Spis treściInkluz

Tawerna pod Smoczą Paszczą


Skavenblight

Ten, który zbudził drzewa


— Bohater? Pewnie, że chciałbym zostać bohaterem! Tylko że ten świat nie potrzebuje bohaterów. Potrzebuje niewolników do niewdzięcznej pracy, ot co!

Cierń przekręcił się na drugi bok. Miał tej nocy poważne kłopoty z zaśnięciem. Wieczorem jak zwykle padł bez sił i zasnął, lecz potem znów nawiedził go ten sen i po przebudzeniu nie mógł zmrużyć oka. Denerwowały go hałasy na zewnątrz — Avalt potrafił całe noce spędzać na przechwalaniu się i piciu, jeśli oczywiście w pobliżu nie było kobiet. Jeśli były, przechwałki trwały tak długo, jak długo kobieta mogła mu się oprzeć. Cierń myślał chwilami, że gdyby był bardzo bogaty, mógłby nawet płacić im za zabawianie Avalta przez całą noc. Odkąd pamiętał, ten durny pijak zawsze był hałaśliwy.

Cierń westchnął. Zapewne nawet największa fortuna nie mogłaby przepędzić jego snu. Od kilku dni nawiedzał go co noc. W dodatku zaraz po przebudzeniu umykał, rozwiewając się w mgliste wspomnienie. Cierń próbował wszystkiego — upijał się do nieprzytomności, drzemał w dzień, nawet spróbował odwiedzić wiedźmę. Niestety, skończyło się to tylko wydaniem całego skromnego majątku na alkohol, kilkoma szturchnięciami zarobionymi za spanie podczas służby i przysmażonymi przez ognistego jastrzębia włosami. Po tym ostatnim wypadku Cierń stracił nadzieję i zaprzestał starań. Nadal jednak nie mógł zasnąć i spędzał całe noce, wpatrując się w Gwiazdę Sheurah, wciąż niezmiennie jasną i wielką, błyszczącą na tle czarnego nieba.

Tej nocy również leżał cicho, spoglądając na Gwiazdę przez dziurę w namiocie. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spędził noc pod dachem, w prawdziwym domu. To musiało być naprawdę dawno, jeszcze zanim ojciec oddał go strażnikom. Nie było to łatwe; chyba z sześć razy został wyrzucony na zbity pysk. Ale matka powtarzała mu zawsze, żeby nie dał się tak łatwo odstraszyć, więc Cierń wracał. Za którymś razem wrócił na dobre, a strażnicy przyjęli go zwyczajnie, jak swojego. Wtedy pierwszy raz się upił i spędził noc, podziwiając Gwiazdę Sheurah, szczęśliwy, wtulony w wielkie piersi dziewczyny, której już nawet nie pamiętał.

Szybko jednak okazało się, że życie wśród strażników nie jest tak ciekawe, jak ojciec mu opowiadał. Cierń był przekonany, że Kamienny Las jest najnudniejszym miejscem na świecie. Do domu jednak wrócić nie mógł; wojna domowa, która jakimś cudem ominęła Kamienny Las, podzieliła Maerglor. Rodzinna wieś została w ojczyźnie, lecz Kamienny Las należał już do Havlarony. Straciwszy złudzenia, Cierń szybko zyskał opinię wiecznie narzekającego i oschłego odludka, którego łatwo doprowadzić do wściekłości. Kobiety nie zwracają na takich uwagi, toteż wieczory spędzał samotnie. Nie żałował jednak; najlepiej czuł się sam.

Avalt na chwilę ucichł; być może pojawiła się w pobliżu dziewka z pobliskiej gospody. Cierń zastanawiał się, czy mogła to być Valdhis. Od kilku dni uśmiechała się do Ciernia wyjątkowo przyjaźnie i nawet jemu, samotnikowi, robiło się trochę dziwnie na jej widok. Co prawda plotkarze tacy jak Tywar mówili, że "ona tak do każdego", ale Cierń nauczył się, by nie wierzyć nikomu poza sobą. Im więcej myślał o tym, że mogła być teraz z Avaltem, tym większą miał ochotę wyjść i z kimś porozmawiać. To nie był normalny dla niego stan, toteż czuł się mocno podenerwowany.

Nie mogąc opanować pokusy, wyjrzał. Na zewnątrz przy ognisku siedział tylko Tywar, ogryzający udko młodego ognistego jastrzębia. Taki jest pożytek z sąsiedztwa wiedźmy, pomyślał Cierń, jest chociaż co jeść.

— A ty znowu nie śpisz, co, Kłujący? — zapytał pogodnie młody strażnik.

— Jakoś nie jestem śpiący — skłamał Cierń. — Gdzie się podział tamten...?

— Aaa! — roześmiał się Tywar. — Tu cię boli! Nie martw się, Valdhis przyszła tylko na chwilę. Poziewała demonstracyjnie przy jego pieśniach na własną cześć, po czym poszła precz. Uprzedzając twoje pytanie, nie pytała o ciebie, ale rozglądała się jakoś dziwnie wokół. A potem poszła i tyle ją widziałem.

— Dzięki. Co prawda zapytałem tylko o Avalta, ale nie zaszkodzi mi wiedzieć, jak spędzili ten wieczór pozostali strażnicy i ich towarzyszki — mruknął i przysiadł obok Tywara.

— Ładna noc, co? — zapytał towarzysz.

— Obrzydliwa — odburknął Cierń. — Nienawidzę nocy.

— Bo nie możesz spać, co? Albo, bo Valdhis...

— Raczej to pierwsze — przerwał strażnik.

— Znowu miałeś ten sen?

— Tak — odrzekł Cierń. — Znowu.

— I nie opowiesz? — Tywar spojrzał uważnie na towarzysza.

— A co to da? To tylko sen. Poza tym sam go dobrze nie pamiętam.

Tywar zrezygnował z dalszych pytań. Od niedawna pełnił tu służbę, lecz zdążył już poznać wszystkie typowe zachowania Ciernia — łącznie ze stanem najwyższej wściekłości, kiedy Cierń osiągał już takie sukcesy w sztuce rzucania obelgami, że pokonałby niejednego orka na dorocznym turnieju w Runxidal. Wiedział też, że jego starszy towarzysz nigdy nie mówi nawet o słowo więcej, niż wymaga tego sytuacja. Przyzwyczaił się do tego. Jak na ironię, Cierń był jedynym strażnikiem, którego Tywar naprawdę lubił.

— Poszedłbyś do tej wiedźmy raz jeszcze — powiedział. — Gadałem z Olien. Wiesz, ta z dużymi... Podobno starucha czasem pomaga. Żeby nie ona, Olien miałaby już pięcioro dzieci.

— Dzięki, ale zdaje mi się, że mnie to nie pomoże.

Tywar wzruszył ramionami. Cierń najwyraźniej nie miał ochoty dzisiaj gadać. Cierń najwyraźniej nigdy nie miał ochoty gadać. Cierń w każdej sytuacji — z wyjątkiem napadów szału — był tak samo małomówny i oschły. Nawet kiedy popijali razem piwo, nie odzywał się prawie wcale. Tywar nie był nawet pewien, czy Cierń go lubi. A jednak mimo wszystko przesiadywał z nim w samotne noce; tylko przy nim czuł się naprawdę sobą, choć na ogół obaj milczeli.

— Wyjrzę na brzeg, może Avalt już wraca — mruknął, wstając. Cierń tylko pokiwał głową i dalej melancholijnie wpatrywał się w dogasający ogień.

Nie po raz pierwszy zastanawiał się, skąd w Kamiennym Lesie wzięli się strażnicy. Oczywiście, każdego z nich karmiono legendą o tym, że bóg Higmur — po wojnie w Havlaronie oficjalnie zmieniono Higmura na Walgoha — wybrał spośród najmężniejszych ludzi tych najbardziej wytrwałych (stąd pewnie nikogo nie przyjmowano od razu; chcieli sprawdzić, na ile komuś naprawdę zależy na służbie), by strzegli Kamiennego Lasu. Lecz cóż takiego było w tym lesie, że sami bogowie chcieli go chronić? Rzecz jasna, nie wyglądał jak każdy inny, w niczym nie przypominał aervalskiego lasu czy legendarnego Lasu Nirinloth. W Kamiennym Lesie każde drzewo było uschnięte; żadne nie kwitło ani nie wypuszczało liści. Wszystkie drzewa były tak stare, że naprawdę wyglądały na wyciosane w kamieniu. Lecz co takiego kryło się w nim, że potrzebni byli strażnicy? Strażnikami c z e g o właściwie byli? Na samym początku, pierwszego dnia, Cierń zapytał o to najstarszego ze strażników, Ingeldara, ale ten się tylko roześmiał i powtórzył legendę o Higmurze.

Skoro jednak coś — może coś zapomnianego, nawet przez samych strażników — kryło się między skamieniałymi ze starości drzewami, to również musiało istnieć jakieś zagrożenie. Cierń wiele razy zastanawiał się, co to mogło być. Nieraz walczył ze zbójami, lecz nie wierzył, by to oni zagrażali uschłym drzewom. Kilka razy zdarzyło im się złapać nekromantę czy innego mrocznego maga. Lecz procedura była w tym wypadku zawsze ta sama — więźniów odsyłano do Riareth, gdyż tam znajdował się główny sąd, któremu podlegali. Cierń nigdy nie zdążył porozmawiać z nimi choćby przez chwilę, nigdy nie zapytał, czego szukali wśród drzew.

Nagle usłyszał jakiś trzask od strony rzeki. Obrócił się gwałtownie, nasłuchując uważnie. Ktoś nadchodził; z pewnością nie była to jedna osoba. Może to Avalt z kompanami? Cierń pokiwał głową. Nie. To nie były kroki strażników.

— Dalej, mały, prowadź! — usłyszał skrzeczący głos. — Ale już! Bo jak nie, skończysz w wodach Aer' Lith, zamieniony w wodnego pająka...

— Litości, pani! — zajęczał z daleka Tywar. — Przecie idę najprostszą możliwą drogą!

Cierń westchnął. Wyglądało na to, że nadchodzą kłopoty. Co gorsza, dostały w swe ręce Tywara. Podniósł się spiesznie i poszukał swej kuszy.

Okazało się to zbędne, bowiem w tej samej chwili zza skamieniałych drzew wyłoniła się stara wiedźma, trzymająca Tywara za ucho szponiastymi dłońmi. Cierń uśmiechnął się pod nosem. A więc ten szczeniak naraził się wiedźmie.

— To tu. — Tywar jęknął, gdy czarownica puściła wreszcie jego ucho. — Tu jest obóz strażników.

— Wspaniale. Ale co was tutaj tak mało? — zapytała. — Czyżby wszyscy poszli pić? Cóż za brak odpowiedzialności. Że też takich strażników się teraz chowa! Wszystko przez Ingeldara, który uparł się z zachowaniem tajemnicy. Ech! — machnęła ręką. — Nieważne. Virdoto, do mnie! Już!

Gdzieś nad głową Ciernia zatrzepotały skrzydła, coś dużego spadło jak trafione strzałą w dół i wielki ognisty jastrząb przysiadł na ramieniu wiedźmy. Cierń aż się wzdrygnął. To z pewnością było to samo ptaszysko, które przysmażyło mu włosy kilka dni wcześniej.

— Gadajże, który to? Masz nieduży wybór, możemy poczekać na resztę.

— Nie trza, nie trza, nie trza! — zaskrzeczał jastrząb. — Virdoto poznaje!Virdoto nie zapomni tej ponurej gęby! Virdoto mówi, że to ten starszy!

— Doprawdy? Jak się nazywasz, młody człowieku? — zapytała wiedźma, przyglądając mu się z takim zainteresowaniem, że aż zadrżał.

— Starszy strażnik Kamiennego Lasu, Cierń — mruknął. Pytanie nie spodobało mu się. Nie spodobał mu się również jastrząb. Ciągle czuł jeszcze w powietrzu smród swych spalonych włosów. — Pani życzy sobie...?

— Tylko ciebie, młodzieńcze, tylko ciebie. Zbieraj, co masz do zabrania, i chodź ze mną. Virdoto, oby jemu ktoś tak przysmażył pióra, mówił, że miałeś Sen, a na to czekałam. Kto by pomyślał, że przez tych kilka dni mojej nieobecności coś się wydarzy! Miałeś Sen, prawda?

— Istotnie, miałem jakiś sen...

— Nie jakiś, a Sen. — przerwała, zniecierpliwiona. — Już, chodź. Nie musisz nawet zabierać rzeczy, nie masz nic, co mogłoby ci się przydać. Daję ci trzy uderzenia serca. Już! I tak jesteśmy spóźnieni, bardzo spóźnieni. Musimy zdążyć przed twoimi towarzyszami i przed nią; ona jest bardzo niecierpliwa. Nie, nie mów nic, do tego jeszcze dojdziemy. Zbieraj się. Może jako strażnik masz prawo rozkazywać obcym, lecz nie wiedźmom!

Co prawda, to prawda. Cierń nie chciał ryzykować bardziej, niż to konieczne. Spojrzał na Tywara, który kiwnął głową ze zrozumieniem. Ze zrozumieniem! On jest przerażony, pomyślał Cierń, co też mi przychodzi do głowy, żeby go zostawiać? Ale właściwie... jakie mam wyjście? Wiedźmy od zawsze miały w tym lesie władzę, o jakiej wielu młodszych strażników nie miało pojęcia. Nawet Avalt prawie nigdy nie narażał się czarownicy; przynajmniej nie na trzeźwo. Cierń westchnął. Zastanawiał się, jakie kłopoty może sprowadzić na niego znajomość z wiedźmą. Czy Tywar powie reszcie, że ona go uprowadziła? Czy uwierzą? Czy będzie musiał wysłuchiwać kazania Ingeldara?

Na razie jednak postanowił o tym nie myśleć. Zastanawiał się, co też może mieć na myśli wiedźma, mówiąc o jego śnie jako o czymś niezwykłym. Owszem, zdarzały się na świecie różne klątwy senne i inne dziwadła; ale nawet jeśli jego sen należy do takich, to nie może być jedyny powód, by w ten sposób o nim mówić. Cierń roześmiał się nagle, ponieważ zdał sobie sprawę, że słabo już pamięta koszmar ostatnich nocy. Tak było zawsze — za dnia zapominał wszystko, dopiero nocą nawiedzało go to ponownie, szarpiąc jego świadomością i wkradając się do niej podstępnie, aż zrywał się, przerażony czymś, co rozmywało się natychmiast i nie dawało spojrzeć sobie w oczy. A jednak było na tyle ważne, że porwała go czarownica.

A przecież Kamienny Las jest taki nudny, pomyślał Cierń.



Czarownica nie mieszkała daleko. Pośród ciernistych krzaków, które podczas ucieczki przed jastrzębiem zdążyły się już wbić Cierniowi w pamięć i inne części ciała, wznosił się niewielki pagórek. Na nim sterczała kupa przegniłych desek, która po dłuższym wpatrywaniu się zaczynała przypominać dom. Uśmiech czarownicy wskazywał, że oto zbliżają się do jej chaty.

— Tylko wytrzyj nogi, z łaski swojej. — warknęła kobieta, kiedy schody zajęczały pod jego stopami.

Cierń zastanawiał się, czy horda orków po przemarszu przez bagna Aermai mogłaby bardziej zaszkodzić tej podłodze. Miał co do tego poważne wątpliwości. Chata wiedźmy była brudna od sufitu do podłogi, a dziury w podłodze tworzyły swego rodzaju labirynt, który trzeba było sprytnie ominąć, by nie spaść do zakurzonej piwnicy. W powietrzu unosił się zapach błota i zgnilizny.

Dopiero po chwili Cierń dostrzegł dwie postacie całkiem niepasujące do tego otoczenia. Siedziały na połamanych krzesłach i popijały wino. Jedną z nich była dość wysoka kobieta o bardzo jasnych włosach, drugą zaś młody mężczyzna o zagubionym wyrazie twarzy. Sądząc po ubiorach, oboje byli czarodziejami. Cierń jęknął. Nie przepadał za wiedźmami, ale nawet one nie były dla niego gorsze niż magowie. Zdążył już poznać wielu — niekoniecznie z dobrej strony — i za każdym razem lądowali oni tam, gdzie, jak skrycie uważał, było ich miejsce: w więziennym wozie, odsyłanym do Riareth.

— Państwo pozwolą, to jest ten, co miał Sen — zaskrzeczała czarownica. — Cierń mu na imię. Cierniu, to jest Thonde, Władająca Światłem, czy czym tam... a to jej uczeń, Essain. Przybyli do nas z Riareth.

— To wspaniale — mruknął Cierń. — Bardzo mi miło.

Thonde uśmiechnęła się, zaś Essain skłonił się sztywno.

— Dobra, dość tych powitań, śpieszy nam się. Na przełomie Vildera i Walgh — ciągnęła wiedźma — ty i twoi ludzie zatrzymaliście nekromantę. Przedstawił się wam zapewne jako Orden. Przypominasz sobie, Cierniu?

— Tak, oczywiście — powiedział strażnik. — Orden. Zachowywał się inaczej niż reszta. Wciąż dotykał drzew i spisywał coś na pergaminie. Niestety, nikt z nas nie rozszyfrował tych znaków, wyglądały dość dziwnie...

— Szamański alfabet z Muondan? — zapytał Essain i zawył, gdyż w tym momencie Thonde kopnęła go pod stołem.

Zapadła cisza.

— Muondan? — Cierń miał nadzieję, że nie dosłyszał. — Macie na myśli szamanów z Yl' Thei, czarnych niewolników Izzgarotha?

— Idiota! — warknęła Thonde. — Dudro, co ja mam z nim zrobić? Przecież on jest...! Nawet słów na to brak! Ciągle mam przez niego pecha! Zawsze coś takiego powie! Pomijając już fakt, że muszę go wiecznie ratować... Essain — zwróciła się do swego ucznia — z ciebie nie będzie maga. Ty się usmażysz własnoręcznie po drodze.

— Przepraszam — zajęczał Essain, zawstydzony. — Nigdy już tego nie zrobię.

— Co z tego, skoro zrobisz coś nowego? A poza tym... nie odwrócisz już tego, co zrobiłeś. Teraz wystraszyłeś nam strażnika na śmierć. Zobacz, jaki blady!

— Bez przesady — próbował załagodzić Cierń, choć istotnie był oszołomiony i przerażony. — Już się stało, jakoś to przeżyję. A zatem — nabrał powietrza — mamy kłopoty... z demonami?

— Owszem — potwierdziła Thonde. — A konkretnie z ich szamanem.

Cierń zadrżał. Przypomniał sobie Ordena; istotnie, nikt nie potrafił odczytać jego zapisków. Ale mieli wtedy tyle roboty... nikomu nie chciało się jechać do Riareth i pytać o takie bzdury. Na szyi miał zawieszony amulet Terrohal, którą to nazwę tłumaczono jako "inna droga do wieczności". Avalt słyszał od Ingeldara, że może on służyć do ożywiania umarłych, i na tej podstawie Ordena uznano za nekromantę. Nie było czasu na dokładniejsze śledztwo. Co tu dużo mówić, pomyślał Cierń, sami jesteśmy sobie winni. Ale co było wtedy robić? To była pora, kiedy do lasu zaglądali orkowie, nieliczni, którym udało się zbiec na ląd w Theagre.

A teraz... teraz Cierń miał kłopoty. Sama myśl o szamanach z Yl' Thei była dla niego przerażająca. Słyszał niejedną straszliwą legendę o upadku Willimai i zniszczeniach, jakich dokonali czarni niewolnicy demonów na dawnych ziemiach ludzi. To ich dziełem był przecież Ioritan, który z roku na rok rozprzestrzenia się coraz bardziej. A teraz próbują wtargnąć do Kamiennego Lasu!

Spojrzał z niedowierzaniem na wiedźmę. I po to go tu przywiodła!

— Na Higmura, Thonde, nie znęcaj się tak nad tym dzieciakiem. — Dudra poklepała po ramieniu Essaina. — Ma pecha, to prawda, ale teraz nic się nie stało. Nasz strażnik trzyma się całkiem nieźle. Na pewno wam się przyda. Prawda, Cierniu?

— Chwila — powiedział Cierń, wciąż oszołomiony. — Najpierw chcę wiedzieć, o co chodzi. Co ja mam do tego? Co to za sen? Jak groźny jest Orden? Chcecie pomocy, to musicie mi wszystko wyjaśnić.

— Sen to ostrzeżenie — odrzekła na to czarodziejka, a kiedy się odezwała, Cierń zrozumiał, jak działał na Essaina ten głos; czuł się jak ostatni idiota. — Ty zostałeś wybrany na jego odbiorcę, a co za tym idzie, również na Tego, Który Budzi Drzewa. Orden nie żyje od dziesięciu dni i jest całkowicie niegroźny, w odróżnieniu od szamana Tancota, którego był sługą. Więcej dowiesz się po drodze, o ile nie wessie cię portal Endror, z winy Essaina, oczywiście.

Essain milczał ponuro.

I tak wpada się w bagno, pomyślał Cierń. Bezgłośnie i niepostrzeżenie.



Nie wessał go portal Endror; Cierń skrycie miał na to nadzieję. Wolałby raczej spotkać się z demonami na ich wyspach niż widzieć ich sługi na własnej ziemi. Rozmowa z Thonde otworzyła mu oczy na niebezpieczeństwo grożące Kamiennemu Lasowi. Władająca Światłem powiedziała mu, że Izzgarothowi zależy na opanowaniu wszystkich lasów na północy Kontynentu — po sukcesie w Nirinloth, gdzie powstanie zostało w końcu stłumione, a nieliczni ocalali powstańcy uciekli do Maergloru, władca demonów zainteresował się Kamiennym Lasem. Wiązało się to z jego tajemnicą, której jednak Thonde nie chciała mu zdradzić. Mruknęła tylko znowu coś o "Tym, Który Budzi Drzewa" i by zmienić temat, zaczęła go wypytywać o Sen.

Lecz co Cierń mógł jej odpowiedzieć? Pamiętał tylko tańczące cienie — mgliste i czarniejsze od nocy. Tańczyły ponad płomieniami, jednak nie mógł nigdy dostrzec, co było ich źródłem. A potem cały sen rozmywał się i Cierń pokiwał ponuro głową, tłumacząc się brakiem pamięci. Thonde zmarkotniała i zamilkła. Wyglądało na to, że ją zawiódł.

Władająca Światłem była niezwykłą kobietą. Cierń przypomniał sobie Valdhis i zastanawiał się, jak mógł uważać ją za piękną. Różniła się od innych dziewcząt, ale w niczym nie dorównywała Thonde. Czarodziejka była wysoka i bardzo szczupła. Jej włosy były tak jasne, że odbijające się od nich światło niemal oślepiało strażnika. Duże szarobiałe oczy sprawiały, iż pod samym jej spojrzeniem czuł się oświetlony ze wszystkich stron. Jednocześnie nie podobało mu się to, że w jej obecności czuł się całkiem nieważny. Drażniła go ta świadomość, dlatego od początku raczej nie przepadał za czarodziejką. Owszem, była piękna i fascynująca, ale zbyt wyniosła, by mógł z nią nawiązać bliższy kontakt.

Wyruszyli w drogę następnego dnia; Thonde mówiła o pośpiechu, lecz z jakichś powodów nie chciała wychodzić w nocy. Nawet Dudra starała się ją przekonać, lecz spotkała się tylko z kilkoma przykrymi słowami w obcym dla Ciernia i Essaina języku, które zawstydziły wiedźmę i sprawiły, że nie odzywała się więcej. Sam Essain rzadko kiedy mówił cokolwiek. Na ogół patrzył ze strachem i niechęcią w stronę swojej mistrzyni i milczał. Cierń wcale mu się nie dziwił.

Szli teraz ścieżką, którą Cierń ledwo znał. Wiedział, że prowadzi ona gdzieś do Siódmego Szlaku, ale ponieważ tamte okolice chroniła już straż graniczna Maergloru, nie znał ich zbyt dobrze. Dudra niemal się nie odzywała i ignorowała wszelkie jego pytania. Na twarzy Thonde gościł niepokój tak wielki, że Cierń wolał o nic jej nie pytać. I tak nie potrafił określić, co naprawdę chciałby wiedzieć. Nie rozumiał, co się dzieje i jaką rolę w tym odgrywa. Kim jest "Ten, Który Budzi Drzewa"? Jakie zadanie czeka go w walce z szamanem, wspieranym przez najpotężniejszego wroga Kontynentu?

Spojrzał na Essaina. Poczuł przypływ sympatii dla tego pechowca. On również znalazł się tu mimo woli. Wydawał się najbardziej ludzki z całej trójki i to z nim Cierń postanowił porozmawiać. Brakowało mu jakiejś przyjaznej duszy, gdy Tywar został daleko stąd.

— Skąd pochodzisz? — zapytał, byle tylko zacząć rozmowę.

Essain spojrzał na niego ponuro i z jakimś niedowierzaniem, jakby był pewien, że nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby się do niego odezwać.

— Z Riareth — odpowiedział w końcu. — Z najgorszego miejsca pod słońcem — dodał.

— Nie idzie ci w tej waszej szkole, co? — Cierń starał się, by jego głos brzmiał współczująco.

— Najgorsze, co może zrobić pechowiec, to zostać magiem — potwierdził Essain. — Tak, nie idzie mi dobrze; prawdę mówiąc, chciałbym stamtąd odejść. Domyślasz się, co to za życie, człowiek ma ochotę już tylko uciec. Tylko że nie mógłbym już pojawić się w Riareth.

— A to czemu? — zainteresował się strażnik.

— Ponieważ — westchnął mag — moja rodzina od początku życia chce się mnie pozbyć i kiedy oddawali mnie w ręce Thonde, powiedzieli mi otwarcie, że albo zostaję u niej, albo zniknę niepostrzeżenie. Nie pytaj, dlaczego za mną nie przepadają. Ja zawsze miałem pecha. Koszmar tam, koszmar tu — a teraz jeszcze ten szaman. I cały czas ta... — wskazał palcem Thonde. — Mam jej dość.

— Chyba trochę cię rozumiem — odrzekł Cierń. — Ona przy każdym się tak zachowuje. Jakby... była kimś więcej niż człowiekiem.

— Bo jest — potwierdził Essain. — Mówią, że jej przodkowie budowali jedną ze starożytnych stolic tego świata.

— Chyba Runxidal — mruknął Cierń, wzbudzając tym niepohamowany śmiech towarzysza.

Thonde odwróciła się gwałtownie i zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. Essain natychmiast przestał się śmiać i skulił się w sobie. Dziwił się, jak Cierń może znieść ten wzrok.

— Bluetroth — rzuciła i znów odwróciła się do nich plecami.

Strażnik uśmiechnął się do towarzysza, wciąż jeszcze przestraszonego gwałtowną reakcją czarodziejki.

— Ona wszystko słyszy, co?

— Trudno powiedzieć. Na pewno zawsze słyszy to, czego nie powinna — potwierdził Essain, znów tłumiąc chichot. — Runxidal. Dobre. Chociaż wyznam ci, że nie przepadam za przybyszami z tego miasta. Kiedyś jeden ich zielonoskóry czarnoksiężnik rzucił na mnie klątwę. Miałem wysypkę przez kilka dni. Od tej pory unikam orków.

— A nie myślałeś, żeby w ogóle uciec z tego miasta? Przecież poza murami Riareth rodzina nie będzie cię już ścigać. Thonde się chyba nie zmartwi. Mógłbyś spróbować.

Essain westchnął ponuro i spuścił wzrok.

— Nie, chyba nie mógłbym — odrzekł. — Ja sam bym sobie nie dał rady, z moim pechem. Jak bym się obronił? Uczyli mnie tego kiedyś, dawno, jeszcze gdy mieszkałem z rodziną. Wyobraź sobie, miałem miecz. Mój mistrz miał wtedy wszystkie palce. Zgadnij, co się stało z mieczem i dwoma jego palcami po naszej spektakularnej walce? Sam też nieźle się wtedy pokaleczyłem. Ja po prostu jestem zbyt pechowy, żeby sobie dać radę. Nawet w Riareth potykam się o własne nogi.

Cierń skinął głową. Rzeczywiście, sytuacja Essaina nie przedstawiała się w jasnych barwach. Przypomniał sobie, że teraz i on nie może mówić o szczęściu. Rozejrzał się. Otaczały go wciąż te same, skamieniałe drzewa. Jak dobrze już je znał! A jednak... jednak teraz zaczął się zastanawiać. Co tak naprawdę wie o Kamiennym Lesie? Ile tajemnic krył przed nim? Na jak wiele pytań nie odpowiedział mu Ingeldar? Nie, pomyślał Cierń, nie mogę wiedzieć wszystkiego. Te drzewa były czymś więcej niż tylko kamiennymi posągami wzniesionymi przez bogów. Czymś więcej niż tylko wspomnieniem dawnych czasów. Cierń czuł to wyraźnie. Czuł, że mimo twardych jak kamień pni drzewa wciąż żyją. Zdawało mu się, że słyszy ich głosy, wołające go po imieniu. Zadrżał. To musiał być wiatr, pomyślał. Drzewa są martwe.

Starał się skierować swe myśli na coś przyjemniejszego. Ciągle intrygowała go Thonde, zwłaszcza teraz, gdy dowiedział się, że jej przodkowie byli elfami. Wiele razy słyszał o Bluetroth i zastanawiał się, jak mogła wyglądać dawna elfia stolica. Częściej jednak wyobrażał sobie Las Nirinloth. Jak wygląda teraz? Zapewne po zdobyciu przez Izzgarotha bardzo się zmienił. Cierń słyszał legendy o demonach nawiedzających drzewa. Zadrżał znowu. Czy o takiej armii marzy władca demonów? Czy po to właśnie chce opanować wszystkie lasy?

I znów jego myśli mimowolnie zajął Kamienny Las. Z pewnością grożące mu niebezpieczeństwo jest ogromne. Jakaś nieznana potęga, tkwiąca w nim, musi być dla Izzgarotha tak samo cenna jak drzewa. Może nawet cenniejsza? Cierń pomyślał, że dałby wiele, by poznać tajemnicę miejsca, którego tak długo już strzegł. Wydawało mu się niesprawiedliwe, że byle wiedźma i czarodzieje z Riareth wiedzą więcej niż on. Jak to możliwe, że tyle lat chroni te drzewa i wciąż nie wie, co w sobie kryją?

Znów dosłyszał swoje imię. Odwrócił się gwałtownie. Tym razem był już pewien — to nie był nikt z towarzyszy, to nie był wiatr. To drzewa szeptały do niego. Słyszał ich głosy, z początku pojedyncze, potem już cały las zdawał się szumieć. Jakaś rozpacz była w tym szumie, jakiś ból. Cierń czuł, że musi zrobić wszystko, by ten ból uśmierzyć. Przerażały go setki wołających go głosów. Spojrzał rozpaczliwie w niebo.

A na niebie rozlewał się już mrok, czarny i miękki. Szara mgła osiadła na wierzchołkach drzew.

Nadchodziła noc.



Z głębi ziemi buchnęły płomienie, oślepiając Ciernia na kilka chwil. Stało się to tak niespodziewanie, że aż zadrżał, gdy uderzyła go fala gorąca. Gdy w końcu jego wzrok przyzwyczaił się do światła, dostrzegł, że w powietrzu zadrgało coś ciemnego. To była ta chwila, w której Cierń wiedział już, że to kolejny sen. Chociaż nie mógł się obudzić, był świadomy, że to, co widzi, nie dzieje się naprawdę.

Ponad płomieniami zawirowały cienie. Teraz już Cierń widział je dokładnie. Obserwował ich taniec z niezmienną fascynacją, lecz również ze strachem. Czuł, że ten sen różni się czymś od poprzednich. Był bardziej wyrazisty. Do uszu Ciernia dochodziły dziwne dźwięki. W pierwszej chwili zdawało mu się, że to szum wiatru wśród drzew. Po chwili jednak zaczął odróżniać poszczególne słowa i zadrżał. Zrobił dwa kroki w tył, lecz wpadł na ścianę, której wcześniej nie zauważył. Rozejrzał się rozpaczliwie wokół. Pragnął obudzić się teraz, lecz nie potrafił zapanować nad swym snem. Próbował zatkać uszy, lecz słowa huczały w jego głowie i nie mógł się od nich uwolnić.

Cienie zbliżyły się do niego. Patrzył im teraz w oczy, zaglądał w otchłań bez dna, bezskutecznie próbując oderwać od niej wzrok. Czuł dreszcze przebiegające mu po plecach. Nigdy przedtem nie bał się tak jak teraz.

— Zbudź się, strażniku! — szeptały cienie. — Zbudź drzewa! Cierń próbował krzyknąć, ale krzyk uwiązł mu w gardle.

— Płomień nas ogarnia! — głosy stały się płaczliwe. — Obudź drzewa! Szarpnął się znów do tyłu, lecz niewidzialna ściana wciąż ograniczała jego ruchy.

— Zbudź się, strażniku! — z ulgą usłyszał, że tym razem był to głos Thonde.

Otworzył oczy, niemal szczęśliwy na widok czarodziejki. Stała nad nim i przyglądała mu się w skupieniu. Otarł pot z czoła i usiadł, spoglądając na jej wykrzywioną rozpaczą twarz. Thonde odwróciła się do niego plecami i ukryła twarz w dłoniach. Wyglądała teraz tak ludzko, że Cierń miał ochotę zerwać się i przytulić ją, pocieszyć. Był jednak zbyt oszołomiony, by zrobić cokolwiek. Poza tym wiedział, jak zareaguje — na pewno odepchnęłaby go natychmiast, w najlepszym razie. Siedział więc dalej w tym samym miejscu, nie wiedząc, co powiedzieć.

— Nie powinniśmy chodzić nocą — odezwała się przez łzy. — We mgle możemy nie dostrzec wroga. Czeka nas droga przez bagna, a przecież bagna są ojczyzną czarnych niewolników. Nie zdążymy dotrzeć do Kręgu. Straciliśmy Kamienny Las, strażniku.

— Może. — Wzruszył ramionami Cierń. — I uwierz, jako strażnik gorzej się z tym czuję niż ty. Ale śniło mi się... to znaczy, myślę, że jeszcze można uratować Kamienny Las. Ale... — spojrzał na nią niepewnie. — Musielibyśmy ruszyć teraz. Nie wiem, gdzie jest ten Krąg. Nie wiem nawet, jakie jest moje zadanie. Możliwe, że masz rację i właśnie przegraliśmy. Jeśli mi powiesz... jeśli wyjaśnisz mi wszystko, to ja...

Urwał. Czarodziejka uniosła głowę. Od razu wyczuł od niej chłód. Chwila bliskości minęła. Znowu była dumną i wyniosłą Thonde, która trzyma na dystans wszystkich.

— Nie myśl, że tylko strażnikom zależy na tym lesie — mruknęła. — W Riareth stają na głowie, żeby nie dostał się tu nikt niepowołany.

— Możliwe — powiedział Cierń. — Więc... co zamierzasz?

Spojrzała w zadumie na coś ponad jego głową.

— Miałeś rację, strażniku — odrzekła. — Poddałam się zbyt szybko. Nie jestem bohaterką.

— Ani ja. Z tym się trzeba urodzić.

— Cóż, obudźmy Dudrę i Essaina. Trzeba spróbować.

Cierń już miał zamiar odetchnąć z ulgą, kiedy przypomniał sobie, że najgorsze dopiero przed nim.

Gdzieś wśród drzew krył się szaman czarnych sług Izzgarotha, a on nie miał pojęcia, co robić.



Tym razem to Thonde szła przodem. Za nią szedł Cierń, trzymając za ramię Essaina, który co i rusz zapadał się w bagno. W tyle za nimi dreptała Dudra. Nad Czarnymi Błotami unosiła się szara mgła. Świt był jeszcze daleko. Zewsząd dało się wyczuć zapach wilgoci i zgnilizny. Cierń przypomniał sobie, co mówiła Thonde — że czarni niewolnicy demonów najlepiej czują się właśnie na bagnach. Słyszał niepokojące pogłoski o używanej przez nich zatrutej broni. Czuł, że powinien się bać, lecz paradoksalnie im bliżej byli celu, tym mniejszy czuł strach. Bał się już tylko tego, że coś mogłoby ich powstrzymać.

Wciąż nie znał odpowiedzi na swoje pytania. Wciąż nie wiedział, co go czeka, a jednak nie bał się tak jak wcześniej. Pocieszał go chłodny spokój Thonde i przyjacielskie słowa Essaina. Po kilku krótkich rozmowach czuł, że naprawdę polubił tego chłopaka. Essain nie był głupi, a kiedy zapominał o swoim pechu, okazywał się inteligentny i zabawny. Miał też z nim więcej wspólnego niż Tywar.

Głupi moment na znajdowanie przyjaciół, pomyślał Cierń. Ale z drugiej strony... warto szukać przyjaźni w każdej chwili. Przynajmniej ma się świadomość, że życie nie zostało zmarnowane. Obecność Essaina była zawsze jakimś wsparciem, choćby nawet obaj mieli wkrótce zginąć. Na ciepłe słowa ze strony Thonde nie było co liczyć, a Dudra cały czas trzymała się z tyłu i na wszystko reagowała kamiennym milczeniem.

Nagle poczuł pod nogami twardy grunt. Ze zdziwieniem spostrzegł, że bagna się skończyły i że oto znów może być pewien, iż ziemia nie ucieknie mu spod nóg. Essain uczcił tę chwilę potknięciem się o korzeń i gdyby nie interwencja Ciernia, zapewne runąłby twarzą w pobliskie mrowisko. Cierń rozejrzał się wokół. Nie znał tych okolic. Nie był tu jeszcze nigdy. Drzewa wydały mu się nagle dużo większe i potężniejsze niż te, które rosły w znanych mu rejonach. Poczuł lodowaty powiew wiatru. Odwrócił się gwałtownie ku reszcie towarzyszy, ale wszyscy nagle gdzieś zniknęli. Ujrzał, że znajduje się na małej polance. Otaczały go posępne skamieniałe drzewa, tak ogromne, że nie mógł ich objąć wzrokiem. Bezlistne gałęzie sięgały czarnego nieba, a kamienne pnie, tak grube i potężne, wydały się Cierniowi niespodziewanie gładkie.

Jednocześnie usłyszał ciche kroki tuż za sobą. O, czarny szaman został dobrze wychowany przez demony, umiał poruszać się niemal bezgłośnie. Cierń nie oglądał się za siebie. Ingeldar uczył go kiedyś: "Jeśli spotkasz czarnego z Yl' Thei, nie oglądaj się; spojrzenie ściąga zatrute strzały, niepokój jest śmiertelny". Szedł, starając się zachować spokój, chociaż nigdy jeszcze nie bał się tak jak teraz. Czarny szaman był tu. Tuż za jego plecami. Cierń niemal czuł jego oddech na karku.

Co właściwie wiedział o swym wrogu? Znał tylko jego imię i pochodzenie. Tak niewiele, a wystarczyło, żeby wzbudzić największe przerażenie. Muondan. Sama nazwa budziła grozę; był to główny port w Yl' Thei, port najbliższy Demonicznym Wyspom. Stamtąd na świat przychodziło całe zło. Stamtąd ludność Kontynentu od lat wypatrywała zagłady.

Zbliż się, Tancocie, pomyślał Cierń, nie dręcz mnie. Zabij lub daj się zabić, podejdź lub odejdź. Gdzie teraz jesteś? Jak blisko? Co powstrzymuje cię od zadania ciosu? Co uczynisz, jeśli się zatrzymam? Zabij lub zgiń, przyspiesz kroku, spójrz mi w oczy. Jestem Tym, Który Budzi Drzewa, i musisz się ze mną liczyć.

A kiedy tak mówił sam do siebie, niemal w to uwierzył i strach jakoś zelżał; w każdym razie nie paraliżował. Wciąż jednak Tancot szedł za nim, a na wpół niedosłyszalne dźwięki mówiły Cierniowi, że postanowił przyspieszyć.

Sam również przyspieszył kroku i zbliżył się do drzew.

Nie musiał długo czekać, aż usłyszał szepty. Tym razem od razu rozpoznał wśród słów swoje imię. Po plecach znów przebiegły mu dreszcze, ale tym razem postanowił walczyć ze strachem. Gdzieś w głębi duszy czuł, że to nie szeptów drzew powinien się bać. Czuł z nimi jakąś jedność, nierozerwalną więź, która pomagała mu teraz przetrwać.

Nagle szum setek szeptów przerwał odgłos głuchego uderzenia. Cierń drgnął, lecz nie obejrzał się za siebie. Zbyt dobrze wiedział, że wróg, skryty za jego plecami, nie ma już szans — wiedział, że jest poza Kręgiem.

Krąg. Dokładnie go teraz widział. Pięć ogromnych drzew o kamiennych, gładkich pniach. Stojąc pośrodku, widział wyraźnie coś, co przypominało mu świetlistą nić, łączącą drzewa ze sobą. Nie wiedział wszystkiego, ale nie musiał; wystarczyło mu to, co widział, słyszał i czuł. Wróg był blisko, ale spóźnił się. Nie zdołał dotrzeć do Kręgu przed nim. Kątem oka Cierń dostrzegł ciemnoskórego, upiornie umalowanego mężczyznę, czającego się niedaleko, lecz teraz wydał mu się on mały i nieważny w obliczu potęgi, która budziła się na jego oczach.

Gdzieś z daleka dosłyszał znajomy szept Thonde.

— Strażniku, zbudź drzewa!

Nie musiała dwa razy powtarzać. I bez jej podpowiedzi wiedział, co powinien zrobić. Uniósł w górę ręce, zastygając w tej pozie jak jedno z drzew. Choć był od nich o wiele mniejszy, ich potęga stała się również jego udziałem.

— Wzywam was, pradawni Strażnicy! — zawołał. — Wzywam tych, którzy nie dopuszczą do zagłady Kamiennego Lasu!

Drzewa niemalże się rozkrzyczały w tej nocnej ciszy. Jedno przez drugie powtarzało "przyszedł, jest", "Cierń", "zdążył". Cierń spoglądał na swoje ręce i zastanawiał się, czy to na pewno on tu stoi. Nie urodził się przecież bohaterem, nigdy nie chciał nim być. A jednak to, co się teraz działo, było wydarzeniem niezwykłym, największym na świecie cudem.

Wśród szmeru gałęzi rozległ się tubalny głos jednego z pięciu drzew.

— Kim jesteś, człowieku? Kto cię posyła? Na mocy jakiego prawa budzisz Pięciu Pradawnych?

— Jestem Cierń, strażnik tego lasu — odrzekł Cierń, czując, że jakaś obca moc wstępuje w niego i przemawia jego ustami. — Jestem Tym, Który Budzi Drzewa. Posyłają mnie duchy, które od samych bogów pochodzą. Wzywam was na ratunek, bowiem demoniczni słudzy wdarli się między drzewa, siejąc zarazę!

Po tych słowach cały las ogłuszył go swym szumem, przerwanym dopiero przez jednego z Pięciu.

— A zatem Izzgaroth uderzył na Kamienny Las — stwierdził. — A Ten, Który Budzi Drzewa, nie zawiódł go i wezwał nas na pomoc. Bracia! Uwolnijcie swe korzenie z wilgotnej ziemi. Opuście gałęzie! Wróg jest tuż obok, ale nie zdąży nam zaszkodzić. Jesteśmy wybrańcami bogów, jesteśmy siłą tego świata, jesteśmy życiem i życia strzec musimy! Ruszajmy, bracia! Niech bogowie nie pożałują swego wyboru, niech bohaterstwo tego młodego człowieka nie zostanie zapomniane! Ruszajmy!

Cierń czuł, że ginie wśród narastającego szumu i trzepotu gałęzi. Zewsząd dał się słyszeć ten sam dźwięk — dźwięk korzeni, wyrywanych z ziemi jednym silnym ruchem. Zamieszanie, jakie wywołały słowa Pradawnego, ogarniało także jego umysł. Rozejrzał się wokół, ale nie widział nic poza największym cudem, jaki zdarzyło mu się ujrzeć w życiu — martwy, skamieniały las ożył.

Słyszał rozpaczliwe krzyki czarnych sług Izzgarotha. Miażdżeni przez masywne pnie, szarpani przez ostre gałęzie, próbowali ratować się ucieczką. Ale nie zdołali uciec tym, którzy od wieków strzegli lasu — nie zdołali uciec samym drzewom.

Spoglądał oszołomiony na swoje dzieło. To on. On jeden. On, Cierń, mrukliwy odludek, zbudził drzewa. On został nazwany bohaterem, choć bohaterem nigdy nie był. On, Cierń. Patrzył teraz na drzewa z dumą i wzruszeniem, choć na wzruszenia podatny nigdy nie był.

Ktoś pociągnął go za rękę. Chociaż wśród zamętu nie widział, kto, czuł, że był to Essain.

— Szybciej! — głos Thonde zadźwięczał tuż nad jego uchem. — Biegnij! Już niedaleko do Siódmego Szlaku.

Kątem oka dostrzegł jeszcze, jak drzewa rozszarpują ciało martwego Tancota. Zaczął biec.



Zwolnili, dopiero gdy na horyzoncie dojrzeli zachodni most. W tym miejscu znowu zaczynały się bagna, lecz tym razem nie spowalniało to ich kroku. Pierwsza tym razem biegła Dudra, zaraz za nią Thonde. A za nimi, ramię w ramię, Essain i Cierń.

Daleko w tyle został szum drzew i odgłos wyrywanych z ziemi korzeni. Daleko za sobą pozostawili jęki czarnoskórych niewolników, dławione przez potężnymi gałęziami Pradawnych. A jednak Cierń wciąż słyszał ich słowa. Wciąż huczało mu w głowie: A Ten, Który Budzi Drzewa, nie zawiódł. On nie zawiódł. Cierń nie zawiódł.

— I co, strażniku? — odezwała się Thonde, która nie wyglądała na choć trochę zmęczoną. — Rozumiesz już wszystko?

— Domyślam się — skinął głową Cierń. — Pradawni to ludzie, których Higmur wybrał na pierwszych strażników. W legendzie było ich pięciu. Mogą rozkazywać drzewom.

— Owszem — odrzekła Władająca Światłem. — Masz rację. Poza jednym, Cierniu — oni nie rozkazują d r z e w o m.

Na chwilę zapadło milczenie.

— A zatem... — spojrzał z niedowierzaniem, lecz jej twarz wyrażała najwyższą powagę. — One wszystkie... były kiedyś strażnikami?

— To czeka wszystkich strażników. Służba nie kończy się wraz z życiem. Czy teraz rozumiesz?

— Chyba tak — odpowiedział niepewnie i spojrzał na Essaina, który z zadumą spoglądał w wody Aer' Lith. — Lecz co czeka Tego, Który Budzi Drzewa?

— Co tylko zechcesz. To jednorazowy występ. Następnym razem kto inny będzie miał kłopoty ze snem. Jesteś wolny, strażniku. Nie wolno ci jedynie wrócić do służby. Możesz odejść, dokąd ci się podoba. I ja też. — Uśmiechnęła się z satysfakcją. — Tak sobie myślę, że powinnam wrócić jak najszybciej do Riareth. Dudro, pójdziesz z nami jako świadek.

— Thonde! — zawołał Essain, jakby nagle wyrwany z letargu. Na jego twarzy malowało się zdecydowanie, które zaskoczyło wszystkich. — Thonde, nie będę ci już towarzyszył. Pójdę tam, gdzie Cierń. O ile on oczywiście zechce — dodał cicho, spoglądając z niepokojem na przyjaciela.

Cierń uśmiechnął się. Nie był zaskoczony. Spotkanie z Pradawnymi sprawiło, że nic już nie mogło go zaskoczyć. Zresztą bardzo się ucieszył. W głębi duszy miał na to nadzieję. Thonde spoglądała z niedowierzaniem to na jednego, to na drugiego, jakby zastanawiając się, który jest większym szaleńcem. W końcu machnęła ręką.

— Bądź zdrów! Byle dalej ode mnie.

A ponieważ była chłodna i nie przywiązywała się do ludzi, odwróciła się i podążyła w swoją stronę. Jej lekkim krokom wtórowało człapanie wiedźmy. Jasne włosy Thonde odbijały światło słońca, które właśnie wschodziło. Cierń przypomniał sobie piękną Valdhis i roześmiał się w duchu. Jakież to wszystko było naiwne. Jakież to życie było puste i nudne. Jak strasznie byłoby spędzić wieczność jako jedno z setek kamiennych drzew! A teraz... teraz przestał być już tylko Cierniem, tylko mrukiem i odludkiem, tylko starszym strażnikiem, tylko uczniem Ingeldara. Teraz był już kimś więcej.

Świat nie potrzebuje bohaterów, pomyślał. Tu Avalt miał rację. Na świecie przeważają ci, którzy walczą i padają bezimienni. Ale raz na jakiś czas pojawia się bohater, który zmienia losy świata. Choćby nie chciał, choćby sądził, że nie potrafi, choćby się bał i rozpaczał. Bo bogowie są mądrzejsi i zawsze wybierają właściwego człowieka.

Ale teraz już czas było odejść i zapomnieć o bohaterstwie. Czas było zacząć się cieszyć najcenniejszą nagrodą — wolnością.

— Dokąd my teraz pójdziemy, Cierniu? Ta droga jest taka kręta. Nawet nie wiem, co jest przed nami — odezwał się Essain, spoglądając nieśmiało na towarzysza.

Cierń tylko się roześmiał.

— Zachodni most, przyjacielu — odrzekł. — A za nim — cały świat!


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony