|
Świat Mroku |
Diary of Vampire - Święta |
Życzymy szczęścia, zdrowia, pomyślności. Abyście żyli sto lat albo i dłużej. Obdarowujemy was prezentami i uwielbiamy je od was otrzymywać. Życzliwością, którą się nawzajem obdarzamy, można by uszczęśliwić wielu smutnych, przygnębionych czy planujących samobójstwo. Spotykamy się całymi rodzinami, pochłaniamy przygotowane przez gospodynie potrawy, śpiewamy kolędy, podziwiamy pięknie wystrojoną choinkę. Otacza nas atmosfera, którą chcielibyśmy czuć przez cały rok, jednak świadomi jesteśmy życiowych problemów. Tych, które stanowią podwaliny dla nienawiści i strachu. Jestem sam. Zagubiony pośród żyjących ludzi, nie mogę znaleźć swojego miejsca na ziemi. Miałem rodzinę, ale jakaś katastrofa (szczegóły zostały zatarte przez pamięć) odebrała mi ją na zawsze. Dalsi krewni nie chcą mnie znać. Dlatego moje święta są esencją samotności, której fragmentem chciałbym się z tobą podzielić. Mój czas na przemyślenia. Czy czasem ludzie nie potrzebują nienawiści? Gniewu? Zła? Myślę, że tak. Wydaje się, że człowiek pragnie życia pośród wzajemnej życzliwości i dobroci. Ale czy każdy z was, choć przez chwilę, nie pomyślał dokładnie nad ową utopią? Przecież życie byłoby wtedy bardzo nudne. Tak nudne, że ludzie ponownie zapragnęliby zła i własnych upadków, po których można się podnieść. Czy nie odnosisz takiego wrażenia? To jedna z moich tez. Jest wiele innych, ale chyba nie to chciałeś mieć na tej pięknej kartce, którą mi dałeś. Pusty, pogrążony w mroku dom. Za oknami dmie wiatr, potrząsając cieniutkimi jak igły gałęziami, drapieżnie wyciągniętymi w stronę nieba. Księżyc, biały strażnik, co chwilę jest zakrywany przez chmury, gnane na wschód. Ciemne, niemal czarne obłoki, postrzępione podczas swoich powietrznych podróży, oddzielają mnie od czystej, nieokreślonej otchłani. I tylko małe brylanty, odległe, może już nieistniejące światła, obdarzają noc pierwiastkiem boskości. Ale wróćmy do mnie i mojej posiadłości (zapewne określiłbyś ją jako zwykły wiejski dom, jednak, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie twoja opinia). Tylko w jednym pomieszczeniu jest na tyle jasno, by widzieć. Fotel, obity zielonym, szorstkim materiałem. Mały, podłużny stolik, dwie wysokie świece, kartkę w linie i długopis. Na ścianie ogromny obraz przedstawiający Józefa, Maryję i małego, pulchnego Jezusa. Poniżej płótna zakurzona lampa i mały krzyż. Ściany, pomalowane dawno temu na turkusowy kolor, teraz zbrzydły, poszarpane gdzieniegdzie przez pazury brudu. Z tyłu, za fotelem, szafa i oszklony regał. Na trzech półkach ustawione kielichy, o różnym kształcie, pochodzeniu, materiale. Powyżej szafy, mniej więcej na środku ściany, zegar. Stary, wieloletni czasomierz, którego chwała minęła. W fotelu, na miękkim siedzeniu, spoczywam i rozmyślam. Czasami chwytam za długopis i wpisuję coś na kartkę, aby myśl, krótkotrwale nawiedzająca moją głowę, mogła zostać wspomniana przez jakiegoś słabego, nieszczęśliwie zakochanego romantyka. Piszącego mierne wiersze poetę, co nie umie znaleźć się w brutalnej, tak dobrze przeze mnie poznanej rzeczywistości. Oto moje święta — kielich słodkiego życia, umilający Festiwal Goryczy. Świadomość, że jestem chodzącym trupem, spijającym krew z ciał mych ofiar, sprawia, że gdzieś głęboko, w zimnym ciele, odzywa się nienawiść. Rodzi się wolno, każdej nocy podsyłając mały prezent. Wypełnia już dawno niebijące serce i szuka ofiary, którą mogłaby się pożywić. Dylematy związane z polowaniem już dawno zniknęły. Na początku, gdy jeszcze w mej pamięci żywe były obrazy umierającej rodziny, nie chciałem zabijać. Brzydziłem się tym. Tułałem się otępiały, obolały na ciele, jednak na duszy umierający. Obwiniałem Boga za wszystko, co mi się przytrafiło. W końcu czyja mogła to być wina, jeśli nie jego? Jeżeli Bóg istnieje i interesuje się naszym życiem, jest okrutnikiem. Czy zaprzeczysz moim słowom, widząc ofiary morderstw, szaleńców, tłumy zgwałconych ofiar? Nie dbam o górnolotną filozofię — jest przecież ateizm i deizm. Jednocześnie trudno mi zaprzeczyć istnieniu Boga, widząc, jak niektóre z ofiar, wierzących ofiar, sprawiają, że ich krew jest nie do przełknięcia. Pozostawiam je w spokoju. Mogą z czystym sumieniem powiedzieć, że Bóg zadziałał w ich sprawie. A co do mojej przeszłości... Piłem krew zwierząt — szczurów czy bezpańskich psów, wałęsających się po nocy. Wiedziałem, że byłem okrutny, ale teraz, mimo tych wszystkich ofiar na moim koncie, nie czuję nic. Potem osiadłem właśnie w tym domu i z biegiem czasu wszystko stało się łatwiejsze. Czy myślisz, że jesteście dla mnie coś warci? Za duże macie o sobie mniemanie, bowiem już od dawna śmierć jednego z was nie jest dla mnie wyrzutem sumienia. Już od dawna życie płynące w was nie jest tak smakowite. Już dawno rozpoczęło się polowanie na mojego brata. Tak, istnieję już ponad wiek. "Żyję" to nieodpowiednie słowo, dlatego staram się rzadko go używać. Istnieję, żerując na was. Czasami urozmaicam sobie rozkosze związane z łowami, jednak nawet to ostatnio mnie nie cieszy. Staję się złą osobą, jednak nie chcę kierować swojej energii ku zabijaniu was. Teraz jesteście tylko bydłem. Mam teraz nowe cele: takich jak ja. Wampiry — tak je nazywasz, prawda? Mój drogi, cały czas się z tobą bawię. Czy tego nie widzisz? Czy w całej swojej pysze nie dziwi cię moja refleksja? Przecież ze mną rozmawiałeś. Czy jestem aż tak dobrym aktorem, że i ciebie oszukałem? Nie bój się, nie jesteś pierwszy. Ani ostatni. Jednak na razie mam zamiar odpocząć od waszego życia, które marnujecie każdą chwilą. Wydaje mi się, że powinieneś się cieszyć. Bowiem już wkrótce Festiwal Goryczy minie, a w mych żyłach popłynie najsłodsza vitae, której nie jesteś w stanie mi ofiarować. Do zobaczenia pierwszego stycznia... Grudzień 2004 Prześlij mi swoją opinię o artykule! |