Spis treściInkluz

Tawerna pod Smoczą Paszczą


Skavenblight

Tylko Rearlinn



Wiatr zawył przeciągle, przynosząc kolejny zmierzch na pustkowia. Każda noc na pustyni Re' Kharan równała się walce o przetrwanie. Wędrowcy zadrżeli. Choć w ostatnich dniach nie rozmawiali ze sobą prawie wcale, wszyscy myśleli o tym samym — jak długo jeszcze uda im się przeżyć na tej ziemi. Dzień był krótki i pełen obaw; chociaż na południu ziemia nie nosiła już śladów obecności demonów, wciąż nie mogli dotrzeć do celu. Mało kto wierzył jeszcze w przepowiednię Yrathaara. Ani Siralee, ani Rearlinn nie mieli już sił przekonywać towarzyszy; po prawdzie sami już tracili wiarę. Jezioro, w którym spoczęły szczątki wielkiego maga, było daleko za nimi, a choć szli najszybciej jak mogli, przed sobą wciąż nie dostrzegali nic

Tylko garstka przetrwała morderczą wędrówkę, pomyślał ze smutkiem Rearlinn. Ze smutkiem tym większym, że wciąż pamiętał o swej zdradzie i obwiniał się za wszystko — od upadku Bluetroth po śmierć Yrathaara. Nawet zwycięska dla elfów bitwa, w której Rearlinn stracił demoniczny dar, niewiele zmieniła. Yrathaar zginął, a liczba poległych nie dorównywała nawet liczbie zaginionych. Tylko on mógł się domyślać, co się z nimi stało, lecz nie chciał pogłębiać rozpaczy Siralee. W ostatnich dniach wyglądała, jakby brakowało jej już sił nawet na kolejny oddech.

Teraz zapadł zmrok i Rearlinn zadrżał na myśl o tym, co może czyhać na nich w ciemnościach. Spostrzegł, że Siralee zatrzymała się nagle. Kiedy podszedł i położył dłoń na jej ramieniu, odwróciła się gwałtownie. W jej oczach dojrzał strach.

- Co się stało? — zapytał.

- Nie ma Vildara — odrzekła.

Rearlinn pokiwał głową. Vildar od kilku dni zachowywał się inaczej. I tak przetrwał długo, biorąc pod uwagę, że Yrathaar ciągnął go ze sobą wszędzie i narażał na największe niebezpieczeństwa. To on był z nim i Iovaną owej feralnej nocy, kiedy mag odłączył się od reszty, by zbadać teren. To on wyniósł Siralee z wody i nieprzytomną podał Rearlinnowi. Od paru dni był jakiś nieswój, niemal się nie odzywał, patrząc wciąż tylko na południe.

A teraz zniknął jak tamci.

Siralee była wyraźnie załamana. Rearlinn nie dziwił się; Vildar dla wszystkich był oparciem. To dzięki niemu wielu z nich nie odeszło zaraz po bitwie. To dzięki niemu wielu z nich żyło jeszcze, zachowując wiarę, kiedy nawet sam Vildar ją stracił.

- Może Yrathaarowi się tylko zdawało — szepnęła, tuląc twarz do ramienia Rearlinna. — Może nie ma Nowych Ziem. Może ta jego wizja była tylko sprawką Izzgarotha. Może pakujemy się w kolejną pułapkę.

- Nie myśl tak! — Rearlinn ścisnął jej dłoń tak mocno, że zabolała. — Nie wolno ci. Yrathaar widział Nowe Ziemie. Widział nas, widział inne rasy, żyjące w pokoju tam, gdzie ich miejsce, z dala od demonów, z dala od Ioritanu!

- Zaczynam wątpić, Rearlinn — odezwała się. — Zaczynam wątpić, czy my te ziemie zobaczymy.

- Zobaczymy — powiedział, spoglądając w górę, choć nie było widać gwiazd. — Zobaczymy.

Sam czuł jednak, że ich szanse maleją z każdym dniem i z każdą nocą. Byli zbyt wyczerpani i zbyt zrezygnowani; zbyt wiele zdarzyło się w ciągu tego czasu. Nawet nie wiedzieli, ile miesięcy minęło — na pustyni każda pora roku wyglądała tak samo.

Nagle usłyszał jakiś hałas. Odwrócił się w poszukiwaniu jego źródła. Ujrzał Vildara, wracającego od południa. Jego oczy zdradzały wyczerpanie, lecz po raz pierwszy od dawna uśmiechał się. Upadł na kolana i byłby runął twarzą w piasek, gdyby nie szybka Siralee.

- To... nic... — wyjąkał Vildar. — To nic... Tam... niedaleko... las...

- Gdzie?! Jak daleko?! Co widziałeś?! — głosy przekrzykiwały się nawzajem; najgłośniej krzyczała Siralee.

- Może... ze... sto kroków... nie więcej... las, las... drzewa, ptaki, zapach... - uśmiech znowu rozjaśnił jego twarz. — A jednak istnieje.

- Istnieje — powiedział Rearlinn. — Przecież Yrathaar mówił, że istnieje. Na co czekacie? Zajmijcie się Vildarem. Niech go ktoś poniesie, nie jadł od kilku dni, żeby dla was wystarczyło! Szybko! Wracamy do domu.

- Jesteś pewien? — Siralee spojrzała niepewnie na przyjaciela.

- Przecież właśnie mówiłem ci, że zobaczymy Nowe Ziemie.



Tylko rozkaz Siralee powstrzymał uciekinierów przed beztroskim wbiegnięciem do lasu. Rozkaz nadal pozostawał rozkazem, choć trudno było opanować pokusę. Drzewa kusiły zielenią liści, wiatr przynosił woń żywicy, śpiew ptaków rozbrzmiewał ponad głowami. Niemal wszyscy zapomnieli o ostrożności; nawet Rearlinn. Widok puszczy przypominał mu dzieciństwo spędzone w Lesie Nirinloth, zanim jeszcze poznał Yrathaara, zanim jeszcze związał się z Izzgarothem. Las mógł już nie istnieć, lecz w pamięci Rearlinna nadal pozostał żywy. Siralee nie rozumiała tego tak dobrze; wychowała się w Ogrodzie Bogini, wśród książąt i magów. Była dużo zdolniejsza od niego, lecz to jemu Yrathaar powtarzał: „Będziesz najlepszym z nocnych czyhaczy.”. I Rearlinn rzeczywiście nim został, lecz nie na długo.

Vildar odnalazł w sobie nowe siły, gdy tylko wniesiono go między drzewa. Od razu zażądał, by postawić go na ziemi. Nawet Siralee nie miała serca sprzeciwiać się jego prośbom. Łzy pojawiły się w oczach starego łowcy, gdy jego stopy dotknęły ziemi. Podbiegł do najbliższego drzewa i wtulił twarz w porośniętą mchem korę, szepcząc dziękczynne modlitwy. Pozostali zatrzymali się, spoglądając to na Vildara, to na otaczające ich drzewa. Wielu spoglądało też na Siralee z niemą prośbą w spojrzeniu. Czyhaczka machnęła ręką i zezwoliła na postój. Sama nie mogła przezwyciężyć pokusy, by usiąść na wilgotnej trawie.

A gdy usiadła, gdy poczuła zapach trawy i żywicy, i do niej powróciły wspomnienia. Nie wychowała się w lesie, to prawda; od najmłodszych lat była związana z dworem Illardina. Lecz sama stolica Bluetroth była przecież wielkim ogrodem. Przypomniała sobie, jak biegała ścieżkami z garściami pełnymi jesiennych liści i rzucała nimi w Galdarona. Księcia Galdarona, poprawiła się w myślach. Kto wie, jak potężne państwo już zbudował. Może już wkrótce natkniemy się na straże, pomyślała z uśmiechem. Może jeszcze dziś powita nas Galdaron. Ciekawe, jak bardzo się zmienił przez tych kilka lat...

Rearlinn spojrzał na nią; widać, że myślał o tym samym. Powinni ruszać, jeśli chcą jeszcze dziś dotrzeć do księcia. Spojrzała na resztę towarzyszy; widać było, że od razu nabrali sił. Siralee wstała. Choć słońce było jeszcze wysoko, stwierdziła, że nie powinni czekać. Odpoczną u Galdarona.

- Czas ruszać! — zawołała.

Jakiś dziwny dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy usłyszała własny głos. Własny; ale czy tylko? Wyraźnie słyszała kogoś jeszcze. To nie było echo — to brzmiało, jakby ktoś powiedział to samo dokładnie w tej samej chwili, co ona. Rozejrzała się wokół, lecz nie dostrzegła nic nadzwyczajnego. Czy to możliwe, że tylko się przesłyszała? Spojrzała na Rearlinna, lecz on patrzył w inną stronę. Siralee powoli się uspokoiła. Może rzeczywiście zbyt długi czas spędziła na pustyni. Yrathaar mówił, że to zmienia każdego.

- Są wszyscy? — zapytała Rearlinna, nie patrząc na niego.

- Nie mogę znaleźć Nyrren i Meorena — odpowiedział Rearlinn. — Vildar! Gdzie Nyrren?

Vildar nie zdążył odpowiedzieć na pytanie, gdyż w tej samej chwili z gęstwiny wynurzyli się Nyrren z Meorenem, ciągnąc za sobą jakąś niską, na oko bardzo owłosioną istotę. Istota szarpała się bardzo, lecz nie wydawała żadnego dźwięku, co zdziwiło czyhaczy.

- Nyrren! Meoren! Kto to jest?! — Siralee wyraźnie uspokoiła się odnalezieniem towarzyszy.

- Nie wiem, ale zaatakował nas z wieży nieopodal — odrzekła Nyrren. — Strzelał całkiem nieźle. Wygląda na krasnoluda, prawda?

- Cóż za niespotykanie bystry umysł — odezwał się po raz pierwszy schwytany.

- Kim jesteś i dlaczego ich zaatakowałeś? — czyhaczka spojrzała groźnie na obcego.

Odpowiedziało jej tylko głuche milczenie.

- Słuchaj, nie chcemy niczyjej śmierci — powiedział Rearlinn. — Powiedz nam, kto cię przysyła. Nie jesteśmy okrutni. Nic ci...

- Ja też nie chcę niczyjej śmierci — odrzekł krasnolud. — Dlatego dałem spokój tym waszym narwanym biedakom. Zabijając mnie, sprowadzilibyście na siebie pewną śmierć, a wtedy moje stosunki z ostatnimi elfami bardzo by się popsuły. Nawet martwy nie chciałbym mieć z nimi do czynienia...

- Mówisz o księciu Galdaronie? — nie wytrzymał Vildar. Dopiero spojrzenie Siralee przywołało go do porządku. — To znaczy, chciałem powiedzieć, jakie ostatnie elfy...

- Znam tylko te, które mieszkają w tej puszczy — wzruszył ramionami krasnolud.

- A kim ty jesteś? — zapytał Rearlinn.

- Vegrim z Thilgar. Choćbyście mnie ogolili, więcej wam nie powiem.

Siralee spojrzała na Rearlinna, zniecierpliwiona. Obcy wyraźnie jej się nie spodobał. Naturalne uprzedzenie do krasnoludów dało o sobie znać. Na dobrą sprawę nigdy nie widziała krasnoluda; może raz, kiedyś, dawno, lecz z pewnością nie znała ich rasy tak dobrze, by móc powiedzieć o niej cokolwiek poza tym, że są inni. Obcy. Dziwni. A krasnolud w lesie wydawał jej się całkiem nie na miejscu. Thilgar? Cóż to za miejsce? Siralee słyszała o kapłanie, noszącym to imię, być może rzeczywiście istniało jakieś miasto o tej nazwie. Ale czego Vegrim szukał w lesie? I co najważniejsze — kim były te „ostatnie elfy”?

Rearlinn tylko wzruszył ramionami. Jego ta sytuacja najwyraźniej bawiła. Zastanowił się chwilę — tak, to było zabawne. Jakie miny musieli mieć Nyrren i Meoren, kiedy z wieży zaczął do nich strzelać krasnolud! Musieli się naprawdę zdziwić — oni, uciekinierzy, którzy widzieli już wszystko. Sam Vegrim ciekawił Rearlinna coraz bardziej. Spojrzał na Siralee, ale ona najwyraźniej nie podzielała jego rozbawienia. Długo zastanawiała się, co powiedzieć, aż w końcu machnęła ręką, zniecierpliwiona.

- Musimy ruszać. — stwierdziła. — Wyjaśnimy to po drodze. Nyrren, Vildar, Meoren, pilnujcie go, pójdzie z nami.

- Przepraszam, ja w jakim charakterze? — zapytał spokojnie krasnolud.

- W charakterze jeńca.

- W porządku — odetchnął z udawaną ulgą. — Porządek świata nie został odwrócony, elfy nadal robią z siebie idiotów na każdym kroku.

Rearlinn nie wytrzymał i roześmiał się głośno, napotykając surowe spojrzenie Siralee, która najwyraźniej nie była w nastroju do żartów. Krasnolud szedł spokojnie i wcale nie tak wolno, jak podawały księgi w bibliotece Illardina. Widać rzeczywiście znał ten las. Wieża, z której zaatakował ciekawską Nyrren i zarozumiałego Meorena, wyglądała naprawdę solidnie i nie przypominała zwyczajnej elfickiej budowli. Rearlinn uznał, że wzniosły ją krasnoludy. Co robiły w lesie? Dlaczego nie siedziały w górach Vrahgaz? Co sprowadzało je na Nowe Ziemie elfów? Od kiedy są tutaj? Rearlinn uświadomił sobie, że nawet nie wie, ile czasu upłynęło od ucieczki z Bluetroth. Na pustyni nigdy nie padały deszcze. Nigdy też za dnia nie robiło się chłodno. Na pustyni panowała wciąż ta sama pora roku.

- Jaką dzisiaj mamy datę, Vegrimie? — zapytał możliwie najuprzejmiej czyhacz.

- Jedenasty Meora, trzeci rok gwiazdy zmierzchu — odrzekł Vegrim. — Sami widzicie, że elfy mnie tu znają, skoro poznałem ten wasz dziwny kalendarz.

- Dobra, dobra, ty nie bądź za cwany — ucięła Siralee. - Bo tylko pogorszysz swoją sytuację.

Vegrim tylko się roześmiał.

- Już niedługo przekonacie się, kto jest w gorszej sytuacji, uszaci narwańcy.

Siralee spojrzała gniewnie na Rearlinna. Czyhacz wzruszył tylko ramionami. A na twarzy ma znów ten swój głupkowaty uśmiech, pomyślała. Pewnie w ogóle nie przejmuje się zniewagami tego brudnego brodacza. A ten, nie dość, że śmie atakować elfy w lesie, to jeszcze śmieje się im w twarz! Galdaron musi coś z tym zrobić, stwierdziła. Jeszcze dzisiaj, o ile Bogini dopuści, powiemy mu, żeby ukrócił tych brodatych złośliwców. A najlepiej w ogóle niech wypędzi ich z lasu. Co to, gór im za mało?

Las stawał się coraz gęstszy. Coraz mniej światła docierało spomiędzy liści. Siralee miała wrażenie, że wraz ze światłem ubyło powietrza. Zrobiło się jakoś duszno, nieprzyjemnie. Z każdym krokiem wrażenie to pogłębiało się i nie dawało czyhaczce spokoju. Spojrzała na Rearlinna; uśmiech zniknął już z jego twarzy. I on najwyraźniej poczuł to coś w powietrzu.

Czyhacz rzeczywiście był zaniepokojony. Coś kryło się między drzewami, w powietrzu, w każdym oddechu i wypowiedzianym słowie. Niepokój potęgowało zachowanie Vegrima. Kpiący wyraz znikł z jego twarzy. Krasnolud szedł teraz ostrożnie, rozglądając się uważnie na boki. Rearlinn uzmysłowił sobie, że w lesie panuje prawie całkowita cisza, oprócz...

Słowik. Śpiew słowika.

Vegrim zatrzymał się i szturchnął Rearlinna.

- Niech was, zostawiłem kuszę w wieży — szepnął. — Dawaj szybko jakiś łuk, chociaż ciężko strzelać z tych waszych cholerstw.

Rearlinn spojrzał na Vildara. Elf posłusznie podał łuk. Krasnolud spojrzał na niego z pogardą, ale nie wahał się.

Chwilę później coś czarnego spadło z pobliskiego drzewa. Cisza zaległa nad lasem. Rearlinn odniósł wrażenie, że dziwny cień jakby ustąpił. Siralee podbiegła i chwyciła w dłonie martwego ptaka. Był to czarny słowik.

- Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała na pozór spokojnie. Tylko Rearlinn dosłyszał w jej głosie gniew, nad którym lada chwila mogła przestać panować.

- Później ci powiem, panienko. — wzruszył ramionami krasnolud. — Nie ma sensu teraz tego wyjaśniać. Jeden padł, ale mogą przylecieć następne, a nie ręczę za moje umiejętności strzeleckie, używając tego czegoś. Lepiej chodźmy dalej...

- Nigdzie nie pójdziemy! — Rearlinn zadrżał. Wiedział, że ten głos oznacza kłopoty dla wszystkich. Trudno było rozgniewać Siralee, ale Vegrimowi właśnie się udało. — Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie miałbyś teraz zginąć!

- Cóż — westchnął Vegrim. — Nie widzę więc innego wyjścia. Zmusiliście mnie.

Po czym wzniósł oczy ku niebu i wydał z siebie dziwny, niski dźwięk.

- Co ty... — zaczęła zdezorientowana Siralee, lecz przerwał jej trzask gałęzi, brutalnie rozrywający zalegającą po zabiciu słowika ciszę.

Rearlinn rozejrzał się dokoła, w pierwszej chwili nie dostrzegając niczego podejrzanego. Dopiero, gdy z gęstwiny wynurzyło się czterech elfickich łuczników, czyhacz zorientował się, że zostali zwabieni w pułapkę. Spojrzał gniewnie na Vegrima, ale jego uwagę zaprzątnęli przybysze, z których trzech mierzyło z łuków do Siralee, Rearlinna i Vildara, zaś czwarty stał obok, czekając na krasnoluda. Jego twarz zdradzała niechęć, ale i jakiś szacunek. Czyhacz dostrzegł coś dziwnego w twarzach nieznajomych, coś, co odróżniało ich od uciekinierów z Bluetroth, ale nie umiał tego nazwać.

- I co to za jedni? — zapytał ten, który czekał na Vegrima. — Tylko spróbuj powiedzieć, że to znowu te...

I wtedy, słysząc ten akcent, Rearlinn zrozumiał, co takiego odróżniało ich od znajomych Vegrima. To byli południowcy, elfy z Carlythoe, potomkowie legendarnego plemienia Carlydor, przed wiekami wypartego z Wysp Zapomnienia przez przodków Thilitarr. Bluetroth zawsze było uważane za stolicę elfów, a niechęć do oddalonego o setki mil Carlythoe nie była już nawet legendą. Rearlinn nigdy nie widział południowca. Spojrzał na Siralee. Ona również dostrzegła to co on i była równie zdumiona tym nagłym spotkaniem. Skoro elfy z Carlythoe są tutaj, gdzie podział się książę Galdaron?

- To nie są znowu ci, Wanthar — powiedział Vegrim. — Nim usłyszałem słowika, ogarnął nas cień. Wiesz, że gdyby to byli...

- Cień? Niemożliwe. Przecież On pochłonął wszystkich. Poza nami i Mistrzem.

- Nie ufasz mi? Mało razy uratowałem wam życie? Kim byłbyś teraz, gdyby nie ja? Jego sługą, Wanthar, a to gorsze niż śmierć. Gdybym ja...

- Dość, Vegrimie. Wiem, co nam grozi, przeżyłem śmierć bliskich, jak wszyscy. Ciebie chociaż nie próbowało uwieść widmo własnej żony! A wiesz, jak pięknie bawią się widmowe dzieci? Nie wiesz. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, przed czym nas chronisz.

- Krasnoludy więcej o Nim wiedzą, nawet więcej od Mistrza. I nas również spotkała krzywda z Jego strony. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale może oni naprawdę ocaleli? Może dopiero przybyli do Puszczy?

- To możliwe, ale myślisz, że nam dobrowolnie opowiedzą?

- Gęby otwierać umieją, ale ja tam radzę od razu do Mistrza z nimi.

- Zwariowałeś? Do Waddarah?!

- Czemu nie? Za głupi są, żeby próbować sztuczek. A jeśli... Jeśli pójdziemy teraz, na pewno w nocy trafimy na widma. Wtedy zobaczą, czym grozi przebywanie w tym lesie, i będą grzeczni.

- Ale jakby co, ty jesteś winny.

- Ale jakby co, ty zamykasz uszatą gębę.

Wygląda na to, że zostaliśmy pojmani, pomyślał Rearlinn. Spojrzał na Siralee. Dopiero teraz była naprawdę wściekła. Jeszcze chwila i rzuci się na południowców, a wtedy nic jej nie powstrzyma, zginie z klątwą na ustach. Tylko poczucie obowiązku wobec reszty towarzyszy zdołało usadzić ją w miejscu. Czyhacz westchnął. Cóż takiego czaiło się między drzewami? Z rozmowy Vegrima i Wanthara wywnioskował, że wróg był potężny i nieprzewidywalny. Jaką rolę odgrywał tu Vegrim? Skąd wzięli się południowcy w lesie, w którym panować powinien Galdaron? Rearlinn nie próbował nawet pytać. Wanthar i jego towarzysze ignorowali wszelkie pytania ze strony Siralee, doprowadzając ją tym do rozpaczy. Jedynie Vegrim uśmiechał się ponuro, już nawet bez cienia drwiny.

Las znów był zwyczajnym miejscem. Po dziwnym niepokoju i cieniu nie został nawet ślad. Nie było też słychać żadnego ptaka. Dlaczego Vegrim zabił słowika? Dlaczego upierzenie ptaka było całkiem czarne? Kolejna zagadka. Co to znaczy, że „zaczął nas ogarniać cień”? Z rozmowy wynikało, że ten fakt przemawiał w jakiś sposób na korzyść uciekinierów. Tak, pomyślał Rearlinn, to my tu jesteśmy obcy. Weszliśmy tu beztrosko, pewni zwycięstwa Galdarona. A może wszystko potoczyło się inaczej? Może Galdarona tu nie ma i nigdy nie było. Może to wcale nie są Nowe Ziemie! Przecież tam nie powinno być zła. A zło tu z pewnością było, stare i potężne. Rearlinn czuł je nawet w najdelikatniejszym powiewie wiatru. Zadrżał. Przypomniał sobie, że Wanthar i Vegrim mówili też o jakichś tajemniczych widmach.

A widm Rearlinn nienawidził najbardziej.





I przyszły. Przyszły jak zwykle głodne i pewne swej doskonałości, choć w rzeczywistości w pewien sposób zniekształcone. Nie pod względem fizycznym — o ile można mówić o fizyczności widma — ale oczy ich pałały jakimś dziwnym światłem. Nie pojawiły się od razu; z początku tylko szeptały w ciemnościach nocy, a każde ich słowo wywoływało dreszcze u Siralee. Czyhaczka wczepiła palce w dłoń Rearlinna; nawet dawny zdrajca był w tej chwili najlepszym przyjacielem. Ale i on był przerażony. Głosy były coraz głośniejsze — raz się przybliżały, szepcząc niemal do ucha przybyszy, innym razem oddalały, udając drwiące echo. Rozmawiały, śmiały się, płakały, wyzywały się na pojedynek. Żyły.

Vegrim i Wanthar spodziewali się oczywiście ich nadejścia i bez większej nadziei nakazali wszystkim zatkać uszy i patrzeć wyłącznie pod nogi. Ci, którzy przybyli z Wantharem, byli posłuszni, lecz krasnolud nie łudził się, że uda mu się zmusić do tego resztę. Byli tu zbyt nowi; nie wiedzieli jeszcze, co ich czeka, ujrzeli zaledwie cień, i tak szybko przegoniony. Vegrim zastanawiał się, ilu z nich przetrwa tę noc. Kto z nich ma szansę dotrzeć do Waddarah? Na pewno ten wysoki czyhacz; on miał siłę i tę niezwykłą wytrwałość, której brakowało elfom. Być może i ta jego przyjaciółka, Siralee. Ten stary, zwany Vildarem, wygląda na najbardziej sponiewieranego, ale w tym wypadku przemawia to na jego korzyść. Czy reszta przetrwa bez pomocy Mistrza? Krasnolud pokiwał głową. Nie mają najmniejszych szans.

Kiedy nadeszły widma, Vegrim spojrzał tylko przelotnie na Rearlinna. Czyhacz pokiwał głową. Nawet strach nie zmusiłby go do wbicia wzroku w ziemię; nie w tym lesie, w którym wszystko było takie niezwykłe. Krasnolud westchnął tylko ciężko. Przeczuwał kłopoty.

Rearlinn był zdumiony i coraz bardziej przerażony. Cokolwiek za tym stało, było bardzo zdolne. Widział wielu swoich przyjaciół. Zza drzewa machała do niego Yraliel, wiecznie uśmiechnięta czarodziejka, uczennica Yrathaara. Gdzieś z daleka Kildar wołał go po imieniu; Rearlinn wciąż pamiętał, jak mały Kildar nie mógł utrzymać łuku i jaki był dumny ze swego pierwszego celnego strzału. Arrlan, zwany w Bluetroth Patykiem, spacerował z dawną miłością Rearlinna, Ainir. Wszystkich ich czyhacz pamiętał doskonale i przez miesiące spędzone na pustyni Re’ Kharan tylko czekał na spotkanie z nimi. Widok ich widm wzbudzał w nim najwyższą odrazę i strach.

W tym momencie poczuł, że Siralee wyrywa mu swą dłoń. Ścisnął ją jeszcze mocniej, by nie uciekła i przytrzymał drugą ręką. Vegrim i Wanthar odwrócili się.

- Idźcie dalej! — powiedział krasnolud. — Wszyscy! Zaraz was dogonimy.

- Galdaron! — zaczęła krzyczeć Siralee. — Rearlinn, czy nie widzisz?! Galdaron nas wzywa, jest tam, woła, byśmy zaczekali! Rearlinn! Nie możesz lekceważyć rozkazu księcia...

- Ucisz ją! — warknął Vegrim. — Nie widzisz, że im bardziej krzyczy, tym gorzej? Szybko!

Czyhacz musiał użyć wszystkich swych sił, by przyciągnąć Siralee do siebie. Elfka rzucała się i kopała, aż nawet krasnolud zwątpił, czy uda się ją powstrzymać. Kiedy jednak znalazła się w objęciach Rearlinna, zaczęła płakać.

- On był... taki prawdziwy... — łkała. — Taki... jakbyśmy... go wczoraj pożegnali.

- Wiem — szepnął Rearlinn. — Wiem.

- Lepiej już chodźcie — powiedział łagodnie Vegrim. — Byle szybko.

Spojrzał przed siebie. Wanthar i reszta nie byli daleko, ale nie można było ryzykować. Rearlinn skinął głową. Zaczął delikatnie prowadzić Siralee, wciąż nie wypuszczając jej z ramion.

- Pierwsza noc to zawsze koszmar — mruknął krasnolud, oglądając się po raz ostatni za siebie.





Wydawało się, że minęły całe wieki, nim wreszcie dotarli do ruin. Vegrim stwierdził, że bezpieczniej będzie pójść dłuższą drogą. Z niepokojem obserwował Siralee, która po spotkaniu z widmami uspokoiła się zupełnie. Jako że przez cały poprzedni dzień nękała Wanthara i Vegrima pytaniami, nagłe milczenie z jej strony wzbudziło niepokój krasnoluda. Zastanawiał się, czy to możliwe, by widmo mogło uwieść ją z takiej odległości. Nie, Mistrz zapewniał, że to niemożliwe. A zatem, pomyślał krasnolud, w grę muszą wchodzić emocje. Może ten Galdaron był dla niej kimś więcej niż władcą...

Widok zrujnowanej bramy w jakiś sposób ożywił Siralee. Znowu zaczęła rozglądać się wokół i zadawać pytania. Rearlinn uspokoił się nieco. I jego denerwowało to milczenie. Ta noc była ciężka, a z pewnością na niej się nie skończy. Również jego zastanawiały ruiny, lecz nie zadawał pytań. Brama z pewnością była dziełem elfów. Wszystkie pozostałe budowle również przypominały domy w Ogrodzie Bogini.

- Stać! Vegrim, czujesz? — Wanthar spojrzał na krasnoluda z niepokojem.

- Nie. Puszczaj.

Południowiec spojrzał w górę i znów wydał ten sam dźwięk, który słyszeli już z ust Vegrima poprzedniego dnia. Dźwięk był niski i tak dziwny, że Rearlinn nawet nie wyobrażał sobie, w jaki sposób jakakolwiek istota może go wydawać z taką łatwością, jak to czynili Wanthar i Vegrim.

Wtem usłyszał trzask drewna. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł jakiś ruch w ruinach. Ktoś usiłował wydostać się z jednego ze zniszczonych budynków. W końcu udało mu się wydobyć spod sterty gruzów i już biegł, machając Wantharowi z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Witaj, Imhar — powiedział południowiec. — Jak noc?

- Wspaniale! — odrzekł Imhar. — On nie jest nieomylny, wiecie? — elf zachichotał. — Wysłał na mnie tego zarozumialca Ahraina. Miałem niezły ubaw, patrząc na to biedne widmo, starające się mnie zwabić. Czego potrzebujecie?

- Łodzi. Potrzebujemy dostać się do Waddarah.

- Nie mam pytań. Łódź jest pod Gwiazdą Sheurah.

- Dzięki. Powodzenia.

- Przyda się. On na pewno słyszał mój śmiech. Przy okazji: zestrzeliłem gniazdo słowików.

- Wspaniale.

Vegrim spojrzał w niebo. Było trochę zachmurzone, ale mimo wszystko Gwiazda Sheurah była widoczna. To był najwyższy czas. Wanthar skinął głową na pozostałych.

Ruszyli w stronę rzeki.





Zapadał kolejny zmierzch, gdy dotarli wreszcie do brzegów wyschniętego jeziora. Rearlinn odetchnął z ulgą; Wanthar po drodze mówił, że niedobrze byłoby zostać na Czerwonych Mokradłach na kolejną noc. Czyhacz wierzył już każdemu jego słowu i nie chciał na własnej skórze sprawdzać, jakie widma rodzą nocą czerwone błota. Siralee spoglądała wciąż z niepokojem na słońce; widać było, że bała się kolejnego zachodu. Ściskała dłoń Rearlinna coraz mocniej i drżała za każdym razem, gdy słyszała słowika.

Na środku wyschniętego jeziora znajdowała się wyspa. To w jej stronę kierowali się Vegrim i Wanthar i widać było, że im bliżej wyspy, tym stawali się obaj weselsi i bardziej rozmowni, jednak wciąż zachowywali czujność i nie przestawali pilnować Siralee. Być może jesteśmy już blisko, pomyślał czyhacz.

W końcu dotarli do brzegów wyspy, witani przez uschłe drzewa. Musiało minąć wiele lat, odkąd ostatnim razem kwitły, wydawały owoce, żyły. Cała wyspa wydawała się przybyszom martwa i sucha. Choć Czerwone Mokradła ze pewnością nie były wesołe, i to miejsce nie wzbudziło sympatii w Rearlinnie. Spojrzał na resztę swych towarzyszy; i oni nie okazywali entuzjazmu. Cóż jednak było robić, skoro tam właśnie prowadzili ich południowcy...

Vegrim obejrzał się za siebie. Dopiero teraz dostrzegł niebezpieczeństwo. Zaklął wściekle i krzyknął na Wanthara, wyrywając się przed wszystkich. Południowiec szarpnął za ramię Rearlinna, zaczęli biec. W zapadających ciemnościach biegli niemal na oślep, wprost do otworu, gdzie czekał już Vegrim, z rozwianą brodą i strachem w oczach, wskazujący dłonią schody. Rzucili się w dół, w ostatniej chwili umykając pędzącym za nimi widmom.

Mimo że byli już bezpieczni, wciąż biegli, dopóki nie dotarli na sam dół. Znaleźli się nagle w dziwnym korytarzu, zdyszani, wciąż jeszcze przestraszeni. Wanthar nie dał im jednak czasu na przemyślenia, pukając od razu do wielkich drzwi, ozdobionych dziwnymi płaskorzeźbami.

- Wejść! — Rearlinn uświadomił sobie, że gdzieś już słyszał ten głos.

- Właźcie — mruknął Vegrim. — Nie ma czasu. Wanthar, idź sprawdź korytarz, ludzi zbieraj. Ja tu poczekam. Nie zdenerwujcie Mistrza, bo będzie z wami źle. Już.

Rearlinn nacisnął klamkę i uchylił drzwi. Siralee wśliznęła się szybko do pomieszczenia. Za nią weszła reszta elfów, na koniec czyhacz. Na dziwnym drewnianym fotelu siedziała jakaś postać. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na przybyszy, zatopiona w jakiejś grubej księdze.

- Przepraszam... - głos Siralee był cichy, lecz stanowczy.

- Ekhm... tak, tak. Słucham. — postać uniosła głowę i wtedy Siralee i Rearlinn poznali, kim jest.

To był Mealdar, dawniej główny mag w Bluetroth. Mag, który postradał zmysły, zaszył się w swej pustelni, a następnie został wysłany przez Illardina z Galdaronem i innymi na poszukiwanie Nowych Ziem.

- Mealdar! — zawołała Siralee, uradowana. — Co ty tu robisz?!

- Siralee! Rearlinn! Nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę jeszcze uczniów Yrathaara. — Mealdar wstał; dopiero teraz widać było, jak bardzo się postarzał. — Skąd się tu wzięliście?

- Illardin wysłał nas w ostatniej chwili z Yrathaarem... błądziliśmy po pustyni... zresztą nieważne... co tu się dzieje?!

- Zaraz wam opowiem. Odpowiedz mi tylko jeszcze na jedno pytanie: gdzie jest Yrathaar?

Siralee spojrzała na Rearlinna. Czyhacz spuścił wzrok.

- Niestety. Izzgaroth opanował część pustyni i...

- Rozumiem — pokiwał głowa Mealdar. — Bogini niech ma go w swojej opiece. Cóż. Pewnie zastanawiacie się, co tu się dzieje? I pewnie ani Vegrim, ani Wanthar nie powiedzieli wam ani słowa? Nie gniewajcie się na nich, zrobili to na mój rozkaz. Od czego zacząć? Zacznę od początku. Przybyliśmy tu z Galdaronem w drugim roku gwiazdy południa. Książę był bardzo ambitny, chciał zbudować tu wielkie imperium. Widzieliście jego szczątki, tam, nad Ahlen, prawda? Od początku nie układało mu się z plemieniem Irranan, zbiegami z Carlythoe. Było sporo wojen, takie tam... W końcu zdarzyło się coś dziwnego. Niedługo po zawarciu pokoju znaleziono ciało jednego z naszych w strasznym stanie. Wyglądał, jakby ktoś wyssał z niego krew. Nie chcieli mnie słuchać... ruszyli na Irranan, pewni, że to oni są sprawcami tej zbrodni. Zostawili tylko mnie, więc tylko ja przeżyłem. Oczywiście nawet nie dotarli do Irranan, to było szybsze. Zabiło wszystkich.

- Ale co to jest? — dopytywała się Siralee.

Mealdar spojrzał na Rearlinna. Czyhacz poczuł, że robi mu się gorąco. On przeczuwał już, co to jest.

- To Bezimienny — odrzekł. — Nie znamy Jego natury, nie wiemy, kim jest i co Nim kieruje. Wiemy natomiast, do czego jest zdolny. Szanujcie Vegrima, przyjaciele. Uratował nas nie raz. Krasnoludy mają szczególny zmysł do Bezimiennego; zapytajcie go zresztą, to jest bohater, służył w armii Vilda, założyciela kraju ludzi na północy. To dzięki Vegrimowi udało im się zawrzeć pokój z orkami, uratował ich stolicę przed Nim. On i jego przyjaciele pomagają nam nieustannie. Ja również robię, co mogę. Umiemy już przewidzieć ataki Bezimiennego. Umiemy też powstrzymać pomniejsze widma. Wiemy, że czarne słowiki są Jego wysłannikami. Wiemy już całkiem dużo, lecz wciąż za mało, by go pokonać. Przyszliście jak na zawołanie — uśmiechnął się mag. — Założyliśmy obóz w ruinach Waddarah i jesteśmy w trakcie badania podziemi. Mamy mały kłopot. Otóż... Jeśli czytaliście księgi Yrathaara, może spotkaliście się z teorią cywilizacji Envre...

- Yrathaar twierdził, że pod ziemią gdzieś za górami Vrahgaz żyła starożytna rasa, a dostanie się do wejścia graniczyło z cudem. Ale chyba nie myślisz... — Siralee nagle zrozumiała. — Wyspa! Tu kiedyś było jezioro! A pod wyspą... Ale jak... to On to zrobił?

- Najprawdopodobniej. Nie wiemy jeszcze, kiedy wymarli Envre, czasem jednak pokazują się ich widma, więc najpewniej to Jego sprawka. Skoro znacie teorię Yrathaara, możecie się do czegoś przydać. Na ścianach odnaleźliśmy jakieś starożytne znaki... nie umiemy ich niestety odczytać. Nie jestem takim mędrcem jak Yrathaar — uśmiechnął się Mealdar. — Jestem tylko szalonym magiem. Ale może wy...

- Oczywiście zrobimy wszystko — zapewnił Rearlinn.

- Dziękuję wam. Wybaczcie, ale mam dużo pracy. Odpocznijcie. Wanthar pokaże wam, gdzie. Zapomnijcie o dawnej niechęci, dziś wszyscy próbujemy utrzymać się przy życiu. Idźcie teraz. Rano pójdziemy do...

Przerwało mu głośne pukanie. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Vegrim.

- Wybacz, Mistrzu, ale musimy przerwać. Trzeba nam udać się na dół.

- Nadeszli?

- Niestety, tym razem obrona na nic się nie zdała.

- Cóż — Mealdar wstał. — Przykro mi, ale raczej nie odpoczniecie. Musimy zejść natychmiast i zniszczyć wszelkie ślady.

- Co się dzieje? — zapytał Rearlinn, choć przeczuwał, jaka będzie odpowiedź.

Mag westchnął ciężko, spoglądając na czyhacza.

- On nie jest taki głupi, Rearlinn.





I znów szli, potykając się w ciemnościach o każdy kamień, ocierając się o każdą ścianę, trzymając mocno dłonie towarzyszy, byle tylko się nie zgubić, byle tylko nie oddalić się od Mealdara. Mistrz starał się mówić cały czas, po części po to, by dodać swym rodakom otuchy, po części po to, by nikt się nie zgubił. Gdzieś za nimi szedł Vegrim i kilku południowców. Krasnolud również starał się ani na chwilę nie zamykać ust, by ewentualni zagubieni mogli ich z łatwością odnaleźć. Śpiewał więc jakąś piosenkę, zasłyszaną jeszcze w dawnych czasach w swojej ojczyźnie; jedną z tych, przy których krasnoludy zwykły się upijać. Dawniej Siralee zatkałaby zapewne uszy i odwróciła się na pięcie, lecz dzisiaj słuchała piosenki z uśmiechem i wdzięcznością. Wciąż ściskała mocno dłoń Rearlinna i czyhacz doszedł do wniosku, że tym razem nie robi tego ze strachu. Uśmiechnął się również i odwzajemnił uścisk.

- Teraz będą schody w dół. Uważajcie, są wąskie. Tylko Siralee i Rearlinn pójdą ze mną, reszta niech poczeka. Mamy zagadkę do rozwiązania.

Kiedy zeszli, Mealdar zacisnął dłoń w pięść i dmuchnął na nią. Pięść rozjarzyła się białym światłem.

- A teraz spójrzcie na te drzwi. Jest na nich napisane coś, co pozwoli na ich otwarcie, ale nie umiem tego rozszyfrować.

Siralee przyjrzała się znakom. Z pewnością uczyła się ich u Yrathaara, ale było to już tak dawno... Spróbowała przypomnieć sobie starożytny alfabet Envre, ale pamiętała tylko początek, a i to mgliście. Natomiast Rearlinn przesuwał palcem po kamiennej płycie w najwyższym skupieniu. On pamiętał. Pamiętał każde słowo Yrathaara, choć był zdrajcą, któremu Mistrz nigdy nie wybaczył.

- Spójrz pod nogi, jeśliś śmiały, skarb tam skrył się przewspaniały</i> — powiedział.

- Wesoła rasa. — mruknął Vegrim. — Bawią się z nami nawet po śmierci.

- Czekajcie... — Rearlinn schylił się i wcisnął coś w ziemię. Kamienne drzwi drgnęły. Wcisnął jeszcze raz. Płyta przesunęła się, ukazując korytarz.

Siralee i Mealdar spojrzeli na niego z najwyższym zdumieniem i podziwem.

- Był tam taki przycisk w kształcie monety — mruknął czyhacz. — Głupstwo, wystarczy myśleć.

Weszli w głąb korytarza. Od razu dostrzegli, że ściany były gęsto pokryte tymi samymi znakami, co kamienne drzwi. Gdzieniegdzie obok znaków widniały prastare malowidła, spoglądające na intruzów pustymi oczami. Wszyscy przyglądali się osobliwym ilustracjom, zafascynowani starożytną rasą. Mealdar spojrzał na Rearlinna, ale czyhacz był zajęty. Czytał.

- Tu jest spisana cała ich mitologia. Wszystko, w co wierzyli — szepnął do Mistrza. — Tu jest wszystko, Mealdarze. Mógłbym czytać godzinami.

- Wystarczy, byś odczytał, jak otworzyć kolejne drzwi! — Vegrim najwyraźniej odnalazł kolejne przejście, wymagające otwarcia. — Nie możemy tu zostać na wieczność!

Czyhacz przesuwał palcami po znakach. Kamień był zimny i szorstki. Rearlinn czytał z coraz większą fascynacją. Wszyscy wokół oglądali tylko malowidła. Vildar i Nyrren rozmawiali z południowcami. Vegrim pytał o coś Mealdara. Siralee patrzyła na Rearlinna; czyhacz czuł jej wzrok, lecz nie odwracał się. Czytał.

- Znalazłem... — powiedział. — O, bogowie... Znalazłem!

- Wiesz, jak otworzyć te drzwi? — zapytał Vegrim.

- Nie, ale znalazłem... — czyhacz pokiwał głową. — Tu jest wszystko.

- Słuchajcie go! — zawołała Siralee.

Zamilkli w oczekiwaniu.

- Strzeżcie się Tego, Kto Imienia Nie Ma, bowiem przybył w te strony i nie odejdzie. Z gór nadszedł i cieniem lasy spowił, nie ma ratunku dla niczego, co na ziemi żyje, a i pod ziemią bezpieczni nigdy nie będziecie — czytał czyhacz. — Przed wiekami Pani nasza, córka gwiazd jedyna, oblubienica tej ziemi, w góry wysokie się udała. Spotkała tam Tego, Kto Imienia Nie Ma, a który nie był bogiem ani jej dzieckiem, ani żadną istotą do nich podobną. I powiadała Prorokom, że istota ta, ciemna i podła, uczuciem do niej zapałała i ręce swe ohydne ku niej wyciągnęła, by ją na wieki uwięzić. Jednak Pani nasza umknęła natrętowi, zło za sobą na Puszczę sprowadzając. Odtąd ucieka przed Nim, i na prośby nasze odpowiada tylko, gdy zmylić Go zdołamy; tym właśnie wiary naszej dowodzić musimy.

Rearlinn zamilkł, zdumiony własnym odkryciem.

- Ale... nie rozumiem... - odezwała się po dłuższej chwili Siralee. — Jak... skoro umieli sobie z Nim radzić... to jak...?

- Może trafił im się jakiś zdrajca? — wzruszył ramionami Rearlinn. — To się zdarza, prawda?

- Co to za Pani? — zapytał Vegrim.

- Chodzi o Ivril’ innde. Na każdej ścianie widnieje jej imię — wyjaśnił Mealdar. — To ich bogini. A więc o nią chodzi Bezimiennemu. Przez całe wieki z niej nie zrezygnował. Niezwykła rasa, co? Sami chronili swoją boginię. Na tym polegała cała ich wiara. To...

- Niesamowite — powiedziała Siralee. — Więc... jednak jest jakaś nadzieja! Możemy walczyć! Z Rearlinnem może nam się nawet udać...

I wszyscy zaczęli mówić, jeden przez drugiego, zasypywać się na przemian domysłami i pytaniami, śmiać się i bać, cieszyć i smucić. Vegrim znów podśpiewywał krasnoludzką pieśń, południowcy spisywali alfabet, Vildar i Meoren oglądali kolejne drzwi. I znów podziemne korytarze wypełniły się rozmowami, oddechami i krokami. Jednak Rearlinn nie zwracał już na nich uwagi. Stał odwrócony, wciąż patrząc na ścianę. Nie czytał już; po prostu patrzył i myślał. O Envre, o Ivril’ innde. O Waddarah, o całej Puszczy. O setkach tuneli, czekających na odkrycie. O Mealdarze. A także o Siralee.

Ta ostatnia spoglądała na niego cały czas. Wreszcie podeszła, wciąż z uśmiechem, choć już gasnącym. Wiedziała, o czym myśli Rearlinn. Wiedziała wszystko, pomyślał czyhacz, od samego początku. Pierwsza odkryła moją zdradę i pierwsza obdarzyła mnie zaufaniem. Dopóki ona tu jest, będziemy zwyciężać.

- Wiem, co myślisz — odezwała się. — Trochę Mu współczujesz.

- Może — wzruszył ramionami czyhacz. — A może po prostu trochę mnie to przytłoczyło. Nie jestem godny, by być następcą Yrathaara. Przecież byłem...

- Byłeś — przerwała Siralee. — A dla mnie byłeś zawsze tylko Rearlinnem.

Uśmiechnął się i spojrzał na nią przelotnie. Nawet w słabym świetle dostrzegał jej urodę. Nawet w najgłębszych ciemnościach potrafił ją dostrzec.

Była zawsze.

- Chodź — powiedział. — Czas na nas.

- Masz rację, Mistrzu — odrzekła. — Czas.

I tak to się kończy, pomyślał Rearlinn. A właściwie nie kończy. Pewne rzeczy są w życiu trwałe, niezmienne. Można błądzić, zdradzać, i znów znajdować właściwą drogę. Można być uczniem i szukać, być Mistrzem i odpowiadać na pytania. Można żyć spokojnie w jednym miejscu lub pędzić z wiatrem, znajdując wciąż nowe odpowiedzi. Można zatykać uszy lub słuchać każdego. Nauka nigdy się nie kończy. Wiedza zawsze jest zbyt mała.

Ale przecież jestem tylko Rearlinnem, pomyślał czyhacz, przesuwając palcem po kamiennej płycie.

Znowu czytał.


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony