Spis treściInkluz

Tawerna pod Smoczą Paszczą


Artur 'Rian' Nowrot

Mystic Festival 2005


Na tegoroczną edycję Mystic Festival oczekiwałem już od kilku miesięcy; od momentu, kiedy dowiedziałem się, że główną gwiazdą koncertu będzie Iron Maiden. Oczekiwanie rosło, w miarę jak do listy gości, jacy mieli wystąpić 29 maja na Stadionie Śląskim, dodawano nowe nazwy. Nightwish. Kreator. Behemoth. Primal Fear. Frontside. Dragonforce. Nie wszystkie zespoły co prawda znałem, ale organizatorzy zapowiadali naprawdę niesamowite występy, byłem więc dobrej myśli.

Wreszcie nastała długo oczekiwana niedziela. Około dwunastej wraz z ojcem wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód. Jeszcze zanim wysiedliśmy, naszym oczom ukazały się stojące tu i ówdzie grupki długowłosych ludzi, noszących koszulki z nazwami przerozmaitych zespołów. Wszyscy kierowali się w stronę stadionu (albo najbliższego sklepu spożywczego). Nam pozostało tylko podążyć za nimi.

Wejście na stadion obyło się bez problemów, mimo pewnych obaw (zabroniono wnoszenia na teren stadionu aparatów fotograficznych i wszelkiego sprzętu nagrywającego, lecz my nie do końca zastosowaliśmy się do tego zakazu). Usiadłszy w cieniu drzewa (można powiedzieć, że w czasie całego Mystic Festival słońce podgrzewało atmosferę do temperatury wrzenia), oczekiwaliśmy na występ Dragonforce...

Kilka minut przed 14 zajęliśmy miejsca (niemalże na wprost sceny i to w dodatku w pierwszym rzędzie!). Tutaj muszę przyznać, że początkowo miałem do Dragonforce sceptyczne nastawienie. Nie jestem wielkim fanem power metalu i nie spodziewałem się czegoś wybitnego. Na szczęście już pierwsze minuty występu rozwiały skutecznie moje wątpliwości. Brytyjczycy zagrali co prawda tylko trzy piosenki (mieli pół godziny), ale były one pełne energii i skutecznie nakręciły ludzi pod sceną. Nie miałbym nic przeciwko występowi dwukrotnie dłuższemu.

Następny kwadrans, tym razem poświęcony wypoczynkowi pod drzewem i popijaniu wody mineralnej, minął w miarę szybko. Znów trzeba było zająć miejsca. Kolejne pozytywne zaskoczenie. Polski Frontside okazał się naprawdę ciekawym zespołem deathmetalowym. W czasie występu stwierdziłem, iż będę musiał zainteresować się ich twórczością. Niestety — również ten koncert trwał zaledwie pół godziny.

W tym miejscu warto nadmienić o jednym maleńkim zgrzycie, który co prawda nie zachwiał przebiegiem imprezy, ale wielu ludziom z pewnością popsuł humory. Otóż w miarę przebiegu festiwalu systematycznie rosły ceny napoi. Autor tego artykułu, zaopatrując się w konieczną do przeżycia wodę mineralną, płacił 5 zł za półlitrowy kubek. Słyszałem jednakże ludzi, którzy ze zrozumiałą złością w głosie wspominali o stawce 20 zł za pół litra wody! Organizatorzy na swojej stronie internetowej komentują tę sytuację jednoznacznie: Wszyscy sprzedawcy, którzy w tak bezczelny sposób wykorzystali fakt upału panującego w dniu 29 maja, mają ode mnie jedną wiadomość — Mystic Festiwal 2005 był pierwszym i ostatnim koncertem organizowanym przez naszą firmę, na którym mieliście możliwość wystawienia swoich stoisk. Osobiście dopilnuję, ażeby na żadnej innej imprezie organizowanej przez nas nie pojawiły się firmy odpowiedzialne za skandaliczne ceny, które funkcjonowały ma Stadionie Śląskim w dniu 29 maja — powiedział Michał Wardzała, przedstawiciel Mystic Production.

Wracamy do przebiegu koncertu. Następnym zespołem, jaki pojawił się na chorzowskiej scenie, był niemiecki Primal Fear. Panowie grali całkiem nieźle, choć w mojej opinii był to najsłabszy punkt programu. Nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia, jak dwie poprzednie formacje, ani, jak dopiero miało się okazać — cztery następne.

Kolejna przerwa (tym razem nieco dłuższa, bo dwudziestominutowa) i o 16:30 na fanów stojących pod sceną padł cień Behemotha. I od tego momentu moim zdaniem rozpoczęla się główna część Mystic Festival. Nergal i jego ekipa zagrali naprawdę porażająco, porywając publiczność zgromadzoną przed nimi. Zresztą — już choćby po to, żeby zobaczyć Nergala w płaszczu i masce, warto było wybrać się na ten koncert. Robił piorunujące wrażenie. Kompletnie nie zgadzałem się (i nadal się nie zgadzam) z moim ojcem, który twierdził, że pierwsze trzy zespoły grały lepiej niż Behemoth i Kreator &mdash o tym ostatnim już za chwilę.

Kreator był jedynym zespołem, którego wejście na scenę przegapiłem. Akurat spotkałem Zorfa, który również był obecny w Chorzowie, i najzwyczajniej zagadaliśmy się. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dźwięki płynące ze sceny są głośniejsze niż podkład muzyczny puszczany podczas przerwy. Czym prędzej pobiegliśmy więc w kierunku swoich sektorów, by być świadkami występu Niemców. Mille Petrozza z zespołem po prostu zmiażdżył publikę. Zagrali tak, jak powinni byli to zrobić — mocno, brutalnie i agresywnie. Jak każdy dobry frontman, Mille łatwo nawiązał kontakt z publicznością. Wszyscy z entuzjazmem reagowali na żądania wokalisty Kreatora, który wołał, że chce zobaczyć prawdziwe polskie moshowanie (dla nieobeznanych — mosh to charakterystyczne wymachiwanie głową w rytm muzyki, które w przypadku długowłosych metalowców robi naprawdę pozytywne wrażenie). Występ niemieckich trashmetalowców zakończył się po godzinie. Pozostało oczekiwanie na dwie największe gwiazdy tego wieczoru — Nightwish i Iron Maiden...

Finowie z Nightwish kazali czekać na siebie nieco dłużej, niż to było zaplanowane. W końcu jednak występ rozpoczął się. W powietrze popłynęły dźwięki Dark Chest of Wonders i niemal natychmiast oczarowały słuchaczy. Kiedy na scenie pojawiła się Tarja, rozległy się gromkie oklaski. Podczas występu mogliśmy posłuchać jeszcze m.in. Siren, Nemo, Wish I Had An Angel czy Ghost Love Score. Miłym akcentem był fakt, że Marco, basista Nightwish, popijał sobie na scenie polską wódkę. Chyba bardzo mu smakowała. Nightwish zebrał ogromne owacje. Pozostało jedynie czekać na drugą gwiazdę tego wieczoru, czyli Iron Maiden. Wspólnie z Zorfem zastanawialiśmy się podczas przerwy, czy Brytyjczycy dadzą radę przewyższyć swoim występem Nightwisha. Pewne było, że poprzeczka ustawiona została wysoko.

Teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że Bruce Dickinson, Steve Harris i pozostali ich koledzy z zespołu dali radę. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Po występie Finów na pojawienie się Iron Maiden trzeba było czekać prawie godzinę. Za to kiedy już się pojawili, rozległa się prawdziwa burza oklasków. Zaczęło się od Murders in the Rue Morgue z albumu Killers. później dane nam było usłyszeć m.in. Prowler, Remember Tomorrow, The Trooper, Revelations, Die With Your Boots On, Hallowed Be Thy Name i kilka innych. No i rzecz jasna wspaniałe The Number of the Beast. Cały zespół zaskakiwał wyśmienitą formą. Wspaniale było usłyszeć na żywo utwory, których zespół dawno już nie grał na koncertach. Warto wspomnieć też o scenografii. Błyskające światła, ognie, olbrzymi Eddie — wszystko to olsniewało. Niestety prędzej czy później spektakl musiał się skończyć. Zabrzmiały w końcu dźwięki Iron Maiden, kawałka tradycyjnie kończącego każdy koncert.

Jednak Polska to Polska i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy pozwolili muzykom tak po prostu odejść. Tłum raz za razem skandował nazwę zespołu... w końcu na scenie ponownie zapaliły się światła. Zespół na bis zagrał Running Free. Później na stadionie zapaliły się światła, a zgromadzeni ludzie ruszyli do wyjść, śpiewając Always Look on the Bright Side of Life — piosenkę tę puszczono, gdy zabłysły reflektory.

Pora na podsumowanie. Myślę, że tegoroczny Mystic Festival wszystkim zapadnie na długo w pamięć. Gwiazdy zaproszone na imprezę spisały się znakomicie, dostarczając słuchaczom całego oceanu emocji. Ja już nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji — oby jeszcze przewyższyła to, co można było obserwować w Chorzowie. Szkoda tylko, że zdjęcia się nie udały.


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony