|
Świat Mroku |
Sigurd Mocarnoręki |
Ja, Sigurd Mocarnoręki, syn Valkyrii, pogromca Bjorna Nieustraszonego, postrach chrześcijan, zabójca watahy Smoczego Kła, obrońca Starej Wiary, sługa Enoiny, jarl klanu Slurkap, Bicz Boży Brytów, przyjaciel druidów, płomień palący ciała wrogów, przebudziłem się wreszcie po dwóch stuleciach torporu i dzięki uprzejmości mojego przyjaciela Sebastiana De Vielle, syna Malkava, mogę przelać na papier historię mego życia, mej śmierci i narodzin dla świata nocy. Rok 978 według kalendarza chrześcijan, Stromstad na północy Norwegii Dla słonecznego świata urodziłem się w wiosce Stromstad. Mój śmiertelny ojciec był wielkim wojownikiem, wygrał wiele bitew. Tylko Brytowie przewyższali nas w strachu, gdy widzieli go szarżującego na czele naszych wiernych wojów. Był jarlem osady, pod jego rozkazami pływało siedem drakkarów. Samym tylko spojrzeniem mógł sprawić, że nogi największych wojowników stawały się miękkie, a ich oczy panicznie poszukiwały towarzyszy, którzy jeszcze przed chwilą stali za nimi. Był tak silny, że jednym uderzeniem pięści mógł powalić konia wraz z jeźdźcem. Skaldowie opiewali jego czyny w pięknych sagach. Jeszcze długo po jego śmierci krążyły legendy, że sam jeden zabił ponad stu Brytów, nim sam został powalony zdradzieckim ciosem w plecy. Tak, mój ojciec był wielkim człowiekiem i na pewno pije teraz miód w salach Valhalli, czekając na Ragnarok. Po śmierci ojca nie wiodło się nam najlepiej. Matka pochodziła z królewskiej rodziny, i nie musiała ponownie szukać męża. Jednak mimo całego majątku musiałem pracować, gdyż mój wuj zagarnął sporą część naszych ziem. Imałem się wielu zajęć — karczowałem las, pracowałem w kuźni, budowałem drakkary i zajmowałem się myślistwem. Nocami z nakazu matki chodziłem do staruchy — wiedźmy. Uczyła mnie czytać i pisać runy, wróżyć z flaków i kości, rozumieć sny i omeny dawane przez bogów. Kazała mi polować na niedźwiedzie, pić ich krew i zjadać serca, by być silnym, wytrzymałym i odważnym. Cena za nauki była wysoka — gdy nadszedł czas, wyrwała mi oko. W tym momencie naszła ją wizja. Widziała moją przyszłość — wielkiego woja, nieustraszonego zdobywcę, a potem krzyże i śmierć, śmierć Normanów z rąk Normanów, krew, pożogę i moją śmierć. A potem znów mnie stojącego na tle płonącego miasta z szaleństwem gorzejącym w oku. Po tym transie starucha zemdlała, a gdy ją dobudziłem, zaklinała się ze niczego nie pamięta, ale w jej oczach był strach. Po tym wydarzeniu wiedziałem, że czeka mnie wielka przyszłość, i uznałem, iż pora siągnąć po władzę, którą sobie przywłaszczył mój wuj. Wszyscy mnie wyśmiewali, gdy poszedłem wyzwać wuja, ale zmienili nieco nastawienie, gdy zobaczyli jego rozpołowione zwłoki. Miałem dopiero dwadzieścia trzy lata, a już zostałem jarlem. Podczas mego panowania osada szybko się rozwijała i zdołałem pokierować paroma łupieżczymi wyprawami. Lecz nastały ciężkie czasy dla Starej Wiary i Normanów — nadeszli księża ze swoim dobrym i miłosiernym bogiem słabych ludzi. Uformowałem oddział zwany Młotem Thora, napadaliśmy klasztory, nabijaliśmy na pal mnichów, paliliśmy osady, które odwróciły się od Starej Wiary. Na dźwięk mojego imienia ludzie uciekali, a mnisi trwożnie szeptali modlitwy. Niestety, zostałem potem przeklęty i nawiedzał mnie ich demon. Na początku tylko w snach, ale później przychodził również na jawie. Ludzie, widząc jak się rzucam i wykrzykuję do powietrza, uznali, że jestem obłąkany, i cichcem mnie opuścili — psy niewierne, niewarte splunięcia. Samotnie ruszyłem na alting omawiać sojusz mający wyprzeć chrześcijan poza granice Normandii. O zgrozo, król oświadczył, że przechodzi na chrześcijaństwo i każdy, kto tak nie postąpi, zostanie stracony w męczarniach. Nie mogliśmy nic zrobić — władca podstępnie otoczył nas wojskiem. Wsadzono nas do lochu, ale mnie dziąki koneksjom udało się zbiec. W przebraniu patrzyłem na powolną śmierć moich towarzyszy. Ginęli jeden za drugim, a ja mogłem tylko szeptać słowa zemsty. Podniosłem z kolan zniewolonych mężczyzn i pokazałem zdrajcom Starej Wiary prawdziwe znaczenie słowa terror. Po raz kolejny zostałem zdradzony i wciągnięty w pułapkę. Mój oddział został zdziesiątkowany, a ja, śmiertelnie ranny, zdołałem się doczołgać do lasu. Umierając, lżyłem Odyna za to, że nie dane mi było umrzeć w bitwie. Ostatnim przebłyskiem świadomości zdołałem usłyszeć wycie wilków i piękną sylwetkę dziewicy Odyna. Miała mnie zabrać do Valhalli, ale obudziłem się w tym samym miejscu z potwornym pragnieniem krwi. Oto stała przede mną — Brunhilda, moja nowa matka, która dała mi nowe życie i związaną z nim obietnicę zemsty. Zostałem wybrany, aby zniszczyć wrogów Starej Wiary! Moja matka wytłumaczyła mi mój obecny stan i kazała udać się na Zgromadzenie do Brytanii, gdzie mój nowy klan będzie podejmował decyzje. Jedynie towarzystwo demona umilało mi drogę poprzez Europę. Przestałem ufać ludziom, a demon posiadał rozległą wiedzą dotyczącą wszystkich nadnaturalnych stworzeń. Lecz niestety ta "przyjaźń" też się skończyła. Mój towarzysz stwierdził, że jego kontrakt wygasł i jeżeli będzie miał dla mnie jakieś zadanie, to może się jeszcze zobaczymy. Mimo że matka przekazała mi wszystko, co powinienem wiedzieć o Kainitach, to pozostawiła mnie bez odpowiedzi na pytanie: czy jeżeli istnieje Kain, który został powołany i przeklęty przez chrześcijańskiego Boga, to czy istnieje Stara Wiara, czy też książa mieli rację w tej wojnie o wiarę? Rok 1010, gdzieś w Szkocji Po długiej podróży zdołałem poznać wiele naszych rodzinnych praw i nawyków. "Podróże kształcą" — tak powiedział kiedyś pewien mądry śmiertelnik i miał całkowitą rację. No cóż, życie mnie nie rozpieszczało podczas tej podróży, wiele razy uciekałem przed Inkwizycją, Lupinami, czy też przed rozszalałym chłopstwem. To był początek tych strasznych czasów prześladowań, a ten rok zaważył nad całym moim przyszłym nie-życiem. Mianowicie przybyłem do Szkocji, gdzie odbywało się jedno z największych Zgromadzeń naszego klanu. Przyszłe wydarzenia miały olbrzymi wpływ na rolę klanu Gangrel w tak zwanym "Buncie Anarchistów". No cóż, wtedy tak naprawdę jeszcze nie myślałem, byłem młodzikiem oczarowanym cudami niewidzialnego świata. Przez pierwszy tydzień świetnie się bawiłem, stając w szranki z różnymi wielkimi wojownikami, oraz oczarowany słuchałem opowieści Starego Snooriego. Polityka mało mnie interesowała, lecz uczestniczyłem w obradach. Obradom przewodziła pani Badb i pan Thor. Głównym punktem obrad było powstanie klanu Tremere. Prawie jednogłośnie zdecydowano o natychmiastowej interwencji i wysłaniu emisariuszy do klanu Tzimisce, który pierwszy przyjął zdradzieckie uderzenie Uzurpatorów. Poprosiłem o uczestnictwo w tej misji i dzięki poparciu matki (i jak się później okazało, mojej dobrej reputacji) zostałem przyjęty do oddziału. Dalsza część obrad dotyczyła aktywności Inkwizycji i pojawianiu się coraz większych band Anarchistów. Tutaj popełniliśmy ten sam błąd, co inne klany; postanowiliśmy nie interweniować i ukryć się w lasach. Po części wynikało to z naszej natury — jeśli czemuś nie możemy sprostać, uciekamy do lasu. Po części kierował nami wstręt do polityki i niechęć pozostałych klanów. Zresztą, co mogliśmy robić? Przyjmować każdego napotkanego pariasa w nasze szeregi? To by zniszczyło nasz klan, tyle słabej, rozcieńczonej krwi. Walczyć z Inkwizycją? Nie miało to sensu, żyjemy w lasach, a tam kończy się jej władza. Tak więc postanowiliśmy czekać i nic nie robić. Ale klan nie był już tak skonsolidowany jak kiedyś. Widać było gniew na twarzach niektórych braci i coś złowrogiego wisiało w powietrzu, niczym niewypowiedziana groźba. Prześlij mi swoją opinię o artykule! |