|
Świat Mroku |
Diary of Vampire - Szkoła Życia |
Październik 2004
Never believe the things they tell The Kovenant - Acid Theatre Lubiłem moją szkołę. Jej atmosferę, kumpli z klasy i niektórych nauczycieli. Tylko niektórych, bo reszta dawała mi nieźle w dupę. Nie jestem typem gościa, który dużo się uczy. Szczerze mówiąc to pieprzę tą całą gadkę o mojej przyszłości. Sam będę o niej decydował i innym od niej wara. Wszyscy udają mądrych. Niby wiedzą, co jest dla mnie dobre, a co złe. Powiem ci coś - to banda żałosnych idiotów, pragnących zmieniać twoje życie wedle ich uznania. Chcą niszczyć odkrywcze idee, dusze pełne ideałów. Konformiści. Konserwatyści. Są przekonani, że aktualny porządek jest najlepszy. Gówno prawda. Grunt to bunt, jak mawia mój znajomy rastaman. Kim będziemy, jeśli nie przeciwstawimy się ogólnie przyjętym zwyczajom? Nikim. Zostaniemy ciemną masą, łykającą wszystko to, co rozkażą nam na górze. Wyścig szczurów, i tak dalej. Widzisz ich każdego dnia, biegających ze skórzanymi walizkami i telefonami komórkowymi przy uchu, 24 na h. Ich Bogiem są pieniądze, forsa, hajs czy jak tam zechcesz sobie to nazwać. Myślę, że dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz we wszystko wierzył na słowo. Ciągle sprzedają ci shit, karmią fałszywkami. Czytaj między wierszami, a może coś z ciebie będzie. Buntownik to bardzo pożądane określenie. Jeśli mówią o tobie, że jesteś buntownikiem, to według większości jesteś git. Ale to pic - buntownikiem nie jesteś, nie myjąc się tydzień, ubierając w podarte łachy i tak dalej. Najważniejsze to myśleć. Możesz szokować swoim strojem, ale musisz coś mieć w głowie. Bo bunt powinien siedzieć w twojej głowie, a nie na twoim ciele. Odbiegłem trochę od tematu. Chciałem pisać w odpowiedzi na twoją prośbę, o moim dotychczasowym życiu, dziwnym bycie, trwającym od zachodu do wschodu słońca. Teraz jestem sępem, drapieżnikiem, krwiopijcą. Różnię się znacząco od osoby, którą kiedyś byłem. Ale czy do końca się zmieniłem? Nie. Wciąż moje myśli nie odbiegają od moich myśli za życia. Moje poglądy są identyczne jak rok temu. Powoli zatracam się w swojej nowej roli i dlatego chcę pamiętać, choć jest to bardzo trudne. Siedzę, na schodach, prowadzących do mojej szkoły, bo to jedyne prawdziwe i dobre miejsce dla moich wspomnień. Właśnie tu się koncentrują i krążą, otaczając mnie. Siedzę, spoglądam na opadłe, pożółkłe liście leżące na ziemi. Księżyc, jak zawsze, pnie się powoli po niebiańskiej drabinie. Ironia - gdybym swego czasu na polskim błyskał takimi określeniami, to pewnie miałbym szóstkę. Pieprzony dziobak. Było minęło, liczy się chwila obecna. Oto schody prowadzące do mojej budy. Scena bójek, kłótni, smutku, nienawiści, ale i śmiechu, radości, miłości. Nasze życie jest dziwne, skomplikowane. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, żebym nie chodził nocą po parku, to bym go wyśmiał. Jednak teraz ogromnie żałuję, że czasami nie korzystałem z rad. Myślę, że każdy powinien słuchać drugiego człowieka, bazować na jego doświadczeniu, a jednocześnie zdobywać swoje. Ale nie o tym miałem pisać. Moja szkoła, do której już nie będę miał okazji uczęszczać, w pewien sposób daje mi ukojenie. Katharsis, tak? Oczyszczenie - można to tak nazwać. Mam teraz o wiele ważniejsze zmartwienia niż nauka, a siedząc na tych schodach, wyraźnie się uspokajam. Nie zadawaj pytań - to monolog. Przypominam sobie powoli, rekonstruuję poprzednie życie z fragmentów, które pamiętam. Tam, na boisku, jaraliśmy jointy. Luźny załatwiał zawsze sqna pierwszej klasy. Niektóre misje były naprawdę schizowe. Las-mur. Albo Szeregowiec Ryan. Starałem się nie przesadzać z używkami, bo myślę, że do wszystkiego trzeba podchodzić z żelazną logiką. Nigdy nie jarałem codziennie, jak niektórzy. Po prostu gdy miałem ochotę, to piłem albo paliłem. Proste. Za zakrętem, tam, w jednym z bloków, był fajny undergroundowy klub. Sweterkowcy często tam siedzieli, sam się dziwię, że nigdy nie dostali wpierdol. Muzyka całkiem znośna, alkohol, miła obsługa. To były czasy. Rozmowy prowadzone o sensie życia i temu podobnych na zawsze zapadły w pamięć uczestników dyskusji. Czasami dochodziło do zadym pomiędzy niektórymi z "filozofów", ale działało to bardziej uspokajająco - po prostu wszyscy dawali upust swojemu skrytemu gniewowi i złości, napieprzając się po łbach. W parku lizałem się z Karoliną. Może źle to ująłem - całowałem się. Cholera - nie wiem jak to nazwać, by dobrze wyszło. Lizałem, to brzmi podwórkowo, wulgarnie. A całowanie... jak dzieci. Przedszkolaki. Jestem w kropce. Choć moja znajoma uważa, że powinno się mówić o całowaniu, bowiem liżą to się psy. I nie mówię tu o policji. Dobra, mniejsza z tym. W parku zawsze byłem z Karoliną. Teraz uważam, że były to najlepsze momenty mojego życia. Właśnie z nią. Ale nie powiem ci więcej, bo ci się to nie przyda. Nie, już tu nie mieszka. Szkoła jest gówno warta. Na lekcjach nauczysz się, jak oddycha pająk, co to legwan albo jak bardzo Mickiewicz ukochał Polskę. Nauczyciele nie powiedzą ci, jak zareagować na zaczepkę dresa, albo ile siupy wciągnąć, żeby nie wykorkować. Jeśli będziesz miał możliwość, to zmień polską edukację. Szkoła życia. Kształcisz się w niej cały czas. Wszystkie twoje życiowe doświadczenia są ocenami. Czasami zdarzają się poprawki, dlatego trzeba się dobrze przygotować. Musisz się uczyć. Nawet teraz. A lekcja, której ci udzielę, brzmi: zawsze przed spotkaniem ze mną pytaj, czy jestem głodny. Nie chodzi mi tu bynajmniej o kolację. Chociaż w pewnym sensie, można to tak określić. Myślisz, że to był dowcip? Nie szukaj mnie. Tak będzie dla ciebie lepiej. No i masz autoryzację. Zawiał wiatr. Czas iść. Czuję zapach poranka. Nie lubię go. Nienawidzę. Zresztą, kto by lubił woń palonej skóry? Muszę się przecież wyspać przed jutrzejszą szkołą. Tekst dedykuję wszystkim, którzy uważają, że trzeba zmieniać pewne rzeczy. Prześlij mi swoją opinię o artykule! |