Spis tre¶ciInkluz

Serwis "Poltergeist"


Marta 'Sih' Łukasiewicz

Piter


A więc i ty, panie, chcesz posłuchać? Więc zbliż się do ognia i podajże ten antałek, bo po napitku giętkość języka na mnie spływa. W takie wieczory wiatr targa nie tylko gałęzie, ale i duszę, więc ku pokrzepieniu - Wasze zdrowie bracia! Zastanawialiście się może kiedyś, jak daleko jest z nieba do piekła? Dokładnie o grubość włosa. Bowiem ledwie włos dzieli niesamowite szczęście od śmiertelnej grozy ścinającej krew w żyłach. Nim się obejrzysz już z wyżyn radości spadasz w objęcia strachu i szaleństwa...

***

Dzieciństwo moje nie niosło w sobie ni zbytnich smutków, ni radości. Wcześnie zostałem sierotą, jednakże zbyt wcześnie, by długo nad tym boleć. Pytasz jak zginęli? W wypadku, ale zaiste dziwny był to wypadek: wóz przygnieciony przez drzewo na ziemi rozciągnięte, chociaż żadna wichura nie szalała. Rodzice niby to zginęli zmiażdżeni, lecz prawdziwą śmierć przyniosła im kula. Podobno to rabusie urządzili zasadzkę, jednakże nic z kosztowności nie zginęło, a bagaże jedynie przetrząśnięto... Jak to przysłowie głosi: różne wypadki chodzą po ludziach, a najdziwniejsze wtedy, gdy się w politykę mieszasz i komuś możnemu na odcisk nadepniesz…. A przyznać muszę, że ojciec z matką często na dworze bywali i w kwestii dyplomatycznych gierek duże umiejętności przyznać im trzeba.

Tak więc w wieku pięciu lat zostałem sierotą i opuściłem rodzinną posiadłość. Odesłano mnie do stryja tegoż samego dnia, tak jak stałem. Jedyne co do domu wuja przyszło ze mną, to kilka ksiąg - i ta oto klamra z naszym znakiem rodowym. Parę dni przed swoim zgonem podarował mi ją ojciec, mówiąc, że dziedzic w moim wieku ma już obowiązek herb swój lubować i z dumą nosić.

Wuj wzmiankowany, Lord Antoine, wielki wojski Cynazji, oficer w stanie spoczynku. Patrząc na niego zauważysz dumną linię brwi, nieustępliwe spojrzenie i postawę żołnierza nawykłego do wydawania komend. Jednak poznając go bliżej dostrzeżesz również wytrawnego poetę, konesera sztuki i hojnego mecenasa dla młodych artystów. Mistrz to nie tylko miecza, ale i słowa.

Tydzień po mym do wuja przyjeździe moja rodowa posiadłość spłonęła. Zaiste, wielki to musiał być spisek odkryty przez rodziców, że ich śmierć nie wystarczyła, by ukoić nienawiść wrogów do mego rodu.

Zostałem na świecie niemalże sam, bez żadnego dobytku. A wuj nie tylko dał mi możliwość ukończenia ukochanych studiów, lecz stał mi się całą rodziną. Zastąpił mi rodziców, przyjął pod swój dach - jednym słowem, człowiek wielkiego serca.


Dom wuja stał otworem dla każdego artysty. Był w swych pochwałach skąpy, ale zawsze można było liczyć na uczciwą opinię.. Często spędzałem wieczory w pałacowej bibliotece, pełnej poetów, i ze śmiechem śledziłem wymianę wierszowanego dialogu między zebranymi. Mimo iż poezja królowała w sercu sir Antoine`a, to pałac jego gościł również artystów wielu innych sztuk: bywali tu rzeźbiarze, muzycy, architekci i... malarze.

Oto co mnie urzekło - przelewanie świata na płótno. Jest w tym coś iście magicznego, kiedy za pomocą pędzla malarz tworzy świat: niby ten sam, ale cudownie inny. Wuj uparcie próbował zainteresować mnie liryką, lecz nie dla mnie była żonglerka słowami. Tymczasem nieśmiało zacząłem swoją przygodę z pędzlem i płótnem. Kiedy tylko gościł we dworze jakiś malarz podpatrywałem jego warsztat, a później w zaciszu swej komnaty stawiałem pierwsze kroki w tej wspaniałej dziedzinie. Pierwsze szkice, akwarele - wszystko nieodmiennie lądowało na dnie szuflady. Wciąż wstydziłem się pokazać swe prace wujowi. Przypadek sprawił jednak, że któregoś dnia wuj wszedł do komnaty nie zapukawszy i zastał mnie podczas mojej pracy - sprawa się wydała. Kazał pokazać sobie wszystkie prace, zasiadł w moim głębokim fotelu i zaczął przeglądać, podczas gdy ja w zdenerwowaniu przestępowałem z nogi na nogę obok sekretarzyka. W końcu skończył, wybrał osiem prac i wstając rzekł z uśmiechem: "Może jeszcze będzie z ciebie artysta, synu". Taka pochwała z ust wuja Antoine`a sprawiła, że noc minęła mi bez snu, w radosnej gorączce. Parę dni później, wieczorem, wuj wezwał mnie do swojej komnaty.

Powiedzcie mi, kompani, znacie może obrazy Baptiste`a z Romony? Ty znasz, panie? I ty, wielmożny? Wszyscy jak widzę znają mistrzostwo tegoż artysty, więc powiedzcie mi, panowie, czyż mogłem marzyć o czymś więcej niż o nauce u tego mistrza? A to właśnie oznajmił mi wuj - że na list z moimi szkicami nadeszła odpowiedź, iż ten wybitny malarz zgadza się przyjąć mnie na termin. Pamiętam tylko, że padłem przed stryjem na kolana i gorąco dziękowałem za taką szansę.

Tak w więc w wieku lat jedenastu opuszczałem dom wuja udając się do stolicy, by pobrać nauki jak pędzlem zarabiać, a nie hańbić rodowe miano. Oprócz mnie pan Batpiste miał na terminie jeszcze trzech innych młodzieńców. Czas studiów wspominam jako najbardziej barwny w moim życiu - wypełniony ciężką pracą, ale i radością z postępów w tej wdzięcznej sztuce. Dziesięć lat pobierałem nauki - do czasu, gdy mój drogi mistrz Baptiste (powiadam wam, każdemu dziecku takiego nauczyciela życzyć!) uznał, że więcej się od niego nie nauczę i - ze swoim błogosławieństwem i pięknym kompletem narzędzi - wypuścił mnie w świat. Czując radość na duszy, wiatr w żaglach i zew przygody ruszyłem na wędrówkę - ku karierze, jak wtedy mi się zdawało.

O, moi zacni towarzysze, zbądźmy milczeniem te wszystkie dni, głodne i chłodne, kiedy to mój młodzieńczy entuzjazm topniał w strugach deszczu na szarych gościńcach, pomimo że pogoda ducha nie ustępowała ni krztyny. Nie wspominajmy więc o tym ni słowem, a przejdźmy z miejsca do dnia, kiedy jakaś zła ścieżka sprowadziła mnie do Zamieci - gordyjskiej stolicy.

Przywędrowałem tam tuż po południu; na głównym placu pełno było ludzi, a o to mi właśnie chodziło. Wybrałem ponury, lecz wdzięczny temat do rysunku - kamienicę zbudowaną tuż pod nawisem skalnym, tak że wyglądała jakby wyrastała wprost ze skały. Rozstawiłem sztalugi i zabrałem się do malowania. Wkrótce dokoła mnie pełno było mieszczan, który przyglądali się jak za pomocą kawałka węgielka przenoszę ich miasto na płótno. Nie odrywałem się od pracy, raz tylko kątem oka zauważyłem powóz wjeżdżający na rynek. Szkicowałem dalej. Po kolejnym kwadransie znad mego ramienia zabrzmiał - a właściwie zagrzmiał głos:
- Portretujesz także, malarzu?

Z uśmiechem na ustach, czując w powietrzu szansę na zarobek odwróciłem się, a uśmiech powoli zamierał mi na ustach. Tuż za mną, w otoczeniu rozstępującej się ciżby, stał mężczyzna, lecz panowie, nigdy, ale to przenigdy włos na głowie tak mi się nie zjeżył, jak na widok tego niezwykłego lorda. Nie, nie z powodu szpetoty - wręcz przeciwnie, twarz miał przystojną, męską, o regularnych rysach, przystrojoną obfitą, wypielęgnowaną brodą i ciemnymi włosami spadających mu na ramiona. Ale okrucieństwo, widoczne zwłaszcza w oczach i cienkiej linii ust... Takiego okrucieństwa nawet mistrz Baptiste nie dałby rady oddać na płótnie; bowiem ze strachu zbyt drżałaby mu ręka. A te oczy - koloru stali, lecz powiadam wam, przyjaciele, stal zna więcej miłosierdzia!
Nie mogąc wydusić z siebie głosu skinąłem tylko.
- Dobrze. W takim razie pojedziesz ze mną - to mówiąc odwrócił się i w odstępującym go tłumie skierował się do powozu.

Niezdarnie i w pośpiechu pozbierałem swoje sprzęty i udałem się za lordem. Może dziwicie się, czemu bez słowa za nim pośpieszyłem? Nie z głodu czy chęci zysku, zapewniam was. Przypuszczam, że szaleństwo w nim płonące miało jakąś hipnotyczną siłę - tak jak niektóry z chorą fascynacją obserwują nadciąganie śmierci, tak i ja uległem temu pierwotnemu pędowi ku makabrze. To chyba kolejna cecha tak oddalająca nas, ludzi, od Jedynego.

Czekał już na mnie w karocy - bogato zdobionej, kapiącej wręcz od ozdób. Lord w swym ciemnym stroju i w grobowym milczeniu wydawał się być nie na miejscu - jak żebrak w lektyce. Gdy tylko wsiadłem kareta ruszyła.
- Masz talent w dłoniach, malarzu. U kogo praktykowałeś?
- U mistrza Baptiste`a, panie. Wolno mi poznać wasze miano?
- Lord Matheus de Annies.

Jechaliśmy dalej bez słowa. Nie chcą patrzeć w tą bestialską twarz starałem się obserwować krajobraz, skłamałbym jednak mówiąc, iż cokolwiek pamiętam z tej podróży. Na szczęście konie były rącze, a do posiadłości najwyraźniej blisko, gdyż w parę chwil byliśmy na miejscu.

Majestatyczna - oto słowo najlepiej określające posiadłość sir Matheusa. Szerokie wrota otwarły się wypuszczając służbę, która gnąc się w ukłonach witała swojego pana. Akurat zachodziło słońce. Stojąc na kamiennym bruku, przed monumentalnym dworem spojrzałem w górę. W oknach na piętrze odbijał się zachód słońca, czerwieńszy niż krew. Wchodząc za lordem przez wierzeje miałem wrażenie jakbym wchodził w paszczę czerwonookiej bestii - i uwierzcie mi, nigdy w swych porównaniach nie byłem bliższy prawdy.


Gdy przez drzwi z szeroko rzeźbionymi nadprożami wszedłem do przepastnego, okrytego mrokiem korytarza mój pracodawca zniknął mi już z oczu. Stary lokaj, o skórze wysuszonej jak pergamin skłonił mi się i pokazał, że mam się udać za nim. Obarczony ekwipunkiem wprawiłem się w powolny ruch i wspinając się po schodach lekkim łukiem prowadzących na piętro podążyłem za sługą. W całej posiadłości zalegała cisza, tak, że było słychać każde skrzypnięcie deski pod moimi stopami. Korytarz którym mnie prowadzono obwieszony był portretami. Gdy mijałem je, miałem wrażenie, że oczy sportretowanych nieboszczyków podążają za mną. Każdy malarz zna tą sztuczkę, a jednak dreszcze przebiegły mi po krzyżu. Wzdłuż całej galerii, przy każdym z obrazów stała zapalona świeca. Mimo przeciągów, jakich można by się spodziewać w takim kamiennym gigancie, żaden płomień ani drgnął, i nawet najsłabszy podmuch nie zmącił ciężkiego, jakby kadzidlanego powietrza. Całe domostwo wydawało się wymarłe, jakby zamrożone w czasie - i było równie przerażające co jego pan.

W końcu dotarłem do przydzielonej mi komnaty. Lokaj zapalił pojedynczą świecę i w ukłonie wycofał się zatrzaskując za sobą drzwi. Tak jak reszta twierdzy, tak i ten pokój wydawał się ponury, zrezygnowałem więc z wyglądania przez okno, by nie popaść w przygnębienie jeszcze głębsze od tego, z którym musiałem się zmagać w tej chwili. Za parawanem (czarnym, a jakże) znalazłem miednicę i resztę przyrządów do ablucji, więc nieco się odświeżyłem po podróży. Ledwie skończyłem rozkładanie bagażu, gdy usłyszałem pukanie, po czym drzwi się uchyliły wpuszczając następnego sługę wymizerowanego niczym cień. "Jaśnie pan wzywa na wieczerzę", powiedział i wycofał się. Nie zwlekając - tyle z szacunku dla gospodarza co i ze zwykłego głodu - udałem się za lokajem.

Schodami w dół i w lewo, do wrót niemal tak wielkich jak wejściowe wierzeje. Lokaj otworzył drzwi, by mnie wpuścić, lecz sam nie wszedł. Sala była tak rozległa, że półmrok zalegał nie tylko w kątach, ale ledwo co ustępował przed blaskiem kilku zapalonych świec. Stół z ciężkiego, wypolerowanego drewna suto zastawiony specjałami stał przed wygaszonym kominkiem, lecz to nie potrawy, mimo wielkiego głodu, przyciągnęły mój wzrok. Nad kamiennym masywnym kominkiem, w świetle dwóch świec ustawionych na końcach zabudowania paleniska, wisiał bowiem oręż. Ale jaki! Ogromny, bojowy topór, którego - nie ujmując wam krzepkości, panowie - wszyscy jak tu siedzimy wspólnie nie uradzilibyśmy, o wojowaniu już nie mówiąc. Dwusieczna broń, cała z czarnego metalu, który nie tylko nie odbijał światła, ale wręcz je pochłaniał. Gładki uchwyt kończyła głowica w kształcie poważnej twarzy mężczyzny.

Nie wiem, ile czasu tak stałem zaparzony w to śmiercionośne narzędzie, gdy do przytomności przywołał mnie głos lorda.
- Pamiątka z frontu Agarii. Siadaj i wieczerzaj, artysto.
Oderwałem wzrok od owej "pamiątki" i zasiadłem z prawej strony gospodarza. Chwilę posilałem się w milczeniu, gdy nagle za moimi plecami rozległ się cichy trzask drzwi.

- A oto i obiekt twojej pracy - rzekł sir Matheus wstając, więc i ja wstałem, by powitać kolejnego biesiadnika. I drugi raz tego wieczoru popadłem w owo oszołomienie, niemal katatonię, lecz jakże słodko różne od posępnego widoku topora!

Najpierw z cienia sali wyłoniła się sylwetka - szczupła kobieca figura odziana w niebieską suknię z długimi rękawami, których mankiet jak i też rąbek sukni ozdobiony był białą koronką. W jej drobnych dłoniach spoczywał złożony, kościany wachlarz w ażurowe wzory. A twarz... Wierzcie mi panowie, jeżeli Rodianie byli piękni, to ona i tak byłaby najpiękniejszą z nich. Gdy Jedyny tworzył świat i rzekł "Niech stanie się piękno" – wtedy zjawić musiała się ona. Szlachetność jej rysów, gładkość jej lica... Słów mi brak, aby opisać cud jej ascetycznie pięknej twarzy oraz gęstość i połysk kasztanowych włosów w lokach spadających na plecy. I te oczy – niczym ciemny błękit dwóch niezbadanych jezior. Utopiłem się w nich natychmiast niczym niewprawny pływak po raz pierwszy skaczący do głębokiej wody. Lecz kimże innym byłem aniżeli pływakiem, młodzieńcem w którym szaleje burza młodości, a który spotyka oto na swej drodze panią swego serca?

Panowie... Pierwszy raz, a przypuszczam, że też i ostatni w swoim życiu ujrzałem nieskończoną urodę w całej swej doskonałości. Nawet ponure otoczenie nie mogło przyćmić tego widoku.
- Oto Lady Paulette de Annies, moja pani. To ona będzie ci pozować.
Grzmiący głos wyciosał sobie drogę do mego umysłu zasnutego słodką mgłą. Spłoszony skłoniłem się, Lady Paulette zaś oddała ukłon i usiadła naprzeciw swego męża. "Swego męża" - jakże ta myśl wtedy mnie wzburzyła! Toć taki skarb ma swe miejsce nie przy szalonym lordzie w kamiennej twierdzy, lecz wśród ludzi sztuki, w samym środku arystokratycznego życia!

Zerknąłem na sir Matheusa, aby obaczyć, czy zauważył kipiel mych myśli - groźny błysk w oku i mocniejsze zasznurowanie ust świadczyło że istotnie coś zauważył. Przez resztę wieczoru starałem się nie wzbudzać jego podejrzeń - nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że teraz, kiedy spotkałem anioła, mógłbym stąd wyjechać.

Kolacja minęła na rozmowach o obrazie - miał być malowany tu, w sali głównej. Co do pozy, to Lady Paulette miała sama wybrać. Pod koniec wieczerzy lord, z nieprzyjemnym uśmieszkiem wzniósł toast kryształowym kielichem:
- Za twój talent, malarzu.
Czerwone wino, niemalże bordowe, zwielokrotnione przez załamania kielicha odbiło się poświatą koloru krwi na twarzy Matheusa. Ten dziwnie złowróżbny blask spadł także na Paulette, gdy odpowiedziała wzniesieniem swego kielicha. By nie patrzeć na te twarze, skąpane niczym w posoce, i ja odpowiedziałem na toast patrząc na wprost, czyli na kominek i na broń wiszącą nad nim. Prawdopodobnie była to jedynie gra cieni, lecz twarz na głowni, skąpana w upiornym świetle wydawała się uśmiechać.

W nocy nie mogłem spać - na wpół ze strachu przed tym obcym miejscem i jego złowrogim właścicielem, a na wpół przez słodkie myśli o Paulette. Jednak gdy rano nadszedł czas by zacząć portret byłem tak wypoczęty i przepełniony energią jak nigdy przedtem od dnia wyjazdu od pana Baptiste`a. Nim dzień na dobre się zbudził, ja czekałem już w sali głównej z rozstawionymi sztalugami i zrywałem się na najlżejszy nawet szmer. Po pół godzinie zjawiła się - w świetle dnia jeszcze piękniejsza.... Po przywitaniu poprosiłem ją, by przyjęła jakąś pozę. Ledwie chwyciłem pędzel, a w sali zjawił się lord. Przywitał się w krótkich słowach, z dalszej ściany zdjął sztucer i oznajmił, że wybiera się na polowanie. Gdy wyszedł zorientowałem się, że przez dłuższą chwilę wstrzymywałem oddech. Jakiż strach ten mężczyzna budził we mnie samym swoim przybyciem! Nim jednak wróciłem do malowania, lady podeszła do mnie i węgielkiem na odwrocie starego szkicu napisała cztery słowa : "Uciekaj póki możesz, panie".

- Dlacze... - przerwała mi kładąc palec na ustach i wskazując palcami uszy dała mi do zrozumienia, że nas podsłuchują.

"Jest szalony, opętany. Może cię skrzywdzić. Uchodź jeśli ci życie miłe!" odpisała na niedokończone pytanie.

Spojrzałem w jej oczy, tak przepełnione strachem, że wręcz na niego uodpornione.

"A Ty, pani?" napisałem, a ona jedynie uśmiechnęła się smutno.

Pisaliśmy tak cały dzień; nic nie namalowałem. By nie wzbudzić podejrzeń lorda w swoim pokoju węglem naszkicowałem Paulette w kilku różnych pozach i wieczorem, po powrocie gospodarza, poprosiłem go o wybranie najlepszego wariantu.

I tak już codziennie dni spędzaliśmy na pisaniu, a ja noce na malowaniu. Przenosiłem Lady na płótno z pamięci, a możecie mi wierzyć, że cały czas miałem ją przed oczyma.... Po każdej takiej rozmowie Paulette szła do komnat, a ja zostawałem sam, aby w kominku spalić papier - jedynego świadka naszej bliskości.

Nie będę teraz opisywał tych tygodni w ciągu których utwierdzałem się w moim uczuciu, a ona we mnie znajdywała przyjaciela i bratnią duszę. Od razu dojdę więc do dnia, gdy i moim i jej charakterem pisma na niemym papierze pojawiło się największe zaklęcie ludzkości "Kocham Cię".

W cudnym nastroju, odsuwając myśli od sir Matheusa, zostałem w sali by spalić kartki. Rzuciłem je w ogień, zaczęły się tlić. Moja radość, suto przyprawiona głupotą kazała mi wracać do siebie, nie doglądając do końca niszczycielskiego dzieło ognia.


Teraz, z perspektywy czasu, widzę to tak:

Ledwie zamykają się za mną drzwi, a z głębi sali zaczyna dąć zimny podmuch, zmieniający się w lodowaty wiatr. Z paleniska wydmuchuje niedopalone karty, w tym tą jedyną, najbardziej oskarżycielską.

"Kocham Cię" .... "Kocham Cię"

Ledwie papier dotknie podłogi a wiatr ucicha jakby nożem uciął. A nad tym wszystkim zęby szczerzy twarz wyrzeźbiona na głowni toporu...

Wróciłem do pokoju aby kończyć obraz. Zbliżał się koniec tego portretu, a więc i mojej bytności w domu de Annies. Z wyżyn radości spadałem coraz bardziej w otchłanie zgryzoty, gdy na myśl przychodził mi mój gospodarz. Wieczorem lord wezwał mnie do sali. Siedział tuż przed kominkiem, plecami do niego, a rozpalone drwa buzowały i rzucały znad jego barków blask tak, że nie widać było jego twarzy. Ręką wskazał mi bym usiadł naprzeciwko. Z mroku, w którym kryła się jego twarz przemówił:
- Jak praca nad obrazem?
- Niemalże skończony, panie. Będziesz zadowolony, lordzie, oddałem urok twej pani tak wiernie, jak to tylko możliwe.
- Wiernie... Jakże dziwaczne słowo w tej sytuacji... Czas chyba jednak porozmawiać o twojej zapłacie, artysto. Przeczytaj to - podsunął mi kartkę papieru zwęgloną na rogach.

W pokoju nie było żadnej świecy, ale mój wzrok zaczął się już przyzwyczajać do półcienia, toteż z jakim przerażeniem odkryłem cóż to za zdradliwy pergamin przede mną leży. Oniemiały odsunąłem się od stołu, lecz Matheus z kocią zręcznością przygwoździł moją prawą rękę swoją dłonią i rzekł, zbliżając do mnie twarz płonącą szaleństwem:
- Panie malarzu... jeśli ktoś mi wystawia taki rachunek... cóż, nie zostaje mi nic innego, jak sowicie zapłacić - po czym wolną ręką sięgnął za siebie i ściągnął ze ściany ów topór barbarzyński jakby był jeno zabawką. Następnie zamachnął się nim i na wysokości łokcia uciął mi rękę.

Nie wiem czy krzyczałem, czy też może straciłem przytomność, lecz gdy spojrzałem na topór wbity w niemalże złamany ze szczętem stół - twarz na głowni nie była poważna, lecz dziko szczerzyła zęby w euforii. Leżąc na podłodze i tuląc do siebie to, co pozostało z mej prawicy widziałem jak lord wyciąga oręż ze stołu i powoli zbliża się do mnie.
- Najpierw dłoń która zhańbiła mnie tym pismem... a wierz mi, to dopiero początek...

- PITER!!! - pierwszy i ostatni raz słyszałem moje imię wymówione tym pięknym głosem, choć teraz ściągnięty był trwogą. Stała tam, w drzwiach, w nocnym stroju, z twarzą zastygłą z przerażenia. Lord odwrócił się w jej stronę. Jego ręka śmignęła i topór, kończąc swój lot przez salę, rozpłatał moja panią na pół... Jedyne za co mogę dziękować Jedynemu to to, że miała szybką śmierć.

Matheus stał, zdziwiony patrząc na swoje dłonie. Spojrzałem na topór - twarz wykuta w metalu trwała z ustami otwartymi jak do gromkiego śmiechu. I rzeczywiście, w powietrzu skądś dało się słyszeć chichot, wariacki pierwotny śmiech. Po chwili dołączył doń lord, klęcząc na podłodze w kałuży mojej krwi. Czułem, że jeżeli zaraz się stamtąd nie wydostanę to i ja dołączę do tego szatańskiego duetu, i już nigdy, nigdy, nigdy nie przestanę się śmiać.

Zataczając się ruszyłem w kierunku drzwi. Ostatni raz zerknąłem na Paulette - jej cudna twarz zastygła na zawsze w wyrazie niedowierzania. Ze ściśniętym sercem minąłem ją i ruszyłem korytarzem. Drzwi główne były zamknięte, zatem zataczając się ruszyłem w głąb domu. Nigdzie nie widać było służby. Szedłem więc nie mając pojęcia dokąd, często wymacując drogę, gdy oczy zaczęła mi przesłaniać czarna mgła. Cały czas ścigał mnie złowieszczy chichot - czy to w myślach, czy też może przez dziwną akustykę korytarzy docierający nawet tutaj. W końcu ciemność ogarnęła nie tylko mój wzrok ale i umysł.


Wróciłem do przytomności pięć tygodni później. Nie wiedziałem gdzie jestem i kim jestem, czułem jedynie twardość podłogi i ból w prawej dłoni. Pamiętam dobrze zdziwienie, gdy do twarzy podniosłem jedynie kikut owinięty w bandaże. Znowu zapadłem w niespokojny sen. Kilkakrotnie przebudzałem się, a czyjeś szorstkie, lecz troskliwe dłonie poiły mnie podtrzymując głowę.

Te dłonie, jak i twarde posłanie należały do Christiana - żebraka, który co wieczór przychodził do dworu po resztki jadła. Znalazł mnie leżącego opodal drzwi kuchennych, w szatach zbroczonych krwią, z uciętą dłonią, nieprzytomnego, lecz jeszcze żywego. We dworze panowała cisza. Christian wziął mnie pod pachy i zaczął ciągnąć w stronę swojego szałasu. Ledwie dotarliśmy do linii drzew a z twierdzy wszystkimi oknami, wybijając je, buchnął gęsty smolisty dym, a następnie z sali głównej na wszystkie skrzydła zaczął się rozprzestrzeniać ogień. Żebrak dotarł ze mną do swej chatynki i przez długie tygodnie pielęgnował mnie nie jak nieznajomego, lecz niczym najdroższego przyjaciela. Oto człowiek, któremu winny jestem życie i dozgonną wdzięczność, gdyż to on walczył z zakażeniem i tak opatrywał moją ranę, że po przebudzeniu nie było śladu martwicy, a ręka zaczynała się goić.

Był niemową, pustelnikiem mieszkającym na ustroniu, gdzie w oderwaniu od dóbr doczesnych starał się zbliżyć do Jedynego. I jeżeli miałbym wskazać najpobożniejszego człowieka na świecie, bez chwili wahania wskazałbym właśnie Christiana, żebraka z Gordu. Porozumiewaliśmy się z łatwością - ja pytałem, a on odpisywał. W ten sposób dowiedziałem się co działo się ze mną i dworem. Jakże te nasze pisano-mówione rozmowy przypominały mi moją Paulette....

Christian opiekował się mną jeszcze długo ponad miesiąc - tak fizycznie jak i duchowo. Dzielił się ze mną każdym kęsem jadła, a w nocy uspokajał, gdy budziłem się z jednego z koszmarów. Był dla mnie niczym ojciec, brat i ksiądz, a jego niezłomna wiara i łagodność pozwalała przeżyć pełne rozpaczy tygodnie.

Gdy uznałem, że jestem gotów ruszyłem w drogę. Pożegnałem mojego opiekuna i zostawiając mu adres wuja, gdyby czegoś potrzebował - wsparcia bądź rozmowy z dozgonnym przyjacielem - ruszyłem w drogę zostawiając za sobą kogoś jakby brata.


Wracałem do Cynazji. Nie, nie do wuja. Pierwszą osobą, do której chciałem się udać był pan Baptiste. Nie dlatego, żebym nie kochał wuja. Ale w głowie zalęgła mi się obsesja, jedna opętańcza myśl, która mogła ocalić moje istnienie, a gdybym jej nie uwolnił - wyniszczyła by mnie do końca.

Mistrz powitał mnie w drzwiach wyciągając dłoń na przywitanie. Gdy zobaczył to, co zostało z mojej ręki zbladł i przytulił mnie, klepiąc po plecach. Zaprosił do środka z twarzą pełną współczucia. Wszak był to malarz, który wie czym jest strata dłoni - stratą talentu, zarobku, drogi w życiu... Spytał co może dla mnie uczynić. Poprosiłem go o wynajęcie mojego starego pokoju na miesiąc. Rzekł, że jestem u niego mile widziany tak długo, jak tylko będę chciał, po czym wysłał sługę, aby pomógł w przenosinach obecnemu mieszkańcowi pokoju. Po obiedzie Baptiste zaprowadził mnie na górę. Podziękowałem mu, po czym powiedziałem, że będę potrzebował nieco odpoczynku. Mistrz wycofał się dyskretnie, a ja rozejrzałem się po pokoju. W kącie znalazłem to czego szukałem. Mogłem zacząć realizować marzenie, które utrzymywało we mnie chęć do życia.

Nie wychodziłem z pokoju całymi dniami. Mój gospodarz troskał się o moje życie, jednak w tych krótkich chwilach gdy się widzieliśmy, uspokajałem go w tym względzie. Pierwszy raz od śmierci Paulette czułem ukojenie.

Dwa miesiące później, pewnego letniego południa zaprosiłem mistrza do pokoju. Promienie słońca skrzyły się na pyłkach unoszących się w powietrzu, które przepełnione zapachem frezji z ogrodu poniżej niosło się przez pokój ożywczą falą. Za Baptistem zamknęły się drzwi, a nim zdążył powiedzieć choć słowo zdarłem ze sztalug stojących na środku pokoju zasłaniające je płótno. I staliśmy tak w ciszy: ja w zadumie, mój nauczyciel w oszołomieniu.

Bo widzicie, panowie... Jedyny był tak łaskawy, że talent umieścił mi w źrenicach, a nie w dłoni. Tym darem od niego mogłem choć w drobnym stopniu zmazać swe winy. Paulette przeze mnie straciła życie, i to ja mogłem ją wskrzesić.

Patrzyła na mnie z głębi sali balowej, wystrojona w białą muślinową suknię z czerwonymi wykończeniami. Uśmiechała się, a w dłoniach trzymała kartkę i pióro. Jej piękne oczy śmiały się do mnie, a delikatny uśmiech igrał na wargach. Taką do dziś widzę ją w moich snach...

Namalowałem jej portret, lewą dłonią. Oto co napędzało mnie, co dawało mi siłę do przyjęcia następnego dnia. Unieśmiertelniłem ją. I wraz z ostatnim pociągnięciem pędzla poczułem jakby ciężar spadł mi z piersi, a w nocy nie męczyły mnie już więcej koszmary, a jedynie piękne sny o mojej pani.

Obraz zyskał nawet sławę. W galerii naszej stolicy możecie go zobaczyć... i na własne oczy przekonać się jak piękna była ta, która teraz żyje jedynie we wspomnieniach.

***

W gospodzie zapadła cisza. W końcu jeden z biesiadników, stary wiarus z wytartym płaszczu, powiedział:
- Miałem przyjemność zwiedzać tą galerię, panie, jak i podziwiać to dzieło. To by jednak znaczyło, że mieliśmy zaszczyt wieczerzać z samym Piterem Capietie!
- To ja panie, jednak dla mnie większym zaszczytem było zabawiać tak dobrane towarzystwo opowieścią.
- Gdzie teraz zmierzasz, panie?
- Ano, gdziekolwiek przed siebie. Szukam czegoś, co pozwoli mojej skołatanej duszy podnieść się z popiołów. Właśnie świt wstaje, kompani, więc wypada mi się pożegnać i podziękować za tak wspaniały posiłek i przedni miód. Niech Jedyny będzie z wami!

To mówiąc zabrał z kąta swój skromny tobołek i wyszedł z gospody wprost w chłód poranka. Ruszył na północ na swym ogierze - nieszczęsny człowiek w poszukiwaniu odkupienia.