Spis treściInkluz

Multimedia


Borys Jagielski

Oko patrzącego

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny

obrazek boczny


Godziny szczytu (Rush Hour)
Brett Rattner, 1998; Jackie Chan, Chris Tucker

Pomysł na komedię sensacyjną całkiem niezły: Policjant z Hong-Kongu, mistrz wschodnich sztuk walki, łączy siły z pyskatym, czarnym, hamerykańskim gliniarzem, by odnależć córkę azjatyckiego konsula porwaną w Los Angeles. Filmów sensacyjnych, w których pierwsze skrzypce gra męski duet stróżów prawa, powstało bardzo wiele. Wysoko na spowitym chmurami szczycie króluje tetralogia Zabójcza broń i naturalną koleją rzeczy to ona właśnie jest miarą dla wszystkich produkcji tego typu. Niestety, Godzinom szczytu bardzo do niej daleko. Grze aktorskiej wiele zarzucić nie można, lecz płytki scenariusz sprawia, że film szybko się ogląda... i jeszcze szybciej o nim zapomina. Tylko dla miłośników Jackie Chana i / lub Chrisa Tuckera. Obaj są oryginalni -- to trzeba im przyznać.


- Mój tatuś zginął w Wietnamie.
- A ja po prostu nie lubię czarnych.



Kobieta na topie (Woman on Top)
Fina Torres, 2000; Penelope Cruz

Tytuł filmu został w tłumaczeniu delikatnie ocenzurowany i stracił przez to swą nieprzyzwoitą niejednoznaczność. "Woman on top" może bowiem oznaczać zarówno "kobietę na szczycie" (czyli właśnie "na topie") jak i "kobietę na górze" (w jakim sensie "na górze" -- powinniście się domyślić). Oba określenia znajdują zastosowanie w przypadku Isabelli Oliveiry, głównej bohaterki. Zamiast maskować swój szowinizm, powiem po prostu, że film obejrzałem przede wszystkim dla przeuroczej Penelopy Cruz, odtwórczyni tytułowej roli. Szybko rozwieję wątpliwości: Kobieta na topie jest "tylko" komedią romantyczną od lat mniej więcej dwunastu, więc "sceny" tu nie występują, choć zaznaczyć trzeba, że nie kończy się tylko na niewinnych pocałunkach. Poza tym film odznacza się niedennym scenariuszem i bardzo sympatyczną, latynoską muzyką w tle (niewykluczone, że to bossa nova, ale się na tym nie znam). Elementy te wielkiego wrażenia na mnie w zasadzie nie wywarły, bo komedii romantycznych -- jako gatunku -- prawie nigdy nie oglądam. Lecz z wiadomych względów Kobietę na topie polecam wszystkim facetom. Orientacji heteroseksualnej (polityczna poprawność w tych czasach to mus).

W celu pozyskania większej
ilości czytelników płci męskiej,
Rasgan postanowił się przebrać.

Donnie Darko (Donnie Darko)
Richard Kelly, 2001; Jake Gyllenhaal

Donnie Darko to produkcja, która przeszła bez praktycznie żadnego komercyjnego echa, w każdym razie w naszym zakątku świata. Nie wyróżniono jej żadnymi znaczącymi nagrodami filmowymi. Niezasłużenie. Mamy bowiem do czynienia z szalenie oryginalnym, ocierającym się o oniryzm, utrzymanym w dość mrocznym klimacie dziełem balansującym na granicy fantastyki naukowej i kina obyczajowo-psychologicznego. O fabule opowiadać nie będę, gdyż "werbalnie" sprawia ona dość podejrzane wrażenie, podczas gdy "w praniu" jej nowatorstwo i zagadkowość sprawdza się znakomicie (choć przyznaję, że nie jest to film dla przeciętnego konsumenta prażonej kukurydzy). Wspomnę natomiast o wyśmienitej muzyce doskonale podsycającej atmosferę niepokoju -- mam na myśli zarówno utwory instrumentalne, jak i wykorzystane w "Donnie Darko" piosenki.

Film z gatunku tych, które powinno się obejrzeć przynajmniej dwa razy, by dostrzec większość zawartych w nich niuansów. A zobaczyć go chociaż raz trzeba koniecznie. Szczególnie jeśli jest się miłośnikiem fantastyki.

Pomysł nie przypadł do gustu Pawłowi.



Resident Evil (Resident Evil)
Paul Anderson, 2002; Milla Jovovich

Gdy jesienią zeszłego roku pisałem recenzję Świtu żywych trupów zastanawiałem się, czy mam prawo nazywać remake słynnego filmu Romero najlepszym horrorem z zombiakami, jaki kiedykolwiek powstał, skoro nie widziałem jeszcze Resident Evil.

Miałem prawo.

Resident Evil, oparty na motywach konsolowo-komputerowej serii o tym samym tytule, jest policzkiem wymierzonym w twarz wszystkich jej miłośników (do których ja również się zaliczam). Policzkiem wymierzonym bardzo podstępnie, bo przez pierwsze dwadzieścia minut nic nie zapowiada katastrofy fabularnej. Wręcz przeciwnie. Prolog filmu przedstawiający wydostanie się wirusa na wolność, chaos w laboratorium Umbrelli i uśmiercenie wszystkich jej pracowników podano w sposób umiejętny; natomiast pierwsza scena z główną bohaterką to pod względem klimatu niemalże hołd oddany oryginalnemu "rezydentowi" (wszyscy gracze bez problemu rozpoznają lokację z kolumnadą). Niestety, zaraz potem jakość filmu spada na łeb na szyję. Wszelkie elementy horroru zostają błyskawicznie uśmiercone przez oddział uzbrojonych po zęby najemników, który zamienia resztę filmu w... Właściwie nie wiem w co, ale z prawdziwym "Resident Evil" większego związku to nie ma. Zombiaki, które pojawiają się na scenie mniej więcej dopiero w połowie filmu, są tak żałosne i nieporadne, że widz zaczyna kibicować właśnie im. Żal aż ściska tylną część ciała, gdy widzimy, jak bohaterowie rozprawiają się z nimi za pomocą arkanów walki wręcz. Walki wręcz! A ja, gdy grałem w RE, jak głupi oszczędzałem każdy nabój do Beretty.

Resident Evil-film powinni obejrzeć wszyscy ci, którzy chcą przekonać się, czym Resident Evil-gra NIE była (z pominięciem owych początkowych dwudziestu minut). Pozostali... Nie uwierzę, że nie mają nic lepszego do roboty.

To jednak Rasgan miał rację.
Jego plan odniósł ogromny sukces.



Utalentowany pan Ripley (The Talented Mr. Ripley)
Anthony Minghella, 1999; Matt Damon, Jude Law, Gwyneth Paltrow

Utalentowany pan Ripley zdobył całkiem przychylne recenzje, lecz z moim gustem rozminął się zupełnie. Filmy powstają albo po to, by przysporzyć widzowi niezobowiązującej rozrywki, albo po to, by dać mu do myślenia. "Utalentowanego pana Ripleya" nie mogę zaliczyć do żadnej z powyższych kategorii. Kino rozrywkowe to na pewno nie jest -- od początku widać, że twórcom zależało na stworzeniu czegoś ambitnego. Tyle tylko, że ja dalej nie wiem, o co tu właściwie chodziło; gdzie morał, gdzie wciągalność historii. Film błądzi na pograniczu kina obyczajowego, psychologicznego i kryminalnego. Wątki obyczajowo-psychologiczne są usypiająco nudne. Widz ożywia się, gdy pojawiają się elementy kryminalne, ale szybko zostają one uduszone przez psychologię i obyczajowość, które straszą już do końca filmu. Na okrasę dostajemy Matta Damona, Jude'a Law i Gwyneth Paltrow -- a ja tej trójki aktorów naprawdę nie lubię.

Więc czym tak właściwie jest Utalentowany pan Ripley? Kiepsko nakręconą opowieścią o morderczym geju w okularach? Ech, chyba nie, za prosto by było.

Nie wszyscy dali się oszukać.
Redaktor naczelny konkurencyjnego portalu
przejrzał podstęp Rasgana.
Ciekawe, jakim sposobem...



Arlington Road (Arlington Road)
Mark Pellington, 1999; Jeff Bridges, Tim Robbins

Czy kiedykolwiek zaczęliście oglądać "z braku laku" nieznany film, który okazał się dziełem znakomitym? Nie tylko dobrym, ale po prostu znakomitym? Ja miałem tak niedawno z Arlington Road. W poniedziałkowy wieczór mogłem włączyć komputer lub telewizor. Po chwili wahania wybrałem ten drugi. I bardzo się cieszę ze swojej decyzji.

Arlington Road to thriller w najlepszym tego słowa znaczeniu -- wciąga od pierwszej sceny, potem umiejętnie buduje klimat i napięcie, nie pozwalając widzowi oderwać wzroku od ekranu, dostajemy kilka emocjonujących i niespodziewanych zwrotów akcji, a całość kończy się mocnym akcentem, któremu daleko do kiczowatego, hollywoodzkiego happy endu. Zaprawdę, czy wolno wymagać od kina rozrywkowego jeszcze czegoś? A w przypadku Arlington Road otrzymujemy o dziwo coś więcej -- parę celnych uwag na temat mechanizmów działania terroryzmu i płytkości postrzegania tego zjawiska przez społeczeństwo. Nie, nie. Film terrorystów z pewnością nie próbuje wybielać. Pokazuje jednak dobitnie, że każda sprawa ma drugie dno, dno zazwyczaj ignorowane przez media.

O fabule nic Wam nie powiem. Bo i po co? Lepiej powtórzcie moje doświadczenie: Obejrzyjcie film, o którym nie będziecie prawie nic wiedzieć. I bądźcie zachwyceni. Tak jak ja.

- Słyszałeś? Podobno ktoś morduje
czytelników "Inkluza". Aż strach
ściągnąć kwietniowy numer.



Requiem dla snu (Requiem for a Dream)
Darren Aronofsky, 2000; Jared Leno, Ellen Burstyn, Jennifer Connelly

Jednym zdaniem: Darren Aronofsky w niezwykle atrakcyjnej, nowatorskiej technicznie formie prezentuje studium uzależnienia od narkotyków.

Więcej niż jednym zdaniem: Bohaterami Requiem dla snu są cztery osoby -- nastoletni chłopak, jego dziewczyna, jego kumpel i jego matka. Wszystkim narkotyki pozwalają zapełnić pustkę w życiu, lecz o ile pierwsza trójka sięga po nie z młodzieńczej głupoty i braku wyobraźni, o tyle matka zostaje w prochy "wrobiona" przez nieuczciwego konowała. Na początku rzeczywistość przybiera różowe odcienie. Narkotyki pozwalają bohaterom w szybkim tempie wspiąć się na szczyt. Do upadku dochodzi jednak niemalże natychmiast, a droga z wierzchołka na ziemię jest bardzo, bardzo długa. Jak łatwo się domyślić, dla wszystkich przygoda z narkotykami zakończy się w pożałowania godny sposób, lecz widz mimo wszystko żalu właściwie nie odczuwa. Nawet nie dlatego, że bohaterowie "sami sobie są winni", lecz dlatego, że Aronofsky prawdziwym bohaterem filmu uczynił samo zjawisko uzależnienia; te cztery postacie, które wypełniają kadry, są tu tylko narzędziem służącym do jego prezentacji.

Wciągający scenariusz, wyśmienita reżyseria, wspaniałe tło muzyczne. Obejrzeć koniecznie. Lepszej ropiejącej rany w filmie fabularnym nie widziałem.

Dwa miesiące temu "Inkluz" przestał
być bezpłatny. Wierni czytelnicy jakoś
sobie radzą ze zdobywaniem pieniędzy
na ulubione czasopismo.



Nikomu ani słowa (Don't Say A Word)
Gary Fleder, 2001; Michael Douglas, Sean Benn, Brittany Murphy

Niektóre rzeczy powinny być wyświetlane w akademiach filmowych w ramach serii wykładów "Jak kręcić nie należy". I nie sugeruję tu bynajmniej, że Nikomu ani słowa jest filmem absolutnie bezwartościowym. Nie jest. W tym rzecz. Każdy element z osobna stoi na umiarkowanie wysokim poziomie -- i reżyseria, i fabuła, i aktorstwo. Mamy ciekawy pomysł, mamy kilka zwrotów akcji, na ekranie niby cały czas coś się dzieje. A mimo wszystko... A mimo wszystko całość składa się na thriller bardzo mierny. I najgorsze jest to, że zupełnie nie wiem, co tę mierność wywołuje.

Nie oglądać. Nawet nie própować zaczynać oglądać. Film jest na tyle nudny, iż po kilkudziesięciu minutach akcja przestanie Was interesować, ale nie na tyle nudny, byście powiedzieli "dość!" i wyłączyli telewizor.

Z tego powodu Nikomu ani słowa to nawet nie dreszczowiec -- to prawdziwy horror.

Michael Douglas po swoim słynnym
ojcu Kirku oddziedziczył jedynie sześć
metrów kwadratowych siatki.



Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (Pirates of the Caribbean: The Curse of the Black Pearl)
Gore Verbinski, 2003; Johnny Depp, Orlando Bloom, Keira Knightley

Mieliśmy już do czynienia z filmami na podstawie książek, komiksów, gier komputerowych. Piraci z Karaibów udowadnia natomiast, że film można również nakręcić na motywach... tematycznej kolejki z Disneylandu.

Przedstawianie Wam Piratów z Karaibów nie ma najmniejszego sensu, ponieważ tylko ja zwykłem oglądać filmy tego formatu dopiero półtora roku po premierze. Powiecie pewnie, że jestem "opóźniony". Powiecie pewnie, że nie nadaję się na recenzenta filmowego. Bla bla bla.

A wracając do Piratów...: To bez dwóch zdań przygodowo-piracki majstersztyk, film familijny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tematyka piracka ostatnimi czasy w ogóle w kinie nie była eksploatowana, lecz tandem Verbinski & Bruckheimer (producent) skutecznie przypomina nam, że możliwości się w niej kryjące nadal są ogromne. A Johnny Depp jest dla tego filmu tym, czym działa armatnie są dla okrętu korsarskiego. Wykapany pirat -- od kolczyków począwszy, a na akcencie skończywszy. Burt Lancaster może pójść na dno.

- Tak. Byłem elfem.



Obcy IV: Przebudzenie (Alien IV: Resurrection)
Jean-Pierre Jeunet (1997); Sigourney Weaver, Winona Ryder, Ron Perlman

Czwarta część Obcego potwierdza tezę, że kręcenie serii powinno zakończyć się na "trójce". Przebudzenie sprawia bowiem wrażenie zrobionej na siłę "dokrętki" pomimo faktu, że wszyscy -- reżyser, scenarzysta, scenografowie, ludzie od efektów specjalnych oraz aktorzy -- bardzo się starali. Horrorem tego nie sposób nazwać, bo Obcy swój potencjał w tym zakresie wyczerpał w momencie otworzenia śluzy przez Ripley w części pierwszej. A jako film science-fiction "czwórka" niczego nie wnosi. Ani do cyklu, ani do gatunku.

Warto natomiast obejrzeć Przebudzenie dla warsztatu Jeuneta (notabene, każdą część Obcego kręcił ktoś inny: pierwszą James Cameron, drugą Ridley Scott, trzecią David Fincher, a czwartą właśnie Jeunet). Nietrudno zaobserwować, że za kamerą stoi człowiek odpowiedzialny za Miasto zaginionych dzieci i Amelię. Niepowtarzalne zbliżenia twarzy bohaterów znalazły się także i tutaj.

Skavenblight postanowiła "powiedzieć"
Scobinowi, żeby zostawił fleksję
imion własnych w jej artykułach w spokoju.



Aleja snajperów (Welcome to Sarajevo)
Michael Winterbottom, 1997; Stephen Dillane, Woody Harrelson

Gdy zasiadałem przed telewizorem, wydawało mi się, że ktoś kiedyś wyrażał się o tym filmie w superlatywach. Ale albo pomyliłem tytuły, albo gust tejże osoby w tym konkretnym przypadku zupełnie rozminął się z moim.

Każdy film, który ukazuje prawdziwe oblicze dowolnego konfliktu zbrojnego (nierzadko połączonego z katastrofą humanitarną), ma dużą szansę okazać się wstrząsającym i poruszającym spektaklem. Aleja snajperów przez pierwsze dziesięć minut zapowiada się nie najgorzej, ale potem skręca w coraz mniej interesujące rejony i jeszcze przed półmetkiem powietrze uchodzi z niej ze szczętem. Twórcy filmu spróbowali skupić całą tragedię konfliktu bałkańskiego na postaci małej, osieroconej dziewczynki -- i zupełnie im to nie wyszło. Winę bez wątpienia ponosi scenariusz. Drugim błędem było natomiast usunięcie w cień wyśmienitego Woddy'ego Harrelsona (widzimy, że jest wyśmienity w tych rzadkich chwilach, w których jest nam dane go oglądać) i wyeksponowanie postaci mało charyzmatycznego Dillanego.

Z drugiej strony: Michael Winterbottom nie nakręcił żadnego dobrego filmu, więc dlaczego widz miałby wiele oczekiwać właśnie po Alei snajperów?

"Wiedziałem, że z niską ceną wczasów
w Bośni związany jest jakiś haczyk."



Godziny (The Hours)
Stephen Daldry, 2002; Nicole Kidman, Julianne Moore, Meryl Streep, Ed Harris, Jeff Bridges

Powieść Michaela Cunninghama o tym samym tytule nagrodzono Pulitzerem. Jednocześnie uznano, że jest niefilmowalna. Stephen Daldry we wspaniałym stylu udowodnił bezzasadność takiego twierdzenia.

Godziny to dramat psychologiczny, opowieść o losach trzech kobiet. Choć żyją w trzech różnych okresach dwudziestego wieku, ich losy mają ze sobą wiele wspólnego, a wspólny, symboliczny mianownik stanowi powieść Pani Dalloway. Nieszczęśliwa, zmagająca się z chorobą psychiczną Virginia Woolf ją pisze. Nieszczęśliwa, nie potrafiąca odnaleźć swego miejsca Laura Brown ją czyta. A nieszczęśliwą Clarissę Vaughan, niepewną, czy dokonała właściwych wyborów życiowych, znajomi przezywają żartobliwie "panią Dalloway".

Ponieważ "Godziny" są filmem dość złożonym, nie będę pisał nic o możliwych interpretacjach, bo każdy widz powinien podejść do niego w indywidualny sposób. Świetnie poprowadzony scenariusz, pierwszorzędny montaż w maksymalnie przejrzysty sposób splatający ze sobą trzy prowadzone równolegle wątki, urzekająca muzyka i wyśmienite aktorstwo nie pozwalają oderwać się od ekranu. Oczywiście pod warunkiem że ktoś lubi ten typ kina.

Minister Zdrowia ostrzega: Palenie albo picie.
Wybór należy do Ciebie.



Piąty element (The Fifth Element)
Luc Besson, 1997; Bruce Willis, Milla Jovovich, Ian Holm, Gary Oldman, Chris Tucker

Po raz pierwszy zawiodłem się na Lucu Bessonie. Wiem, że brzmi to bardzo kontrowersyjnie, bowiem Piąty element zyskał sporą popularność. Ale do mnie film po prostu nie trafił. Primo, Besson niepotrzebnie bawił się konwencją fantastycznonaukową; zamiast nakręcić hard s-f, przyozdobił swój film elementami komediowymi, które w moich oczach są tu zupełnie nie na miejscu. Secundo, Piąty element ma nieszczególnie dobry scenariusz. Niezłe są niektóre sceny, ale film jako całość mnie nie wciągnął. W trakcie seansu byłem coraz bardziej znużony i z narastającą niecierpliwością wyczekiwałem napisów końcowych.

Scenografia i kostiumy -- super (pod względem kolorystycznym film po prostu cieszy oko). Efekty specjalne -- bardzo dobre. Grze czołowej piątki aktorów niczego nie można zarzucić. Cóż jednak z tego, skoro ukoronowaniem tych wszystkich elementów jest mało ciekawa fabuła? Fabuła niegodna twórcy Leona zawodowca, chciałoby się rzec.

Niemniej jednak -- obejrzyjcie. Bo choć Piąty element mnie się nie spodobał, z Wami będzie prawdopodobnie inaczej. Tak mówi statystyka. A raczej wysoka ocena 7,1 na IMDB.

Marek Pol uparcie uważa, że dochody z
winiet pozwolą na całkowite zmodernizowanie
Trójmiasta w przeciągu dwudziestu lat.


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony