|
Cum Libro |
Necrosis. Przebudzenie
|
Specjalnie dla czytelników Inkluza od Fabryki Słów! Fragment najnowszej powieści Jacka Piekary. W księgarniach od 13. kwietnia. Jacek Piekara: Necrosis. Przebudzenie Jaskinia była ukryta za plątaniną krzewów, najeżonych sterczącymi na wszystkie strony ostrymi i długimi kolcami. Rosły na nich małe, pokurczone, jasnobrązowe maliny, sprawiające wrażenie, jakby były tylko chorymi naroślami wśród zielonych listków. Tobias rozgniótł jedną z nich językiem i zaraz wypluł, bo poczuł gorzki smak, jak gdyby spróbował czegoś bardzo starego i bardzo zgniłego. Przedzierał się z trudem przez krzewy, łagodnie odgarniając splątane gałązki. Ale mimo to kilka kolców porysowało mu dłonie, a inne zaczepiły o koszulę i rozdarły ją w dwóch miejscach. Już wyobrażał sobie krzyk matki, kiedy zjawi się w domu. I co, gamoniu? - powie, patrząc na niego zimnymi, martwymi oczami jaszczurki. - Znowu zniszczyłeś ubranie! Gdzie byłeś cały dzień, ty diabelskie nasienie? A on, jak zwykle, będzie stał z pochyloną głową, czekając na nieuniknione ciosy, które spadną na głowę, kark i plecy. Ciosy bardziej upokarzające niż bolesne, bo drobne pięści matki nie sprawią mu ani bólu, ani nie będą w stanie wyrządzić krzywdy. Ale jeśli wszystko pójdzie źle, to w domu pojawi się ojciec i, jak zwykle, chwyci za kij. Zeszłej zimy stłukł Tobiasa tak, że chłopiec przez kilkanaście dni pluł i sikał krwią. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Próbował się wtedy bronić, ale opór tylko rozwścieczał ojca. Ten wielki mężczyzna o szarej, skołtunionej brodzie i oczach przypominających czarne kamyki bił go z zimną, zaciekłą zawziętością, a kiedy Tobias upadł na ziemię, kopał butami o ciężkich, wielokrotnie zelowanych podeszwach. Tobias pamiętał doskonale, jak kulił się, obejmując rękami głowę, a ojciec wtedy kopał go w plecy i nerki. Potem odstąpił, ciężko oddychając, jak po dobrze wypełnionym obowiązku. Chłopiec został na podłodze, a pod językiem czuł słodki smak krwi spływającej ze zmiażdżonych warg i rozciętego języka. Najgorsze było, że nie mógł nic zrobić. Czy to raz stał nad ojcem z nożem w dłoni i z nienawiścią wpatrywał się w jego czerwoną, zapuchniętą twarz? Słuchał spokojnego, przesączonego przepalanką oddechu i zastanawiał się, co by było, gdyby pchnął ostrzem pod serce? Czy ojciec jeszcze zdążyłby otworzyć oczy i zobaczyć, kto nad nim stoi? Tobias w marzeniach upajał się tą chwilą. Tym pozbawionym zrozumienia przerażeniem, które zobaczy w źrenicach swego oprawcy. A potem błaganiem. Ale na błaganie będzie za późno. Jednak nigdy nie zdobył się na krok tak ostateczny. Nie z miłości czy szacunku, bo tych uczuć nigdy nie zaznał. Ale ze zwykłego strachu. Co będzie, jeśli ostrze nie trafi pod serce, lecz ześlizgnie się po żebrach? Wtedy ojciec wstanie, potężny niczym góra, zraniony i wściekły. Tobias wolał nie myśleć, co mogłoby się wydarzyć dalej. A nawet gdyby zabił ojca, to jaki los go czeka? Ucieczka i wygnanie. Tu miał przynajmniej dach nad głową i jedzenie. Ciepły kąt w zimie, resztki słoniny, kaszy czy chleba, zostawiane przez litościwych sąsiadów. Poza wioską czekały go tylko głód, zimno i dzikie zwierzęta. Najbliższe miasto było daleko za rzeką i za życia Tobiasa nikt z wioski nie zapędzał się aż tak daleko. Kiedyś, dawno temu, ojciec Mariki służył w straży miejscowego kasztelana i wszyscy uważali go za człeka bywałego oraz obieżyświata. Miasto nie było potrzebne mieszkańcom wioski. Zdawało im się miejscem dziwnym i nieco przerażającym. Owszem, co bogatsi gospodarze kupowali żonom, od wędrownych kupców, tkane w mieście chusty czy ozdoby ze srebra i bursztynu, a sami sprzedawali zboże oraz bydło. Ale tak naprawdę miasto nie było im potrzebne do szczęścia. Okoliczny kowal wyklepywał ostre i dobrze wyważone kosy, beczki składane przez grubego Horfista trzymały się całymi latami, a mały, czarniawy Hum szył mocne buty z grubej skóry, futra na zimę i skórzane lub wełniane bluzy. Stara Anzia jak nikt potrafiła obracać garncarskim kołem i spod jej rąk wychodziły kształtne słoje, dzbany i misy. Czego więcej mogli chcieć od życia? Chłopi z okolicznych wiosek spotykali się w drewnianej karczmie na rozstajach dróg i tam widzieli biesiadujących kupców, a czasem nawet szlachcica o butnym głosie i śmiałych oczach. Ale nie ciągnęło ich do innego życia. Było im dobrze tam, gdzie byli. Tylko Tobias czasami marzył. Z tęsknotą wpatrywał się w horyzont i zastanawiał, co znajduje się po drugiej stronie lasu, na końcu rzeki, czy za górami, których szczyty przy dobrej pogodzie lśniły w słońcu białymi czapami lodu i śniegu? Potrafił tak przesiedzieć cały dzień, a czas mijał obok niego, nie wiadomo kiedy. I Tobiasz wracał do domu dopiero, gdy słońce rozmazywało się po niebie czerwoną smugą. Wracał tylko po to, aby wysłuchać jazgotliwych narzekań i oberwać razy zadawane kościstymi pięściami matki. Teraz przedzierał się przez krzewy bez specjalnego celu, ot tak, z ciekawości, by zobaczyć, co znajduje się za nimi. Mozolna wędrówka w malinowym gąszczu zajęła mu co najmniej godzinę, ale nie chciał się już wycofywać. Zdumiewał go fakt, że nie przypominał sobie, by kiedykolwiek rosły w tym miejscu te gęste krzewy o gorzkich, brązowawych owocach, choć wydawać by się mogło, że najbliższą okolicę znał jak własną kieszeń. Im dłużej przedzierał się przez maliniak, tym silniejszy stawał się dziwny zapach. Słodki, odrażający smród padliny. Coś tu niedaleko gniło i wydzielało ten zatykający dech w piersiach odór. Ale Tobias nie zamierzał się cofać. Martwy lis czy gniazdo opuszczonych i zdechłych piskląt na pewno nie mogły go zawrócić z drogi. I nagle, za krzewami, dojrzał wąską szczelinę, prowadzącą w mrok jaskini. Smród zgnilizny nasilił się. Jej źródło było wyraźnie tam, w ciemnym, zatęchłym wnętrzu. Widział tylko zarys skalnego pęknięcia i kilka sporych, poszarzałych kamieni, leżących przy wejściu. Pochylił się i z trudem, pełznąc na kolanach, wszedł do środka, starając się powstrzymywać oddech, gdyż odór był przytłaczający. Domyślił się, że skała musiała niedawno pęknąć, odsłaniając wejście prowadzące w głąb pagórka. Co mogło znajdować się w środku? Na pewno coś, co od dawna nie żyło, a więc czego nie należało się obawiać. Zresztą, w okolicach wioski było spokojnie. Wilki zapędzały się pod obejścia tylko zimą, a niedźwiedzie były prawdziwą rzadkością. Kilka lat temu Tobiasz widział oprawionego niedźwiedzia, którego upolował ojciec Mariki. Potężne zwierzę leżało skurczone i pokłute ostrzami włóczni. Ale ta jaskinia na pewno nie była niedźwiedzią gawrą. Jeśli jakiekolwiek zwierzę chciałoby tu mieszkać, to Tobias zobaczyłby przede wszystkim wydeptaną ścieżkę w malinowym gąszczu. Jaskinia okazała się nadspodziewanie obszerna. Tobiasz bez trudu wyprostował się, a kiedy powiódł wokół dłońmi, nie dotknął ścian. Czy mógł tu znaleźć coś cennego? Niegdyś nasłuchał się opowieści o zbójeckich jaskiniach, gdzie nagromadzono złote i srebrne ozdoby, bele aksamitu i złotogłowia, skrzynie pełne dźwięczących monet, błyszczące, szlachetne kamienie. Ach, gdyby tak znalazł chociaż garsteczkę srebra! Już tego samego dnia uciekłby z wioski, wiedząc, że jakoś poradzi sobie w mieście, jeśli tylko będzie miał za co kupić jedzenie i dach nad głową. I nagle, kiedy tak marzył o garści srebra (która powoli w jego myślach zamieniała się w wypełnione złotem skrzynie), raczej wyczuł niż usłyszał ruch w głębi jaskini. Poruszył się gwałtownie, a po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz. - Kto tu jest? - zawołał przestraszony. Krzyk nie dodał mu odwagi. Cienki i cichy, utonął gdzieś w mroku, zniknął i zagubił się we wszechogarniającym słodkim smrodzie. Tobias cofnął się w stronę wyjścia, ale uderzył plecami o ścianę. Rozpaczliwie macał dłońmi w poszukiwaniu szczeliny, ale wciąż tylko trafiał na zimną, wilgotną skałę. Zaczęła ogarniać go panika. W mroku coś się ruszało. Coś zmierzało w jego stronę. Coś pełzło, szurając po mokrym podłożu. Coś cicho jęczało, wzdychało, mlaskało i szeptało dziwnym tonem, pełnym boleści i pożądania. Tobias nie widział nic. Nie zobaczyłby nawet własnej dłoni, gdyby machnął nią przed oczyma. Jakże żałował, że nie ma ze sobą kaganka albo pochodni! Jakże żałował, że nie ma chociaż kija, którym mógłby się osłonić przed tym czymś, co zbliżało się do niego! Nagle poczuł dotyk na ramionach i twarzy. Lepki, wilgotny i ciepły. Jakieś zwinne, miękkie palce ślizgały się po ciele, zbliżały do nosa, uszu, policzków i włosów. Nie był w stanie nawet drgnąć. Sparaliżowany przerażeniem, mógł tylko stać i znosić dziwny, ale przecież delikatny dotyk. Coś, co wyłoniło się z ciemności, najwyraźniej nie chciało mu zrobić krzywdy. Przynajmniej na razie. Oglądało go, jakby uczyło się kształtu ludzkiego ciała. I w pewnym momencie usłyszał głos. Szeleszczący, cichy, wypowiadający poszczególne słowa z trudem, a może nawet bólem. Tak jakby istota żyjąca w tym mroku dopiero uczyła się ludzkiego języka lub też przypominała sobie dawno zapomniane pojęcia. - Czczłooowiek. Małłły czczłooowiek. Wilgotne, lepkie palce przestały ślizgać się po twarzy chłopca. - Nieeee bóóój się, maaałłły czczłooowieku. Istota odpełzła z powrotem w głąb jaskini. Tobiasz słyszał szuranie, ciche jęki i jakby płaczliwe gaworzenie. A potem, po długiej, długiej chwili, kiedy cały czas zdrętwiały ze strachu stał przy ścianie, to coś z ciemności znów się zbliżyło. Namacało jego dłoń i Tobias poczuł, że wkłada mu w palce twardy, zimny przedmiot. - Weeeźźźźźź to, człooowieku. - wyszeptało stworzenie - i przynieeeśśś mi jedzenie. Dostaaaaniesz więcej, więęę-cej... - Głos załamał się, a dłoń istoty pchnęła go w stronę wyjścia z jaskini. Światło słonecznego popołudnia niemal go oślepiło. A przecież wśród drzew, w gęstwie malinowych krzewów, wcale nie było tak jasno. Tobias klapnął na ziemię, nie zważając, że ostre kolce rozdzierają mu policzek. Starł krew z twarzy i wtedy, z głębi jaskini, usłyszał coś w rodzaju głuchego westchnienia lub stęknięcia. Rozwarł palce, aby przyjrzeć się, co otrzymał od stworzenia mieszkającego w mroku. Metalowy walec o długości i grubości serdecznego palca połyskiwał żółto w promieniach słońca. Złoto? Tobias nigdy nie widział złotego przedmiotu ani monety, ale wystarczająco dużo nasłuchał się o tym kruszcu, aby podejrzewać, że ma w ręku właśnie złoto. Lub coś, co złoto bardzo przypominało. Podniósł się i szybko zaczął przedzierać się przez maliniak. Droga powrotna okazała się nadspodziewanie łatwa. Może już poprzednio wydeptał sobie dróżkę i połamał lub ponaginał zagradzające drogę gałęzie? A może to strach niósł go z taką prędkością? Zastanawiał się, co ma teraz robić? Jeśli walec był rzeczywiście złoty, to mógł kosztować prawdziwą fortunę. Ale Tobias doskonale wiedział, że nigdzie w okolicy i nikomu nie sprzeda tego kawałka tak, by wszędzie nie rozniosły się plotki. A w najgorszym razie po prostu mu go zabiorą. Pozostawał więc tylko jeden sposób: przynieść jedzenie dziwnemu stworzeniu z jaskini i dostać jeszcze więcej żółtych, błyszczących przedmiotów. Tobias włożył skarb do kieszeni spodni. Zdawało mu się, że złoty walec ciąży tam i wyraźnie odznacza się spod materii. Jak ukryć go przed ojcem i matką? Czy zakopać gdzieś, a może schować w dziupli lub pod korzeniami drzewa? Nawet nie zorientował się, kiedy, pogrążony w myślach, zawędrował prawie przed sam dom. Matka siedziała na progu i cerowała starą suknię. Podniosła na niego złośliwe, ciemne oczy. - Jesteś wreszcie, obwiesiu - syknęła. - Ojciec zaraz się za ciebie weźmie! Krzyknęła w głąb domu. Tobias cofnął się o krok. Ojciec stał w drzwiach. Wielki jak góra, szarobrody i napuchnięty. Postąpił naprzód i chwycił chłopca za koszulę. Materia trzasnęła głośno w jego sękatych palcach. Oddech ojca zajeżdżał wymiocinami i przepalanką. - Ty diable - powiedział z niebezpieczną czułością w głosie. - Czy wiesz, że twój tatuńcio musiał cały dzień plewić pole? Sam! W chwili, kiedy ojciec wypowiadał ostatnie słowo, jego lewa dłoń zatoczyła krótki łuk i Tobias poczuł ból pod okiem. Zaniewidział na moment. Próbował się cofnąć, ale ojciec był bardzo silny. Następny cios spadł na głowę, kolejny smagnął po policzku i szyi. Potem ojciec pchnął go tak mocno, że Tobias potknął się i upadł na ziemię. Wiedział, że teraz do pracy zabiorą się nogi ojca. Wielkie niczym dębowe kloce. W twardych butach, które celnie odnajdą miękkie miejsca w skulonym ciele. - Zobacz, co przyniosłem! - wrzasnął Tobias, bo wszystko było lepsze od bicia. Wyrwał z kieszeni złoty walec i rzucił ojcu pod stopy. Mężczyzna pochylił się z wahaniem i podniósł kawałek metalu. Oglądał go w milczeniu, zadrapał paznokciem i zgryzł w zębach. - Patrz - rzekł do matki Tobiasa. - To złoto. Oboje nie zwracali już uwagi na chłopca, a on odczołgał się pod drzewo i zaczął ssać rozkrwawioną wargę. - Skąd to masz? - Głos ojca chlasnął jak bicz. Nie zamierzał opowiadać o jaskini i dziwnym stworzeniu mieszkającym w jej głębi. Wiedział, że ojciec poszedłby tam, zabrał całe złoto i zabił to coś, co żyło w jaskini. Tymczasem stwór nie skrzywdził przecież Tobiasa. Przyglądał się mu i dotykał, ale nie zranił. Poza tym zawarli umowę. Tobias przyjął podarunek, a więc powinien przynieść jedzenie. I znowu dostać złoto. A potem? Potem będzie mógł wyrwać się z wioski i uciec do miasta. Może zaciągnie się na któryś ze statków i zwiedzi dalekie krainy, a może zacznie służbę u bogatego szlachcica? - Gdzie? - Ojciec aż drżał z podniecenia. - Gdzie to znalazłeś, ty mała świnio? Tobias skinął głową posłusznie. Ale nie zamierzał pokazywać ojcu malinowej gęstwiny. Ciąg dalszy w książce... Data wydania: 13 kwietnia 2005 |