Spis treściInkluz

Cum Libro


Milena Wójtowicz

Podatek


Milena Wójtowicz: Podatek

Co się wydarzyło w lubelskim hipermarkecie...

Czekający w hipermarkecie mag zaczynał się poważnie niepokoić. Iluż jego kolegów po fachu przyszło tu dziś na zakupy! Gdzie się obejrzał, widział znajome twarze. Oni też go poznawali i pozdrawiali uprzejmie.

Jens i Monika zajrzeli przez przeszklone wejście do środka.

- Kto by pomyślał, że jedno małe zaklęcie wywoła taki Kaufsucht. — Niemiec przyglądał się magom, miotającym się między sklepami galerii.
- Mieli głowy ci starożytni — dodała z podziwem Monika. — Czas oddać naszemu drogiemu klientowi jego Spłatę. Gotowy?

Przykucnęła i pogłaskała brązowego spaniela, który grzecznie siedział u jej stóp. Pies popatrzył na nią pięknymi, błękitnymi oczami. Można by wręcz przysiąc, że uśmiecha się szelmowsko. Wodnik jakoś nie bardzo chciał wracać do swojego oczka wodnego, mimo szalejącego bezrobocia. Zresztą jego posada dość gwałtownie stała się jakby mniej pewna, a towarzystwo panny z bagien pozostawało niezmiennie kuszące. Teraz, w psiej postaci, miał się stać kluczowym elementem planu Poborców.

Jens wyciągnął aparat i wycelował go w maga. Monika podała księgę spanielowi, który ostrożnie zacisnął na niej zęby.

Psiak wbiegł do galerii. Ochroniarze, oplątani przez rusałkę cienką siecią, nawet go nie zauważyli. Zauważyli za to wszyscy magowie, właściwie nie tyle samego psa, a bardziej to, co miał w pysku. Wodnik-spaniel pobiegł prosto do ławeczki, wskoczył na nią zgrabnie i upuścił księgę prosto na kolana siedzącego tam maga. Nie czekając, aż starszy pan ochłonie z zaskoczenia, pies zwiał ze sklepu prosto w ramiona Moniki, a w spokojnej galerii rozpętało się coś na kształt piekła. Albo przynajmniej średnich rozmiarów apokalipsy.

Wszyscy ochroniarze rzucili się pacyfikować kłębowisko na ławeczce. Klienci rzucili się do ucieczki, przynajmniej w znakomitej większości, mniejszość, korzystając z zamieszania, rzuciła się na pozostawione bez dozoru towary. Obsługa rzuciła się do telefonów, wzywać policję, straż pożarną i pogotowie. Tylko Poborcy i towarzyszący im wodnik zachowali spokój. Rusałka pogłaskała spaniela, wzięła Jensa pod rękę i wszyscy troje spokojnym spacerkiem udali się w stronę Lubelskiego Oddziału Urzędu Skarbowego (tego Drugiego Urzędu Skarbowego).

* * *

W drzwiach oddziału spotkali Baśkę, która mrugnęła do nich porozumiewawczo.

- Coś nas Warszawa coraz częściej odwiedza — powiedziała konfidencjonalnie. — Tylko patrzeć, jak sprowadzą się tu na stałe.

Już w recepcji czekał na nich Łukasz. Towarzyszył mu Piotrek. NajwyraĽniej i jemu dały do myślenia częste odwiedziny zwierzchników, bo ostrzygł włosy na przyzwoitego jeża, a i koszulę założył w elegancki prążek, zamiast dotychczasowej w przaśną kratę.

- No ładnie. — Na widok Moniki i Jensa Łukasz wykonał niezadowoloną minę numer pięć. — Co wyście narobili?
- My? — Jens uniósł brwi w wyrazie uprzejmego zdziwienia. Nawiązana jakiś czas temu nić antypatii była już w zasadzie całkiem mocną linką. Łukasz zmierzył Niemca wrogim spojrzeniem.
- No a kto wywołał rozruchy w sklepie? Że już o włamaniu i rozboju nie wspomnę.
- Ależ wspomnij — zachęcił go Jens z kpiącym uśmiechem. — Może jeszcze wspomnij o tym, że absolutnie z własnej woli i oczywiście wbrew twoim poleceniom poszliśmy załatwiać jakieś ciemne sprawki maga...
- Który, tak na marginesie, planował nas zabić — dodała uprzejmie Monika. — Nawet się z tym nie krył, miał to wypisane na wierzchu umysłu.
- Potem poszliśmy po tę przeklętą książkę — ciągnął Jens tym samym tonem. — I stawaliśmy na głowie, żeby zlikwidować zobowiązania Urzędu wobec magów, a to wszystko dlatego, bo ty, nieszczęsna kreaturo, musiałeś ratować swój tyłek po tym, jak Monika bezczelnie zataiła, że jest rusałką i jeszcze zmusiła cię do zarejestrowania jej jako maga. Rzeczywiście, co myśmy narobili?

Łukasz nerwowo poprawił kołnierzyk.

- Po co się od razu denerwować — zaczął ugodowo. — Taka tam mała awantura wybuchła.
- My się nie denerwujemy — stwierdziła pogodnie Monika. — Nie mamy czym.
- Nie macie czym — powtórzył z goryczą Łukasz. — Bardzo się cieszę, że nie macie czym. Czy ja już wspominałem, że jestem najszczęśliwszy, jak jesteście daleko, daleko ode mnie?
- Mało ci do szczęścia potrzeba — zauważył Jens. — Może byś w takim razie rzadziej nas odwiedzał? Zobaczysz, że od razu lepiej się poczujesz.
- Nie irytujcie mnie jeszcze bardziej. Wiecie, jakie będę miał kłopoty przez to zamieszanie w hipermarkecie?!

Jens wyjął z kieszeni aparat.

- Tu masz dokumentację fotograficzną. Najwyżej kogoś zaszantażujesz.
- Niezły pomysł. — Łukasz obejrzał aparat z zainteresowaniem. — Ale dalej uważam, że powinniście chwilowo na dłużej zejść z oczu nie tylko mnie, ale też magom.
- Mamy jeszcze podatki do odebrania. — Monika wyciągnęła z plecaka plik pomiętych wezwań.

Łukasz wziął je od niej, przejrzał i oddał z powrotem tylko jedną kartkę.

- Tym się zajmiecie — zadecydował. — Zanim to załatwicie, to wszyscy zapomną o tej awanturze.




Ciąg dalszy w książce


Na górę strony