Głaz



Na środku polany leżał głaz...

Księżyc powoli wspinał się po niebie. Gwiazdy świeciły jasno i zapowiadał się kolejny piękny lipcowy wieczór. Siedzieli obok siebie pod rozłożystym dębem, w cieniu wysokich drzew. Objął ją mocno, a ona położyła głowę na jego ramieniu i przymknęła oczy. Nigdy wcześniej nie czuła się tak szczęśliwa. Nigdy później tak szczęśliwa już się nie poczuje. Ale ta chwila należała do nich i już nic tego nie mogło zmienić.

- Długo musieliśmy czekać... - szepnęła.

- Opłacało się - odrzekł - teraz już nic nas nie rozdzieli.

*

Na środku polany leżał głaz. Od kiedy? Tak długo, że to puszcza wyrosła wokół niego, a nie on znalazł się w puszczy...

*

Płomień w ognisku dogasał powoli. Położyli się razem nawet nie okrywając się kocem. Było ciepło, sam środek lata. Nawet noc nie groziła chłodem.

- Mephele, wiesz, że na północy jest ląd? - spytał.

- Ląd? Pływałeś za Granicami?

- Tak. Przybiliśmy ze dwa razy do tamtejszego portu. Żebyś widziała tych ludzi, wszyscy o skórze koloru dojrzałych kasztanów. Wyglądali komicznie.

- Może dla nich ty i reszta załogi byliście równie zabawni?

- Wątpię. Było wśród nich kilku nam podobnych. Wyglądali na kogoś w rodzaju rady starszych plemienia. Wiesz, to bardzo prymitywny lud, handel z nimi był dla kapitana bardzo opłacalny. Dlatego zaryzykował podróż za Granice.

- Ale skąd wiedział?

- Za pierwszym razem sztorm wyrzucił nas na tamte wody. Nie mieliśmy wyboru. A później już, jak kapitan zwęszył interes... Sama wiesz, jacy są ludzie z wybrzeża.

- Uhm. Ale teraz chyba nie pora na rozmowy o tym... Nieprawdaż? - znacząco mrugnęła ślicznym oczkiem...

*

Na środku polany leżał głaz. Chociaż kształtem nie różnił się zbytnio od normalnej skały, był niezwykły. Cały czarny - lecz nie tak jak noc, ciemność, ale znacznie bardziej. Esencja czerni. Był także bardzo zimny - niepokojąco zimny. Cały okrągły rok.

*

Obudził się. Była jeszcze noc, patrząc po ognisku, w którym kawałki drewna były jeszcze mocno rozżarzone, spał nie więcej niż dwie godziny. Mephele leżała obok. Śniła głęboko, a jej równy oddech miarowo falował kształtnymi piersiami.

Przewróciła się na bok, odwracając do niego plecami. Spuścił z niej wzrok i rozejrzał się dookoła. Drzewa... wszędzie drzewa. Było w nich coś niepokojącego. Coś, czego wcześniej nie wyczuwał. Może nie w samych drzewach, ale po prostu w lesie. Poczuł, że wolałby się teraz znaleźć gdziekolwiek indziej, byle nie w lesie. Ciekawe, przecież zawsze lubił puszcze. Już jako mały chłopiec często nocował tylko pod osłoną drzew... Ale to były inne drzewa, przyjazne, ciepłe, cały las był inny. Co to znaczy inny? Nie wiedział.

Położył się znowu, ale już nie mógł zasnąć.

*

Na środku polany leżał głaz. Nie był jedyny - dookoła niego, w równym okręgu pod samą ścianą roślinności leżały inne, mniejsze. Mniejsze, ale równie czarne i równie zimne. Ludzie wiedzieli, co to za krąg. Krążyły o nim legendy...

*

Jęk. Przeraźliwy, przeciągły jęk. Na razie odległy, ale i tak wywołujący ciarki na plecach. Potem drugi, już bliższy, głośniejszy. I trzeci, i czwarty. I cisza. Niczym nie zmącona cisza, tak natrętna, że aż bolesna. Swoim nadejściem zbudziła Mephele.

- Co się dzieje?

Nie odpowiedział. Stał z mieczem w ręku wpatrzony w ciemność. Nasłuchiwał.

- Nivan, co się dzieje? Boję się... - jęknęła. Rzadko się bała. Ale tym razem było właśnie rzadko.

- Spróbuj rozpalić ognisko. Ale nie idź po chrust. Rozpal tym, co nam jeszcze zostało.

Powinno wystarczyć. Musi wystarczyć. Nie może wystarczyć. Wiedział to dobrze, ale przynajmniej Mephele jeszcze tego nie wie. Jeszcze może mieć nadzieję. Niech próbuje.

*

Na środku polany leżał głaz. Kiedyś zatopiono w nim miecz. Piękny miecz, magiczny, wysadzany szafirami. Przynajmniej tak mówi legenda. A legendy nie kłamią. Na pewno nie. Chyba nie. Kłamią? Nie, kłamią ci, którzy je wymyślają.

*

- Nie uda się, za mało drewna. Nie mogę tym rozpalić ogniska, Nivan.

- Wiem, Mephele, wiem.

- Co się dzieje? Nivan, proszę powiedz... Co nam grozi?

- To nocne wilki, Mephele. Przykro mi.

Cichy jęk. Łkanie. Dlaczego zawsze tak jest? Dlaczego, gdy komuś coś już się uda, wydaje mu się, że wreszcie osiągnął szczęście, zawsze coś staje na przeszkodzie? I dlaczego akurat nocne wilki?

Mephele opanowała strach. Cichy brzęk wyciąganej klingi oznajmił światu, że Nivan nie jest sam. Podeszła do niego i wsparła się plecami o jego plecy.

*

Na środku polany leżał głaz. Wielu śmiałków próbowało już wyciągnąć z jego środka miecz. Każdy z nich próbował tylko raz. Ich strzępy znajdywano później w promieniu kilku mil od polany. Kto raz na nią wszedł, ani razu nie wychodził.

*

Pojawiło się czterech. Z czterech stron świata. Ale Nivan wiedział, że było ich więcej. Jęki i zawodzenia było słychać jeszcze w kilku innych miejscach w pobliżu. Byli więksi od ludzi, mieli przynajmniej po siedem stóp wzrostu. Ogromne, piekielnie ostre kły sterczały jak noże z wilkopodobnych twarzy. Pazury jak u niektórych jaszczurów mogłyby z powodzeniem przeciąć kolczugę. A oczy, te oczy... Dwóch rzuciło się na Nivana. Razem, ruchy zsynchronizowane jakby mieli jeden wspólny ośrodek nerwowy. Elf podniósł miecz i ciął szybko tego bardziej z lewej. Trafił w pazury, ale miecz był z bardzo dobrej stali, nawet pazury nocnego wilka nie wytrzymały uderzenia. Rozdzierający jęk przeszył powietrze, a drugi napastnik na chwilę się zawahał. To wystarczyło - Nivan szybki pchnięciem przebił mu brzuch. I poczuł piekący ból na plecach. Tak, głupcem jest, kto myśli że odrąbane pazury zatrzymają nocnego wilka. Zwłaszcza gdy jest tak blisko zdobyczy.

Zatrzymał go za to miecz Mephele. Skutecznie i na wieki. Nivan spojrzał na swoją ukochaną. Wzrok już miał zamglony. Trucizna zaczynała działać. Szybko, za szybko. A pozostali napastnicy nie czekali. Jeden rzucił się na Mephele, drugi powoli podszedł do Nivana. Z zarośli wychynęło trzech kolejnych.

- Uciekaj, Mephele! Uciekaj! Zrób to dla mnie! Zajmę ich przez chwilę! - krzyknął. Wiedział, że nie będzie to długa chwila.

- Wiesz, że tego nie zrobię - Mephele odcięła łeb napastnikowi w ostatniej chwili, gdy ten już sięgał pazurami jej biodra. Reszta nocnych wilków chwilowo się cofnęła.

- Otruli mnie, nie ma już nadziei. Jeszcze możesz uciec. Szybko, proszę...

- Nivan... - wiedziała, że ma rację. Nie było odtrutki na zabójczy jad nocnych wilków. Chyba, że tylko oni sami ją znali.

Nivan krzyknął i rzucił się na dwóch napastników, ostatkami sił zdobywając się na potężne cięcie mieczem. Kolejna głowa potoczyła się po ziemi. Ale tylko jedna, tylko jedna... Poczuł ukłucie w brzuch.

- Mephele... - ciemność, cisza. Nic więcej.

*

Na środku polany leżał głaz. Po niektórych wielkich bohaterach, którzy chcieli głaz pokonać, nie znajdywano resztek. Pojawiały się za to kolejne mniejsze kamienie. Tak samo czarne. Tak samo zimne. Coraz więcej.

*

Uciekała. Jedno, czego nauczyła się pracując w Bractwie Rycerzy Miecza, to że w śmiertelnym niebezpieczeństwie tylko zdrowy rozsądek może uratować życie. Na zemstę jeszcze będzie czas, teraz i tak nie miałaby na nią szansy. Nocne wilki zawsze chodzą w grupach. Dużych, można by rzec - w stadach. I tylko w nocy. Nie lubią światła. Boją się go. Tylko światła. Ach, gdyby udało im się rozpalić ogień... Nivan... Biegła na oślep. Gdyby tylko udało jej się wybiec na otwartą przestrzeń... Tam będzie księżyc, będą gwiazdy. Będzie nadzieja. A w ciemnym lesie są tylko wilki... Czy tylko? Ty wiesz, Mephele, wiesz, że nie tylko. Jest jeszcze ktoś... Jest jeszcze coś... Nie jesteś sama. Jestem z tobą, Mephele. Już na zawsze.

- Nie!!! - krzyknęła. I jeszcze przyspieszyła. Jęki i ryki słychać było coraz dalej. Las zrobił się jakby rzadszy. Tam, w oddali... nie ma drzew... nadzieja... ratunek... polana... Coraz bliżej i bliżej...

*

Na środku polany leżał głaz...


Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
Elessar