|
Multimedia |
|
Borys Jagielski Druga pogawędka przy herbacie z rumem![]() ![]() ![]() |
Borys: Czy dopuszczałeś w ogóle do siebie myśl, że Lucas może schrzanić Zemstę Sithów na całej linii? Scobin: Chyba nie. Miałem bardzo silną nadzieję, że część trzecia będzie znacznie lepsza od dwu poprzednich. Borys: Ja miałem mieszane uczucia. Nie jestem fanem Gwiezdnych wojen, więc w zasadzie było mi wszystko jedno. Ale jednocześnie wiedziałem, że w przemianie Anakina w Dartha Vadera znajduje się ogromny potencjał i że Lucas może go łatwo zmarnować. No i chyba zmarnował. Scobin: Anakina? Rzeczywiście, można to było zrobić lepiej. Ale mnie, przynajmniej po drugim obejrzeniu, postać przyszłego Lorda Vadera wydaje się wystarczająco wiarygodna psychologicznie. Większe pretensje mam do Lucasa za Amidalę. Borys: Czy masz na myśli zamienienie charyzmatycznej i wojowniczej pani senator w kurę domową? Tak, zabieg zupełnie niepotrzebny, choć niewykluczone, że można go w jakimś stopniu wytłumaczyć "odmiennym stanem". Z drugiej strony — w trakcie filmu owo spłycenie Amidali zupełnie mi nie przeszkadzało, ba, nie zauważyłem go nawet. Dopiero po seansie o nim przeczytałem i pomyślałem: "Rzeczywiście". Scobin: Ze mną było podobnie. Amidala za pierwszym razem wcale mi nie przeszkadzała. Zaczęła irytować dopiero po kilku rozmowach (no, może nieco więcej niż kilku...) na grupie pl.rec.fantastyka.sf-f. Za to z Anakinem było odwrotnie: najpierw denerwował, potem przestał. Ciekawa zalezność. Borys: Wróćmy jednak na chwilę do owej nieszczęsnej — tak ja przynajmniej sądzę — przemiany Całkiem Dobrego Anakina w Złego Vadera, bo to ona jest bez wątpienia osią i trzpieniem trzeciego epizodu. Nie twierdzę, że odznacza się kompletnym nieprawdopodobieństwem psychologicznym, lecz Lucas naprawdę mógł ją zręczniej rozwiązać. Pytanie pierwsze: Dlaczego Anakin tak bardzo bał się o Amidalę? Nie wydaje mi się, by w świecie przyszłości kobiety często umierały podczas połogu. Nawet jeśli Anakina ogarnął lęk zupełnie irracjonalny, powinien on raczej uciec z żoną w jakieś dalekie, ustronne miejsce, z dala od całego wojennego zgiełku. A w filmie? W filmie jest w jednej chwili całkiem sympatyczny, zaś w następnej morduje nieletnich uczniów Jedi. A gdy spotyka Amidalę na Mustafar, zaczyna ją ni stąd, ni zowąd dusić i oskarżać o zdradę. Bez sensu. Scobin: Odpowiedź pierwsza: Anakin bał się o Amidalę, ponieważ wizje przedstawiające cierpienie i smierć najbliższych nie były dla niego niczym nowym. Wiedział, że mogą się sprawdzić, bo tak zginęła jego matka. (Ucieczka w ustronne miejsce niczego by nie zmieniła). Co swoją drogą bardzo mi przypomina Luke'a Skywalkera, zbyt pochopnie wyruszającego na ratunek swych przyjaciół w części piątej. (Impressive. Most impressive. But you are not a Jedi yet). Natomiast uczniowie... Vader już wtedy nie miał odwrotu. Palpatine powiedział mu explicite, że musi ich zabić (co rozumiem jako poddanie się nienawiści), bo tylko wtedy Ciemna Strona będzie w nim wystarczająco silna, aby zdołał ocalić Padme. Poza tym jest dość prawdopodobne, iż Kanclerz robił mu przy okazji wodę z mózgu — tąż samą Ciemną Stroną Mocy. Borys: Wytłumaczenie "ale z jego matką się sprawdziło" słyszałem wcześniej, jednak zupełnie mnie nie przekonuje. Schmi żyła na odludziu, gdzie grasowali zbóje, a na dodatek Anakin nie miał z nią żadnego kontaktu, nie mógł się nią opiekować... Ale dobrze, nie zagłębiajmy się dalej w uzasadnienie przemiany Skywalkera w Vadera, gdyż prędzej czy później ugrzęźniemy w impasie. Powiem tylko tak: O ile jej wiarygodność jest według mnie wysoce wątpliwa, o tyle jej okoliczności (walka Windu z Palpatine'em) i konsekwencje ("wycieczka" Anakina do Świątyni Jedi i pojedynek z Obi-Wanem) ukazano bardzo dobrze. Oglądałem je z niekłamaną przyjemnością. * * * Borys: Zastanawiałem się trochę nad wizją Anakina dotyczącą Amidali i wpadłem na następujący pomysł. Powiedz, co o nim sądzisz. Czy nie lepiej byłoby, gdyby Amidala zapadła na jakąś nieuleczalną chorobę? AIDS i rak w rachubę nie wchodzą, ale scenarzysta na pewno potrafiłby coś wymyślić. Takie podejście upiekłoby trzy pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, Anakin miałby racjonalne powody, by lękać się o życie ukochanej. Po drugie, mógłby przejść na Ciemną Stronę Mocy w celu zdobycia "lekarstwa" — a więc owej zdolności, o której wspomina przyszły Imperator. I po trzecie: Śmierć Amidali przy narodzinach jej dzieci byłaby uzasadniona. Bo tak właściwie, to dlaczego ona umarła? Scobin: Jeżeli chodzi o podobieństwo między Shmi a Padme, pozostaniemy najwyraźniej przy swoich zdaniach. Dołożę jeszcze tylko jedno: moim zdaniem niemałą rolę odegralo w Zemście Sithów przeznaczenie. Myślę, że Anakin musiał zrobić to, co zrobił. Zresztą emocje, które nim targały (niewyobrażalne dla zwykłego człowieka), również nie były bez znaczenia. Choroba Amidali byłaby całkiem ciekawym rozwiązaniem. Jak dla mnie jednak Lucas poradził sobie nie gorzej... No, może z wyjątkiem śmierci Padme. Tam rzeczywiście trochę brakowało wytłumaczenia. Niby straciła chęć do życia. Ale przecież mówiła: There is good in him, still. I know there is... Mogła (i powinna) jeszcze mieć nadzieję. Borys: Przeznaczenie... Summa summarum to Przeznaczenie miało tutaj ostatnie słowo. Anakin musiał zostać Vaderem, nawet Yoda końmi nie odciągnąłby go od Ciemnej Strony Mocy — i kropka. Jednak tak bezpośrednie wykorzystanie motywu Przeznaczenia uważam za rozwiązanie mało finezyjne, za pójście po linii najmniejszego oporu. Jak by na to nie patrzeć — Anakin wcale Vaderem stać się NIE musiał. My po prostu WIEDZIELIŚMY, że on się nim stanie, gdyż najpierw dane nam było obejrzeć epizody IV-VI. A to zasadnicza różnica. Scobin: Yoda faktycznie sobie nie poradził. Ale Palpatine był dla Anakina o wiele wiarygodniejszy. Zwłaszcza że Jedi wiele zrobili, aby zarobić sobie na niechęć młodego Skywalkera. Zaś co do przeznaczenia — mnie przekonało stwierdzenie Wojciecha Orlińskiego, ze Lucas nawiązał w ten sposób do antycznych tragedii greckich. Zresztą wszystko sie splotło: los, Ciemna Strona Mocy (bardzo potężna w tym czasie), obawa o ukochaną, emocje... Borys: Tak, ale splotło się w toporny sposób, jaki w pełni przypaść do gustu może tylko nastolatkom (mówię o nastoletności mentalnej, nie biologicznej) — do których właśnie, nie oszukujmy się, Gwiezdne wojny (w każdym razie te nowe) są skierowane. Ale dość narzekania (mojego) na "niewiarygodność przemiany", pomówmy może teraz o jej "okolicznościach i konsekwencjach", gdyż to właśnie one wywarły na mnie o wiele bardziej pozytywne wrażenie. Najpierw: Pokuszę się o stwierdzenie, że Zemsta Sithów zawiera najpiękniejszą scenę wszystkich sześciu części. Mam na myśli sekwencję, w której Anakin Skywalker vel świeżo upieczony Darth Vader wyrusza do Świątyni Jedi w wiadomym, mało sympatycznym celu. Padme tymczasem coś przeczuwa i wygląda przez okno swojego apartamentu, a po jej twarzy spływają łzy. Te ujęcia naprawdę wywarły na mnie ogromne wrażenie, gdyż zupełnie nie przystają do sposobu realizacji gwiezdnowojennej sagi i przez to na długo zapadają w pamięci. Tutaj po raz pierwszy i zapewne ostatni w dziejach Gwiezdnych wojen Lucas zwolnił tempo. Spróbował nas poruszyć, nie uciekając się do kiczu, ale do najprostszych reżyserskich zabiegów — i udało mu się to znakomicie. Wyciszenie tej sceny, zbliżenia na twarze, słońce zachodzące krwawo nad Coruscant, spokojna muzyka grająca w tle. Jak dla mnie: rewelacja. Scobin: Dla mnie rewelacją było co innego: Rozkaz 66. Przypominał mi scenę zapalania ogni sygnałowych w filmowym Powrocie króla. Bez wątpienia najmroczniejsza i najcięższa emocjonalnie chwila Zemsty Sithów. A Yoda zataczający się z bólu i upuszczający kostur na ziemię... Istny majstersztyk. Borys: Tak, racja. We mnie wtedy również żywiej zabiło serce, ale zwracam Twoją uwagę na to, że Rozkaz 66 był "tylko" sceną poruszającą... hmm... nazwijmy to: merytorycznie. A takich chwil w całej sadze było sporo, choćby zasłużenie legendarne I'm your father z Imperium kontratakuje. Natomiast scena, o której ja wspomniałem ("moja scena jest lepsza od Twojej") poruszyła mną właśnie dlatego, że była unikatowa pod względem realizacyjnym. Scobin: Że co, że niby Twoja scena jest lepsza od mojej? Nie, w takim razie zabieram zabawki i idę do domu. Na odchodnym powiem jednak, iż w scenie wydania Rozkazu 66 Lucas i Williams opracowali świetny kontrapunkt muzyczny — o ile wiem, całkowite novum w sadze. Na ekranie dzieją się dantejskie sceny, a przygrywa im spokojna, choć smutna muzyka. Zgadzam się jednak, że "Twoja" scena także jest pod względem realizacyjnym wyjątkowa. Borys: A ulewa nad Coruscant, gdy do stolicy przywieziono półżywego Anakina-Vadera? Też rodzynek. Futurystyczna metropolia zlana deszczem plus symbolika "płaczu nieba". Owszem, niekoniecznie subtelne, ale i tak niezłe. Scobin: Podobnie jak wskazywana przez recenzentów symbolika piekła, do którego zstąpił Vader (hmm, też w pierwszym odruchu napisałem "Anakin". Widocznie Lordem Vaderem staje się dla mnie dopiero po założeniu zbroi), wyruszając w podróż na ognistą planetę Mustafar. Tylko że to było bardzo niehigieniczne, takie noszenie ledwo żywego człowieka na deszczu. Przecież mogło się wdać zakażenie. Borys: I tak za chwilę wypompowali mu krew i wlali w żyły kwas, więc... Ale dlaczego my w kółko o tym Wejderze? Czyżby w Zemście Sithów nie było innych, godnych uwagi postaci? Scobin: Najwidoczniej nie. * * * Scobin: No dobrze, żartowałem. Możemy dla odmiany porozmawiać o Palpatinie. Duże wrażenie wywarła na mnie gra Iana McDiarmida. Niby nie powinno to aż tak dziwić — w końcu jest zawodowym aktorem teatralnym, a od dawna było wiadomo, że w Zemście Sithów nareszcie dostanie szansę wykazania się swoimi umiejętnościami. Ale i tak zagrał zaskakująco dobrze. Zwłaszcza te chwile, gdy przybiera ton i mimikę jowialnego staruszka (na przykład początkowe Good, Anakin! — natychmiast skontrastowane z zimnym Kill him), zapadają głęboko w pamięć. Borys: Czy ja wiem...? Jego zachowanie w kluczowej scenie walki z Windu ("nie zabijaj mnie, proszę", a potem maksymalnie wredny rechot) było bardzo kiczowate. Inna sprawa, że McDiarmidowi kazał się tak zachowywać scenariusz i sposób gry nie miał tam wiele do powiedzenia. Nie udawajmy jednak, że w blockbusterach pokroju Gwiezdnych wojen zdolności aktorskie kiedykolwiek były szczególnie istotne. Scobin: Kiczowate? Może i tak, ale jak sam powiedziałeś — bardziej z winy scenariusza niż własnej. Jeżeli zaś chodzi o zdolności aktorskie, to może i nie są najważniejsze, ale na pewno bardzo się przydają. Przykładem gra Harrisona Forda w starej trylogii. Swoją drogą to ciekawe, że spośród najważniejszych aktorów tylko on uniknął gwiezdnowojennego zaszufladkowania, mimo iż odgrywał najwyrazistszą (chyba) postać. Wygląda na to, że Ford nie najgorszym aktorem jest. Borys: Na myśl przychodzi mi inna scena z udziałem Palpatine'a. Walka z Yodą w końcówce, w sali posiedzeń Republiki. I te walące się stanowiska. Znowu symbolika. Znowu mało subtelna, ale... znowu dobrze się oglądało. Scobin: W końcowej walce bardzo mi się podobało zakończenie. Yoda niby odpadł — ale tylko przez poręcz, która była nie w tym miejscu. Walkę rozstrzygnął więc zwykły przypadek. A jednocześnie było widać, że gdyby starcie potrwało jeszcze trochę dłużej i gdyby Yoda (znów przypadkowo) nie stracił miecza, pewnie to właśnie on byłby górą. Borys: Niewątpliwie. Bardzo zręcznie to rozegrano. * * * Scobin: Z innej beczki. Słucham sobie teraz jakiegoś fanowskiego utworu muzycznego, przeróbki oficjalnych dzieł Williamsa — i naszły mnie myśli o ścieżce dźwiękowej do części trzeciej. Williamsowa muzyka jak zawsze jest świetna. Z jednej strony należy do tych, których nie słychać (bo doskonale ilustruje akcję filmu), z drugiej zaś — kiedy pojawia się Marsz imperialny, czujne ucho widza (słuchacza?) wychwytuje go od razu. Na pierwszy plan podczas walki Obi-Wana z Anakinem wysuwa się także nowy utwór Battle of the Heroes. Niezwykle miodny, zastanawiałem się nawet z jego powodu nad zakupem płyty z muzyką. Ale w końcu zrezygnowałem. Sześćdziesiąt złotych piechotą nie chodzi. Wolę już kupić podręczniki do Warhammera. Borys: O muzyce za dużo do powiedzenia nie mam. Podobała mi się, dobrze ilustrowała wydarzenia na ekranie, budowała atmosferę, ale... ale to tylko nowe, typowo starwarsowo-williamsowe melodie. Ten element filmu podczas seansu mnie na pewno w fotel nie wgniótł. Inna rzecz, że nie miałem jeszcze okazji przesłuchać ścieżki dźwiękowej z płyty, a jest to warunek konieczny, by móc powiedzieć coś konkretnego na temat dowolnego soundtracku. Scobin: A co powiesz o dialogach? Brakowało w nich wprawdzie inteligentnego humoru pierwszych trzech części (Czy nie jesteś trochę za niski jak na szturmowca?), jednak w zamian dostaliśmy dużo nawiązań do "starych" kwestii dialogowych. Ot, choćby Hello there Obi-Wana albo Join me and together we will rule the Galaxy Anakina/Vadera. Są też niegłupie stand-alone'y; jeden z nich to So this is how liberty dies. With thunderous applause Amidali. Borys: A właśnie... Dobrze, że wspomniałeś o dialogach; tylko ja zamiast mówić o humorze w nich zawartym, wolę się przyczepić do upolitycznionych wtrętów. Czy nie uważasz, że w Zemście Sithów znalazły się aluzje do polityki zagranicznej George'a Walkera? Wspomniane przez Ciebie słowa Amidali to jedna z nich, lecz jeszcze mocniej rąbnęło mnie zdanie Anakina wypowiedziane na Mustafar: Jeśli nie jesteś(cie) ze mną, jesteś(cie) przeciwko mnie (jakoś tak). Czy to nam czegoś nie przypomina...? Scobin: Powiem szczerze, że nigdy takich skojarzeń nie miałem. I nie wydaje mi się, by były one jakoś szczególnie uzasadnione. Co prawda niektórzy już dwadzieścia lat temu doszukiwali się u Lucasa krytyki polityki amerykańskiej (chodziło o Ewoków, których zwycięska walka z technokratycznym Imperium miała być ponoć aluzją do wyparcia Amerykanów z Wietnamu), więc może i coś jest na rzeczy... Ale ja niczego takiego nie widzę. Borys: Ale Jeśli nie jesteś ze mną, jesteś przeciwko mnie? No daj spokój, przecież skojarzenie narzuca się samo... Scobin: Ale jak się może narzucać, skoro się nie narzuca? No cóż, trudno, widocznie Gałkiewicz nie jest inteligentny. Borys: Gałkiewicz? Scobin: Ci, co czytali Ferdydurke, będą wiedzieli, o co chodzi. A z Tobą to sobie porozmawiam prywatnie, w zaciszu jakiejś ciemnej łódzkiej uliczki, przy pomocy książki z odpowiednio twardą oprawą. Borys: Dobrze, już dobrze, nie ma się czego wstydzić. Ja też lubię George'a, na przekór ogółowi. Zostawmy więc politykę w spokoju i zastanówmy się: Co jeszcze spodobało nam się w Zemście Sithów? Czy były jeszcze jakieś godne uwagi "momenty" poza tymi już omówionymi? Czy po prostu należy dyskusję powoli podsumować i powiedzieć, że film jako całość nas zadowolił, że dostaliśmy to, czego się spodziewaliśmy? Zachwalanie efektów specjalnych mija się oczywiście z celem... Scobin: Chyba możemy powoli podsumować. Ja powiem tyle, iż po pierwszym obejrzeniu czułem pewien niedosyt. Przede wszystkim mało wiarygodna wydawała mi się przemiana Anakina. Teraz jednak jest już inaczej. Drugi seans zdecydowanie podwyższył moją ocenę filmu — ze szkolnej czwórki na piątkę z minusem. Zmieniłbym tylko Amidalę, tak aby więcej w niej było dawnego polityka i mniej kury domowej. Może też dałbym parę dodatkowych scen o tworzeniu się rebelii i skrócił pojedynek Aniego z Obim. I to chyba wszystko. Aha, jeszcze jedno, najważniejsze: film mógł być dłuższy. Lucas mógł pójśc za przykładem Petera Jacksona i zrobić trzygodzinną Zemstę Sithów, rozwijającą ważne wątki i dodającą głębi postaciom. Tak jednak nie zrobił. I tego najbardziej mi szkoda. Borys: Ja bardzo się zawiodłem na pierwszych trzydziestu minutach filmu. Feeria świateł i barw, ale zero napięcia. Półgodzinna reklama gry komputerowej, ot co. Potem, na szczęście, sytuacja się poprawiła, fabuła mnie wciągnęła i aż do samego końca oglądałem film z autentycznym zaciekawieniem. Jak już mówiłem, przemiana Anakina w Vadera kompletnie mnie nie usatysfakcjonowała, ale gdy tylko przymknąłem oko na jej wątpliwe podstawy, zacząłem się wyśmienicie bawić. Nie rozumiem natomiast, dlaczego wszyscy chcą skracać pojedynek Aniego z Obim. Naprawdę Wam się dłużył? Mnie nie. Przeplatały go zresztą sceny walki Palpatine'a z Yodą, więc nie mogłem narzekać na monotonność. Scobin: Naprawdę nam się dłużył. Przynajmniej trochę, kiedy pływali już po tej lawie. Co swoją drogą nasunęło mi nieodparte skojarzenia z Frodem i Samem, którzy w podobny sposób opalali się na supergorącym kawałku skały w Powrocie króla. Zgadzam się natomiast z tym, że pierwsze pół godziny (plus minus) było mało interesujące. Między innymi dużo niepotrzebnego humoru i strasznie drewniane kwestie obu Jedajów podczas walki aeroplanowej z droidami-bzykaczami. (Bardzo przepraszam wszystkich wrażliwych czytelników, ale tego określenia z polskich napisów — "droidy-bzykacze" — niestety już żadne zaklęcia nie zmienią). Dopiero na Coruscant zaczęły się dziać rzeczy ciekawe. Chociaż muszę także powiedzieć, że kiedy oglądałem Zemstę... po raz drugi i skupiłem się na cieszeniu oczu estetyką początkowych trzydziestu minut, tę częśc filmu dało się oglądać bez większej przykrości. Borys: A właśnie, właśnie. Finał walki Vadera z Kenobim podobał mi się już trochę mniej. Myślałem, że Anakin do lawy wpadnie, a on tymczasem został pocięty mieczem Obi-Wana podczas wyskoku i podpalił się od jej gorąca, leżąc na brzegu. Ale właściwie dlaczego się podpalił? Przecież oni przez dłuższy czas tuż nad lawą lecieli i nic złego im się nie stało. No, nieważne. Licentia poetica scenarzystów. Scobin: I wewnętrzna logika Gwiezdnych wojen. Choć mam nadzieję, że mimo wszystko nawet Ty, fizyk, mogłeś oglądać ten film bez obrzydzenia. Borys: Dopiero student fizyki... Ale faktycznie, eksplozje w próźni i myśliwce kosmiczne przelatujące ze świstem przed kamerą robią wrażenie. A teraz wybacz, lecz będę uciekał. Już wieczór, a ja muszę jeszcze obalić twierdzenie o zachowaniu pędu. Scobin: Pędź zatem na zdrowie. Dzięki za rozmowę.
Borys: I ja dziękuję. Prześlij mi swoją opinię o artykule! |