Rytuał zimowego wilka


"Because life`s a bitch and than you die."
Liroy


- "Kłak"! Pomóż mi!- do uszu starca doszedł przenikliwy krzyk

Momentalnie wyrwał się z odrętwienia i ruszył w kierunku, skąd dochodził głos. Wiele wysiłku kosztował go ten bieg. Zmęczony dotarł na polanę, po środku której znajdowały się trzy postacie... Dwa fomory, zmutowani i szkaradni ludzie. Naprzeciw ich stał ciężko ranny "Wyjec". Chwiał się na nogach i oboma rękoma ściskał rozorany bok. Krwawił obficie. Widać, że jego siły słabną z sekundy na sekundę. "Kłak" rozpoczął przemianę. Potężne spazmy bólu przeszyły stare ciało. Nie był już taki, jak kiedyś... Skończone. Teraz był ponad dwu i pół metrową maszyną do zabijania! Całkowicie białe futro zjeżyło się na karku. Dwie zniekształcone bestie przypominały wybryki natury. Powykręcane ciała, kończyny w nienaturalnych miejscach... Czasami robi się żal... Kiwały się także w jakiś nienaturalny sposób... robiło to wrażenie jakiegoś chorego teatru kukiełkowego...

"Wyjec" padł zemdlony... zabrakło mu sił. Nędzne namiastki człowieka ruszyły do jednoczesnego ataku na drugiego z garou. Momentalnie znalazły się tuż przy nim. Próbował coś z tym zrobić, odeprzeć atak... refleks już nie ten, nie zdążył. Oba szkaradztwa siedziały już na nim, przygniatając go do ziemi. Kły i pazury fomorów orały jego klatkę, barwiąc futro na czerwono. Zaczął się poddawać. Czuł, że nastał jego czas...

Kopniak w bok zwalił jednego z napastników z ciała "Kłaka". Z drugim sam starzec mógł już sobie poradzić. Spiął się i tylnimi łapami odrzucił bestię. Przeleciała dobre dwadzieścia metrów, po czym uderzyła o wielki pień jakiegoś drzewa. Powoli "zjechała" na dół, raniąc sobie plecy. Czarna maź spłynęła po korze, kalecząc ją i powodując spaczenie... Stary wstał i popatrzył na swoich wybawicieli. Byli to "Krwawy księżyc" i "Promień słońca", wojownicy miejscowego szczepu. Trzy crinosy stały tak przez chwilę i uspokajali nerwy.

- Zajmijcie się "Wyjcem"- rzucił obolały "Kłak"

"Promień słońca" spojrzał do tyłu i szybkim krokiem ruszył w stronę leżącego na ziemi przyjaciela. Podniósł go do góry i przerzucił przez ramię. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie zostającym i biegiem rzucił się w las. Po chwili zniknął w gąszczu drzew.

- Czas zająć się tymi gagatkami- zaśmiał się "Krwawy księżyc". W formie crinos zabrzmiało to przerażająco

Obydwoje rozejrzeli się dookoła. Fomor, który "zaliczył" drzewo podnosił się już z ziemi. Natomiast drugi zniknął. Nie! "Kłak" spostrzegł go kontem oka.

- On jest mój!- warknął przez zaciśnięte kły i biegiem puścił się w tamtą stronę

Rozpoczęła się szaleńcza pogoń. Łowczy i ofiara. Jednak w tym wypadku myśliwy był stary. Podczas biegu czuł, jak pracuje każdy jego mięsień. Oddech stawał się coraz krótszy, przerywany od czasu do czasu głośnym charknięciem. Pomimo, że wciąż nie tracił fomora z oczu, cel wydawał się oddalać. Nie był pewny tego uczucia, ale był święcie przekonany, że zaraz go zgubi. Niestety stary węch nie dawał mu już tak wielkich szans na znalezienie ofiary. Musiał go dopaść teraz. Sprężył się jeszcze bardziej. Przyspieszył. Włożył w ten bieg wszystkie siły. Ale udało się! Wreszcie dopadł fomora i rzucił się na niego, przygniatając do ziemi. Serce nie przestawało walić. Czuł, jakby w klatce piersiowej miał wielki młot pneumatyczny, który zaraz wybuchnie z przeciążenia. Uniósł do góry łapę i już miał zatopić ostre jak brzytwa pazury w szyi przeciwnika, kiedy ten skorzystał ze swojej trzeciej ręki, wyrastającej z... krocza. Naszpikowany kolcami wyrostek uderzył go w nerki, zostawiając po sobie nie tylko ślady, ale i sterczące "drzazgi". "Kłakowi" zrobił się słabo. Zachwiał się, siedząc na bestii i upadł na bok. To dało czas wrogowi na dojście do siebie. Wstał i rozpoczął szarżę. Wykorzystał do tego chyba całą swoją siłę, gdyż atak był naprawdę potężny i skończył się poważnym zranieniem starca. "Dziś jest dobry dzień na śmierć."- zaśmiał się w myślach siwy teurg i spiął się do ostatniego w życiu ataku. Skontemplował wszystkie swoje siły i oboma łapami chwycił potwora, odrywając mu obie kończyny górne. To niestety było zbyt mało. Trzeci wyrostek, o którym "Kłak" zupełnie zapomniał zadał jeszcze jedną ranę. Rozprute podbrzusze krwawi strasznie. Ścisnął je jedną łapą a drugą oparł się o ziemię. Klęczał teraz na jednym kolanie przed pozbawionym rąk fomorem i modlił się o szybką śmierć. Nie było mu to chyba dane dzisiejszego dnia, gdyż pojawił się "Krwawy księżyc" i od razu rzucił się do szaleńczego ataku. Bestia nie wiedziała co zrobić i tylko wpatrywała się w nadbiegającego crinosa. Ten, jak taran, zmiótł żmijowe ścierwo z powierzchni ziemi. Kruche ciało potwora rozleciało się w wyniku zderzenia z głową wilkołaka.

"Krwawy księżyc" spojrzał na "Kłaka" z litością.

- Nie ten wiek, starcze- warknął.

- Tak - "Kłak" przytaknął

Faktycznie, czas już odejść z wilkołaczego społeczeństwa...


***


- Czas już odejść, bracia- rzucił ze spuszczoną głową "Kłak". - Chcę odprawić Rytuał zimowego wilka- po tych słowach po zgromadzonej starszyźnie przeszła fala poruszenia

- Jeśli taka jest twoja wola, drogi przyjacielu - odparł ze spokojem i wrodzonym wdziękiem "Mgliste wspomnienie"- Ale czy jesteś tego naprawdę pewny?

- Już dosyć zrobiłem dla Gai. Świadczą o tym moje blizny. Teraz jestem stary. Jestem zbyt łatwym łupem dla wszelkiego żmijowego plugastwa. Teraz kolej młodych. Teraz oni będą się zmagać z wyzwaniami, którym czoło stawiałem dotychczas ja. Pytacie czy jestem tego pewien? Tak! Jestem pewien... o ile można być pewnym śmierci.

- Więc dobrze. Niech się stanie twoja wola. Cała starszyzna stawi się na wskazanym przez ciebie miejscu o wskazanym czasie.

- Już wybrałem.

- Tak?

- Najbliższa pełnia na wzgórzu dusz...

- To za trzy dni!

- Muszę jeszcze załatwić parę spraw...- odwrócił się tyłem do zgromadzonych i odszedł. Zniknął gdzieś w gąszczu drzew...


***


Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Pomarańczowa łuna ustępowała miejsca mrokowi. Matka Luna także zaczęła odsłaniać swoją bladą twarz. Także szczep zaczął się już pojawiać na placu wyznaczonym przez mistrza ceremonii i jej głównego adresata. Ten czekał już. Klękał na środku szczytu wzgórza. Okrąg zgromadzonych zacieśniał się wokół niego coraz bardziej. Szepty nie ustawały, drażniąc uszy skoncentrowanego i gotowego na śmierć "Kłaka". Zapadł już zupełny mrok a Luna pokazała całe swoje oblicze. Widok pełnego księżyca wywołał u wszystkich niebywałe podniecenie. Starzec doskonale wiedział co robi, ustalając ten termin rytuału... Wstał. Zdobione bliznami nagie i pomarszczone ciało starca w świetle księżyca przywodziło na myśl powykręcane szkaradztwa ich wspólnego wroga. Jednak te "pamiątki" powstały właśnie w wyniku walk z nimi...

- Zaczynamy!- krzyknął

Uniósł ręce do góry. Wszelkie szemrania zamarły. Panowała cisza, którą mąciły tylko odgłosy Gai.

- Dobrze wiecie po co się tu zgromadziliśmy. Nastał kres mojego życia... Tą chwilą chciałbym się z wami podzielić. Długie lata spędziłem na walce. Niestety nie mam już sił na jej kontynuowanie. Dlatego też chcę połączyć się z Gają i, jeśli na to zasłużyłem, powrócić tutaj w nowej postaci, aby tą walkę ciągnąć dalej.

Skończył przemawiać. Znów zwrócił się do środka okręgu i schylił się po leżące tam zawiniątko. Ścisnął je mocno w prawej dłoni i ruszył znowu do granic okręgu zgromadzonych.

- Moją śmierć uczcijcie polowaniem...- rzucił jeszcze zza pleców

Momentalnie cisza przerodziła się w festiwal dźwięków. Wszyscy zaczęli wyć. Galliardzi rozpoczęli snuć swoje pieśni. Chwalili w nich odchodzącego, opiewali jego wzniosłe czyny. Wszyscy w tym momencie mieli w myślach odchodzącego "Kłaka"... Ten powoli przekroczył granicę okręgu i nie odwracając się ruszył w dół. Wycie i śpiewy w dalszym ciągu nie ustawały. Starzec dotarł do podnóża wzgórza a jego ciało pochłonął gąszcz drzew i innych roślin, które przecież były tworem Gai, także jego matki...

Kroczył tak leśną ścieżką, trzymając zawiniątko. Szedł tak może piętnaście minut. Dotarł do małego placyku. Obok niego przepływał niewielki strumyk. Podszedł do niego. Spojrzał w jego powierzchnię. Zobaczył twarz starca. Zawahał się. Nie, teraz nie ma już odwrotu! Odwrócił się. Do jego uszu w dalszym ciągu docierały wycia jego współtowarzyszy. Usiadł na ziemi. Wilgotna trawa zmoczyła jego skórę. Chwycił szmatkę w obie ręce. Rozwinął ją. Srebrny sztylet odbił światło księżyca prosto w oczy "Kłaka". Odsunął go od twarzy. Zważył go jeszcze raz w rękach. Żadnej różnicy... cóż, nic dziwnego... Spojrzał w niebo. Było bezchmurne. Gwiazdy migotały w górze, Luna dalej przyglądała się mu z nieboskłonu. Opuścił wzrok. Wziął ostatni wdech. "Umbro nadchodzę!"- zakrzyknął w myślach, po czym wbił sobie sztylet prosto w serce. Krew trysnęła obficie z rany. Czuł jeszcze, jak pada na ziemię. Potem już tylko mrok...


***


- Już po wszystkim...- "Mgliste wspomnienie" opuścił wzrok...

- Skąd wiesz?- spytał "Krwawy księżyc"

- Po prostu czuję... Czas rozpocząć polowanie...

- Tak... żmijowe bestie, lepiej nie wychodźcie tej nocy ze swoich nor...- "Krwawy księżyc" zaciągnął się wonią śmierci, która tej nocy wisiała w powietrzu...

***



Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
Chris "Vlad_IV" George Majewski