|
Tawerna pod Smoczą Paszczą |
|
Jarosław Porwoł
Tancerze Stali — Taki już los nowego (roboczy) |
Wielkie podziękowania kieruję do ojca Tancerzy Stali. Autor do Pawła Maciejewskiego Miecz z sykiem przeciął powietrze tuż nad uchem worga. Ten od razu rzucił się całym ciałem na Fleance'a. Niestety nie zauważył sztyletu w drugiej ręce Tancerza. Całym ciężarem i impetem swojego przerośniętego, wilczego cielska nabił się na krótkie ostrze, przewracając Fleance'a i raniąc się śmiertelnie w okolice serca. Tancerz przewrócił osłabionego wilka na plecy, boleśnie wbił mu kolano w podbrzusze i przekręcił sztylet wbity pomiędzy żebra po prawej stronie. Tymczasem worg zdążył ugryźć dwa razy. Raz zęby ześliznęły się z karwasza prawej ręki Fleance'a — pustej, bo miecz, jako nieprzydatny, został odrzucony kawałek w bok. Drugi raz trafił w ucho Tancerza i naderwał kawałek. Uścisk szczęk poluźnił się jednak, a po paru sekundach znikł zupełnie, worg zaś zaczął resztkami sił odciągać swoje cielsko na bok. Minutę później zdechł. Z pyska popłynęła mu krew. Fleance wstał, ale zakręciło mu się trochę w głowie. Szybko jednak odzyskał równowagę. Podszedł do martwego zwierzęcia i przyklęknął jednym kolanem na jego piersi. Obiema rękami zaczął wyszarpywać sztylet zaklinowany między żebrami przeciwnika i zaciśnięty ostatnim skurczem mięśni. Kiedy sztylet wyszedł, Fleance przeleciał do tyłu i wylądował na plecach. Odruchowo złapał się za głowę, żeby sprawdzić, czy jest cała. Pod palcami poczuł lepką krew. Całe włosy po lewej stronie głowy miał zalepione gęstą posoką, która nie przestała się jeszcze lać, spływając mu po szczęce aż na brodę, a dalej kapała na koszulę. Tancerz poczuł ból dopiero teraz, kiedy podniecenie po walce opadło. Poczuł też, że długo tak nie pociągnie, bo już go mdli, a zaraz straci przytomność z upływu krwi. Szybko ściągnął koszulę, zwinął ją byle jak i przycisnął do obficie krwawiącego ucha. Od spodni odpiął pasek i przewiązał nim głowę, uciskając koszulę, a także uwalniając obie ręce. Czuł się dziwnie, ale mógł się podnieść. Sięgnął po leżący parę centymetrów od niego sztylet i wytarł go małą szmatką, którą wyciągnął z jednej z kieszeni sakiewki, potem przesunął się o parę kroków i podniósł miecz. Obie bronie schował do pochew. Chciał gwizdnąć na konia, który uciekł na widok worga, ale zamiast gwizdu wydobyło się z jego ust tylko syknięcie. Spróbował jeszcze raz, z podobnym skutkiem. Chciał zawołać go po imieniu, jednak zamiast wołania z suchych ust wydobyło się coś pomiędzy szeptem a zwykłym głosem. Podniósł się, jednak zakręciło mu się tak gwałtownie w głowie, że aż usiadł. Przyłożył rękę do koszuli i poczuł, że jest mokra. Zobaczył konia, jak ten ostrożnie podchodził do niego, rozglądając się na boki. Nie mógł usłyszeć wołania ani tym bardziej gwizdu. Musiał być blisko i zainteresowała go cisza. Był dobrze wyszkolony. Zwierzę zatrzymało się parę metrów przed ścierwem worga i zarżało niepewnie. Widząc Fleance'a, koń ominął jednak zwłoki i podszedł do Tancerza. Fleance podniósł się na czworaki i złapał strzemienia. Podciągnął się i nadludzkim wysiłkiem stanął na nogi. Koń, widząc, że jego właściciel nie może sam iść w takim stanie, podszedł do krawędzi drogi, gdzie teren trochę się obniżał, schodząc w las. Fleance, trzymając się łęku siodła, szedł obok zwierzęcia. Kiedy ten znalazł się trochę niżej, spróbował na niego wsiąść. Lewą nogę włożył do strzemienia, rękoma przytrzymał się siodła i ledwo co przełożył prawą nogę nad zadem konia i siodłem. Nie zdążył nawet dobrze ułożyć się w siodle, a stracił przytomność i wpadł głową w końską grzywę. Otworzył oczy i stwierdził, że głowę ma ciągle wtuloną w końską grzywę. Uznał za sukces to, że nie spadł z konia... Oderwał twarz od szyi zwierzęcia i rozejrzał się dokoła. Nie zobaczył zbyt wiele, bo wszystko zaczęło się kręcić jak oszalałe, tak że aż go zemdliło. Złapał grzywę wierzchowca, czując, że nie utrzyma głowy w pionie. Zemdlał. Kiedy ponownie odzyskał przytomność, nie siedział już na końskim grzbiecie, mimo że nie leżał też w łóżku ani na ziemi. Powoli odchylił powieki, nauczony poprzednim doświadczeniem, by niczego nie robić zbyt gwałtownie. Zobaczył mężczyznę, nieogolonego, ale o dobrej twarzy; nie pierwszej już młodości. Trzymał go za nogi i niósł przez jakąś ulicę. Pod pachami czuł inną parę rąk. Nie miał siły, żeby się odezwać, pozwolił więc nieść się do miejsca przeznaczenia. Położono go delikatnie na łóżku i rozebrano. Nie miał siły stawiać oporu. Czuł, jak ktoś odpina pasek, którym przewiązał głowę. Usłyszał ciche przekleństwo. Przykryto go kocem. Drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do środka. Głosy obu mężczyzn, a także kobiety, która dopiero co weszła, rozlegały się jakby z daleka, ale powoli się przybliżały. Nie mógł rozróżnić słów, mimo to jednak wiedział, o kim rozmawiają. Głosy się pożegnały, trochę głośniej niż prowadziły rozmowę, i ktoś wyszedł. Rozchyliwszy powieki, Fleance zobaczył, że została kobieta, a mężczyźni poszli. Zbliżyła się do łóżka i dotknęła jego twarzy w pobliżu lewego ucha. Poruszyła lekko, ale stanowczo jego ramieniem. Otworzył oczy szerzej. Z początku wszystko było rozmazane, powoli się jednak wyostrzało. Trochę go mdliło. Leżał w jakimś pokoju, najpewniej w karczmie. Jego ubranie przewieszone było przy nogach łóżka, a zakrwawiona koszula leżała w kącie pokoju. Poczuł kolejne, już mocniejsze pociągnięcie za ramię. Odwrócił się i ujrzał kobietę, nie młodą już, ale i nie starą. Stała obok niego i przyglądała mu się z uwagą. — Jak masz na imię? — zapytała. — Fleance — odpowiedział. Wątpił, by zrozumiała, bo z jego suchego gardła wydobył się raczej skrzek niż poprawna mowa. Nie zapytała ponownie. — Przygryź to, tylko nie złam — wetknęła mu w usta drewnianą rączkę kuchennej łyżki, zanim zdążył odpowiedzieć. — Postaraj się też nie zemdleć. Gdy dotknęła jego ucha, poczuł ostry ból. Zacisnął zęby na rączce łyżki i poczuł, jak wbijają się coraz głębiej w drewno. Ból przyszedł jak błyskawica. Przed oczami zrobiło się nagle jasno, cała głowa zdawała się pulsować bólem. Po minucie pozostał już tylko tępy ból, jakby miał solidnego kaca. Kobieta przewiązała mu krwawiące znowu ucho czystym opatrunkiem i spojrzała mu w oczy. — Nie będziesz miał kawałka lewego ucha, nic strasznego. Przeszła kawałek po pokoju i przyjrzała się koszuli, którą wyrzuciła przed drzwi. — Kim ty tak właściwie jesteś? — zapytała po chwili. — Tancerzem Stali. Kobieta nic nie odpowiedziała. Patrzyła przez chwilę zamyślonym wzrokiem w jego twarz, a potem ocknęła się jakby ze snu i zeszła na dół. Spotkała kogoś na schodach i rozmawiała z nim chwilę, potem wróciła na górę. W ręku trzymała kubek. — Muszę przemyć ranę. Nie krzycz. Zdjęła świeży przed chwilą opatrunek, teraz już przesiąknięty krwią, i przechyliła jego głowę nad krawędzią łóżka. Po poruszeniu głową znowu pojawił się tępy ból. Stawał się jednak coraz bardziej ostry, w miarę jak zawartość kubka się zmniejszała. Ucho piekło tak, że chciał krzyczeć; powstrzymywał się resztką sił. Kobieta przesunęła jego głowę z powrotem na poduszkę, zaraz po tym jak założyła mu opatrunek z czystego kawałka materiału. Do ręki wsunęła mu kubek. — Wypij, poczujesz się lepiej — powiedziała. — Dziękuję — szepnął. Wypił całą pozostałą zawartość kubka jednym haustem. Zapiekła go w gardle, ale faktycznie poczuł się odrobinę lepiej. — Ciekawi mnie, jak często jesteś pijany — zapytała nagle kobieta. — Co to za pytanie? — odpowiedział Fleance. Czuł się trochę oburzony jej bezczelnością — starszej, bo starszej, ale przecież nieznajomej kobiety. — Proste. Rzadko zdarza się, by koń tak dobrze niósł nieprzytomnego. Ten cię nie zrzucił i wiedział, dokąd iść — do miasta. Zazwyczaj tak jest z końmi pijaków. Ludzie się spiją, a zwierzę, nie chcąc stać całą noc na mrozie, wraca do stajni, uważając przy każdym kroku na jeźdźca. — To nie do końca moje zwierzę. Mam go od paru tygodni. Przedtem należał do najemnika, któremu nie udało się przeżyć walki. W zamian za zapłatę wziąłem konia. — Chyba nie walczył z tobą? — zaniepokoiła się kobieta i wstała z łóżka, powoli odsuwając się od Tancerza. — Nie, ochraniał karawanę, a pod rękę nawinęły się orki. No cóż, jemu się nie udało. Swoją drogą nie zdziwiłbym się, gdyby był pijakiem. Ręce trzęsły mu się strasznie. — Spróbował się zaśmiać, ale ciągle miał sucho w gardle. — Dostanę coś do picia? Fleance spędził w karczmie cały następny dzień, rozmawiając to z karczmarzem — starszym mężczyzną, który go niósł — to z kobietą, która się nim zaopiekowała, żoną karczmarza. Okazało się, że nieprzytomny dotarł do swojego celu: miasteczka (a właściwie większej wioski) Ryyvan. To jego mieszkańcy prosili Tancerzy o pomoc w pokonaniu nieznanej bestii. To, że z miasteczka znikali czasami ludzie, nie było niczym dziwnym. Często znajdywano ich w rowach w pobliży miasta, okradzionych i martwych, rzadziej pijanych do nieprzytomności. Jednak to, że w niektórych miastach znajdowano ich bez kropli krwi w ciele, już do normalnych nie należało. No ale wynajmowało się wojownika i on już dawał sobie (albo i nie) radę z wampirem. To nie stanowiło problemu, było tylko kwestią czasu. Miasteczko stanęło jednak przed innymi trudnościami. Nie ginęli ludzie, tylko zwierzęta, konkretniej owce i kozy, a także jedna krowa. Z początku przypuszczano, że napastnikami była grupa dzikich zwierząt, ale nie mogły to być one. Brakowało tylko krwi, reszta pozostawała nietknięta. Działanie godne wampira. Ale jaki wampir może się żywić zwierzętami? Toż każde dziecko wie, że te stwory mogą żyć tylko dzięki krwi ludzi. Chyba że należy takie podejrzenia włożyć między bajki. Widocznie to nie wampir; tak przynajmniej twierdził karczmarz, kiedy wieczorem rozmawiali przy kolacji. Zwierzęta nie ginęły często: jedno w miesiącu, czasami rzadziej. Z początku straty były dla miejscowych do przyjęcia, lecz po jakimś czasie zaczęto się niepokoić, że mogą wzrosnąć. Trzeba więc wezwać kogoś, kto się tym zajmie. Ale kogo? Wojownicy rzadko biorą się do roboty, gdy nie wiadomo, czego się szuka. Czarodziejskie gildie nawet chętnie by się tym zajęły, ale miasteczka nie stać na ich usługi. Pozostają ci, którzy podejmą się różnych zadań, byle tylko móc zdobyć trochę doświadczenia, poznać, co nie poznane, i powalczyć. Zostali Tancerze Stali. — Komu ostatnio zabito zwierzę? — zapytał Fleance pomiędzy kęsem kurczaka a łykiem piwa. Kolacje dawali niezłe. — Ostatnio... — karczmarz zastanawiał się przez chwilę. Także łyknął sobie wina, kurczaka już skończył. — To było już prawie miesiąc temu. Rodzina z domu po drugiej stronie. — Wstał i zaczął zbierać naczynia, z których jedli, a do kubków dolał resztę wina. — Pięcioro dzieci mają, mąż rzadko w domu bywa, jest w wojsku. Nikt wielki, jakiś tam zwykły wojak, siedzi w mieścinie dwa dni stąd. Bez tej kozy będzie im jeszcze ciężej. Fleance zapukał do drzwi domu. W odpowiedzi usłyszał stłumione "proszę". Nacisnął klamkę i przeszedł za próg. — Mógłby pan je zamknąć? — usłyszał. Zorientował się, że stoi za otwartymi drzwiami i obserwuje wnętrze domu. Zamknął drzwi. Domek był mały, ale całkiem przytulny. Nie mogło być im tu aż tak źle, jak mówił karczmarz. Dzieci bawiły się na podłodze w wielkim pokoju, przy ledwo tlącym się kominku. Wewnątrz było ciepło. Kobieta, która mu odpowiedziała, stała przy piecyku i gotowała obiad. Pachniał przyjemnie. — Proszę wejść do środka — powiedziała, nie odwracając się w jego stronę. — To pan jest tym Tancerzem Stali, który miał tu przyjechać? — Tak, to ja. Wieści szybko się rozchodzą. — Po takim przyjeździe jak pana... — Podeszła do niego i wytarła ręce w fartuch. Była średniego wzrostu, parę lat po trzeciej dziesiątce życia. — Selina. Spodziewałam się, że pan przyjdzie, jeśli zdecyduje się zając naszym problemem. — Proszę do mnie mówić "Fleance". Nie wiem, czy pomogę, ale mogę spróbować. Jeszcze nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia. — Zawsze musi być ten pierwszy raz. Co chcesz wiedzieć? — Co dokładnie się stało? — zapytał. Zachwiał się też lekko na nogach, nie był jeszcze w pełni sił. Selina wskazała mu ręką krzesło w kuchni i nalała wody do kubka. Podziękował skinieniem głowy. — Wstałam rano — zaczęła, ponownie krzątając się przy obiedzie. — Jak zwykle poszłam nakarmić zwierzęta. Trzy kozy, pies, kot, wie pan. — Fleance. — Przepraszam. — Nie szkodzi. Po prostu głupio mi słyszeć słowo "pan" w ustach kobiety. — Zauważyłam martwą kozę... Jak teraz o tym myślę, to chyba zapomniałam je wtedy nakarmić... Zwierzę właściwie nie było ranne, ale martwe i bez krwi. Żadnych ugryzień, rozszarpanego karku, nic. — Gdzie jest ciało? — zapytał Tancerz, dopijając wodę. — Spalone? — Zostaniesz na obiad? Minął kolejny dzień, Fleance odpoczywał i wracał do sił. Zbliżała się pełnia, a to właśnie na ten czas zaplanował poszukiwania przyczyny nieznanych śmierci zwierząt. Z karczmarzem umówili się, że zapłaci po wszystkim; pokazał mu też złotą monetę, więcej, niż mógłby się spodziewać dostać za cały tydzień. W końcu nadszedł dzień, a raczej nadeszła noc pełni. Słońce zaszło, świat pociemniał. Z ulic znikli ludzie, zwierzęta zamknięto w chlewach. Fleance zjadł kolację i przygotował się do wyjścia. — Gdzie pan idzie? — zapytał karczmarz. — Już ciemno, może być niebezpiecznie. — Przyjechałem tu, żeby załatwić wasz problem, więc najwyższy czas, bym zaczął zarabiać. — Poprawił kołnierz, słysząc, jak wiatr na zewnątrz wieje potępieńczo. — Dziś jest najlepsza pora, żeby zacząć. Pełnia. — Chyba nie liczy pan, że zobaczy w nocy coś, co żyje jeszcze dzięki temu, że nikt tego nie widzi? — zapytał karczmarz, sam jednak nie wiedząc, co doradzić Tancerzowi. W sumie to, co właśnie robił, wydawało mu się najrozsądniejsze. — Może mi się poszczęści. Wyszedł na ulicę. Wiatr wiał jeszcze silniej, niż wydawało się wewnątrz. Dokładniej otulił się płaszczem i poruszył ramionami, żeby poprawić miecz na plecach. Po chwili opuścił kołnierz. Ziąb był niemiłosierny, ale gdzieś tam w głębi siebie Fleance czuł, że to jednak wampir, więc może się skusi. Ale jaki wampir zabija kozy, pomyślał. Kozi wampir, roześmiał się sam do siebie. Próbował sobie wyobrazić, jak wampir zabiera się do wyssania krwi z kozy. Co prawda nigdy nie widział, by jakiś wampir wypijał krew człowieka, i nie miał zielonego pojęcia, jak mogłoby to wyglądać, lecz wypijanie krwi zwierzęcia musiało wyglądać komicznie. Chodził wolno, ospale. Ciągle trochę dokuczał mu ból głowy, często przyłapywał się na tym, jak próbuje podrapać brakujący kawałek ucha. Worg odgryzł mu go aż po samo miejsce, gdzie zostaje już tylko dziura, raniąc mu przy tym skórę wokół. Możliwe, że zostaną blizny. Przeszedł już przez kilka ulic miasta i parę razy wydawało mu się, że ktoś za nim idzie lub na niego patrzy. Raz przebiegł mu drogę kot, może szary, może czarny, nie zauważył do końca w ciemności. Raz wydawało mu się, że ktoś przebiegł drogę tuż za nim, ale niczego nie zauważył, poszedł dalej. Swoją jaskinię opuścił już jakiś czas temu. Krążył w wolno zapadającym mroku po ciemnym lesie. Gdy znikły ostatnie promienie światła dziennego, zaplątane dotąd w chmurach, mógł opuścić ciemną gęstwinę. Wzleciał nad las, skierował się ku mieścinie. Chwilę latał nad miastem, wysoko, by nikt z ostatnich przechodniów go nie zauważył. Gdy ulice się opróżniły, obniżył lot. Po chwili wisiał już na dachu starego domu i obserwował ulicę. Czekał, aż wszyscy zasną lub zajmą się zwykłymi w nocy sprawami. Gdzieś zaszczekał pies, kot śpiący pod nim obudził się, podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy nietoperza. Zasyczał głośno i uciekł. Wzniósł się ponownie. Przeleciał nad ulicą i zawrócił. Nie mylił się. To człowiek, a człowieka po zmroku dawno już nie widział. Młody, silny, soczysty samiec. Wylądował za nim, zmienił się w wilka i przebiegł na drugą stronę drogi, chowając się za beczkę. Mężczyzna się odwrócił. Instynkt powoli brał górę. Przestawał nad sobą panować, zmienił się w człowieka i czuł, jak kły powoli wysuwają się z dziąseł. Ślina wpłynęła do ust, a w niej toksyna znieczulająca, sprawiająca, że nawet najbardziej oporni stawali się ospali i gotowi na wszystko. Skoczył do przodu, bezszelestnie przeleciał nad beczką i nad chłopakiem. Ten się odwrócił, gdy był ponad nim. Podążył wzrokiem za czymś, co — jak mu się wydawało — widział, ale niczego nie zobaczył. Wampir znowu był nietoperzem i leciał przed siebie, żeby ochłonąć. O mały włos się nie ujawnił. O mały włos nie zabił. Kątem oka zauważył przelatującego nad nim nietoperza. Poszedł w stronę, w którą ten odleciał. Minął kilka ciemnych ulic długim łukiem, nie chciał ryzykować. Kiedy już tracił nadzieję, znowu go ujrzał, tym razem jako humanoida, wchodzącego do obory parę domów przed nim. Wstrzymał oddech, nie ruszał nawet palcem. Pozostał niezauważony — lub tak mu się wydawało. Poszedł za wampirem, zaczekał przed drzwiami kilka sekund i otworzył je z rozmachem. W rękach trzymał już miecz i sztylet. Płaszcz leżał na ziemi targany podmuchami wiatru. W środku było ciemno. Ledwie poczuł ruch po prawej stronie, a jego miecz już tam mknął. Wtedy pomyślał, że może się pomylił. Może to zaniepokojony gospodarz poszedł zobaczyć, czy z jego zwierzętami wszystko w porządku? Teraz było już za późno. Z początku leciał przed siebie, żeby ochłonąć. Potem przemyślał to wszystko. Nikt normalny nie chodziłby w pełnię samotnie po ulicy. Nie po tym jak on się tu pojawił. Ten ktoś szukał albo dreszczyku emocji, albo jego samego. Znalazł więc to, czego szukał. Odnalazł go z łatwością. Chłopak podążał jego śladem. Zauważył go więc, a wydawało mu się, że umknął w ciemność, zanim ten się odwrócił. Może to tylko głupie szczęście? A może jednak nie? Wylądował z gracją, podciągając płaszcz do góry, by ten powoli opadł za nim na ziemię. Drzwi obory otworzył szeroko, czekając aż zaskrzypią, ale były dobrze naoliwione. Chłopak jednak zauważył. Wampir wyczuł, jak jego serce zaczyna bić szybciej pod wpływem zdenerwowania i wstrzymanego oddechu. Nie zdawał sobie sprawy, że dzięki temu staje się łatwiejszym celem dla wampira, który potrafił wyczuwać takie rzeczy. Zamknął za sobą drzwi. Skoczył do góry i przysiadł na belce u powały. Drzwi otworzyły się cicho na całą szerokość, młode serce uderzało jak oszalałe. Zeskoczył. Wylądował po prawej stronie chłopaka, płasko, na szeroko rozstawionych nogach, z twarzą tuż przy ziemi. Błysk, który widział w blasku księżyca, gdy młodzik otworzył drzwi, okazał się nieźle wykonanym mieczem, bez żadnych ozdób, ale z solidnym ostrzem. Stal przecięła powietrze i wbiła się w pionową belkę podtrzymującą strop. Płynnym, kocim ruchem podciął chłopakowi nogi, a ten zaskoczony poleciał na plecy. Pochylił się nad nim i poczuł ból, jakim rozbłysnęła jego szczęka. Poczuł też krew z pięści, która zmiażdżyła mu wargę, rozcinając się jednocześnie na jego wysuniętym po raz kolejny kle. — Uspokój się młodziku! — syknął mu prosto w twarz. — Zaraz zarobisz w szczękę. Chłopak uspokoił się trochę. — Czego chcesz? — zapytał uprzejmie brzmiącym głosem, podnosząc się z ziemi i otrzepując płaszcz z kurzu i siana, wampir. Jego oczy zaczęły się w końcu przyzwyczajać do ciemności, a delikatna poświata księżyca pomagała mu zobaczyć oborę. Pierwszym, co zobaczył, było to, że miecz nie wbił się w ciało , a w belkę. Drugim — wampirza szczęka, w którą przed chwilą walnął ręką zaciśniętą na sztylecie. — Czego chcesz? — rozległo się z ust wampira pytanie. Fleance ostrożnie podniósł się z ziemi i sięgnął po miecz. Nie miał jednak zamiaru go chować. Upiór założył ręce z tyłu, jak zwykli to czynić arystokraci, z którymi Tancerz kiedyś miał do czynienia. Zaczął się przechadzać dokoła Fleance'a. — Niemowa? — zapytał drwiąco, a jego twarz ozdobił delikatny uśmiech. Tancerz nie zauważył kłów. — Więc może ja zacznę, tak z dobroci serca. Schowaj ten miecz. Mogłem zabić cię co najmniej dwa razy, a jeszcze żyjesz, okaż więc trochę szacunku. Tak lepiej. Sztylet też ci się nie przyda, jeśli wszystko pójdzie dobrze, ale trzymaj go sobie dla pewności. Widzę, że szacunek dla wyższego stanem nie jest już rzeczą popularną. — Fleance poczuł się trochę zawstydzony, chociaż wiedział, że bez powodu. Sztylet ciągle lśnił w jego dłoni. — Jestem Hardyd von Oskill, wampir. — Ukłonił się delikatnie, praktycznie samą głową. Fleance pozostał bez ruchu. — Jak mniemam, zostałeś wynajęty przez miejscowych do zlikwidowania problemu, to znaczy zabicia mnie. A zatem odnalazłeś tego, kogo szukałeś — a raczej ja pozwoliłem ci znaleźć mnie. Co z tym zrobisz? Fleance włożył sztylet do pochwy, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po sekundzie zamknął je z powrotem. Nie wiedział, jak zacząć. — Nie musisz zaczynać, ja już to zrobiłem — powiedział wampir, uśmiechając się ponownie i tym razem pokazując także kły, pewnie dla polepszenia swojego wyglądu. — Ta odrobina telepatii potrafi być przydatna. Najpierw się przedstaw, a potem z pewnością pójdzie już z górki. — Fleance, Tancerz Stali. Jesteś prawdziwym wampirem? — nie było to może najmądrzejsze pytanie, zważywszy na to, co widział, ale przynajmniej zaczął. — Tak, najprawdziwszym. Z krwi, że się tak wyrażę, i kości. Takim, który pije krew i lata pod postacią nietoperza. Tym samym, którym straszy się dzieci. Hardyd von Oskill, wampir nad wampirami, ucieleśnienie ludzkich strachów. Fleance nie tyle podejrzewał, co wiedział, że upiór przesadzał, mówiąc o swoich niektórych przymiotach. Nie zamierzał jednak ryzykować powiedzenia mu tego prosto w twarz; najpierw chciał się dowiedzieć czegoś więcej. — Hardyd von Oskill, skądś to znam... — zaczął się zastanawiać Tancerz. Gdzieś już to słyszał, tylko gdzie? — Może o mnie słyszałeś, jeszcze za mojego życia? — wampir był chyba korzystnie zaskoczony. — Nie chwaląc się, byłem arystokratą, z którego zdaniem wielu się liczyło. Nieraz całowałem pierścień króla. — Oskill... czy to nie kraina w górach, na północy? — Tak, tak. Stamtąd pochodzę. — Jego zadowolenie rosło z każdą chwilą. — Dam głowę, że króla widziałeś co najwyżej wtedy, gdy przejeżdżał karetą, pozdrawiając poddanych. — Fleance wiele ryzykował takim zuchwałym zachowaniem, ale skoro już zaczął, to musiał też skończyć. Miał jedynie nadzieję, że rezultatem nie będzie gwałtowna walka. — Twoja głowa to ciekawa propozycja. Może jednak postarasz mi się wyjaśnić, dlaczego tak sądzisz? — Bo Oskill to piękna kraina, ale nigdy jeszcze nie wyszedł z niej nikt znaczący. I chyba nigdy nie wyjdzie, bo to zapadła dziura. Wampir ponownie wyszczerzył kły i syknął. — Gdyby nie moje słowo, już byś nie żył, chłopaczku. Fleance zaczynał żałować, że schował broń. Powietrze było aż ciężkie od wzajemnych, niezbyt przyjacielskich uczuć. — Oskill to piękna, górzysta kraina — zaczął wampir. — Te mieściny pełne brudnej szlacheckiej krwi nie mogą się z nią równać. Ten widok gór, bliskość przyrody... — I odległość od cywilizacji. Oskill jest odcięte od świata. — Jest piękne. Nie przerywaj mi, bo złamię swoje słowo. Ja to jakoś przeżyję, ale co do ciebie miałbym pewne wątpliwości. Podróżowanie tamtymi traktami to czysta przyjemność. Słońce grzejące ci kark, rześkie powietrze... — I strach przed bandami rozbójników, które między napadami na podróżnych napadają na siebie nawzajem. Nie przerywaj, dość już o tym. — Skończymy, kiedy ja pozwolę! — syknął upiór. — Pytaj. — Jak długo jesteś wampirem? — A co to ma do rzeczy? — zapytał Hardyd von Oskill. — Nie pasuje do wampira mówienie o ciepłym słońcu i jasności dnia. — Wampirem jestem od niecałego roku. A słońce lubiłem zawsze. — A teraz je straciłeś. Na zawsze. Prawie ci współczuję — zakpił Tancerz. — To niewielka cena za potęgę i władzę, jaką mam teraz. Usłyszał ciche trzaśnięcie, które w cichym, nocnym świecie zabrzmiało niczym huk. Normalnie nie obudziłoby go, ale już od dwóch lat źle sypiał. Wszystko zaczęło się od tej przeklętej burzy, która rozwaliła mu całą stodołę. Od tego czasu nie umiał już zasnąć tak jak kiedyś, twardym snem. Usiadł na łóżku i kątem oka zerknął na swoją żonę, już od paru godzin śpiącą sobie jakby nigdy nic, podczas gdy on musiał się męczyć bez snu. A do tego była taka brzydka, nie taka, jak wtedy, kiedy ją poślubił. Miał ochotę szturchnąć ją w bok, żeby się obudziła, ale zmienił zdanie, pomyślawszy, że musiałby jej wszystko wyjaśniać. Nie chciało mu się. Wciągnął na siebie spodnie, leżące obok łóżka, i założył grubą koszulę, w której robił cały dzień. Zaczął schodzić, nie fatygując się nawet wiązaniem i tak przyciasnych butów. Podszedł do paleniska w kuchni i podniósł pogrzebacz. Wampir, demon, pomyślał, cholera wie, ale dam w ryj, jak się nawinie. Lekko uchylił drzwi, tak, że ledwo się przecisnął. Wiedział, że trochę szerzej otworzone zaskrzypiałyby niemiłosiernie. Nie to, co te w oborze, tamte naoliwił. Tych jakoś mu się nie chciało. Niech se skrzypią, mówił zawsze żonie. Chyba tak z przekory. Drobnymi krokami, z wstrzymanym oddechem, przeszedł podwórze, nasłuchując uważnie z każdym trzaskiem. W ręku obracał pogrzebacz — przed chwilą broń przeciwko demonom, teraz taki niepozorny. Już gdy wychodził z domu, coś wydawało mu się nie tak. Teraz zobaczył, że drzwi do obory są szeroko otwarte. W duchu podziękował bogom, że zwierzęta dał na przechowanie bratu, obiecując mu coś w zamian. Teraz przynajmniej nie straci żadnej owcy. Ale nieproszonemu gościowi i tak się coś należało. Najlepiej pogrzebaczem w ryj, pomyślał. Podszedł do drzwi, opierając się o ścianę, i zaczął uważniej nasłuchiwać. Do jego uszu doszły dwa głosy. Tego spodziewał się najmniej. Klnąc w myślach, na czym świat stoi, że musi oddychać i słuchać swojego serca łomoczącego jak młot kowalski, przystawił uszy bliżej otwartych drzwi. — ... i władzę, jaką mam teraz. Przemienił mnie sam książę ciemności, wybrał jako jednego z nielicznych — mówił z przejęciem jeden głos. — A ty, jak pokorny sługa, robisz, co ci każe — zadrwił drugi. — Zamilcz, dzieciaku! — krzyknął Pierwszy. — Co ty możesz wiedzieć o sprawach przed tobą zakrytych?! — krzyczał ciągle, nie na żarty rozgniewany. — Nawet nie wiesz, jakie to poświęcenie z mojej strony, że nie zabijam ludzi i pozwalam ci tak do mnie mówić. — Nie zabiłeś nikogo? — zapytał Drugi z delikatnym zdziwieniem. — Możesz być pierwszy. Żyję dzięki krwi zwierząt. Kóz i owiec! Rozumiesz, co to dla mnie znaczy? Nie, wy tego nie potraficie docenić, wynajmujecie na mnie zbirów, takich jak ty! Byleby zabić i pozbyć się problemu. Co, może tak nie jest?!— krzyczał. Zaczęła się schodzić cała okolica, mężczyźni i kobiety, zbudzeni wrzaskami. — Co więc tu robisz, jeśli nie polujesz na mnie?! Polujesz, jak myśliwi polują na lisy! Nie próbuj zaprzeczać! Nie różnisz się od nich wcale. Masz tylko świeżą krew, nie starczą jak inni myśliwi. Młodą, ciepłą, pełną uczuć. Piękna krew, ludzka... Hardyd von Oskill skoczył do tyłu i zawisł na pionowej belce równolegle do ziemi, z przykurczonymi nogami. Odbił się i runął na Fleance'a, rozciągając ramiona. Tancerz zdążył już wyciągnąć miecz; był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Jednak jego nadgarstek chwyciła silna ręka wampira. Upiór oplótł nogami jego tułów, a drugą ręką odchylił głowę w bok. Powoli, z pewnym brakiem doświadczenia, a także ze swoistym namaszczeniem. Fleance czuł, że nadchodzi jego czas, ale nie zamierzał się poddawać. Szarpał się i rzucał, próbując się uwolnić. Z żelaznego uścisku szlachcica-wampira zdołał wyrwać lewą rękę. Odruchowo, bez zastanowienia, sięgnął po sztylet. Ledwo zdołał złapać palcami głowicę w kształcie róży, musiał bowiem sięgnąć nad ciałem wampira. Lekko szarpnął za broń i złapał pewniej całą dłonią, gdy tylko sztylet wyskoczył z pochwy. — Krew za krew — usłyszał syknięcie do ucha i poczuł, jak kły wbijają mu się w szyję. W tej samej chwili po jego palcach zaczęła spływać gęsta krew z przebitych sztyletem wnętrzności wampira. Tancerz próbował jeszcze obrócić broń, ale nie dało się nią nawet drgnąć, gdyż była wbita po samą rękojeść, a ta w dodatku ślizgała się od krwi. Kły cofnęły się, z początku wolno, potem szybciej. Wampir pchnął Fleance'a na ziemię, łapiąc rękoma za wbity w plecy sztylet i wyszarpując go. Poczuł, jak krew zaczyna płynąć jeszcze szybszym strumieniem. Przycisnął dłoń do rany, wyrzucając sztylet. Hardyd powoli zaczął się zmieniać w wilka. Twarz mu się wydłużyła, delikatny wąsik szlachcica zmienił się w wilcze wąsy, a ręce-łapy opadły na ziemię. Nim twarz do końca uległa przemianie, zdążył krzyknąć. — Jeszcze się spotkamy, dzieciaku! Wyskoczył przed drzwi. Fleance usłyszał jeszcze krzyki tłumu, który zgromadził się nie wiadomo kiedy. Wstał, otrzepał ubranie i podniósł sztylet. Z sakiewki wyjął kawałek materiału i ostrożnie przetarł ostrze, a następnie jelec i skórę rękojeści. Podobnie miecz, mimo iż ten był czysty. Schował broń do pochwy, papierek wrzucił do sakiewki. Wziął głęboki oddech i wyszedł na zewnątrz, do oczekującego w ciszy tłumu. Krzyk usłyszeli wszyscy, nikt nie wiedział jednak, co się stało w środku. Niektórzy nie chcieli wiedzieć, nie w nocy. Zobaczyli jakiś błysk, niby oczu, który zbliżał się w ich stronę. Otoczyli więc je jeszcze ciaśniejszym kręgiem, który po chwili gwałtownie się rozstąpił, kiedy pomiędzy nich wpadł wilk. Zwierzę szalało, miotało się we wszystkie strony. Raz ktoś je kopnął. Ono odpłaciło ugryzieniem paru nóg. Kopnięcia się powtórzyły. Skoczyło na pierś któregoś z mężczyzn i wywróciło go, wyrywając się z kręgu i uciekając wzdłuż ulicy. Kilka osób śledziło je wzrokiem, lecz nikt za nim nie poszedł. Większość patrzyła do ciemnej obory. Ludzie traktowali go z pewną rezerwą. Wszyscy wiedzieli już, że walczył z wampirem i że to jednak wampir pustoszył ich stada. Wszyscy też wiedzieli, że najpierw przez jakiś czas spokojnie z nim rozmawiał, omawiając podobno cenę wolności upiora. Karczmarz nie chciał go wpuścić do głównej izby gospody, zasłaniając się dobrem Fleance'a, koniecznością odpoczynku po walce. Rankiem przyniósł mu śniadanie wraz z piwem, którego podobno nie wydawał przed południem, i surowo przykazał Fleance'owi, aby nie opuszczał łóżka i dobrze odpoczął. — Jeszcze pan nie wyzdrowiał porządnie po poprzednim razie, dużo krwi stracił, a tu w na domiar złego ta wczorajsza walka. Musi pan się dobrze wyspać. Na śniadanie zjadł chleb ze smalcem i odgrzewaną kaszankę, która smakowała mu jak nigdy. Dobrze wiedział, że pod pozorem opiekuńczości karczmarza kryje się zwykły strach przed utratą klienteli. Słyszał rozmowy toczące się wczorajszej nocy, na którą specjalnie otwarto karczmę, by mogli swobodnie porozmawiać. Ludzie wydawali się nie pamiętać, że to w tej karczmie on się zatrzyma, albo też się nie krępowali. Stał się okoliczną atrakcją, musiał więc jak najszybciej się wynieść, najlepiej tej samej nocy. Usiadł na łóżku i z leżącej obok sakiewki wyjął czystą szmatkę, którą zaczął ponownie przecierać miecz, a następnie sztylet. To go uspokajało. Poza tym musiał pozbyć się resztek plam krwi, które zostały po wczorajszej walce. Przyjrzał się jednej z tych plam, podłużnemu zaciekowi wzdłuż wgłębienia w ostrzu. Po wczorajszym szybkim przetarciu zastawiła ona dziwny wzór. Zaczął się zastanawiać, co tak bardzo pociąga wampiry w krwi. Ze swoistego transu wyrwał się, gdy był już o centymetr od ostrza, gotów spróbować, jak smakuje krew. Szybko wytarł broń i schował ją do pochwy, a następnie przykrył miecz i sztylet spodniami i koszulą. Postanowił, mając okazję, wyspać się przed wieczorną podróżą. Kiedy się obudził, było już popołudnie. W okno świeciło słońce, trafiając promieniami prosto w jego twarz. Czuł, jak swędzi go skóra, zwłaszcza na rozjaśnionej światłem twarzy. Wstał i zakrył okno brudną zasłoną, mrużąc oczy do cienkich szparek, bo zdawało mu się, że oślepnie. Dawno już nie bolała go tak mocno głowa, pewnie przez zmęczenie. A rano czułem się jeszcze tak dobrze, pomyślał. Położył się znowu, nakrywając głowę poduszką, mając w duchu nadzieję, że sen odpędzi ból głowy. Tym razem obudziło go ciche pukanie do drzwi jego pokoju i głos, przyciszony, by go nie usłyszeć. — Może zejdzie pan na kolację? — pytała karczmarka. Miał już odpowiedzieć, że nie jest głodny, ale musiało być późno, a on chciał następnego dnia wyruszyć w drogę. — Zaraz zejdę coś zjeść — odpowiedział i wstał z łóżka. Ubrał się szybko, miecz przewiesił przez plecy, rękojeścią nad prawym ramieniem, a sztylet przypasał sobie do prawego boku. Potem zmienił jednak zdanie i przełożył go na plecy, gdzie nie był widoczny. Mógł w ten sposób zaskoczyć przeciwnika, a także nie groziło mu coś takiego, jak wczoraj: że nie mógł dosięgnąć broni. Poskładał na łóżku wszystko, co musiał zabrać, to jest koc, trochę suszonego mięsa, które ciągle miał w sakwach, oraz pusty bukłak na wino, którego resztę wypił wczorajszej nocy. Poszedł po kolację. Zszedł na dół po schodach, dwa piętra niżej (pokój miał na poddaszu). Minął drzwi oddzielające schody od głównej izby i skierował się prosto do kuchni, z nadzieją, że tam znajdzie coś dobrego do jedzenia. Głowa znowu zaczynała pulsować mu tępym bólem, a twarz swędziła i szczypała. Nagle zrozumiał, o czym zapomniał, a myśl ta zatrzymała go na progu otwartych drzwi. Zapłata. Musiał się skierować do burmistrza, starszego, wójta, czy kogokolwiek tu mieli, aby wziąć, co mu się należało, albo ustalić warunki zapłaty. Nie będzie to łatwa rozmowa, zwłaszcza że nie ma dowodów na pozbycie się wampira — ba, prawdopodobnie nawet się go nie pozbył, tylko zranił. Musiał się tam udać zaraz po opuszczeniu karczmy. Wszedł do kuchni. Była pusta, ale na ceglanym piecu gotowała się jakaś potrawa, chyba gulasz. Obok stał półmisek z pieczonym mięsem, gotowym do podania. Wziął do ręki kawałek. Nie było gorące, ale też nie zimne. Odgryzł kawałek. W ustach poczuł dziwny smak, jakby mięso było spalone i tak mocno doprawione, że dziwił się, iż nie poczuł zapachu przypraw, zanim włożył mięso w usta. Nie dało się go przełknąć, wypluł więc zawartość na rękę. Stracił apetyt. Podszedł do uchylonego lekko okna i wyjrzał przez nie. Po podwórzu łaził sobie jakiś pies z odciętym ogonem, pewnie efektem zabawy zwyrodniałych dzieciaków. Rzucił mu mięso, które ten, obwąchawszy najpierw, połknął prawie w całości bez gryzienia. Chłopiec stajenny, zapewne syn właścicieli karczmy, karmił właśnie konie, co było widać przez szeroko otwarte drzwi stajni. Obok swojego wierzchowca Fleance zauważył jakieś dwa inne, oba czarne. Jeden był osiodłany, drugi miał na grzbiecie sakwy i koc podróżującego. Właściciel zwierząt pewnie też miał zamiar wyjechać jeszcze tego wieczora. A może nie... Chłopiec, nakarmiwszy konie, zaczął je rozsiodływać. Fleance nie był pewny, ale wydawało mu się, że widział czerwoną różę, symbol Tancerzy, jak mignęła na jednej z sakw. Możliwe jednak, iż była to tylko jego wyobraźnia, nie rozbudzona, w połączeniu z bólem głowy dająca różne efekty. Wszedł z powrotem na górę, wymieszawszy najpierw przypalający się gulasz, zabrał koc i resztę rzeczy, po czym wyszedł. Tym razem wszedł do głównej izby, prawie pustej, i machnął ręką na karczmarza. Ten od razu podszedł i wyprowadził Fleance'a za drzwi. Potem zamknął je uważnie na klucz, który trzymał w kieszeni fartucha. Dopiero po usłyszeniu trzasku i sprawdzeniu, czy naprawdę są zamknięte, odwrócił się do Tancerza. Z twarzy zniknął mu karczmarski uśmiech, pojawiło się zaś niezdecydowanie i zdenerwowanie. — Miał pan odpoczywać. Tak się pan dla nas wczoraj trudził — mówił strasznie nieszczerze. Pewnie miał ochotę, by Fleance już pojechał. Tancerz miał zamiar go uszczęśliwić. — Wyjeżdżam — oświadczył lakonicznie. — To zapłata. Wręczył karczmarzowi sztukę złota, o wiele więcej, niż by się należało, ale istniała możliwość, że będzie musiał wrócić. Poza tym jeśli kiedyś musiałby tu wrócić, to nie omieszkałby przypomnieć, że już raz zapłacił sporo. — Nie trzeba tyle — odpowiedział karczmarz, sprawdziwszy najpierw złoto zębem. — To o wiele... — O mało nie dostał zawału, kiedy ktoś poruszył klamką drzwi, których jak dotąd bronił całym ciałem. Gwałtownie się obrócił, wrzucając monetę do kieszonki fartucha, a wyciągając klucz. Na twarz znowu przywołał uśmiech i otworzył drzwi, uchyliwszy je na parę centymetrów, tak że ledwo mógł zajrzeć na drugą stronę. Potem, już spokojniejszy, otworzył je szerzej. Przeszła przez nie jego żona. Drzwi zostały z powrotem zamknięte. Kobieta minęła Tancerza, nie podnosząc nawet na niego wzroku; szepnęła jedynie coś, co nie dotarło do uszu Fleance'a. — To za dużo — zaczął ponownie karczmarz, zamieniając klucz na monetę, a także zmieniając wyraz twarzy. — Może będę musiał wrócić, a wtedy to pójdzie jako zapłata. — Tancerz był w stanie przysiąc, że karczmarz pobladł na dźwięk słowa "wrócić". Podniósł z ziemi koc i skierował się do tylnego wyjścia, co karczmarz przyjął — nie takim znowu cichym — westchnieniem ulgi. Przechodząc przez kuchnię, Fleance zauważył, że gulasz jednak się przypalił, ale karczmarka nie zwracała na to większej uwagi i nalewała kolejne porcje. Pożegnał ją skinieniem głowy, którego nie zauważyła, a w konsekwencji nie odpowiedziała na nie. Przynajmniej Tancerz powiedział sobie w duchu, że nie zauważyła — chociaż obserwowała go kątem oka przez cały czas. Wyszedł z budynku i światło słoneczne omal go nie oślepiło. Przesłonił ręką oczy i poczuł, jak po policzkach spływają mu łzy, a skóra mocniej szczypie. Na głowę spadły mu pierwsze krople drobnego deszczu. Wszedł do stajni. Chłopca stajennego już nie było. Sam wziął siodło i osiodłał konia, przyglądając się jednocześnie obu koniom obok. Były zadbane, ale nie zauważył żadnego śladu, który wskazywałby na to, że to własność Tancerza Stali, a nie po prostu jakiegoś podróżnego czy chociażby wojownika. Zrzucił wszystko na przywidzenie. Wsiadł na konia i skierował się do wyjścia. Najpierw jednak naciągnął na głowę kaptur płaszcza, aż po same oczy. Dziękował bogom za deszcz, drobny i zacinający, w którym nie będzie się tak wyróżniał z kapturem na głowie. Musi odwiedzić kapłana którejś z religii nakazujących leczenie. Albo znachora, który powie mu, co z jego głową, a najlepiej — jak ją wyleczyć. Na razie skierował się do ratusza. Kiedy wczoraj chodził bez celu po mieście, znalazł całkiem dobry, jak można wnioskować po odgłosach, burdel, a także ratusz. W nocy wszystko wygląda inaczej, ale i tak trafił bez trudu. Zastanawiał się jedynie, czy ratusz będzie otwarty i czy w środku będzie jeszcze burmistrz. Czy kto tam. Był otwarty. Zostawił konia na zewnątrz, przywiązując go do jednego z kilku małych drzewek posadzonych wokół budynku, i wszedł do środka. Jak się spodziewał, pokój burmistrza (wskazywała na to tabliczka) był na samej górze. Nie rozumiał tego; zawsze był przekonany, że takie pomieszczenia są na dole, bo burmistrzowi nie będzie się chciało wdrapywać aż na drugie piętro. Zastanawiał się też, co mieści się pomiędzy, bo nie potrafił wymyślić tylu urzędów, by pozajmować te wszystkie pokoje, które mijał. Nazwisko na tabliczce, Albart Haverdorf, było pewnie wymyślone lub wyczytane w starych książkach, bowiem nie kojarzyło się Tancerzowi absolutnie z niczym, a większość nazwisk miała jakieś znaczenie. Zapukał i wszedł od razu do środka, nie czekając na odpowiedź. Przyzwyczajenie z siedziby Tancerzy, nazywanej pałacykiem. Mężczyzna siedzący za stołem wytarł to, co właśnie wyciągnął z nosa, o spodnie. — Gdzie wch... — Zaczął się już podnosić. — A, drogi Tancerz Stali! — Opadł z powrotem na krzesło, ręką zaś wskazał miejsce dla Fleance'a. — Miło mi poznać. Albart Haverdorf. — Fleance, cała przyjemność po mojej stronie. — Po chwilowej niepewności uścisnął rękę burmistrza, a potem wytarł własną o spodnie, nawet nie starając się tego ukryć. — Czemu to zawdzięczam tę wizytę? — zapytał Albart ze sztucznym uśmiechem na twarzy, jak niedawno karczmarz. Było widać niewielkie zdenerwowanie. — Zapłata — odpowiedział krótko Tancerz. Na dźwięk tego słowa uśmiech burmistrza lekko przygasł. — Oczekuję co najmniej pięciu sztuk złota za walkę z waszym kozim wampirem. Świadków jest wystarczająco wielu. — Hmm, tak... ale wampir, czy jakikolwiek upiór to nie był, uciekł. Przeżył, na to też jest wielu świadków. — Był ranny. — Był żywy. Za martwego dam pięć sztuk złota, za żywego złamanego grosza. Fleance wstał i wyszedł, z niesmakiem spoglądając na wyciągniętą przez burmistrza dłoń. Spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ba, nawet uznałby za głupca człowieka, który zapłaciłby mu w takiej sytuacji pieniądze. Burmistrz głupi nie był, a przynajmniej umiał się targować. Pozostawało odnalezienie wampira. Tylko gdzie? Wyszedł na zewnątrz i wsiadł na konia, naciągając kaptur głęboko na oczy. Postanowił jechać tam, gdzie Hardyd von Oskill uciekł: na południe. Z daleka przyjrzał się oborze, w której w nocy toczyła się walka. Wyglądała jak zwykle, nikt już nie gromadził się wokół wejścia, teraz zamkniętego. Ludzie siedzieli w karczmach i wszystko obgadywali, przekazywali sobie coraz to nowe, zadziwiające informacje. Minął ostatnie zabudowania miasta. Nie było tu murów, miasteczko znajdowało się w samym centrum państwa, z dala od grożących mu napaści wrogich wojsk. Dzikie zwierzęta też rzadko się tu zapuszczały, wybijane często dla skór, które dobrze grzały w zimie — czy jako ubrania, czy jako kufel piwa, w które łatwo zamieniano je u handlarzy. Wjechał w las. Gdzieś przed nim przebiegł zając, chwilę później pojawił się lis. Ptaków nie było słychać, jak to zazwyczaj podczas deszczu. Ten zaś z drobnego, zacinającego, przerodził się w grube krople, spadające często z liści. Zatrzymał się przy pniu jednego z drzew, gdzie deszcz prawie nie mógł go dosięgnąć. Zaczął się zastanawiać, gdzie szukać wampira nad wampirami, jak sam się wczorajszej nocy określił Hardyd. Prawdopodobnie będzie w którejś z okolicznych jaskiń, rozrzuconych po lesie, jak dowiedział się podczas obiadu u tamtej kobiety. Swoją drogą obiad mu smakował, a kobieta też była całkiem ładna. Miał zamiar tam wrócić, żeby się pożegnać. Jako że ukrywanie się wampira w którymś z domów mógł raczej wykluczyć, a nie spodziewał się go też znaleźć pod kupką liści, postanowił poszukać owych jaskiń. Ruszył ścieżką w głąb lasu. Nie musiał nawet jechać daleko. Paręset metrów dalej ścieżka schodziła w dół, a po lewej stronie w skale wydrążona była jaskinia. Podjechał do niej po podmokłym gruncie i zeskoczył z konia. Słońce powoli zbliżało się do zachodniego horyzontu, więc musiał się trochę pośpieszyć. Nie uśmiechało mu się jeżdżenie po lesie z wampirem na karku. Przywiązał konia do konaru niskiego drzewka i poprawił miecz na ramionach. Skoncentrował się, zrobił parę szybszych wdechów i wszedł do środka, ściągając kaptur. Wewnątrz nie było aż tak ciemno, jak się spodziewał. Ostatnie promienie dnia wpadały jeszcze do jaskini, oświetlając ją na czerwono. Pomieszczenie było raczej długim korytarzem niż jaskinią, jaką sobie wyobrażał. U końca jednak widać było, jak korytarz się rozszerza. Podszedł w tamtym kierunku, zwracając uwagę na każdy szelest. Zdawało mu się, że miecz sam podskoczył do połowy, gdy koń zarżał za jego plecami, a głos poniósł się po grocie. Lekko skarcił się w duchu za strachliwość, ale z drugiej strony czuł dumę, że tak szybko zareagował. Prawie bez myślenia, ręka po prostu sama wiedziała, gdzie ma się skierować. Zbliżył się do rozszerzenia, jakieś dziesięć metrów w głąb. Tam już było ciemniej. I chłodniej, mógł zobaczyć własny oddech. Odczekał, aż jego wzrok przyzwyczai się do ciemności. Przez ten czas stał i zastanawiał się, czy właśnie nie jest obserwowany. To uczucie dręczyło go już od jakiegoś czasu, ale ilekroć obejrzał się za siebie, niczego nie zauważał. Uczucie jednak pozostawało. Tym razem uczucie gwałtownie się pogłębiło, jakby ktoś stał tuż za nim. Wydawało mu się, że czuje oddech wampira, bo kogóż by innego, na plecach. Odwrócił się i zobaczył, że za nim znajduje się jedynie ociekająca wodą ściana. Woda ta spływała mu za koszulę. Jednak w jaskini zaczęło się coś dziać. Najpierw usłyszał szelest liści, jakby odgarnianych gwałtownym ruchem. Czyżby jednak szlachetnie urodzony upiór sypiał pod kupą liści, zastanowił się. Potem usłyszał długie pociągnięcie powietrza, brzmiące bliźniaczo podobnie do syku, który słyszał wczoraj kilkukrotnie z ust Hardyda von Oskilla. Miecz błyskawicznie znalazł się w jego dłoni. Sztyletu musiał przez chwilę szukać, po czym przypomniał sobie, że ma go za plecami, a nie przy pasie. Stał teraz pod ścianą gotowy do obrony, wsłuchując się w każdy dźwięk. Usłyszał, jak ktoś porusza się ciężko, zupełnie inaczej niż wampir wczoraj. Pociągał jedną nogą. Nie pamiętał, żeby zranił wampira w nogę, ale w zawierusze walki wszystko było możliwe, a poza tym byli jeszcze chłopi, którzy, jak sami mówili, nieźle zlali wilka. Może w tych słowach było więcej prawdy niż Fleance spodziewał się usłyszeć. Głos kroków powoli zbliżał się do przejścia, gdzie następowało rozszerzenie, ale zatrzymał się, ciągle poza zasięgiem wzroku Tancerza. Fleance spojrzał w stronę korytarza, którym tu przyszedł. Cały był skąpany w czerwieni zachodzącego słońca, a wampiry nie lubią słońca. To dlatego woli zostać poza jego zasięgiem, w swojej ciemnej jaskini, pomyślał nagle Tancerz. Teraz albo nigdy! Wskoczył do środka. Nie minęły dwie sekundy, a już wybiegał na zewnątrz, potykając się o własny miecz i o mało nie skręcając sobie karku. Szybko podniósł się z powrotem na nogi i kontynuował bieg, a raczej gwałtowną ucieczkę. Dopadł konia i próbował odwiązać lejce, ale te się zaplątały. Koń próbował się przedostać do lepszej trawy po drugiej stronie drzewka i oplątywał się coraz bardziej. Niewiele myśląc, Fleance przeciął lejce mieczem i wskoczył na siodło, tak jak czynili to nierzadko cyrkowcy, od czasu do czasu odwiedzający miasta. Zwierzęcia nie musiał nawet popędzać, samo bowiem gnało na złamanie karu przez podmokłą ściółkę, gonione rykiem niedźwiedzia. Koń wskoczył na ścieżkę i już trochę wolniej, zmęczony ciężką przeprawą przez grząski las, skierował się ku krańcowi lasu. Fleance oddychał głęboko, próbując się uspokoić. W życiu nie spodziewał się znaleźć tam niedźwiedzia, nawet nie pomyślał o tym, co teraz wydawało się oczywiste: że to świetna kryjówka na sen zimowy. Zaśmiał się sam do siebie. Prędzej spodziewał się znaleźć wampira niż niedźwiedzia. Śmiał się z tego już głośno, aż po lesie przeszedł kolejny ryk zwierzęcia, jeszcze niedobudzonego. Wstrzymał konia. Zabawna wydawała mu się cała sytuacja, widziana oczami niedźwiedzia. Obudził się po długiej zimie, głondy, a tu wskakuje przed niego jakiś wariat z mieczem w ręku. Po plecach Fleance'a przeszedł dreszcz. Był o włos od śmierci, po raz kolejny. Jak dla niego, to życie toczyło się trochę za szybko. Gdyby nie zimowe jeszcze lenistwo zwierza, pewnie zarobiłby w głowę wielką łapą, a tak udało mu się uskoczyć. Dzięki bogom, pomyślał. Tancerz zastanawiał się, czy warto jeszcze teraz szukać wampira. Zbliżała się noc, słońce prawie już zaszło, a las był prawie całkowicie ciemny. Jednak wczoraj dotkliwie zranił upiora, a przynajmniej miał taką nadzieję. Dziś może już być prawie martwy, łatwy do zabicia. A jutro, kto wie? Może już go nie będzie, a może nabierze już dość sił, by pokonać samotnego wojownika? W końcu niejedno słyszał o wampirach w tych starych opowieściach z dzieciństwa. Potrafiły się leczyć bardzo szybko. Zazwyczaj wiązało się to ze świeżą krwią, więc lepiej byłoby go dopaść dzisiaj, zanim zabije kolejne zwierzę. Czy też może człowieka, czego tak blisko był wczorajszej nocy? Zadecydował. Idzie do kolejnej jaskini, jeśli ją znajdzie w gęstniejącym mroku. Właśnie, mrok gęstniał, tego był pewien, ale świat nocy wydawał mu się jakiś jaśniejszy, przynajmniej niż poprzedniego wieczoru. A przecież księżyca jeszcze ubyło. Chłodu też nie odczuwał tak dotkliwie, jak jeszcze niedawno. Kolejna jaskinia, z tego co słyszał, miała leżeć jeszcze głębiej w lesie, trochę dalej od traktu. Musiał jej dokładniej poszukać. Przejechał prawie dwa kilometry, rozglądając się uważnie na obie strony drogi. Nie zauważył niczego. Dopiero potem, gdy już chciał zawracać, zauważył, że las wydaje się gęstnieć w jednym miejscu. Nie widział, czy między drzewami przebijają się inne drzewa, czy może skała. Zbliżył się, zszedłszy z konia, który co chwilę potykał się na kamieniach, gałęziach lub po prostu grzązł w kałużach błota, i pociągnął go za sobą, trzymając za uzdę tuż przy pysku. To była skała, na tyle duża, by w jej środku mogła się zmieścić średnia grota. Jeśli tak było naprawdę, to wejście musiało się znajdować z drugiej strony; z tej była lita skała. Zaczął się przedzierać przez gęsto zarośniętą okolicę jaskini, by móc obejść ją dokoła. Za sobą usłyszał głośne kroki, jakby ktoś chciał, żeby go usłyszano. Pozornie nie zwracał na to uwagi, czekał jednak na odpowiedni moment. Nagle głos rozległ się tuż za nim. Wyszarpnął sztylet z tylnej pochwy, a miecz był już prawie wyciągnięty, jednak ręka zahaczyła o gałęzie niskich drzewek, których pełno było w lesie. Gwałtownie się odwrócił i pchnął sztyletem przed siebie. Poczuł jedynie, jak sztylet wypada mu z ręki, upadając w krzakach obok. Miecz opuścił do pochwy, bezużyteczny w takim ścisku, w którym nie dało się go nawet wyciągnąć. Przed sobą miał tego, którego chciał znaleźć, całego i zdrowego. A także w dobrym humorze, na co wskazywał równy rządek zębów, z delikatnie wyróżniającymi się kłami — nie tak długimi jak w oborze, podczas walki, ale nie tak krótkimi, jak u normalnego człowieka. — Czy zawsze ja muszę odnajdować ciebie? — zapytał wampir. — Mógłbyś się bardziej postarać. Podszedł do Fleance'a i objął go po przyjacielsku ramieniem. — Mimo wszystko miło, że wpadłeś — kontynuował. — Rzadko miewam gości w moim nowym domu. Zwłaszcza tak znaczących. Tancerz Stali, jak to dumnie brzmi. Prawie jak tytuł szlachecki. — Ścisnął mocniej jego ramię, jakby był to dobry żart, i zaczął prowadzić szybkim krokiem w stronę jaskini, odsuwając ręką przeszkadzające gałęzie. Koń Fleance'a został w gęstwinie, rżał cicho. Sztylet także został pomiędzy krzakami, a Tancerz, nie znając przyczyny takiego zachowania wampira, wolał mu nie psuć humoru. Sztylet może poczekać, nic się nie stanie. Czuł z tego powodu dziwny ból, jakby rozstawał się z częścią siebie — jak w istocie było — ale musiał go przeżyć. — Może warunki nie są takie, jakimi chciałbym cię ugościć, drogi przyjacielu, ale da się przeżyć, gwarantuję. Hardyd wprowadził Tancerza do jaskini. Nie paliło się tam żadne światło, mimo to Fleance widział wszystko całkiem dokładnie, jak w jasną, bezksiężycową noc. Teraz zdał sobie sprawę, że im ciemniej jest wokół, tym lepiej widzi. Jednak nie to odkrycie wprawiło go w zachwyt, ale wystrój jaskini. Nie była to willa szlachecka, lecz mogła się równać z jego pokojem w karczmie, może nawet je przewyższała wygodą, jeśli pominąć chłód groty. Pod ścianą po prawej stronie stało łóżko z baldachimem, z trzech stron zasłonięte grubą kotarą. Obok stał stolik, a także krzesło. Naprzeciw wejścia stał fotel i stolik, z szachownicą i rozpoczętą partią. Obok leżała talia kart, pięknie zdobionych. Na stoliku obok łóżka leżały trzy książki, porządnie oprawione, nie zużyte. Ta na górze nosiła tytuł "Dzieje Irlany" — popularny wśród szlachty romans. — Zaskoczyłeś nas swoją wizytą, właśnie graliśmy w szachy. Ale może ty dokończysz partię ze mną, zanim wróci mój sługa? Tancerz dosunął sobie krzesło i usiadł przy czarnych pionach. Hardyd von Oskill usiadł w fotelu i ręką wskazał, że teraz ruch Fleance'a, który po paru sekundach ruszył wieżą. Dopiero po chwili zauważył, że tym samym odsłonił królową. Ciągle myślał o tym, co powiedział wampir. Sługa zmieniał odrobinę plany Tancerza.. Jeśli nie poskutkuje dyplomacja, siła raczej nie zda się na wiele przeciwko dwójce wampirów. No i pozostawało jeszcze denerwujące zachowanie gospodarza. Czemu traktował go jak dobrego przyjaciela? Fleance wbił mu przecież sztylet w plecy, dotkliwie raniąc. — Jak tam twoja rana? — zapytał, gotowy na gwałtowną reakcję wampira. — Dobrze. Została mała blizna, ale należy mi się. Nie doceniłem cię, za co przepraszam. Wampir mówił pełnym spokoju głosem, trzymając w ręku gońca. Potem zmienił go na piona i zabił piona Fleance'a. Skąd u niego taki spokój i opanowanie, zastanawiał się Tancerz, bijąc piona Hardyda. Wczoraj gotów był złamać swoje postanowienie i zabić mnie, a dziś? — A gdzie się podział twój sługa? — zapytał z ciekawości, ile jeszcze zostało mu czasu na rozwiązanie sprawy bez zbędnego komplikowania. — Wyszedł zająć się koniem i znaleźć coś do jedzenia. A wracając do rany, to nic nie szkodzi, naprawdę. Wydaje mi się, że bardzo się tym przejąłeś, a to była głównie moja wina. Walka była dobra, a ja przegrałem. Poza tym regeneracja szybko zrobiła swoje. Mimo pozorów przyjaźni musiał się jakoś wybronić, myślał Fleance, ciągle próbując znaleźć przyczynę odmiany wampira. Zasłania się tym, że rana była niegroźna, bo jako wampir leczy się szybko i z ran śmiertelnych dla innych, pomyślał, obserwując śmierć swojej królowej z rąk białych. Mimo wszystko honor górą. Wymiana pionów i figur trwała jeszcze przez jakiś czas. Fleance myślał o jedzeniu, o którym mówił Hardyd. Zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu niczego nie jadł. Z jednej strony bał się, że sługa wampira przyniesie owcę lub kozę, czy coś takiego, ale chciał mięsa, nie jakichś korzonków. — Wiesz, po co tu przyszedłem — powiedział nagle Fleance, zabijając jednocześnie wieżę białych swoim koniem, nieświadomie wchodząc w przygotowaną pułapkę. — Zdaję sobie sprawę z twojego celu — odpowiedział wampir i z łatwością pozbył się konia, przygotowując ostateczny atak. — Nie wiem więc, czy jest sens przedłużać to wszystko. Można to przecież załatwić bez twojego sługi, von Oskill. — Hardyd, jeśli można. Jesteśmy prawie równi. — Zgoda — zabił wieżę wampira, nieświadomie chroniąc się przed atakiem. — Więc jak to załatwimy? — Standardowo. Nie lubię udziwnień, wolę tradycję. — Więc po kolei, jeśli można prosić. — Poczekamy na mojego sługę, przyda nam się. — Ale do czego? — Fleance starał się wypracować dla siebie jak najlepszą pozycję. Z jednym wampirem może da sobie radę. Z dwoma — na pewno nie. — Do końca sam nie wiem, ale wolałbym, żeby tu był. Następnie przejdziemy do sedna sprawy. Mam nadzieję, że przynajmniej nie będziesz się rzucał. — Rzucał? — To trochę boli, sam zresztą wiesz. Wczoraj dostałeś próbkę. Fleance zrozumiał, o co chodzi wampirowi, ale postanowił się nie ujawniać. Z uśmiechem patrzył, jak jego król pada od cięcia gońca. Gdy zdał sobie z niego sprawę, zmienił go w uśmiech przegranego, jako wyraz uznania. — Ale zgadzasz się na moje warunki? — Jakie warunki? — Nic wielkiego. Chcę odzyskać swój sztylet. To sprawa najwyższej wagi. Czy moglibyśmy iść go odnaleźć? — To nie będzie trudne. Możemy iść. — Upiór podniósł się i skierował ku wyjściu. Tancerz podążył za nim. Przeszli do miejsca, gdzie Fleance został zaskoczony przez wampira. Rozejrzeli się w poszukiwaniu sztyletu. Tancerz skoncentrował się na nim, nie mogąc go odnaleźć wzrokiem. Leżał w krzakach, parę kroków obok niego. Kiedy spojrzał w tamtą stronę, wampir już go trzymał, przyglądając się ostrzu. — Ładna robota. Żadne mistrzowskie wykonanie, ale jak na nowego w tym fachu, to nieźle. — Czemu uważasz, że jestem początkującym? — zapytał Tancerz, wyciągając rękę po swój sztylet. — Czemu...> Bo z lepszym miałbym więcej problemów, a poza tym trzymam twoją broń. Z tego co wiem, u bardziej doświadczonych nie uchodzi to na sucho. Fleance złapał broń za ostrze i wziął ją od wampira. Podrzucił sztylet w górę i zręcznie złapał za rękojeść. Z sakiewki wyciągnął szmatkę i zaczął czyścić broń, jak to czynił po każdej walce. Ostatnie pociągnięcie było zamaszyste i umieściło sztylet przed nosem Hardyda. Miecz już syczał, wyciągany z pochwy, tym razem nie wplątując się w gałęzie. — A teraz drugi warunek — przerwał ciszę Fleance. — Wyniesiesz się stąd i to jak najprędzej. Nie zabiję cię, bo masz takie samo prawo do życia jak inni. Nie zabijasz ludzi. Radziłbym ci wycofać się w jakieś zacisze — ot, choćby śliczne Oskill. I tam żyć w ciszy i spokoju z owieczek i kóz. — A stamtąd wygoni mnie jakiś Tancerz Stali, wojownik, kapłan czy inna cholera. Nie, dziękuję, zostanę. — Podróżuj. Jedna czy dwie wioski to za mało. Zwiedzaj świat i Oskill. Jak raz do roku zniknie jakaś owca w wiosce, to nikt z tego afery nie zrobi. — Może i racja. — Wampir wzruszył ramionami. — Ale zaskoczyłeś mnie. Myślałem, że jesteśmy po jednej stronie. Jeszcze jedna noc i byłbyś kimś. Nie zwykłym robaczkiem, nieważnym, z którym nikt się nie liczy. Byłbyś nieśmiertelny. — Nie zobaczyłbym już słońca. — Nie zobaczyłbyś już śmierci. Wieczne życie, potęga, wiedza. Czegóż więcej pragnąć? — Światła, poczucia bycia człowiekiem, nie wampirem, którym straszy się małe dzieci. — Hmm... może i racja, jak już mówiłem. Tyle że sytuacja się zmieniła. Teraz to ja dyktuję warunki. Zajęty rozmową Fleance nie usłyszał, że ktoś się za nim skrada. Teraz było już za późno. Po raz kolejny tego dnia doświadczył, jak łatwo można spaść z wozu i zostać pociągniętym po kamieniach. Tylko tyle zdążył pomyśleć, nim odwrócił głowę, by zobaczyć, jak zbliża się do niego wielki konar. Pierwszy cios poszedł w plecy, wyrzucił go do przodu i pozwolił na obrót tułowia. Drugi trafił w bok głowy, w której aż rozbłysnęło. Poczuł jedynie, jak jego miecz trafia w miękkie ciało, a zaraz potem — jak sam upada twarzą prosto w krzak. Obudził się związany na podłodze w jaskini, gdzie niedawno jeszcze grał w szachy z wampirem. Hardyd siedział i zajęty był własnymi myślami, patrząc gdzieś przed siebie. Obok niego, na rozpostartym na ziemi kocu, leżał mężczyzna, stary, z siwymi włosami. Jedną rękę przyciskał do rozciętego i mocno krwawiącego uda, a drugą miał ułożoną pod głową. — Obudziłeś się już? — zapytał Hardyd von Oskill, obróciwszy twarz w stronę Tancerza. — Nie odpocząłeś długo, Nic to, zaraz odchodzę. — Więc jednak zdecydowałeś? — zapytał Fleance, próbując rozerwać więzy na rękach. Nic z tego, były mocne i dobrze związane. — Tak, ale nie przez ciebie. Muszę powiedzieć, że mnie zawiodłeś. Razem bylibyśmy potężni. Z moim intelektem — stwierdził bez cienia samokrytyki — i takimi umiejętnościami, jak twoje, daleko byśmy zaszli. — Zaszli w czym? W zabijaniu? — Niczego nie rozumiesz. Istnieje cały system. Jak inaczej przetrwalibyśmy tyle setek lat? Szybko by nas wybili. Musimy się trzymać razem. — Wampir wstał z fotela i zaczął się przechadzać: cztery kroki w jedną, cztery w drugą stronę. — Zaszlibyśmy daleko. — Ale ja wszystko zepsułem. Chociaż jeszcze nic straconego, sytuacja się zmieniła. Jest twój sługa, jesteśmy my. Możemy jeszcze wszystko naprawić. — Całkiem nieźle grasz w szachy, ale to jest życie. Tak łatwo mnie nie nabierzesz. — Zawsze warto spróbować. — Nie warto. Po jaskini przeszedł jęk rannego wampirzego sługi. Musiał być człowiekiem, skoro taka rana spowodowała krwotok, i pewnie nie przeżyje tej nocy. Hardyd z równie ciężką raną był w stanie uciekać. — Zabiłeś mi sługę — potwierdził myśli Tancerza. — Starego, ale dobrego. Muszę kupić nowego. Wiesz, jak o nich ciężko? — poskarżył się szlachcic. — Nigdy nie miałem własnego sługi. — Przydałby ci się, Zajmowałby się twoją bronią. — Sam daję sobie radę. — Sztylet, czemu wcześniej o nim nie pomyślał. Nie było go w pochwie, ale leżał parę centymetrów obok niego. Mimo to nie mógł go dosięgnąć niezauważony. — Ale dla mnie był bardzo ważny. Jak inaczej zabiorę to wszystko? Kto pojedzie do lasu w środku nocy, żebym mógł to załadować na jakiś wóz? Nikt, każdy boi się napaści. Wszyscy obawiają się jej nawet w dzień. Nie masz pojęcia, ile trzeba im zapłacić, żeby się zgodzili. — Wielka strata. — Fleance wzruszył ramionami. — Strata dla mnie, zysk dla ciebie. Możesz to wszystko zabrać i sprzedać. Polubiłem cię. Długo udało ci się mnie zwodzić. Praktycznie cały czas wierzyłem, że chcesz zostać jednym z nas. Tylko dlatego jeszcze żyjesz. Choć nie wiem, czy długo. Ja muszę już iść, bo za chwilę będzie za późno. Tancerzowi nie wydawało się, by zbliżał się wschód. Na zewnątrz jaskini ciągle było ciemno. Jeśli nie wschodu, to czego tak obawiał się wampir? — Żegnam. — Hardyd von Oskill przystawił rękę do nie istniejącego kapelusza i lekko skinął głową. — Tak, do szybkiego... — Oby nie. Z jaskini wyleciał nietoperz, który po chwili zniknął między konarami drzew. Fleance rozejrzał się i poczuł trochę nieswojo. Nie wiedział, skąd to zdenerwowanie, ale nie chciał już tam siedzieć. Sięgnął palcami po sztylet, obrócił go w dłoni ostrzem do góry i powoli zaczął przecinać sznur. Szło to opornie, bo pozycja była niewygodna, a lina gruba. Doszedł może do połowy, kiedy usłyszał kroki. Z początku myślał, że to nocne zwierzę, ale potem usłyszał syk miecza wyciąganego z pochwy. Nie przerywając przecinania, zaczął się zastanawiać, kto to mógł być. Ze swoim lepszym wzrokiem szybko zobaczył wroga. Nie wiedział czemu, ale przeczuwał, że to jego wróg, rywal. Przestał się poruszać i w ciszy obserwował mężczyznę. Ten przeszedł kawałek pod ścianą, z mieczem blisko ciała, by nie można go było wybić z zaskoczenia. Lewą ręką sięgnął do plecaka i wyjął małą pochodnię. Szepnął niezrozumiałe słówko i rzucił patyk na środek groty, trafiając w plecy sługi. Po jaskini rozszedł się jęk. Mężczyzna zrobił parę szybkich kroków w kierunku, z którego dochodził odgłos. Po jego pierwszym kroku jaskinia wybuchła światłem, które oślepiło Fleance'a. Usłyszał on jedynie kolejny jęk sługi, którego światło pewnie też oślepiło, albo zapaliło jego ubranie. Potem dał się słyszeć głos łamanych kości i ostatnie tchnienie rannego. Fleance spróbował rozerwać więzy, ale ciągle zostało za dużo sznura, wrócił więc do cięcia. Powoli otworzył też oczy, przyzwyczajając je do światła. — Ktoś ty? — zapytał przyciszonym głosem obcy. — Fleance, miło mi poznać, panie... — Tancerzu Stali — odpowiedział tamten, chowając miecz. — Ile masz pieniędzy? — Starczy. Możesz mnie rozwiązać? — A stać cię na to? — Dwie sztuki złota starczą? — zapytał Fleance, w duchu mając nadzieję, że wyjdzie z tego za darmo. Też jest Tancerzem, a trzeba sobie pomagać. Tak przynajmniej powtarzano w siedzibie podczas treningów. — Dobrze — powiedział drugi Tancerz i przyjrzał się sztyletowi w ręce Fleance'a. Wziął go i mocnym cięciem przeciął sznur. — Lepiej, żebyś mówił prawdę. Fleance potarł nadgarstki i odwrócił się, poczuł jednak jak jego własny sztylet został mu przyłożony do szyi. — Ja już się tym zajmę — powiedział obcy, odrywając sakiewkę Fleance'a od paska. Sztylet poleciał w kąt jaskini. — Proszę bardzo. — Powrócił do masowania sobie nadgarstków, rozglądając się jednocześnie po jaskini. Miecz leżał za fotelem, w którym siadał wampir. Wystawała jego rękojeść. Obcy Tancerz właśnie do niej podchodził. — To moje — powiedział Fleance, wskazując na miecz. Obcy nie przejął się tym zbytnio i sięgnął po broń. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. — Ty Tancerzem? — zapytał z drwiną w głosie. Wyjął ostrze i przyjrzał mu się. Po chwili wsunął je z powrotem i odrzucił Fleance'owi. — Proszę bardzo. — Obcy nie przestawał się śmiać. — Zmień lepiej zawód. Nie liczyłem, że jakiś Tancerz zniży się do proszenia o pomoc. Nowy czy stary? Co za różnica, nie powinieneś już żyć. Ale zapłatę wziąłem, więc bierz sztylet i wynocha, bo się jeszcze rozmyślę. Obcy Tancerz skierował się do sługi Hardyda von Oskilla, a Fleance poszedł po swój sztylet. Przetarł go o spodnie i włożył do pochwy. — Prosić o pomoc to nie wstyd — powiedział. — Gorzej jest jej nie udzielić. Nie wszystko da się rozwiązać, skręcając komuś kark. A i z przegranej walki można się wiele nauczyć. Może i więcej niż z wygranej. — Wypierdalaj! — krzyknął obcy. — Życie ci darowuję, a ty mi głupie morały prawisz? Już cię tu nie ma! Fleance spokojnym krokiem opuścił jaskinię. Powoli szedł w stronę miasta. Znalazł swojego konia, przywiązanego do drzewa. Wsiadł na niego i jechał dalej konno. Więc już spotkał tych "złych" Tancerzy. Nie spodziewał się ich zobaczyć tak szybko, ledwo parę tygodni temu opuścił siedzibę Tancerzy. To pierwszy Tancerz poza siedzibą. I od razu zły. — Złamanego grosza nie dam — powiedział burmistrz. — Z innym Tancerzem podpisałem umowę, on ją wypełnił. Był tu o świcie. — Ja pozbyłem się wampira — powiedział z naciskiem Fleance. — On był pierwszy, on miał umowę. Trudno. Dogadaj się z nim. — Okradł mnie, a teraz zabiera mi nagrodę? — Tancerz sięgnął po sztylet. — Co to, to nie. — Straż! — krzyknął pobladły burmistrz. — Ach, cholera z tobą! Tancerz wstał i wyszedł, nie napotykając po drodze żadnej straży, która widocznie nie usłyszała wezwania. Przez chwilę zastanawiał się nad powrotem, ale w końcu zrezygnował. Następnym razem będzie się bardziej pilnował. Siebie i swoich pieniędzy. Musi z wszystkiego wyciągać naukę, a jak łatwiej się nauczyć, jak na własnej skórze. Taki już los nowego. Trudno, trzeba żyć, taki los. Postanowił pożegnać się z tą kobietą, którą poznał. Może znowu zaprosi go na obiad? Koniec Prześlij mi swoją opinię o artykule! |