|
Świat Mroku |
Zemsta i Wierność |
Zima. Głupia sprawa, przecież każdy wie, jak wygląda zima. Białe płatki tańczą wolno, dotykane i pieszczone przez wiatr. Opadają na czerwone policzki, mrożą i kłują. Lodowate powietrze przenika do płuc i niszczy ciepło. Oddech, zamieniony w parę, jest jak dowód. Żyję, czuję, a nade wszystko myślę. Jestem świadom tego, co widziałem, tego, co słyszałem. A wy zebraliście się tu, aby wysłuchać mej opowieści. Z pewnością nie jest to hotel Mariot, ale nieważne jest otoczenie. Czekacie na słowa z mych ust, na relację z paru zdarzeń, w których brałem udział. Tylko to się dla was liczy — dobre opowiadanie, zapełniające sobotni wieczór. Już czas, bym zaczął. Tak więc... Wycieraczki pracowały miarowo, odrzucając śnieg osiadły na szybie. Samochód jechał wolno, może trzydzieści kilometrów na godzinę. Włączona klimatyzacja wypełniała wnętrze cichym, jednostajnym szumem. Pośród tarcz tablicy rozdzielczej prostokątny kształt elektronicznego zegara wskazywał 23:54. Kierowca, młoda dziewczyna z kręconymi blond włosami, spoglądała przed siebie. Wydawało się, że nie patrzy na wysokiego i barczystego bruneta siedzącego obok niej. Był to tylko pozór — co jakiś czas kątem oka sprawdzała, czy jej pasażer nie okazuje jakichkolwiek uczuć. W końcu zmierzali do jaskini lwa — Elizjum mieszczącego się w Pałacu. Młody anarchista miał prawo być zdenerwowany. Samochód, ciemny kształt wśród wszechobecnej bieli, przemierzył kolejne skrzyżowanie. Nieliczni przechodnie, młodzi ludzie ubrani w markowe ciuchy, zmierzali do dyskotek albo z nich wracali. Szli grupami, nawzajem zapewniając sobie bezpieczeństwo. Dobry pomysł, pomyślała dziewczyna i zwiększyła lekko prędkość. Jaskrawe światło licznych latarni wpadało do środka samochodu, oświetlało jezdnię, zalewało chodniki i mury kamienic. Niszczyło mrok, odrzucając cienie w kąt. Brudne ściany, zasłonięte okna, popękane chodniki — tak wyglądało Miasto. Para unosząca się znad studzienek kanalizacyjnych niejednokrotnie była jak oddech koczującego w kanale bezdomnego. Tak ukochane ciepło skryte pod ziemią. Po dłuższej chwili samochód podjechał pod Pałac. Wysoki szary budynek błyszczał setką świateł, zamkniętych za zimnymi szybami. Był kolosem, którego pięść wymierzono w niebo. Przykryte śniegiem schody prowadziły do holu, jarzącego się blaskiem licznych żarówek. Dziewczyna zgasiła silnik i popatrzyła na swojego pasażera. Odezwała się cicho: — Na pewno zdradzisz?
Zimne powietrze omiotło ich sylwetki. Nie chcąc się zdradzać, obydwoje poczęli markować oddychanie. Małe kłęby pary ulatywały z ich ust, gdy przemierzali drogę dzielącą ich od Pałacu. Mężczyźni patrzyli na nich badawczo. Dziewczyna minęła szoferów, nie zaszczycając ich nawet jednym spojrzeniem. Jej towarzysz kroczył za nią jak cień. Tylko jej protekcja mogła go ocalić przed możliwymi konsekwencjami spisku. Przemierzyli imponujący hol i weszli do kremowobiałej windy. Stukot butów rozniósł się wokoło. Agata nacisnęła przycisk i ruszyli do góry. Podczas gdy winda jechała, dziewczyna ściągnęła płaszcz i podała go anarchiście. Ten popatrzył na nią gniewnie, ale wziął ubranie i zawiesił sobie na ramieniu. Pożądliwie spoglądał na doskonałą figurę, przykrytą jedwabną suknią. Winda stanęła i drzwi otworzyły się, uwalniając dwójkę pasażerów. Agata śmiałym krokiem wkroczyła do ogromnej sali wyłożonej marmurem. Potężne, wieloramienne żyrandole oświetlały wszystko dokładnie, pozwalając podziwiać przepych pomieszczenia. Kryształowe kieliszki i wazy, stojące na długich stołach uformowanych w literę U. Wieczorowe stroje zebranych, zakupione u najbardziej znanych projektantów. Anarchista, idąc za Agatą, patrzył na bywalców Elizjum z pogardą. Każdy kto widział przybyłych, czuł bijącą od nich atmosferę przepychu połączonego z władzą i świadomością własnej wyższości. Niektórzy z zebranych spoglądali na idących z ciekawością, inni z niechęcią. Zaufani ludzie księcia kiwali głową. Głupcy, pomyślała Agata, poprawiając niesforny kosmyk włosów, ale przynajmniej mają pojęcie o guście. Spośród tłumu zebranych wyłapała pytające spojrzenie jej mentora — Jakuba. Udała, że go nie widzi. Przecież oficjalnie go nie znała. Dziewczyna zaprowadziła anarchistę do trzech mężczyzna stojących przy kolumnie. Ich garnitury oraz dumne i wyniosłe oblicza przekonały spiskowca do jednego — wszyscy trzej pochodzili z Ventrue, klanu pyszałków i samozwańczych dyplomatów, których szczerze nienawidził. Dwóch z nich było starszych, natomiast trzeci był młody i jak anarchista zdołał się zorientować, patrzył na Agatę z zainteresowaniem. Gdy podeszli, dziewczyna odezwała się swobodnym głosem: — Witam was, mili panowie. Pana Elickiego i Kersteina — starsi mężczyźni ukłonili się. — I ciebie, Januszu — Agata spojrzała na trzeciego, prawie pożerającego ją wzrokiem. Tamten także pochylił swą głowę, jednak wydawało się, że uczynił to z dużo większym zapałem i oddaniem niż jego poprzednicy.
Agata spojrzała na Elickiego i Kersteina, a gdy była pewna, że żadną miarą nie mają szansy ich podsłuchać, odezwała się do ostatniego Ventrue: — Januszu, tak jak już mówiłam, to jest Artur Torski. Człowiek, który bardzo nam pomoże — dziewczyna spojrzała na anarchistę. — To jest Janusz Głuszewski, mój bliski przyjaciel. Wyciągnie cię ze spisku. — Anarchista milczał, skrywając wewnątrz pogardę budzącą się na myśl o pomocy tego hipokryty. Może nawet, w innym miejscu i innych okolicznościach, przyłożyłby w pysk temu dupkowi. Jednak teraz, gdy stawką było jego życie, musiał działać rozważnie. Dlatego tylko lekko kiwnął głową.
Anarchista rozglądał się po sali. Nie czuł się tu dobrze. Irytował go przepych, bogactwo, pozerstwo. Elizjum, pomyślał i gorzko się uśmiechnął. Raczej zebranie bogatych pajaców, niewiedzących nic o prawdziwym życiu. Jeden Bóg — pieniądz. Chętnie by stamtąd wyszedł, ale paradoksalnie w ostatnim miejscu, jakim chciał przebywać, było jego ocalenie. Gdy spostrzegł zbliżającego się Głuszewskiego, jego twarz wyrażała obojętność. Najwyraźniej nie zraziło to Janusza, albowiem zagadnął do anarchisty: — Słyszałem, że mam ci pomóc.
Janusz obrócił się i spojrzał na Agatę, stojącą przy oknie. Kogo mu przysłała? Ten Spokrewniony miał mu pomóc w zwiększeniu władzy? Niedorzeczność. Miał mu pomagać? Dlaczego? Ventrue opanował się w porę — wiedział, że jego kochanka jest bardziej niż przebiegła i na pewno wie, co robi. Głuszewski musiał działać rozważnie, wedle wszystkich wskazówek udzielanych mu przez Elickiego. Może mu się wydawało, ale najwyraźniej Agata z kimś rozmawiała. Starannie wypolerowane szkło odbijało jej twarz. Poruszające się usta. Oczy wpatrzone w zimowy krajobraz. Piękno, pomyślał Janusz, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. Nawet śmierć. Chciał, aby podeszła. By mu pomogła. Jak zawsze. Bez jej pomocy nigdy nie uzyskałby tego statusu, którym się teraz cieszył. Nawet Elicki i Kerstein, jego mentorzy, nie uczynili tak wiele, co Agata. W końcu jeśli dzielisz się z kimś swoją krwią, pragniesz, by twój kochanek urzeczywistniał twe marzenia. Pomagasz mu, a on pomaga tobie. Noc w noc, miesiąc w miesiąc, rok w rok, wiek w wiek. Cały czas oczekujesz od niego pomocy i oparcia. A nade wszystko zrozumienia losu i życia, które oboje wiedziecie. Anarchisty nie zrażało milczenie Głuszewskiego. Chciał żyć, ale nie za cenę złamania swych żelaznych zasad. A szczególnie pierwszej z nich — przysiągł sobie, że nigdy nie ugnie się przed Ventrue. Co im imponowało w stylu życia, który prowadzili? Pieniądze, kobiety, władza? Zabawki dla dużych dzieci. Ale czy działając razem z tym Głuszewskim, nie złamał owej zasady? Czy jego życie było mniej ważne od ideału i śmierci za z góry przegraną sprawę? Anarchista wiedział, że prędzej czy później zginie. Ale nie teraz. Chciał istnieć, cieszyć się tą namiastką życia, którą wiódł. Nie, nie chciał umierać. Może naginał zasadę, ale, do diabła, czy zasady nie są po to, aby je łamać? Ocknął się z zamyślenia i podążył za wzrokiem Ventrue. Spojrzał na Agatę. Była piękna. Artur nie zdziwiłby się, gdyby usłyszał, że dzielą się krwią. To podobne do tych, którzy nie mają problemów i nie muszą polować. W końcu się odwróciła. Szła powoli, nie spuszczając wzroku z Janusza. Głuszewski pożądał tego spojrzenia bardziej niż czegokolwiek na świecie. Jej czerwone usta błyszczały zachęcająco i Ventrue z trudnością pohamowywał swe pragnienia. Elizjum zobowiązywało każdego, bez wyjątku, do zachowania zgodnie z normami etykiety. — Ustaliliście coś? — zapytała, patrząc badawczo na Głuszewskiego.
Mój szef, Janusz Głuszewski, nakazał czekać na siebie przed apartamentem o 21. Byłem jego najbardziej zaufanym kierowcą i osobistym ochroniarzem. Jestem przekonany, że Głuszewski mi ufał. Rzecz jasna na tyle, na ile może ci zaufać wampir. W limuzynie siedziało przynajmniej sześć osób. Mój szef, Głuszewski, był otoczony przez barczystych ochroniarzy w garniturach. Zauważyłem także podążający za nami samochód, który, jak się później okazało, wiózł kolejną piątkę ghuli. Tymczasem po piętnastu minutach jazdy z centrum, tak jak mi nakazano, zatrzymałem się przed hotelem "Jutrzenka". Torski wszedł po schodach na drugie piętro. Jasno oświetlony korytarz był pusty. Tylko z jednego pokoju dochodziły podniesione głosy. Artur niepewnie ruszył w tamtym kierunku. Plan był dobry. Rola Torskiego polegała jedynie na otworzeniu drzwi dla Głuszewskiego i jego ghuli. Potem miał uciekać i spotkać się z Agatą na Dworcu Głównym. Wszystko wydawało się klarowne i nikt nie zgłosił sprzeciwu. Jednak co innego obmyślać plan na przyjęciu w Elizjum, a co innego zdradzać swych niedawnych sojuszników, stojąc z nimi twarzą w twarz, pomyślał z goryczą anarchista. Bał się, że spiskowcy zorientują się i zdążą go zabić, nim do akcji wkroczy Głuszewski. Bał się, że Agata go zdradzi i ghule zabiją i jego. Ale nade wszystko bał się rozmowy, zwyczajnej rozmowy z ludźmi, którzy byli jego towarzyszami przez ostatnie pięć miesięcy. Mimo tego podszedł do drzwi, zza których dochodziły odgłosy libacji. Złotawa plakietka informowała, że oto znajdujesz się przed drzwiami z numerem 14. Artur energicznie zapukał, pragnąc, by ta noc jak najszybciej się skończyła. Osobę, która otworzyła drzwi, spowijał mrok. Torski nie przywiązał do tego wagi i wkroczył do środka. Przemierzył krótki przedpokój i wszedł do zasnutego dymem papierosowym pokoju gościnnego. Mężczyźni siedzący wokół długiego stołu rozmawiali głośno. Wszyscy z nich wyglądali na anarchistów, buntowników. Blat wypełnili butelkami wódki, kieliszkami i popielniczkami. Mogło się wydawać, że rozmawiają szczerze. Bardzo dobrze się maskowali, ale Arturowi, znającemu ich od dłuższego czasu, wiadome były wszystkie antypatie. Pazur, Nosferatu, nienawidził Kamila, Malkaviana, i chętnie dobrałby się mu do gardła. Dwóch Brujahów także nie pałało do siebie miłością. Jednak Damian, przywódca, panował nad wszystkimi żelazną ręką. Był najbardziej przebiegły z zebranych i to właśnie jego Artur obawiał się najbardziej. Właśnie teraz Damian podniósł kieliszek wypełniony przezroczystą cieczą i krzyknął: — Za spisek!
Torski pożałował swej decyzji — nie musiał z nimi rozmawiać. Tylko hasła Damiana uwolniły skrywane, rosnące z każdą chwilą wyrzuty sumienia. Czuł się źle. Czy jego życie było warte więcej niż życie zgromadzonych tu ludzi, tylko trochę odmiennych od tych spotykanych na co dzień? Czy zasługują na śmierć? Nie, odpowiedział sobie w duchu, zdecydowanie nie. Może jakoś by się udało. Może, gdyby wszystko pozostawił własnemu biegowi rzeczy, przeżyłby i uciekł do innego miasta. Przeklinał w myślach chwilę, w której zadzwonił do Agaty z prośbą o pomoc. Ideały umierają młodo, pomyślał z goryczą i wychylił kieliszek wódki. Gdy spojrzał w ciemny róg pokoju, jeszcze bardziej uległ melancholii, jak trucizna wypełniającej duszę. W kącie stała Toreadorka i małym żółtym ołówkiem kreśliła coś na kartce. Artur wiedział, że dziewczyna pisze wiersze. Dziwił się, w jaki sposób mogą jej nie przeszkadzać krzyki reszty spiskowców. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nigdy z nią nie rozmawiał. Nie wiedział nawet, dlaczego bierze udział w tym samobójczym przedsięwzięciu. Wstał ze swojego miejsca i spojrzał na dziewczynę. Chciał ją ostrzec. Przynajmniej jedną osobę. Niczemu niewinną. Może to choć trochę złagodzi to bolesne kłucie gdzieś wewnątrz, koło serca? Pukanie do drzwi zniweczyło ten zamiar. Już nic nie można było zrobić dla utopijnej grupy spiskowców. Torski mógł zrobić tylko to, co ustalił z Agatą i Januszem. Poszedł w kierunku drzwi. Nie wiedział, że Damian podąża za nim. Gdy przemierzał ciemny przedpokój, łudził się, że może to hotelowa służba. Chciał cofnąć czas, wrócić do samochodu Agaty i powiedzieć jej "nie". Gdy otworzył drzwi, jego nadzieja znikła jak zdmuchnięty wiatrem płomień świecy. W drzwiach stał Głuszewski w otoczeniu ghuli. Ventrue lekko się uśmiechnął. Uderzenie było nagłe i potwornie silne. Coś chrupnęło w obojczyku Torskiego, gdy uderzył o przeciwległą ścianę, jednak już po chwili stał na nogach. Spojrzał gniewnie na napastnika. Widział, jak przywódcę spiskowców ogarnia szał. Widział, jak Pazur wyrzuca Kamila przez okno. Widział także kilkunastu ghuli wpadających do pomieszczenia z bronią. Jednak po chwili cały obraz zastąpiła krwawa mgiełka. Brujah widział tylko swojego przeciwnika. Wroga, który musiał umrzeć. Damiana. Uderzenia pięściami, choć potężne, nie sprawiały bólu. Tylko ciało reagowało — pękniętą wargą, przeciętym łukiem brwiowym. Wymieniali ciosy, nie próbując unikać. Mechanicznie, jak roboty. Raz za razem, szybciej niż mgnienie oka, bez litości. Damian natarł na Artura. Tamten był szybszy. Potwornym prawym sierpowym obalił przywódcę spiskowców i bezlitośnie kopał go po nerkach. Mimo to Damian wstał, odrzucił Torskiego od siebie i zaczął uciekać. Oszalały Artur zaśmiał się złowrogo. Ruszył za nim. Po krótkiej gonitwie korytarzem uciekinier wbiegł do pogrążonych w mroku schodów ewakuacyjnych. Szybko zbiegał po stopniach, przeskakując na raz po dwa, po trzy. Był jednak zbyt wolny dla oddanego Bestii Torskiego. Anarchista przeskoczył ponad barierką i z całym impetem spadł na Damiana. Przygwoździł go do ziemi i bez chwili przerwy uderzał. Kopał w głowę. Wbijał nogę w klatkę piersiową swego wroga. Bez wytchnienia. Przestał dopiero wtedy, gdy wokół głowy Damiana pojawiła się kałuża krwi. Artur schylił się i zaczął pić. Czerwona ciecz spływała mu po wargach, po brodzie, a on wciąż chłeptał. Ulatujące życie Damiana było nagrodą dla Torskiego. Gdy zaspokoił swój głód, wstał, obtarł usta rękawem kurtki i chciał odejść. Jednak upadł na kolana. Nie mógł zrozumieć potwornego krzyku "Śmierć!" tuż obok ucha. Nie mógł zrozumieć swojej krwi opryskującej ścianę. Ból także należał do tych rzeczy, których nie mógł zrozumieć w tamtej chwili. Przez moment. Gdy umierał, żal mu było tylko jednego — Toreadorki, której nie zdążył ostrzec. Pokój był pobojowiskiem. Przewrócony stół, butelki po wódce porozrzucane po podłodze, wybite okno, podziurawione kulami ściany, trupy. Głuszewski wszedł powoli, dokładnie lustrując otoczenie. Widząc ogrom zniszczeń, nie zdziwił się, gdy jeden z ghuli zakomunikował mu, że wszyscy nie żyją. Ventrue szukał Torskiego. Chciał dotrzymać swojej części umowy. Choć nie lubił anarchisty, chciał, by tamten zapamiętał go jako honorowego człowieka. Bezskutecznie — wyglądało na to, że Torski już uciekł. Dopiero po kilku minutach zaprowadzono go do wyjścia ewakuacyjnego. Dwa ciała — jakiś punk i Torski. Ten pierwszy z rozbitą głową, rozwaloną klatką piersiową, umarł pierwszy. Natomiast zdrajca, nie było wątpliwości, został zabity. Celowo. Jego rozszarpane gardło nie pozostawiało żadnych złudzeń. Paweł, jeden z ghuli, mówił, że tuż po wybiciu spiskowców słyszał krzyk "Śmierć", dochodzący właśnie z wyjścia ewakuacyjnego.
Janusz przypuszczał, że był świadkiem morderstwa w jakiejś zakulisowej grze. Ktoś oprócz niego i Agaty wiedział o spisku. Torski miał żyć, a tymczasem padł ofiarą zabójcy. Nie było czasu na głębsze przeanalizowanie sytuacji. Mogła się pojawić policja. Ventrue dał ghulom znak do odwrotu. Gdy już wychodził, zauważył małą kartkę, tuż obok martwej wampirzycy. Wiedziony ciekawością, podniósł unurzany we krwi papier i przeczytał cicho: Nie wiem, kogo zabijam czasami Uśmiechnął się pod nosem — wyglądało na to, że wszędzie możesz znaleźć poetów. Nawet wśród wampirów. A może przede wszystkim wśród nich? Ventrue nie znał się na poezji. Cztery linie słów to zbyt mało, by zmusić go do romantycznych rozmyślań. Obrócił się, spojrzał ostatni raz na pobojowisko, wypuścił kartkę z dłoni i wyszedł. Fragment unurzanego we krwi wiersza opadł delikatnie na podłogę. Głuszewski kazał się wieźć do księcia. Po jego minie wywnioskowałem, że wszystko poszło według planu. Posiadłość księcia znajdowała się na przedmieściach. Otoczona ceglanym murem, z żelazną bramą wjazdową i roziskrzona mnóstwem świateł, wyglądała na prawdziwą willę. Gdy podjechaliśmy pod schody prowadzące do wejścia, służący otworzył drzwi i Głuszewski wysiadł. Wszedł do środka i podążając za wysokim ochroniarzem, ghulem, wkroczył do pokoju gościnnego. Właściwie słowo "pokój" nie było odpowiednie — pomieszczenie miało rozmiary małej sali gimnastycznej. Podłogę wyłożono dębowymi panelami. Sufit, pomalowany na biało, dzieliły na cztery części ogromne żyrandole. Było jasno. Tak jasno, że Janusz widział drobinki łupieżu na klapie garnituru ghula stojącego w odległym kącie sali. Ventrue od razu spostrzegł księcia, rozmawiającego z Egzekutorem. Archonci, znudzeni dysputą, rozmawiali o meczu Ligi Mistrzów. Głuszewski podszedł do biurka i czekał. Książę lubił cierpliwość. Gdy spostrzegł Janusza, przeprosił Egzekutora i zwrócił się do Ventrue: — Czym mogę ci służyć? — jego basowy głos zdawał się wypełniać salę, odbijać od ścian i uderzać w jego rozmówcę.
Egzekutor kiwnął tylko głową. Wyglądało na to, że ta dwójka rozumiała się bez słów. — Jeśli zaproponuję ci funkcję archonta, to czy ją przyjmiesz? — zapytał książę z lekkim uśmiechem.
Janusz kiwnął głową. Udawał obojętność, jednak rozpierała go duma. Archont to funkcja, z którą liczy się większość wampirów. Funkcja, której młody Ventrue był bezsprzecznie wart. A wszystko dzięki Agacie. Głuszewski podziękował w duchu swej kochance. W tym samym momencie drzwi do sali otwarły się z hukiem. Ghul w przysypanym śniegiem płaszczu stanął przed księciem. Ukłonił głowę w geście szacunku i odezwał się zimnym jak lód głosem: — W domu na przedmieściach znaleziono Henryka Elickiego i Arnolda Kersteina. Książę spojrzał na Xaviera. Egzekutor był wyraźnie zaniepokojony. Głuszewski wybiegł, gdy ghul kończył mówić. Jechaliśmy szybko. Widziałem, że Głuszewski jest zdenerwowany. Co chwilę popędzał mnie, przeklinał, zaciskał bezsilnie pięści — to wszystko zupełnie do niego nie pasowało. Coś musiało się stać, jednak prawdy domyśliłem się dopiero wtedy, gdy powiedział, dokąd mam jechać. Pokój gościnny Henryka Elickiego był pięknie urządzonym pomieszczeniem. Starodawny żyrandol oświecał wnętrze, nakazując patrzeć na zgromadzone wewnątrz eksponaty i dzieła sztuki. Piękne pejzaże i portrety zasłaniały ściany. Gruby, puszysty dywan zaścielał podłogę. Poniżej obrazów stały półki z książkami, zebranymi przez ponad sześćdziesiąt lat nieżycia właściciela domu. Za dużym biurkiem, zasłanym papierami, notatnikami i długopisami, śnieżnobiałe firanki tańczyły, naciskane przez wiatr przepływający swobodnie przez otwarte okna. Można było powiedzieć, iż Elicki miał gust. A teraz pokój gościnny wampira sprofanowano jego własną krwią. Czerwona ciecz była wszędzie — zalała biurko, pokryła drobnymi kroplami obrazy, była szkarłatnym tłem dla dwóch leżących ciał. Tylko firanki pozostały groteskowo nieskażone — cały czas to popychane, to odciągane przez mroźny wiatr. Jednak Janusz nie zwracał uwagi na wiatr, na krew, nie zwracał uwagi na otoczenie. Liczył się dla niego tylko leżący na ziemi mężczyzna, jego rozdarte gardło i twarz, która przez lata była dla Głuszewskiego obliczem przyjaźni. Jak mógł opisać, to, co czuł w tamtej chwili? Gniew? Nie, gniew to zbyt małe, zbyt słabe słowo. Chęć zemsty? To także było nieodpowiednie. Janusz pragnął krwi. I to w najbardziej pierwotnej z form. Chciał zabijać. Pragnął tarzać się we krwi, w bólu i cierpieniu swego wroga. Z czułością spoglądał na twarz Henryka, wiedząc, że za parę chwil ciało jego przyjaciela, jego mentora i Stworzyciela, zamieni się w kupkę popiołu. Przypominał sobie każdą chwilę, każdy sukces, ale i każdą porażkę. Wszystko, co tworzyło obraz jego przyjaźni z Elickim, przelatywało mu przed oczami. Wiedział, ile mu zawdzięczał, i był przekonanym, że nie spocznie, póki nie zabije, nie wyssie ostatniej kropli krwi z zabójcy. Łagodnie, z godnością ułożył głowę swojego mentora na przesiąkniętym krwią dywanie. Następnie wstał i zaczął przeszukiwać pokój. Na biurku nie znalazł nic, w szufladach tak samo. Zajął się przeszukiwaniem regału z książkami. Działał mechanicznie, jak robot. Kilkanaście drogocennych tomów upadło na ziemię, jak ofiary na drodze celu uświęcającego środki. Wreszcie Janusz znalazł to, czego szukał — mały cyfrowy dyktafon, ukryty w jednej z książek. Cofnął do końca taśmy. Przewinął rozmowę między Elickim a Kersteinem. Po dłuższej chwili wsłuchiwania się w leciutko szemrzące nagranie usłyszał zabójstwo. Podgłośnił. Gdy potworny, prawie nieludzki okrzyk "Śmierć!" poraził jego słuch, odrzucił dyktafon w bok. Tuż przed krzykiem, oznaczającym zgubę, było coś jeszcze. Coś bardzo cichutkiego, co może umknęłoby uwadze zwykłego człowieka. Jednak wampir doskonale usłyszał imię — Rufus. Wiedział gdzie ma szukać. On i Agata prowadzili swego czasu rozmowy z tym Nosferatu, posiadającym informacje potrzebne Księciu. To właśnie wtedy, dzięki pomocnej dłoni kochanki, Głuszewski zaskarbił sobie książęce zaufanie. A teraz jechał do Księcia ponownie, tym razem ze sprawą osobistą. Głuszewski uspokoił się trochę. Widziałem już emocje podobne do tych, które wyrażała jego twarz — dowodzące całkowitego zdecydowania na określony krok. Często bardzo gwałtowny. Jednak jako szofer nie mogłem powiedzieć nic. Każdy chce żyć. Zajechaliśmy przed jakiś blok, zbudowany z wielkiej płyty. W niektórych oknach paliło się jeszcze światło. Głuszewski wysiadł bez słowa. Kryjówka Rufusa była dużą piwnicą, wypełnioną starymi oponami, meblami i rowerami. Niegdyś białe ściany pokrywały plamy i sadza. Wschodnią ścianę zakrywały grube rury, podłączone do liczników. Gdzieś pośród rupieci kapała woda. Na środku suszarni umieszczono stół ze stojącym na nim kryształowym kielichem. Naczynie wypełniała krew. Tuż obok stołu, na krześle, leżał Nosferatu. Głuszewski szybkim krokiem podszedł do kielicha. Z pogardą spojrzał na martwego wampira, a następnie zanurzył palec w kielichu. Zasmakował — musiał się oprzeć, aby nie upaść. Trucizna była niebywale silna, lecz nie maskowała całkowicie smaku vitae. Mimo jadu wyczuł smak, słodycz, której w tej chwili nie chciał próbować. Nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Pragnął się mylić. Jednak wiedział, że nie było najmniejszego marginesu błędu. Zatruta vitae należała do Agaty. Jeśli dzielisz z kimś krew, nic nie jest w stanie sprawić, byś zapomniał, jak smakuje. Jechaliśmy szybko. Domy, latarnie, bary zamieniały się w jedną ścianę, poprzecinaną smugami światła. Zdenerwowanie Głuszewskiego udzieliło mi się całkowicie. Po kwadransie byliśmy przed domem Agaty, jego kochanki. Kazał na siebie czekać i wyszedł z samochodu. Janusz szybko przemierzył żwirową, przykrytą śniegiem drogę dzielącą go od wejścia do domu. Jak burza przeszedł przez drzwi wejściowe, solidne dębowe wrota. Przekroczył przedpokój i znalazł się w jedynym oświetlonym pomieszczeniu. W gabinecie Agaty. Jego kochanka siedziała przy mahoniowym biurku w czarnej sukni. Jego ulubionej. Na blacie stały dwa kieliszki wypełnione vitae. Janusz mechanicznie podszedł do biurka i spojrzał na dziewczynę. Kobietę, z którą dzielił krew, której pożądał, którą kochał. A może, przez wszystkie spędzone razem noce, tylko się oszukiwał? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Mocno ścisnął pistolet w swej kieszeni. Dał mu go jeden z ghuli podczas ataku na spiskowców. Wtedy nie było potrzeby użycia broni palnej. Ventrue zastanawiał się nawet przez krótką chwilę, czy nie wyrzucić pistoletu. Nie mógł sobie przypomnieć, co skłoniło go do zatrzymania broni. Przeznaczenie? Cokolwiek to było, ważne, że Głuszewski miał ją teraz przy sobie. Spojrzał na Agatę i trzymając dłoń w kieszeni, wycelował. — Czemu nie pijesz? — zapytała, spoglądając na Janusza. Jak gdyby nigdy nic. Patrzył w jej oczy, odkrywając je na nowo. Dlaczego nigdy nie zastanowił się nad mądrością, nad doświadczeniemu krytym w tych przepięknych źrenicach? Jej przebiegłość musiała mieć solidne podstawy, by uknuć tak misterną intrygę. Jednak Głuszewski pamiętał słowa wyrzeczone kiedyś przez Elickiego, jego mentora i Stworzyciela: "Miłość możesz spotkać zawsze. Prawdziwego przyjaciela tylko raz". Od tamtego czasu była to jego główna zasada. A tak się składało, że prawdziwym przyjacielem Głuszewskiego był Henryk Elicki. Zabić czy darować życie? Dzielił krew z Agatą od trzech lat. Elickiego znał od dziesięciu. Miłość czy zemsta? Opamiętał się dopiero wtedy, gdy opróżnił magazynek. Upuścił pistolet na ziemię, wciąż patrząc na leżącą w kałuży krwi Agatę. Mimo odniesionych ran zdolna była krzyczeć: — Dlaczego?! Dlaczego to zrobiłeś?! Janusz nie odpowiedział. Podszedł do Agaty, mocno chwycił wyrywającą się głowę, schylił się i przegryzł jej szyję. Pił wolno, sycąc swą zemstę. Po paru chwilach dziewczyna leżała bezwładnie. Ventrue nadal pił. Krew ściekała mu po brodzie, rubinowo barwiąc koszulę. Jednostajnie kapała, nieprzerwanie powiększając kałużę na podłodze. Gdy skończył, odrzucił ciało Agaty jak szmacianą lalkę. Wstał, obtarł usta i ruszył do wyjścia. Śnieg nadal prószył. Ciemna limuzyna stała w oddali, pośród sterylnie oświetlonej ulicy. Janusz ruszył w jej kierunku. Wolno, bardzo wolno przemierzył żwirową alejkę dzielącą go od samochodu. Wydawało się, że przejście tych kilkunastu metrów było dla niego trudniejsze od wszystkich przeżyć dzisiejszej nocy. Nienawiść zniknęła. Pozostało tylko uczucie dojmującej pustki. Zastanawiał się nad wszystkim, czego był świadkiem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ludzkiej przebiegłości. Może był naiwny, a może była to tylko słabość do pięknej kobiety? Został pozbawiony wszystkich swych znajomości i musiał sobie radzić sam. Dręczyło go także pytanie, co chciała powiedzieć mu przed śmiercią Agata. Przez wiele późniejszych nocy zastanawiał się nad motywami jej postępowania. I przeklinał swoją chęć zemsty. Dopiero wtedy poznał tak naprawdę uczucie melancholii. Kiedy wreszcie Głuszewski wrócił do samochodu, był cały obryzgany krwią. Najwyraźniej się zemścił. Cichym głosem wydał rozkaz. Kazał wieźć się do swojego mieszkania. Po spojrzeniu w jego oczy nie zadawałem żadnych pytań. ...Taki jest epilog mej zimowej opowieści. Jesteście jedynymi, którzy znają ją całą. Co było potem? Głuszewski zaczął piąć się po drabinie władzy. Stał się całkowicie niedostępny. Tak naprawdę to nikt go nie znał. W Elizjum nigdy nie usłyszano całej historii. Janusz starał się wymazać ze swej pamięci fragmenty związane z Agatą, Elickim, Kersteinem, Rufusem i Torskim. Chciał zapomnieć, choć wiedział, że to niemożliwe. Był w końcu jedynym istniejącym aktorem dramatu, który wiedział coś prawdziwego o zemście i wierności. Prześlij mi swoją opinię o artykule! |