swoje" miasto ze wszystkich krwiopijców. On był ostatnim. Był "Obrońcą" miasta i "Mścicielem" Boga. Odpowiedzialna rola, ale wiedział, że czeka go za to nagroda. Wciąż bowiem czekał, aż Bóg mu wybaczy i przyjmie do swych zastępów, aby mógł być znowu z Karoliną. Teraz stojąc nad jej grobem tęsknił coraz bardziej. Minęło sto lat, a on wciąż "żył". Przez sto lat nie zmienił się nawet trochę. Przynajmniej z wyglądu, bo w jego wnętrzu zaszło wiele zmian. Prócz tej jednej... Wciąż bardzo ją kochał.

- Dzisiaj przyszedłem po raz ostatni. - powiedział szeptem. - Jutro wyjeżdżam. Może Bóg mnie przyjmie, kiedy zabiję odpowiednią ilość przeklętych... Może nie... W każdym bądź razie, czekaj na mnie.

Odwrócił się i odszedł. Wsiadł do swego pojazdu, odpalił silnik i skierował się do najbliższego większego miasta. Cały czas czuł wielki ból. Żałował, że nie może zapłakać.



Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
Glabro