Spis treściInkluz

Tawerna pod Smoczą Paszczą


Skavenblight

Bezimienny



     - Co o tym myślisz? - zapytał Kildar, odwracając się bezgłośnie w ciszy nocy i z niepokojem spoglądając na towarzysza.
     Arrlan wstał i otrzepał kolana. Na jego twarzy gościł taki sam niepokój, jak u Kildara. Podniósł głowę, by jeszcze raz spojrzeć na martwe ciało, lecz natychmiast spuścił wzrok. Widok był zarówno przygnębiający, jak i przerażający - mało widział w życiu trupów takich, jak leżące teraz przed nim ciało Errdila. Wrogowie potrafili nieraz być okrutni, ale to, co stało się z Errdilem, przeszło wyobrażenie obu towarzyszy.
     Kiedy kilka dni temu Errdil i czworo innych wyruszało w głąb lasu, nic nie zapowiadało tragedii. Wszyscy wiedzieli, że pokój zawarty z plemieniem Irranan był kruchy, ale nie spodziewano się ataku i poza zwykłym ostrzeżeniem towarzysze Errdila nie usłyszeli nic niezwykłego. Galdaron Płaszcz Nocy był jak zwykle spokojny i opanowany, a z jego czarnych oczu nie dało się wyczytać nic prócz pogardy dla innych plemion. Nikt z plemienia Thilitarr nie wątpił w wodza i jego zdolności. Nikt nie zwątpił, nawet kiedy tylko czwórka elfów powróciła do wioski. Galdaron jak zwykle zareagował spokojnie i nakazał Arrlanowi i Kildarowi odnaleźć zaginionego. Nikt nie przypuszczał nawet, że mógł zostać zabity; to oznaczałoby koniec dopiero co zawartego pokoju z Irranan. Wojna wyrządziłaby szkodę obu plemionom, więc pokój, mimo odwiecznej nienawiści, wydawał się trwały. Tylko najbliżsi doradcy Galdarona i on sam wiedzieli, że ta sytuacja może się zmienić w każdej chwili.
     Trup wyglądał, jakby z jego ciała wyssano całą krew. Zarówno Kildara, jak i Arrlana przeraził ten widok. Ciało nie leżało daleko od wioski; widać było, że Errdil wracał z wyprawy. Cokolwiek go zabiło, musiało to zrobić niepostrzeżenie, bowiem na ciele elfa nie było żadnych śladów walki.
     - Myślę, że powinniśmy odejść jak najszybciej - odrzekł Arrlan. - Ale musimy go zabrać.
     - Jak sądzisz, co powie Galdaron?
     - Wszystko jedno. Nie podoba mi się tutaj. Znikajmy.
     Kildar westchnął. I jemu się tutaj nie podobało. Poza ciałem Errdila przerażało go jednak coś jeszcze. Nie umiał tego nazwać, to nie było nic, co mógł zobaczyć, usłyszeć, dotknąć. Wisiało jak cień nad lasem i sprawiało, że ogarnęły go dreszcze.
     - Masz rację. Znikajmy.

Galdaron przyjrzał się ciału po raz kolejny. Nie był to przyjemny widok, ale różne rzeczy widział w ciągu swego długiego życia. W końcu wszystko było możliwe. A jednak coś takiego tutaj, w tym lesie... zdawało mu się nie do pomyślenia. Nawet najokrutniejsze zbrodnie łowców dusz z plemienia Irranan nie były podobne do tej, której ofiarą padł Errdil. Nawet w Dawnych Krainach, Bluetroth, nie działy się takie rzeczy. Zupełnie jakby z ciała wyssano całą krew, pomyślał. Jakby w ogóle się nie bronił, jakby nie usłyszał nadchodzącego zagrożenia. Zdawało się to niemożliwe, skoro to Errdil zawsze ostrzegał wszystkich przed niebezpieczeństwem. Tylko on wyczuwał zagrożenie z bardzo daleka. Jak to możliwe, że teraz...
     Wódz zamknął oczy. Nie, dość na dziś, pomyślał. Trzeba zakończyć to szaleństwo. Skoro Irranan chcą wojny, nie należy im jej odmawiać. Jeszcze dzisiaj zarządzi przygotowania do inwazji. Lepiej zaskoczyć niż zostać zaskoczonym, powtarzał Illardin w Dawnych Krainach. Wezwał Darinetha i padł ciężko na rzeźbione krzesło. To nie był dobry dzień. Wiatry magiczne ustały i nikt nie mógł wyleczyć wodza z bólów głowy, które nękały go od rana. Jeszcze ta sprawa z Errdilem...
     Darineth wszedł jak zwykle bez pukania. On jeden miał ten przywilej, ponieważ jako jedyny cieszył się całkowitym zaufaniem Galdarona. Od razu dostrzegł zmęczenie na twarzy wodza.
     - Wzywałeś mnie, panie?
     - Wzywałem - potwierdził Galdaron. - I nie będę ukrywał, po co. Odnaleziono ciało Errdila.
     - Słyszałem - odrzekł Darineth.
     - I co myślisz?
     - To, co myślę, nie spodoba ci się ani trochę - wzruszył ramionami elf.
     - A co, chciałbyś jak zwykle spytać o zdanie Mealdara?
     - A dlaczego właściwie...
     - Powiem ci, dlaczego nie: bo to szaleniec. Ma wielką wiedzę; cóż z tego? Strach nawet pomyśleć, co by się stało, gdyby zrobił z niej użytek. Pamiętasz, jak w Bluetroth...
     - To nie była rada, to jeden z pomysłów. Nie ma powodów do zdenerwowania.
     - A tak się składa, że nie proszę o radę, tylko o działanie. Trzeba skończyć z Irranan raz na zawsze. Ten las jest, jak się zdaje, zbyt mały dla dwóch plemion.
     - Skąd wiesz, że to oni? Mealdar mówił...
     - Mealdar?!
     Darineth skulił się w sobie. Za późno zorientował się, że oto popełnił najgorszy błąd z możliwych: próbował rozwiązać problem za plecami władcy.
     - Popraw mnie, jeśli się przesłyszałem: spytałeś o zdanie Mealdara? Bez mojej wiedzy i zgody?
     - Chciałem tylko...
     - Ja wiem, wiem. Chciałeś tylko pomóc. Nie, Darinethu, nie pomagaj mi w ten sposób. Masz wykonywać moje rozkazy, zrozumiałeś?
     - Tak, panie - westchnął zrezygnowany elf.
     - Czyli w tym wypadku masz się zająć przygotowaniami do wojny. Teraz dojdzie nam problem Mealdara. Będzie próbował mieszać. Rozkaż komuś go przypilnować... albo nie, zwrócę się z tym do Yraliel.
     Darineth spojrzał na władcę z niedowierzaniem. Nie mógł odgadnąć, dlaczego pilnowaniem Mealdara lepiej miałaby się zająć Yraliel, o której szeptano rozmaite rzeczy, jak na przykład to, że pochodzi z Księstwa Wód, czy że jest kochanką wodza. W to drugie Darineth nie wątpił, lecz zachowywał przypuszczenia dla siebie, bowiem do sypialni Galdarona wchodził rzadko i zawsze pukał.
     - Możesz odejść, Darinethu.
     Doradca pokłonił się i wyszedł posłusznie. Tym razem nawet nie odważył się spojrzeć na chatę Mealdara, stojącą pośród drzew, daleko od innych zabudowań.

Kildar nie był do końca pewien, co go obudziło.
     Może był to krzyk Lirdith, odbijający się echem w ciszy nocy. Elf szarpnął ją niechętnie za ramię. Nie powinna tak wrzeszczeć, jeśli nie chce, by jej mąż (a także cała wioska) dowiedział się o zdradzie. Mimo tego gestu dziewczyna nie przestawała jednak krzyczeć, co już wzbudziło niepokój Kildara. Podniósł się z trudem i usiadł na łóżku.
     - I czego krzyczysz?
     Pytanie było całkiem zbędne, bowiem chwilę później ujrzał wysoką postać w płaszczu z kapturem, niczym jeden z legendarnych nieumarłych władców. Ten sam krzyk przerażenia wydobył się z gardła Kildara.
     - Przepraszam bardzo...
     Głos spod kaptura był cichy i nieśmiały. Kildar ochłonął w mgnieniu oka i uciszył Lirdith, kładąc jej dłoń na ustach.
     - Spokojnie. Kim jesteś?! - starał się, by jego głos nie zdradzał strachu.
     - Wolałbym opowiedzieć ci o tym w miejscu, w którym nie będzie krzyczących niewiast, chłopcze - odpowiedział spokojnie przybysz. - I mam nadzieję, że wykażesz się rozsądkiem i pójdziesz ze mną, młody Kildarze. Zwłaszcza, że mąż tej uroczej osóbki ma zamiar niedługo zbierać się do powrotu i byłoby niedobrze, gdyby zastał cię tutaj.
     Kildar wstał. Nie był pewien, czy to przypadkiem nie jakiś sen, ale ubrał się posłusznie i ruszył za nieznajomym. Przez całą drogę zastanawiał się, czy przypadkiem nie śni, lecz kiedy dotarli do starej, podniszczonej chaty, zrozumiał, że wszystko dzieje się naprawdę. Kiedy wszedł do środka, uderzył go ohydny zapach czegoś zgniłego. Chwilę później zapomniał jednak o tym, bowiem nieznajomy zrzucił kaptur i Kildarowi ukazała się jego twarz. Była stara, pomarszczona, a w oczach płonął dziwny ogień.
     - Nie znasz mnie, Kildarze - wzruszył ramionami nieznajomy. - Ale słyszałeś o mnie. Nazywam się Mealdar.
     Kildar struchlał. Teraz - pomyślał - już nic mnie nie uratuje. Wpadłem w szpony szalonego maga, od lat ledwie tolerowanego w Thilitarr...
     - Wpadłeś w szpony szalonego maga, Kildarze - zaśmiał się Mealdar. - I być może te szpony ocalą twoje plemię przed złem. Nie przerażaj się tak, młodzieńcze. Nie jest prawdą wszystko, co o mnie mówią. W Dawnych Krainach, w Bluetroth, byłem bardzo szanowany. I teraz wielu mnie szanuje, chociaż nikt nie przyzna się do tego Galdaronowi. Nie mamy wiele czasu, chłopcze. Potrzebuję pomocy.
     - Ode mnie? - ośmielił się zapytać młody elf.
     - Od ciebie. To ty i Arrlan odnaleźliście ciało Errdila. Nie, nie pytaj, skąd wiem. Obawiam się, że więcej tego biedaka nie zobaczę, jeśli Galdaron się dowie. Ale mam też znacznie poważniejsze obawy. Kogo wódz podejrzewa o tę zbrodnię?
     - Oczywiście plemię Irranan - odrzekł bez przekonania Kildar.
     - Oczywiście. Stara nienawiść, jak miłość - nie rdzewieje. Ale co ty sądzisz? Czy mógł tego dokonać ktokolwiek z Irranan?
     Kildar nie wiedział, do czego ma prowadzić ta rozmowa. Był przestraszony i zaskoczony.
     - Nie wydaje mi się to zbyt wiarygodnym wyjaśnieniem - odpowiedział ostrożnie. - Ciało wyglądało, jakby wyssano z niego krew. Nie było nawet śladów walki. To było coś... - zawahał się na chwilę. - Nieludzkiego.
     Mealdar odwrócił się na chwilę. Kildar usłyszał coś pomiędzy westchnieniem a triumfalnym ?a jednak?. Po chwili mag spojrzał ponownie na młodzieńca.
     - Mam ostatnie pytanie, chłopcze - powiedział wyjątkowo łagodnym głosem, który zaskoczył Kildara. - Czy w miejscu, gdzie znaleźliście Errdila, zauważyłeś coś dziwnego?
     Elf zawahał się. Wiedział, że cała ta rozmowa jest poważnym wykroczeniem przeciw władcy, a jednak nie mógł się powstrzymać przed zrzuceniem tego ciężaru z serca.
     - Nie wiem... - wyjąkał. - Nie umiem tego nazwać. To było coś... poza zrozumieniem.
     W oczach maga zapłonął ogień. Kildar zrozumiał, że powiedział coś nie tak i zaczął ostrożnie wycofywać się do wyjścia. Kiedy starzec uniósł ręce w górę, młodzieniec nie wytrzymał, odwrócił się i uciekł.
     Mealdar bardzo długo stał jeszcze, spoglądając w przestrzeń, a nieznośne myśli atakowały go nieubłaganie.
     - Idź... idź... - mruknął w końcu, choć Kildara dawno już nie było. - Uciekaj... Póki boisz się tylko mnie, jesteś bezpieczny.
     - Yraliel, nie rozumiem - rozłożył ręce Galdaron. - Dlaczego nie podoba ci się ten pomysł?
     - Dlatego, że moja kariera nie przebiega tak, jak sobie wyobrażałam - prychnęła rudowłosa elfka, patrząc z rozdrażnieniem w oczy wodza. - Naprzód robisz ze mnie osobistą dziwkę, jako że kochanką nazwać mnie trudno, potem pozbawiasz możliwości pełnienia dawnych funkcji, a teraz zwalasz na głowę szalonego starca. Oczywiście mam być tym zachwycona, rzucić ci się na szyję i podziękować.
     - To nie moja wina - wzruszył ramionami Galdaron. - Jutro, najpóźniej pojutrze, ruszymy do ataku na Irranan. Do tego czasu potrzebuję spokoju w wiosce. Nie stworzymy tu nowego państwa, jeśli nie pozbędziemy się plemienia tych... skrytobójców. Muszę mieć spokój. Nie umiesz przypilnować staruszka dzień lub dwa?!
     - Nie chodzi o pilnowanie staruszka! - zawołała Yraliel. - Nawet nie chodzi już o mnie. Zobacz, co ty robisz! Nasze siły są osłabione. Chcesz tak pokonać Irranan? Ja tego nie widzę, Galdaronie. Wyprowadziłeś nas z Bluetroth tuż przed atakiem Izzgarotha, w porządku, wszyscy w ciebie wierzą. Wspaniały wodzu, przejrzyj na oczy!
     - Wybacz, że to powiem, ale jak już wspomniałaś, pozbawiono cię dawnej służby, a że doradztwem w sprawach wojskowych nigdy się nie zajmowałaś, to chyba nie masz tu absolutnie nic do powiedzenia. Słuchaj, każdy przyzna mi rację. Dzisiaj rano wrócił Taernan z chłopcami. Irranan nie są gotowi do walki. Mamy szansę...
     - Skoro nie są gotowi, dlaczego zabili Errdila? - zapytała. - Nie, nie odpowiadaj; ty zawsze znajdziesz wyjaśnienie. Dobrze. Wyjaśnij mi zatem, czemu po prostu nie wysłuchasz tego... Mealdara?
     - Bo nie - warknął Galdaron i odwrócił się do niej plecami.
     - Wyjaśnienie godne władcy! - roześmiała się ironicznie.
     - Nie rozumiesz - powiedział wódz. - Nic nie rozumiesz. On jest... moja matka... Nieważne. - Podniósł się. - Idź do niego, Yraliel, i przypilnuj go. Darineth postara się, by nie trwało to długo. Zapewne już jutro ruszymy na Irranan.
     Yraliel spojrzała na Galdarona pogardliwie. Coś było jednak w jego oczach. Coś, co sprawiło, że złagodniała. Jednocześnie gorycz przepełniła jej serce. Oto mogła mieć wszystko, uczyć się, uczyć innych, mogła zdobyć potęgę, jakiej nie miał nikt. Wszystko, co miała, pozostało w ruinach Bluetroth. Mistrz Yrathaar został z pewnością do końca przy Illardinie. Ale nawet tu, jako doradczyni władcy - Galdarona nie nazywano królem ani księciem, choć był synem Illardina - miała szanse stać się kimś. Jak to się stało? Och, oczywiście, urok Galdarona, urok władzy, urok złotej klatki - ale gdzie teraz podziały się jej ambicje? Yraliel czuła, że gdyby nawet przywrócono ją do służby, nie chciałaby już jej kontynuować. Gniję tu marnie, pomyślała rozgoryczona.
     Nie rozumiała Galdarona. Nie rozumiała nienawiści Thilitarr do Irranan. Nie mogła pojąć, co w tym złego, że plemię elfów południa zadomowiło się w tym samym lesie. Jakie to ma znaczenie, zadawała sobie często pytanie, że oni pochodzą z Carlythoe, a nie z Bluetroth - wszak wszyscy są uciekinierami i powinni się wspierać.
     Westchnęła ciężko, kiedy Galdaron opuścił sypialnię. Była sama, z nim czy bez niego. Była sama od początku ich tułaczki, która - jak przeczuwała - wcale się nie skończyła.

Mealdar przetarł oczy. Wzrok go jednak nie mylił. Oto ktoś z własnej woli zbliżał się do jego chaty. Któż to może być, pomyślał, chyba tylko kolejny szaleniec. Nie za dużo ich w jednej wiosce, którą od jakiegoś czasu zaczęto w pewnych kręgach nazywać miastem? Odkąd Galdaron nakazał go odizolować, tylko Darineth od czasu do czasu zaglądał, a i to rzadko. Ale to nie on... Ejże, czy to przypadkiem nie Yraliel, śliczniutka uczennica wielkiego Yrathaara? Mealdar pokręcił głową. Tak, to ona. A raczej cień uzdolnionej czarodziejki, jaką miała szanse się kiedyś stać. Cóż, to już nie Dawne Krainy. A jednak żal takich zdolności. Co się porobiło z tą dziewczyną, dlaczego nikt już o niej nie słyszy? Kiedyś zapowiadała się tak dobrze...
     - Witaj, Yraliel - mruknął w zamyśleniu, gdy usłyszał skrzypienie otwierających się drzwi.
     - Witaj, Mealdarze - odrzekła Yraliel. - Przychodzę, aby...
     - ...aby mnie dopilnować, bym przypadkiem nie namieszał przed wielkim atakiem na Irranan? Daj spokój, nie musiałem używać moich mocy, widać to w twoich oczach.
     - Cóż - odpowiedziała niechętnie - trudno zaprzeczyć. Prosiłam Galdarona, żeby to przemyślał, ale...
     - Ale to nie Bluetroth, gdzie miałaś jeszcze własną wolę i umiałaś porządnie wydrzeć się na każdego, czy to książę, czy król - dokończył Mealdar. - Ja także, by być sprawiedliwym, miałem tam lepiej. Co robić? Nie odzyskamy już wolności. Może twoja niewola jest lepsza, dziewczyno, a może gorsza. Kto to wie?
     - Nie wiem. - Usiadła koło niego. - Ja nic nie wiem. Mam wrażenie, że nic z tego nie rozumiem. To nie jest logiczne, że Irranan atakują nas, kiedy mogą stracić tak wiele. I że zrobili coś takiego Errdilowi. To nie jest... to nie wygląda na zbrodnię, której mogłyby dokonać elfy.
     - Bo też jej nie dokonały - odrzekł Mealdar. - To nie Irranan zabili Errdila, dziewczyno. Mam już pewne dowody, w zdobyciu których bardzo przeszkadzał mi twój... - spojrzał w jej oczy - Galdaron, i bardzo chciałbym móc je mu przedstawić.
     - To byłoby dobre - westchnęła. - Kogo podejrzewasz?
     - Bezimiennego. - Jego oczy nawet się nie poruszyły, gdy to mówił. - Nie, nie próbuj sobie przypomnieć. Nawet tobie niewiele to mówi, jesteś za młoda. Ja raz spotkałem się z Bezimiennym i widzisz, kim teraz jestem. Nie pytaj. Nie wolno mi powiedzieć nic więcej, póki nie spotkam się z Galdaronem.
     - Ciekawe, jak tego dokonasz - powiedziała Yraliel, trochę rozczarowana.
     - Jak to jak? Ty mi to umożliwisz.
     - Ja?! Mealdarze, on mnie...
     - Uwierz mi, nie zrobi ci krzywdy. Jeśli atak ma nastąpić jutro, muszę natychmiast spotkać się z Galdaronem. Zamierzałem dostać się do niego w nocy, ale nie mogę ryzykować, że okrzykną mnie skrytobójcą. Zrób to, Yraliel. W tobie nadzieja Thilitarr, nadzieja Irranan i całej tej krainy, jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe. Zrób to teraz, w tej chwili.
     Elfka wstała. Spojrzała w oczy starego maga. Ile czasu tu siedzi? Ledwie chwilę rozmawiali, a już podporządkowała się jego woli. Taki już mój charakter, pomyślała z goryczą. Najgorszy z możliwych. A jednak miało to sens. Słowa Mealdara, wszystkie ślady, na które Galdaron nie zwrócił uwagi. Wszystko to miało sens i Yraliel podjęła decyzję.
     - Pomogę ci - powiedziała. - Gdyż tak jak wszyscy wierzę w Galdarona. Jeśli ma w sobie krew dawnych królów, z pewnością cię wysłucha.
     Nagle twarz maga wykrzywił grymas bólu. Oczy jakby zgasły, a głos, który przemówił, był jeszcze cichszy, niż zazwyczaj.
     - Ja nie ufałbym jego krwi, dziewczyno.

Galdaron Płaszcz Nocy odesłał Darinetha zadowolony. Wszystko było już gotowe, tak więc atak nastąpi jutro, bez żadnych przeszkód. Gdzie się podziewa Yraliel? Powinna już wrócić. Spisała się nieźle - przez cały dzień władca nie słyszał nic o żadnych buntach czy ucieczkach. Tak więc Mealdar nie był już groźny. Nic - tego Galdaron był pewien - nic nie może już zakłócić tego idealnego spokoju, który zawisł teraz w powietrzu przed mającą nastąpić walką. Triumf Thilitarr był pewny; Irranan nie wyglądali na gotowych do wojny. Może rzeczywiście była to skrajna głupota z ich strony, zabijać Errdila, ale w ciągu tych kilku lat nieraz wykazali się brakiem rozsądku. Nie ma powodu, by podejrzewać kogoś innego - zresztą, kogo? Nikt inny nie miał władzy w tym lesie...
     O, słychać kroki na korytarzu - zapewne to Yraliel wraca od maga. Trzeba ją przeprosić za poranny wybuch. Ostatnio rzeczywiście był dla niej mniej czuły. Być może dzisiaj przesadził. To tylko kobieta, potrzebuje trochę czułości...
     - Witaj, Galdaronie. - odezwał się głos, którego władca najmniej się spodziewał.
     Galdaron odwrócił się gwałtownie. Przed nim stał Mealdar. Szaleniec, którego nakazał odizolować dawno temu. Władca zesztywniał. Co teraz powiedzieć? Co zrobić? Jakże ten starzec się tu dostał? Przeklęta Yraliel!
     - Mealdar! - rzekł, starając się, by jego głos nie zadrżał. - Jakiemu zdrajcy zawdzięczam twą wizytę?
     - Daj spokój, nie mamy dużo czasu. Mam dowody na to, że to nie Irranan zabili Errdila.
     - Wybacz, szaleńców nie słucham - głos władcy stał się zimniejszy. - Odejdź, a nie stanie ci się krzywda. Odejdź, Mealdarze. Tu nie ma miejsca dla nas dwóch.
     - Tu nie ma miejsca dla mnie i twojej głupoty, to i owszem - potwierdził mag. - Musisz mnie wysłuchać, choć jeden raz. To uratuje Thilitarr...
     - Nie wysłucham cię! - Galdaron czuł, że traci panowanie nad sobą. - Twoje szaleństwo już dawno zaprowadziło nas do zguby. Jeszcze w Bluetroth! Pamiętasz?! Mało nie...
     - Przecież nie o to ci chodzi. - Pokiwał głową Mealdar. - Wcale nie o to, prawda? Nie dlatego mnie nienawidzisz. Nie dlatego nie chcesz mnie wysłuchać. Przekleństwo twojej własnej dumy cię zniszczy, Galdaronie...
     - Klnę się na krew moich ojców, że... - urwał. Spojrzał z nienawiścią na maga i zaraz spuścił wzrok.
     - Na krew ojców? Znaczy na moją? - zapytał Mealdar. - Nie, nie musisz nic mówić. Jesteś chodzącym wyrzutem sumienia. A przecież to nie twoja wina, że twoja matka nigdy nie kochała Illardina. Że szukała szczęścia gdzie indziej. Ciągle czujesz się winny, Galdaronie? Za jej śmierć także?
     Galdaron patrzył z bólem na Mealdara. Nienawidził go w tym momencie tak bardzo, że niemal zapragnął umrzeć z nienawiści. I bał się. Płaszcz Nocy bał się zwyczajnego starucha. Jego twarz drżała ze skrywanych od dawna emocji, których sam nie umiał nazwać.
     - Daj mi powiedzieć choć jedno słowo... - zaczął mag.
     - Jeśli je wypowiesz, zginiesz - odrzekł Galdaron niskim, zupełnie nieswoim głosem. Tyle w nim było cierpienia i bólu, że nawet Mealdar się przeraził. - Zginiesz, chociaż nawet ja tego nie chcę. Odejdź.
     Mealdar zrozumiał. Zrozumiał i w ostatniej chwili powstrzymał atak wściekłości, który wstrząsnął nim niespodziewanie. Od lat sądził, że nie jest już zdolny do odczuwania wściekłości. Jednak pomylił się. Bezsilność sprawiła, że obudziły się w nim dawne uczucia. Wiedział, że nie może zrobić już nic, by ocalić plemię, które zbiegło z Bluetroth w ostatnich dniach przed wojną. Patrzył jeszcze chwilę w oczy Galdarona - jego oczy - po czym odwrócił się i odszedł.

Wraz ze świtem plemię Thilitarr ruszyło do ataku. Galdaron prowadził swe wojska przez las, a każdy jego krok odmierzał kolejne uderzenie serca każdego spośród tłumu, który za nim podążał. Jednak nawet najmłodsi i najbardziej zapatrzeni we władcę wojownicy wyczuli coś jeszcze - jakiś dziwny niepokój, który zawisł nad lasem. Niektórzy dostali dreszczy, innych jedno szturchnięcie kogoś starszego przywoływało do porządku. Jedno dało się zauważyć - ów niepokój ogarnął wszystkich. Jedynie Galdaron zdawał się być całkiem spokojny. Jak zwykle.
     Wiatr, który zerwał się wśród drzew, nie zawrócił tłumu z powrotem do miasta. Galdaron wciąż szedł przed siebie, a plemię Thilitarr podążało za nim, choć światło słońca jakby przygasło, a wiatr stawał się coraz silniejszy. Nikt jednak nie zawrócił, bowiem Galdaron wciąż szedł, spokojny, niestrudzony.
     Cień spadł na wojowników niespodziewanie. Sam Errdil nie zdążył przecież krzyknąć. Większość z nich nie zorientowała się nawet, co się dzieje. Jedynie Galdaron wiedział - i przeklinał samego siebie, gdyż było już za późno, by cokolwiek uczynić.
     I stało się to, co nieuniknione, choć nikt nie umiał tego nazwać.
     Odgłos marszu ucichł. Las ogarnęła zupełna cisza. W nienaturalnym półmroku nie widać było nawet najmniejszych oznak życia wśród drzew.
    
    - Co o tym myślisz? - zapytał wódz Hyvlaan jednego z magów.
     - Trudno mi uwierzyć - wzruszył ramionami elf. - Nie ma żadnych śladów walki. Ciała wyglądają na zupełnie pozbawione krwi. Wszystkie, a przecież droga jest nimi usłana. Nie mogę uwierzyć, że to możliwe.
     - Taaak... - mruknął Hyvlaan. - Imhar, co znaleźliście w mieście?
     - Raczej czego nie znaleźliśmy - odrzekł Imhar. - Na pewno dzikich tłumów. Miasto było zupełnie puste. Jedynie w jednej zabiedzonej chacie odnaleźliśmy jakiegoś szalonego pustelnika, skutego kajdanami. Jest w rozpaczy, ale nie wydaje się groźny, więc zamknęliśmy go u nas.
     - Rozumiem - odrzekł wódz. - A szykowali się do ataku na nas? Hm! Bardzo dziwne, skoro dopiero co zawarliśmy pokój. Czyżby byli aż tak zdesperowani? Prawda, że i w przeszłości wykazywali zupełny brak rozsądku. A zresztą... - uśmiechnął się lekko. - I tak nie ma to teraz znaczenia. Na ich trupach wyrośnie nowe imperium. Wygląda na to, że ktoś mi pomógł. Chwała mu za to! Zawsze to lepiej, kiedy w lesie panuje tylko jedno plemię. A jednak nurtuje mnie pewna myśl... - rozejrzał się wokół w poszukiwaniu głównego maga. - Wiesz może, Yvarze, co to było?
     - Zdaje się - odrzekł ostrożnie Yvar - że to coś nigdy nie miało imienia.


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony