|
Multimedia |
|
Borys Jagielski Oko patrzącego #68![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Pitch Black (Pitch Black) Nie tak dawno w kinach puszczano zwiastun Kronik Riddicka (The Chronicles of Riddick). Reżyser filmu, David Twohy, parę lat wcześniej nakręcił również Pitch Black — thriller science-fiction, podobno dobrze przyjęty na Zachodzie. W Polsce przeszedł chyba bez echa; przynajmniej ja nie przypominam sobie, abym wówczas o nim słyszał. Film pewnie warto zobaczyć, ale nie jest to żadne must-see. Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Twohy operuje kolorami. Bohaterowie filmu w wyniku kosmicznej kraksy lądują na pustynnej planecie oświetlanej przez trzy słońca, każde o innej barwie. Gdy jej powierzchnię oświetla słońce niebieskie, świat przybiera różne odcienie błękitu; kiedy na pierwszy plan wysuwa się inna gwiazda, kolorystyka także się zmienia. Gdy zaś zapada noc, wszystko spowija tytułowa smolista czerń. Wówczas budzą się demony... Nie urzeka jednak scenariusz. Jest dość liniowy i w niczym nie odbiega od typowego schematu survival horroru. Również bohaterowie są raczej płascy; jedyną ciekawszą postacią jest Riddick (Vin Diesel), zbiegły skazaniec o dziwnych oczach. Ale i jemu poskąpiono głębi. Jeżeli lubicie thrillery, interesujecie się science fiction albo spodobała się Wam druga część Obcego lub niedawne Kroniki Riddicka (a najlepiej wszystko naraz), to film Twohy'ego powinien przypaść Wam do gustu. Jeżeli nie — niczego nie gwarantuję. Scobin
Upadek (Der Untergang) Na Upadku byłem w kinie dopiero pierwszego marca (jak się okazuje, nie zawsze polscy dystrybutorzy mają opóźnienie w stosunku do norweskich). Przez kilka tygodni nosiłem się z zamiarem napisania pełnowymiarowej recenzji. Zaniechałem go, ponieważ uznałem, iż pisząc o filmie będącym w założeniu wierną rekonstrukcją zdarzeń historycznych, należałoby posiadać więcej niż szczątkowe informacje o okresie przedstawianym w fabule. Upadek opowiada o dziesięciu dniach pomiędzy 56. urodzinami Adolfa Hitlera a jego śmiercią ostatniego dnia kwietnia 1945 r. Druga Wojna Światowa zbliża się ku końcowi, Trzecia Rzesza chyli się ku ostatecznemu upadkowi, wojska radzieckie szykują się do zdobycia Berlina. Fuhrer wraz ze swym sztabem i grupą bliskich mu cywili (m.in. młodą sekretarką Traudl Junge i kochanką Evą Braun) schronił się do luksusowego bunkra nieopodal stołecznej Reichskanzlei. Na górze miasto nieustannie bombarduje sowiecka artyleria; na dole Hitler przesuwa po mapie nieistniejące kompanie, a jego mniej fanatyczni oficerowie zastanawiają się, jak skapitulować przed wrogiem, nie tracąc przy tym życia. Upadek to film plasujący się w kategorii must-see. Główne powody są trzy. Po pierwsze, Der Untergang udowadnia rzecz niebywałą — Niemcy potrafią robić filmy w pełni dorównujące Hollywoodowi pod względami produkcyjnymi. Co prawda znacznie więcej tu dialogów i kameralnych scen niż w przeciętnym amerykańskim blockbusterze, ale gdy obserwujemy na ekranie zdewastowane ulice Berlina ostrzeliwane przez radzieckie działa, o różnicach w budżecie mowy być nie może. Po drugie, Upadek jest fe-no-me-nal-nie zagrany. Aktorska palma pierwszeństwa należy się Bruno Ganzowi, który odtworzył postać Hitlera — jego gesty, mimikę i głos — z chirurgiczną precyzją, ale znakomicie spisali się także wszyscy pozostali (psychopatyczna twarz Matthesa w roli Goebbelsa na długo zapada w pamięci). Po trzecie, film wypełnia istotną lukę w kinematografii poświęconej krwawym latom 1939-1945, ponieważ nikt wcześniej nie zdobył się na tak obiektywne przedstawienie Hitlera. Niektórzy krytycy z hukiem stawiają znak równości pomiędzy "obiektywizmem" a "wybielaniem". Bzdury do kwadratu. Konrad Wągrowski (Esensja) napisał: [Upadek] odrzuca popularny filmowy wizerunek Hitlera jako rozwrzeszczanego głupka, ale w ten sposób przypomina, że był on również człowiekiem — taki ktoś pojawił się wśród nas, [nie był] przybyszem z kosmosu.. Lektura obowiązkowa. Borys Jagielski
Niezniszczalny (Unbreakable) Finansowo Niezniszczalny okazał się największą klapą M. Nighta Shyamalana. Amerykańscy popcornożercy są tego filmu po prostu niegodni. Z tego samego powodu, dla którego nie spodobał się im, mnie — przeciwnikowi przenoszenia na ekran konwencji komiksowej (choć na moje upodobania ma spore szanse wpłynąć Sin City) — przypadł go gustu bardzo. Bowiem to nie Sam Raimi ze swoim "spajderem", nie Brian Singer ze swoimi "iksami", do licha, nawet nie Tim Burton ze swym "nietoperkiem", ale właśnie Shyamalan oddał Niezniszczalnym hołd amerykańskiemu mitowi obrazkowemu o superbohaterze w pelerynie. Wysmakowane zdjęcia zasługują na piątkę z plusem; kompozycje kadrów i sposób prowadzenia kamery nieustannie przywołują skojarzenia ze sposobem prezentowania akcji w komiksie. Natomiast jeśli chodzi o fabułę, nie oczekujcie, że Willis będzie ganiał po ekranie w kolorowym wdzianku z wielką literą B na piersi. Niezniszczalny to w zasadzie niezwykle oryginalny dramat obyczajowy pogłębiający kilkanaście razy psychologiczne płycizny, z którymi mamy do czynienia w komiksach Marvela. Shyamalana niezasłużenie nie nominowano do Oskara za najlepszy scenariusz. Końcowe odwrócenie kota ogonem, które dało tak wysoką lokatę Szóstemu zmysłowi, znalazło się i tutaj, choć nie robi równie wielkiego wrażenia. Co gorsza, "końcowa końcówka" Niezniszczalnego jest spaprana i ubolewam, że tego utalentowanego reżysera na kilka krytycznych sekund zupełnie opuściło wyczucie i postanowił zamknąć opowieść w tak nieprzystający do reszty sposób. Lecz biorąc pod uwagę całokształt, Unbreakable to najlepszy z dotychczasowych filmów Shyamalana. Obejrzyjcie koniecznie. Miłośnicy comic movies po to, by dowiedzieć się, o co tu tak naprawdę może chodzić. A przeciwnicy, by przekonać się, że utalentowany twórca z pozornie płytkiego komiksowego wzorca potrafi wydusić naprawdę wiele. Borys Jagielski
Kod Merkury (Mercury Rising) Pomiędzy Piątym elementem a Armageddonem Willisowi zdarzyło się wystąpić w dwóch dość słabych filmach — w amerykańskim remake'u Dnia szakala i w Kodzie Merkurego. Choć pomysł kryje w sobie potencjał na dobry film sensacyjny, Merkuremu czegoś brakuje. Konkretniej: scenariusz jest przeciętny (największy kwiatek to wrażenie, że w amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa pracuje pół tuzina osób), a reżyseria nie powala, tylko nieśmiało pstryka palcem w pierś. Szkoda. Zmarnowana szansa. Jedyną zaletę tego filmu stanowi mały Miko Hughes, który przekonująco wcielił się w rolę niepełnosprawnego umysłowo chłopca. Niestety, jeden autysta wiosny nie czyni, a Rainman i tak zjada wszystkich na śniadanie i popija kawką z mleczkiem. Borys Jagielski
Zdrada (The Devil's Own) "Kenialnie" przetłumaczony tytuł kryje niegłupią i całkiem zjadliwą opowieść zahaczającą o wieloletni konflikt w Irlandii Północnej. Niegłupią, ponieważ obiektywnie i sprawiedliwie (tak przypuszczam) oddaje mentalność bojówkarzy IRA i pokazuje, że swoje racje mają obie strony i że głównymi złymi są tutaj wszelkiego rodzaju podżegacze w rodzaju handlarzy bronią i skorumpowanych polityków. A zjadliwą, ponieważ... no, po prostu. Zdrada (sic!) nie zasługuje na miano hitu, ale film można obejrzeć bez obawy przed nudą czy utratą pewnego odsetka szarych komórek. Swoje trzy grosze dorzuca Harrison Ford, który umiejętnie odgrywa tu nietypową dla siebie rolę nie bohatera, a wyciszonego, utrudzonego policjanta z drogówki. Borys Jagielski
Air Force One (Air Force One) Na pewno film ten wszyscy widzieli i zdążyli o nim zapomnieć, ale ponieważ RedNacz bezlitośnie oznajmia mi, że normę ilościową w Oku patrzącego wyrobić trzeba, bezczelnie pozwalam sobie na mały lifting Waszej pamięci. Cały cymes polega tu na tym, że Harrison Ford wcielił się nie w bohaterskiego żołdaka ochraniającego Prezydenta Stanów Zjednoczonych, a w bohaterskiego Prezydenta Stanów Zjednoczonych i eks-żołdaka w jednej osobie, zmuszonego do ochraniania samego siebie (i swojej rodziny oraz współpracowników na dokładkę) przed zakusami terrorystów pod wodzą okrutnego Gary'ego Oldmana. Autoparodia? Nie. Gloryfikowanie postaci Prezydenta USA? Raczej też nie. Po prostu kino akcji z oryginalnym jak na ten gatunek pomysłem, choć Wolfganga stać było na coś lepszego. Borys Jagielski
Dwunastu gniewnych ludzi (Twelve Angry Men) Dwunastu gniewnych ludzi Sidneya Lumeta z 1957 r. — klasyk absolutny (21. miejsce na liście wszech czasów IMDB). Wstyd nie znać. Reżyserowi udała się rzecz niesłychana. Stworzył przykuwający do ekranu, tętniący napięciem film, którego dwugodzinna fabuła rozgrywa się w całości w zamkniętym pomieszczeniu. Co więcej, Dwunastu gniewnych ludzi nie sprawia wrażenia sztuki teatralnej zamkniętej w telewizorze (casus M jak morderstwo Hitchcocka). Tutaj wszystko, od prowadzenia kamery począwszy, a na grze aktorskiej skończywszy, jest przesiąknięte duchem motion pictures. W latach dziewięćdziesiątych zapanowała moda na tworzenie remake'ów klasyków absolutnych. Znakomita większość nie dorasta oryginałom do kolan. Dwunastu gniewnych ludzi z 1997 r. (Henry'ego Fondę zastąpił Jack Lemmon) stanowi zasługujący na uwagę wyjątek. Friedkin udowodnił, że "powtórki" mogą być udane, jeśli tylko reżyser będzie wiernie trzymał się scenariusza i pierwotnych założeń, a aktorzy nie spaprzą swojej roboty. Rzecz jasna, Gniewni ludzie z 1957 r. przebijają tych z 1997 r. choćby dlatego, że należy im się pierwszeństwo. Lecz ci, którzy nie widzieli jeszcze pierwowzoru, a mają szansę obejrzeć remake, powinni z niej skorzystać. Jeśli uznają fabułę za gniot, będą przynajmniej wiedzieli, że są bezpowrotnie straceni dla pokolenia MTV. Borys Jagielski
Człowiek, który wiedział za mało (The Man Who Knew Too Little) Bill Murray to jeden z moich ulubionych aktorów komediowych. Co prawda grywa nie tylko w produkcjach humorystycznych, ale gdy już tam trafi, jego melancholijna fizjonomia w połączeniu z oszczędną mimiką i gestykulacją tworzy unikatową mieszankę. Pod warunkiem że film posiada konkretną fabułę i unika jednostrzałowych gagów a'la Leslie Nielsen bądź Jim Carrey. Murray na całe szczęście w komediach "ilość zamiast jakości" pojawiać się nie zwykł. Człowiek, który wiedział za mało to zwariowana komedia pomyłek obfitująca w humor sytuacyjny. Niezgułowaty Amerykanin, Wallace Ritchie, leci do Londynu, by odwiedzić swojego brata. James Ritchie wyprawia właśnie bankiet dla partnerów w interesach i żeby pozbyć się braciszka, załatwia mu miejsce w jednodniowym reality show. Wallace do telewizji nigdy nie trafia, gdyż zostaje przypadkowo uwikłany w aferę szpiegowską i uznany za tajnego agenta. Swoją rolę odgrywa z ochotą, gdyż przypuszcza, że wszystko jest tylko częścią owego reality show — nie ma pojęcia, że pistolety załadowane są ostrą amunicją i że ci ludzie chcą go zabić naprawdę. Film ogląda się bardzo dobrze. Żadna to rewelacja, ale można przy nim sympatycznie spędzić półtorej godziny, kilka razy parsknąć szczerym śmiechem. Spokojna, klubowa muzyka przygrywająca w tle tworzy odpowiedni nastrój. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czym NIE był Johnny English — polecam. Borys Jagielski
Tarzan (Tarzan) Przyznaję bez bicia, że choć stary koń ze mnie, od czasu do czasu, gdy okoliczności są ku temu sprzyjające, zdarzy mi się obejrzeć pełnometrażową kreskowkę adresowaną przede wszystkim dla dzieci. Przez sprzyjające okoliczności rozumiem dwie wolne godziny w okresie ferii wielkanocnych, obecność Disney Channel w kablówce i całkowitą nędzę na wszystkich pozostałych kanałach. Tarzan jaki jest, każdy widzi. Historia chłopca wychowanego w dżungli przez małpy należy do kanonu opowieści przygodowej (bądź co bądź jej twórcą jest Edgar Rice Burroughs, jeden z przodowników fantastyki). Disney na jej podstawie nakręcił miły dla oka i ucha familijny film animowany. Dla oka — ponieważ dwuwymiarowe, ręcznie rysowane postacie poruszają się w trójwymiarowym środowisku, a efekt światłocienia robi wielkie wrażenia. Dla ucha — bo za piosenki odpowiedzialny jest Phil Collins, który na potrzeby Tarzana stworzył kilka przebojowo brzmiących kawałków. Nie powiecie mi, że nie lubicie takiego małpowania... Borys Jagielski
Okruchy dnia (The Remains of the Day) Przed obejrzeniem praktycznie każdego filmu sprawdzam, jak oceniono go na IMDB. Gdy widzę, że dana produkcja otrzymała bardzo wysoką (jak na standardy serwisu) ocenę 7.8, przed telewizorem zasiadam z wysokimi wymaganiami. Tym sposobem niekiedy rozczarowuję się filmem dobrym tylko dlatego, że nie okazał się znakomity. Tak właśnie było w przypadku Okruchów dnia. Filmowi brakuje bowiem trzymającej w napięciu fabuły. Ogląda się go tylko ze względów charakterologicznych. Okruchy dnia to studium psychiki angielskiego lokaja "starej szkoły", w którą to rolę znakomicie wcielił się Anthony Hopkins. Przed telewizorem siedzimy przede wszystkim dla niego. Powód to wystarczający, ale nikomu nie stałaby się krzywda, gdyby opowiadana na ekranie historia była trochę bardziej emocjonująca. Parę pobocznych wątków psychologicznych wiosny nie czyni. Niemniej jednak obejrzeć trzeba, choćby po to, by uświadomić sobie, że angielscy lokaje mają przerąbane. Borys Jagielski
Trzynaście rozmów o tym samym (Thirteen Conversations About One Thing) Niełatwo nakręcić frapujący film opowiadający zazębiające się historie z życia zwykłych, szarych ludzi — szarych tylko pozornie, bo przecież każdy z nas jest tak naprawdę niepowtarzalny i posiada własne, wyjątkowe problemy, troski, marzenia. Dobre kino obyczajowe powinno umieć znaleźć punkt równowagi pomiędzy wciągającą fabułą a wiarygodnością. Dym podobał mi się bardzo, ale Magnolia już w ogóle i seans przerwałem w połowie. Zastanawiałem się, w którym miejscu skali uplasuje się Trzynaście rozmów..., bowiem już po tytule szło się domyślić, jakiego sposobu kompozycji należy oczekiwać. Film poszukuje odpowiedzi na znane każdemu pytanie o szczęście. Pokazuje nam grupę ludzi zadowolonych z życia w różnym stopniu. Dla każdej z nich szczęście jest też czymś innym. Życie dwóch ulega niespodziewanie drastycznemu zwrotowi, życie dwóch pozostałych biegnie spokojnie dalej swoim torem, ale również tam dochodzi do kilku ważkich wydarzeń. I widz obserwuje. Obserwuje, jak zmieniają się definicje i poziom szczęśliwości. Obserwuje, jak w mentalności każdego z bohaterów dochodzi do przetasowania priorytetów. I zastanawia się: Czy ja też potrafiłbym tak postąpić? Czy też tak bym się zachował? Czy moje życie czyni mnie szczęśliwym? Dlaczego tak, dlaczego nie? Trzynaście rozmów... znajduje się jedynie szczebelek niżej od Dymu i właśnie dlatego trzeba je obejrzeć. Ambitne kino obyczajowe bez słabych punktów. Borys Jagielski
Co kryje prawda (What Lies Beneath) Na temat twórczości Roberta Zemeckisa różne krążą opinie. Wszyscy są zgodni tylko co do jednego — trylogia Powrót do przyszłości to klasyka. Po 1990 r. pojawiają się rozbieżności. Niektórzy uważają, że Forrest Gump to rewelacja, inni (m.in. niżej podpisany), że ekranizacji powieści Grooma czegoś brakowało. Niektórzy (m.in. niżej podpisany) przyczepiają Kontaktowi etykietkę ambitnego kina fantastycznonaukowego, inni nie trawią niczego, w którym pojawia się choćby wzmianka o pozaziemskiej inteligencji. Niektórym Poza światem podobało się całkiem-całkiem (m.in. niżej podpisanemu), inni twierdzą, że film psuje przesłodzone zakończenie. Co kryje prawda to natomiast wzorowy przykład filmu, który zaczyna się bardzo dobrze, ale którego jakość obniża się z każdym kwadransem. Po 130 minutach, które dzielą czołówkę od napisów końcowych, wiemy już, że mieliśmy do czynienia z niewypałem. Dlaczego? Dlatego, że bardzo dobry pomysł — splecenie horroru z wątkiem kryminalnym — zabijają dłużyzny. Fakt, z początku wydatnie przyczyniają się one do wzmocnienia atmosfery, ale reżyser nie rezygnuje z nich aż do końca filmu i widz w pewnej chwili przestaje się bać, a zaczyna nudzić. Nie pomaga kilka niespodziewanych zwrotów akcji i dobra gra duetu Ford & Pfeiffer. W końcówce ziewamy i czekamy, kiedy to wszystko się skończy, a my będziemy mogli wyłączyć telepudło. Scenariusz niestety zdechł, bo nikt nie pofatygował się przeprowadzić małej kompresji wydarzeń. Borys Jagielski
Szklanką po łapkach (Spy Hard) Ło Jezu. Co za bzdet. I fabularnie, i humorystycznie. Nawiązania parodystyczne do innych filmów są nieudane (może z wyjątkiem Kevina samego w domu). Po trzech częściach Nagiej broni i Wampirach bez zębów nie przypuszczałem, że komedia z Lesliem Nielsenem może okazać się tak denna. Gdybyście spytali mnie, który film jest gorszy — Szklanką po łapkach czy Johnny English — zabilibyście mi nie lada klina. Swoją drogą, wiedzieliście, że Leslie Nielsen za rok kończy osiemdziesiątkę? Dobrze się trzyma jak na swoje lata. Borys Jagielski
Powrót Jedi (The Return of the Jedi) Jesienią trafiłem na maraton wersji DVD oryginalnej trylogii Gwiezdnych wojen. Oglądało się dobrze, ale po Imperium kontratakuje byłem już bardzo głodny i doszedłem do wniosku, że Powrotu Jedi nie przetrzymam. Wróciłem więc do domu na późny obiad. Rozszerzoną edycję epizodu szóstego miałem okazję obejrzeć dopiero kilka miesięcy później. Nie powiem Wam niestety, czym wersja DVD różni się od kinowej. Tę ostatnią oglądałem wiele lat temu, "dziecięciem będąc", na dodatek na pirackiej kasecie wideo o mizernej jakości. Mogę Wam natomiast powiedzieć, jak ogląda się Powrót Jedi po latach — nadal dobrze. Imperium kontratakuje i Powrót Jedi pozostają dwiema najciekawszymi częściami serii i nie przypuszczam, by Zemsta Sithów wprowadziła zmiany w rankingu. Finałowa walka Luke'a z Darthem Vaderem to najprawdopodobniej najlepsze sceny całych Gwiezdnych wojen. I wiecie co? Ewoki wcale nie są takie złe. Borys Jagielski
60 sekund (Gone in Sixty Seconds) W ścieżce dźwiękowej zakochałem się na długo przed obejrzeniem filmu. "Zakochałem" to zapewne przesadne określenie, ale większość utworów z OST-a naprawdę wpadła mi w ucho. Dobrze było usłyszeć je raz jeszcze, tym razem jako ilustrację do zdarzeń przedstawianych na ekranie. Memphis to profesjonalny złodziej luksusowych samochodów, najlepszy w swym fachu. Odszedł na "emeryturę" jakiś czas temu, lecz by uratować młodszego brata przed groźnym gangsterem, musi dokonać małego comebacku i zwinąć pięćdziesiąt wozów-unikatów. Ma na to kilka dni. Memphis wie, że samemu nie podoła, montuje więc ekipę. Wspólnie dokonują rekonesansu, a za "grand theft auto" zabierają się ostatniej nocy. Oj, będzie się działo. Film jest niezły. Sposobowi prowadzenia akcji daleko do obrażania inteligencji widza. To oczywiście kino rozrywkowe czystej wody, ale plasujące się w tej lepszej połowie gatunku. 60 sekund mógłby jednak być — uwaga! — o jakieś 1200 sekund dłuższy. Rzecz w tym, że pościgów samochodowych wcale tak dużo tu nie uświadczymy. Szkoda, bo bryki są pierwsza klasa. Borys Jagielski
Prześlij mi swoją opinię o artykule! |