|
Cum Libro |
|
Borys Jagielski, Stanisław 'Scobin' Krawczyk Pogawędka przy herbacie z rumem |
Ogólne wrażenia wyniesione z lektury, czyli jak wartościową książką jest "Nowy wspaniały świat"? Scobin: Na suwmiarce nie zaznaczę, ale mogę ocenić niewymiernie. W powieści Huxleya cenię to, że nie jest jednopłaszczyznowa, lecz zawiera dwie (co najmniej!) warstwy treściowe -- nazwijmy je socjologiczną i psychologiczną -- które nakładają się na siebie i wzajemnie uzupełniają. Głównym punktem zwrotnym w konstrukcji utworu, pozwalającym przesunąć nacisk z pierwszej warstwy na drugą, wydaje mi się podróż Bernarda i Leniny do rezerwatu. Dzięki niej na scenie pojawiają się nowe postacie, z których najważniejszą jest John-Dzikus; zmienia się także bieg akcji. Wizja utopijnego społeczeństwa, ukazana w pierwszej połowie powieści, odsuwa się na dalszy plan, a uwypuklony zostaje dramat Johna. Bernard i Helmholtz, wychowani na hipnopedii, nie cierpią tak jak on, choć także są jednostkami niezwykłymi, ujawniającymi braki w doskonałości systemu. Życie wśród ludzi, którzy znają tylko substytuty emocji, a nie prawdziwe uczucia, kończy się dla Dzikusa tragicznie. To pokazuje, jak boleśnie jest być "ostatnim z czujących" -- i stawia pytanie o pełnię naszej egzystencji w stechnicyzowanym, komercjalizującym się świecie. Czy nie stajemy się wyrobem przemysłowym? Zachowujący się tak samo, noszący identyczne ubrania, tak samo myślący... Nie ci sami, lecz -- tacy sami? Niczym schodzące z przekaźników taśmowych maszyny w fabrykach Henry'ego Forda? (Amerykański przemysłowiec wciąż jeszcze żył, gdy Huxley pisał swą powieść. Jak na ironię, w "Nowym wspaniałym świecie" Ford stał się bogiem). Nic nowego -- ktoś może powie. Tak, nic nowego. Dzisiaj. Ale przewidzieć to, i napisać o tym, już w 1932 roku? Miłośnicy alterglobalizmu defnitywnie powinni odkurzyć dzieło Huxleya. Mogą w nim znaleźć niezwykłe rzeczy. Borys: Dla mnie ostatecznym wymiernikiem jakości dowolnej powieści -- zawsze będę to powtarzać -- jest "wciągalność" jej fabuły. Owszem, pozostałe czynniki, takie jak styl, pomysł, postacie, dialogi, zgrabne nawiązania, realia, itp. również odgrywają bardzo istotną rolę, ale jeśli ich ukoronowaniem nie będą interesująco przedstawione i opisane wydarzenia, książka ma spore szanse powędrować przedwcześnie na półkę. Walory "Nowego, wspaniałego świata" są rozliczne, ale zabrakło tej iskry, dzięki której od wielu innych tytułów nie sposób się oderwać. Lektura pięćdziesięciu pierwszych stron, w których czytelnik dowiaduje się, jak w nowym, wspaniałym świecie wygląda reprodukcja i wychowywanie dzieci, fascynuje. Wydaje nam się, że oto zapoznajemy się z niezwykłym fundamentem, na którym Huxley lada rozdział spiętrzy mnóstwo intrygujących wydarzeń. Niestety, o akcji książki nie można powiedzieć, że wartko płynie naprzód. Przypuszczałem, że Bernard i Helmholtz zaczną planować spisek, przewrót, ale oni ograniczali się do narzekania (ten pierwszy) i nieudalnych próbach konkretyzowania jakichś wzniosłych idei (ten drugi). Pewne ożywienie nastąpiło, gdy na scenie pojawił się John Dzikus, ale po parudziesięciu stronach okazało się po prostu, że przygnębiony i marudny Marx zastąpiony został zagubionym i rozdartym Johnem. Scobin: Zgadzam się co do tego, że wydarzeń w "Nowym wspaniałym świecie" jest dość niewiele. Zwrot akcji mamy w gruncie rzeczy tylko jeden, i to niezbyt nagły, a dramatycznych, trzymających w napięciu scen jest jak na lekarstwo. Również zresztą byłem trochę rozczarowany brakiem jakichkolwiek prób przewrotu społeczno-politycznego, prób obalenia ustalonego porządku świata. Gdyby wszystko działo się nieco szybciej, powieść na pewno stałaby się bardziej wciągająca. Myślę jednak, że zmieniłaby wówczas swój charakter. Przede wszystkim słabsze stałyby się hipnopedyczne podwaliny Huxleyowskiego świata, a chyba nie o to autorowi chodziło. Wydaje mi się, że cała konstrukcja książki ma służyć ukazaniu spustoszenia, jakiego dokonano w umysłach ludzi. Obywatele Republiki Świata nie próbują przeprowadzić jakiejkolwiek rewolucji, ponieważ dosłownie od urodzenia (a nawet jeszcze wcześniej) zostali uwarunkowani właśnie tak, aby myśli rewolucyjne stały się niemożliwe. Hipnopedia odgrywa tutaj tę samą rolę, co Nowomowa w "Roku 1984" George'a Orwella: nie tyle nawet zdusza niepożądane poglądy, co wręcz nie pozwala im się narodzić. Bernardowi nigdy nie przyjdzie do głowy myśl, by obalić zastany ład; jeśli chce zmian, to tylko dla siebie samego. Helmholtz dąży chyba do czegoś więcej, ale to też jeszcze nie jest rewolucja. Jedynie Dzikus próbuje walczyć, inicjując bunt w szpitalu obsługiwanym przez delty, lecz sam nie może niczego zdziałać. Nikt nie chce być uwolniony, nikt bowiem nie rozumie, czym miałaby być nowa (stara?) wolność. Matrix do kwadratu -- ale znacznie bardziej racjonalny. I jeszcze bardziej bezlitosny, bo nie ma żadnych nadziei na zmianę. Borys: W książce uderzył mnie też brak postaci, z którą czytelnik mógłby się identyfikować. Bernard Marx jest tchórzem, któremu daleko do klasy, jaką prezentował Sneer z "Limes inferior" Zajdla. Na poczynania Johna czytelnik spogląda z pewnym zainteresowaniem, ale cytujący Szekspira Dzikus nie sprawia wrażenia człowieka z krwi i kości, jest tu raczej symbolem. Ciekawy wydaje się jedynie Helmholtz Watson, ale to postać drugoplanowa i pojawia się w zaledwie kilku scenach. Scobin: Jeśli chodzi o brak postaci, z którą można by się identyfikować... Tutaj również mamy rozbieżne odczucia. Ja odnalazłem wiele z siebie w Johnie-Dzikusie, i wcale nie odniosłem wrażenia, by był on jedynie symbolem. Powiem więcej -- właśnie to, że czyta Szekspira, uderzyło mnie chyba najsilniej. Odczytałem tu bowiem bezpośrednie nawiązanie do dzisiejszych czasów. Ileż to razy czułem ból samotności egzystencjalnej wśród ludzi, z którymi nijak nie mogłem porozmawiać o literaturze! Szczególnie wśród mych rówieśników. Tak, panie dzieju: miłośników literatury mało jest już na tym świecie, oj, mało... W jednym zgadzamy się bez zastrzeżeń: szkoda, że tak zdawkowo zarysowano postać Helmholtza Watsona. Borys: Sądzę, że każdy, który zdecyduje się na lekturę powieści Huxleya, musi być świadom tego, że akcenty rozłożono w niej bardzo nietypowo (jak na książkę fantastycznonaukową, jeżeli mimo wszystko zdecydujemy się zaliczyć "Nowy wspaniały świat" do tej kategorii). Autor wykorzystuje naszkicowane realia nie jako nośnik fabuły, lecz jako platformę dla swej wizji, dla przesłania. Wspomniałeś trochę wcześniej o psychologicznej warstwie. Masz w zupełności rację, a ja przyznam, że w trakcie lektury zupełnie nie zwróciłem na nią uwagi, koncentrowałem się bowiem przede wszystkim na sferze socjologicznej (a także, niestety, fabularnej -- być może stąd moje rozczarowanie). Scobin: Jest więc chyba rzeczą dość ważną, by nie zaliczać dzieła Huxleya do literatury fantastycznonaukowej, tylko (nie do końca się jeszcze przyzwyczaiłem do tego słowa...) do mainstreamu. W innym wypadku rzeczywiście możemy być nieco zawiedzeni lekturą. Chociaż -- też niekoniecznie, bo przecież są książki fantastycznonaukowe i książki fantastycznonaukowe. Jedne drugim nierówne. Ot, na przykład twórczość Jacka Dukaja nie jest tożsama z twórczością Timothy'ego Zahna -- i o ile darzę sympatią obu pisarzy, o tyle każdego z innych powodów. Tutaj szukam treści, przesłania, analizuję metaforykę -- tam zaś skupiam się na fabule. "Nowy wspaniały świat" należy raczej do pierwszej z tych dwu kategorii. Borys: "Rewolucyjna niemoc" spowodowana hipnopedycznym warunkowaniem ludzi jest istotnie bardzo ważnym filarem świata Huxleya. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy jakikolwiek przewrót w "nowym, wspaniałym" w ogóle jest możliwy. Czy jego społeczeństwo utknęło na amen w swoistej ślepej uliczce? A jeśli nie, skąd i na jakich zasadach nadejdą w końcu zmiany? Obstawiałbyś rezerwaty, Zarządców Świata, jeszcze coś innego? Scobin: Wydaje mi się, że jest już za późno na zmiany. Owszem -- Huxley przedstawił jedynie pewien wycinek świata. Nie mamy bliższych informacji o wyspach, na które zsyła się nieprawomyślnych, i o technicznych możliwościach zorganizowania na nich przewrotu; ponadto Mustafa Mond, opowiadający się za dalszym stabilizowaniem nowego ładu, jest tylko jednym z dziesięciu Zarządców, a o pozostałych dziewięciu -- ich osobowości, motywacjach, dążeniach -- nie wiemy nic. Jednak wśród tego, co przedstawiono (i z czego można logicznie wnioskować), nie widzę niczego, co pozwoliłoby potencjalnym rewolucjonistom uniknąć zsyłki na wyspę, a także dałoby im możliwość znalezienia wystarczająco wielu zwolenników. Zwłaszcza to drugie wydaje się decydujące -- niemożność uzyskania poparcia społecznego (przypominam o hipnopedii!) każe mi uznać szanse tych, co chcieliby dokonać przewrotu, za bliskie zeru. Nie ukrywam jednak, że bardzo chętnie przeczytałbym jakąś nową próbę opowiedzenia o takiej rewolucji; uniwersum Huxleya wydaje się mimo wszystko dość interesującym miejscem dla tego rodzaju prób literackich. Być może doczekamy się jeszcze jakiegoś nowoświatowego "Ostatniego Władcy Pierścienia", w którym na przykład Zarządcy z jakiegoś powodu skłócą się ze sobą, przestaną współpracować i może nawet -- rozpoczną wojnę? Bez wątpienia byłoby to ciekawe. Borys: Sto lat po tym, jak Herbert George Wells wydał "The Time Machine", Stephen Batxer napisał kontynuację klasycznej opowieści o podróży w czasie -- "The Time Ships". Kontynuację dobrze przyjętą przez czytelników, należy dodać. Miejmy zatem nadzieję, że w 2032 r. w księgarniach znajdziemy "Nowy, wspanialszy świat". Czego i Tobie, i sobie, i wszystkim "braciom w literaturze" życzę. Przynależność gatunkowa -- już fantastyka naukowa czy jeszcze mainstream? Scobin:Za science-fiction świadczyłby czas akcji oraz realia technologiczne (choć te ostatnie nie są aż tak bardzo "wyśrubowane". Nie bez powodu fabularnego zresztą). Ale opowiadam się za mainstreamem, ponieważ powieść dobrze się wpisuje w ówczesny nurt prozy antyutopijnej i antytotalitarnej (przykładem "Proces" Kafki oraz "Folwark zwierzęcy" i "Rok 1984" Orwella). Poza tym pod względem treściowym dość jej daleko do "normalnej" fantastyki naukowej, zwłaszcza tej z początków XX wieku. Borys: A czy Twoim zdaniem ta swoista ambiwalencja nie zabiła klimatu książki? Ja uważam, że przez nią nie sposób podchodzić do "Nowego, wspaniałego świata" jak do "prawdziwej" powieści, należy traktować go raczej jako wizję. Wizję bardzo udaną, ale tylko wizję. Innymi słowy, książkę Huxleya można nazwać science-fiction tylko wtedy, jeśli nazwiemy "Folwark zwierzęcy" urban fantasy. W "Nowym, wspaniałym świecie" wykorzystano liczne pomysły fantastycznonaukowe, ale sposób prowadzenia narracji jest już typowo mainstreamowy. Takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu. Nie mam nic przeciwko hybrydom, ale wolę, by elementy jednego gatunku dominowały nad drugim -- tak jak w "Folwarku zwierzęcym" alegoria zdominowała baśniowość, a w "Limes inferior" science-fiction zdominowało alegorię. Scobin:Nie wydaje mi się, by Huxley przesadził z elementami fantastycznonaukowymi. One tworzą tylko sztafaż, a w centrum utworu znajduje się zdecydowanie wątek utopijny. Trochę dalej -- psychologiczny. A science-fiction stanowi jedynie obudowę. Zresztą jak już wspomniałem, postęp nauki w Republice Świata został poważnie ograniczony. Borys: Ja nie mówiłem nic o przesadzie w kwestii wykorzystania elementów fantastycznonaukowych. Po prostu nie przypadło mi do gustu połączenie ich z dość mainstreamową narracją. Popełniłem błąd, podchodząc do "Nowego, wspaniałego świata" jako do powieści "czysto" s-f -- potencjalni czytelnicy, nie powtórzcie go. Postęp nauki... Dobrze, że o nim wspomniałeś. Zwróciłeś uwagę, że ząb czasu zdążył mimo wszystko nadgryźć książkę Huxleya? Autor poświęcił w niej mnóstwo miejsca eugenice, ale o genetyce -- ani słowa. Wyraźnie widać, że "Nowy wspaniały świat" powstał przed odkryciem cząsteczki DNA przez Watsona i Cricka. Jak sądzisz, czy inżynieria genetyczna mogłaby wpłynąć na zasady rządzące powieściowym światem? Czy gdyby pisano książkę dziś, znalazłyby się w niej jeszcze jakieś elementy naukowe, których Huxley znać nie mógł? Scobin: To prawda, musiałoby się tak stać. Na pewno zmieniłby się przebieg warunkowania i wybutlania. Ale przypuszczam, że te zmiany sprowadziłyby się tylko do tworzenia scenerii, a dla warstwy fabularnej i symbolicznego sensu utworu nie miałyby większego znaczenia. Borys: Zapewne nie. Muszę jednak podkreślić, że Huxleyowe "klonowanie" jest bardzo pomysłowe. Zamiast kopiować materiał genetyczny, naukowcy bokanowizują jaja -- to znaczy, zmuszają je do podziału poprzez pączkowanie. Z czysto biologicznego punktu widzenia to fascynujące rozwiązanie. Gdyby na scenie pojawiła się inżynieria genetyczna, Nowy Wspaniały Świat radziłby sobie bez warunkowania, bo cały problem dostosowywania ludzi do różnych kast załatwiałaby odpowiednia ingerencja w DNA. Świat przedstawiony przez Huxleya -- piekło, a może nie do końca? Scobin:Piekło ukryte pod maską raju. Borys:Pozwól, że będę trochę kontrowersyjny. Z punktu widzenia teologii i współczesnej etyki -- piekło bez dwóch zdań. Proces Bokanowskiego, eugenika, podział na kasty, brak naturalnej reprodukcji... Wszystko umieszczone w sztywnych, sformalizowanych ramach nie dających najmniejszych szans na jakieś odstępstwa, na wyjątki. Jednak z drugiej strony, czy nasz świat nie jest w gruncie rzeczy bardzo podobny do świata Huxleya, z tą małą różnicą, że zasady rządzące naszym życiem są nieoficjalne, niepisane? Dobra, wiem, że nikt nie pozbawia nas części komórek mózgowych zaraz po przebudzeniu, że nie jesteśmy klonowani, że płód kształtuje się w łonie matki, a nie na taśmie produkcyjnej. Przyjrzymy się jednak podziałowi na kasty, najbardziej chyba znamiennej cesze uniwersum Huxleya. Czyż naszego świata również nie zaludniają pławiące się w luksusie Alphy i mocno ograniczone społecznie i zawodowo Epsilony? Powiesz pewnie, że zaludniają, ale że nikt nie wprowadza podziału "odgórnie", że każdy ma szansę się wybić lub stoczyć w dół. Niby tak, ale jak to wygląda w praktyce? Jeśli ktoś ma bogatych rodziców, wiadomo, że jej / jego życie nie będzie usłane cierniami. Z drugiej strony, jaka jest w praktyce szansa na to, że szóste dziecko patologicznej rodziny nie powiększy szeregów bezrobotnych? U Huxleya o przyszłości pojedynczych osobników decyduje ślepy traf, bo przynależność zarodka do określonej kasty określana jest losowo. U nas na status społeczny w ogromnym stopniu wpływa pozycja i majętność rodziców, a także uwarunkowania historyczne (gdzie i w jakich czasach przyszliśmy na świat) oraz genetyczne. Co za różnica? I tu, i tu -- ruletka. Nie zapominajmy, że z czysto pragmatycznego punktu widzenia nowy, wspaniały świat nie jest piekłem -- jest utopią, ponieważ wszyscy są szczęśliwi. Szczęśliwość to może niejako sztucznie wywołana, niemniej jednak cała populacja autentycznie ją odczuwa. Wszystkie potrzeby każdego człowieka są zaspokojone, nikt nie głoduje, wszyscy mają dach nad głową, wszyscy czują się potrzebni reszcie społeczeństwa. Nie ma wojen, nie ma cierpienia. Dla takiego stanu rzeczy poświęcono sztukę i wolną myśl, ale cóż, wszystko ma swoją cenę. Scobin: Niewątpliwie współczesny świat jest pod pewnymi względami bardzo zbliżony do tego, który przedstawił Huxley. Właśnie to chyba najbardziej zdumiewa mnie w tej powieści: aktualność i ponadczasowość jej przesłania. Od czasów Henry'ego Forda, a pewnie i jeszcze nieco wcześniejszych (obstawiam XVIII-wieczną brytyjską rewolucję przemysłową; początki działalności luddystów, którzy chcieli niszczyć maszyny w celu poprawy losu robotników, przypadają właśnie na koniec XVIII wieku, i możemy je uznać za jedną z pierwszych prób walki z ciemną stroną kapitalizmu przemysłowego), uprzemysławiający i komercjalizujący się świat coraz silniej odsłania swą pustkę. Myślę, że Huxley pokazał to bardzo klarownie. Borys: Bez wątpienia. Przypominają mi się w tym miejscu słowa Reymonta, które autor włożył w usta ekscentryka Kurowskiego ("Ziemia obiecana"): Człowiek stworzył maszynę, a maszyna człowieka zrobiła swoim niewolnikiem; maszyna będzie się rozrastać i potężnieć do nieskończoności i również wzrastać i potężnieć będzie niewola ludzka. Lecz słów tych nie można tak właściwie zastosować bezpośrednio do "Nowego wspaniałego świata", bo tutaj postęp technologiczny nie jest przyczyną zmian społecznych, a narzędziem służącym do ich wdrożenia i zachowania. Zastanawiam się jednak, czy nie padamy w tym momencie ofiarami powszechnego poglądu, który mówi, że postęp wpływa dezintegracyjnie na społeczeństwo. Abstrahując od powieściowych realiów -- czy nasz, współczesny świat rzeczywiście tchnie egzystencjalną pustką w większym stopniu niż... no właśnie, niż co? Niż minione epoki? Weźmy na warsztat średniowiecze. Nie wiem, jaki procent ówczesnego społeczeństwa stanowili chłopi, ale na pewno bardzo, bardzo duży. I jak wyglądało ich życie? Harówka dzień w dzień (z wyjątkiem niedziel) od świtu do nocy. Jeśli my narzekamy, skarżymy się na "postęp", na "ciemną stronę kapitalizmu przemysłowego", to co oni mieli powiedzieć? Scobin: Mądrze. Nie czuję się na siłach udzielić Ci dłuższej odpowiedzi. Przypuszczam, że choć nasi przodkowie mieli mniej wygodne życie, to może właśnie dzięki swemu irracjonalizmowi przeżywali je pełniej. Ale jak jest naprawdę -- nie wiem. Pragmatycznie rzecz ujmując, faktycznie wszyscy obywatele nowego wspaniałego świata są szczęśliwi (być może z nielicznymi wyjątkami). Ale niech diabli wezmą taką pragmatykę. Borys: Zamiast wzywać na pomoc siły nadprzyrodzone, powiedz lepiej, co masz przeciwko pragmatyzmowi. Scobin: Bardzo dużo. W skrócie: sądzę, że silny pragmatyzm (zwłaszcza tak silny jak u Huxleya) zabija prawdziwe uczucia i pozarozumową sferę ludzkiego "ja", sprowadzając wszystko do zracjonalizowanych, zlogizowanych formuł. Boli mnie to, że kupujemy rozum, a sprzedajemy duszę. Jest to, jak myślę, jedna z głównych chorób współczesnej demokratycznej cywilizacji. Nasunęła mi się teraz jeszcze jedna refleksja: w przeciwieństwie do wielu innych uniwersów świat Huxleya przedstawia utopię nie narzuconą, ale powszechnie przyjętą i zaakceptowaną. U jej źródeł leży ogólna zgoda na etos ułatwiania (określenie zaczerpnąłem z jednego z tekstów Macieja Iłowieckiego, z nieco zmienionym sensem): wszystko, co czyni nasze życie łatwiejszym, godne jest polecenia. Ale taka wizja świata, jeśli przyjmiemy ją bez zastrzeżeń, może nas doprowadzić do absurdalnego wynaturzenia człowieczeństwa. To również zostało ukazane. Borys: Odwieczny problem: Czy należy wdrażać postęp za wszelką cenę, kosztem gwałtownych przeformułowań moralności i etyki, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku miałby on faktycznie przyczynić się do poprawy jakości życia? Nic nowego tu nie wymyślimy. Pozostawmy tę kwestię filozofom i teologom. Scobin: Jedna uwaga dla porządku pojęciowego: postęp może poprawić jakość życia, ale może też tylko zwiększyć jego wygodę. Wygoda i jakość nie są tym samym. Co do reszty -- zgadzam się, pozostawmy teraz odpowiedź mądrzejszym od nas. A jeśli mimo wszystko przyjdzie kiedyś pora na osąd, to każdy dokona go we własnym sumieniu. Ekranizacja? Borys:"Nowy wspaniały świat", choć jest książką kultową, jak dotąd nie doczekał się porządnej -- tzn. kinowej -- ekranizacji. Powieść sfilmowano dwa razy, ale tylko na potrzeby telewizji. Użytkownicy IMDB (www.imdb.com) oceniają wersję z 1980 r. znacznie wyżej od tej z 1998 r., chociaż w tej drugiej pewien "smaczek" stanowi Leonard Nimoy (Spock ze "Star Treka") w roli Mustaphy Monda. Niewiele osób wie, że w "Człowieku-demolce" pojawiło się kilka nieprzypadkowych nawiązań do powieści Huxleya. Po pierwsze, postać kreowana przez Sandrę Bullock nazywa się Lenina Huxley. Po drugie, w pewnym momencie filmu ktoś mówi do Stallone'a: "John, ty dzikusie." Po trzecie, oportunista Phoenix podnosząc futurystycznego gnata odzywa się w te słowa: "To nowy wspaniały świat." I oczywiście jeszcze to, że w obu utworach miejscem akcji są pozorne utopie. Ale poza tym "Nowy wspaniały świat" nie ma z "Człowiekiem-demolką" nic wspólnego. Jak uważasz, dlaczego nikt dotąd nie pokusił się o przeniesienie powieści Huxleya na wielki ekran? Przypadek czy też dzieło to jest niefilmowe? Co należałoby zmienić w wysokobudżetowej ekranizacji względem fabuły pierwowzoru i jakich aktorów najchętniej byś tam ujrzał? Scobin: Ciekawe... Nie miałem dotąd pojęcia ani o dotychczasowych ekranizacjach telewizyjnych, ani o tych nawiązaniach w "Człowieku-demolce". Wracając jednak do meritum -- wydaje mi się, że do wysokobudżetowej, blockbusterowej ekranizacji "Nowemu wspaniałemu światu" brakuje odpowiednio hollywoodzkiej fabuły. Ale skoro z "Władcy Pierścieni" zrobiono film akcji, to może i powieść Huxleya dałaby się przekształcić w wielkie widowisko filmowe? Tylko że wtedy chyba nie obeszłoby się bez umieszczenia w scenariuszu rewolucji (albo konfliktu między Zarządcami, albo jeszcze innej eksplozji fabularnej) i mielibyśmy jedynie ekranizację "na motywach". Być może nawet bardzo dobrą, ale z przesłania oryginału (przynajmniej w takiej postaci, jaką odczytuję najchętniej) zachowałoby się niewiele. Borys:Oj, Scobinie, najwyraźniej nie widziałeś zbyt wielu filmów Terry'ego Gilliama, a już na pewno nie "Brazil". To pierwszorzędny przykład filmu dystopijnego, w którym dzieje się sporo, główny bohater miota się bezradnie w klatce systemu, ale niczego nie udaje mu się zdziałać, do żadnego przewrotu nie dochodzi. Co więcej, zakończenie filmu ma wymowę bardzo pesymistyczną, zaskakująca puenta przygnębia bardziej niż fabularny punkt wyjścia. Poza tym "Brazil" zostało znakomicie zrealizowane od strony technicznej (fenomenalna, zapadająca w pamięć scenografia). Konkluzja nasuwa się sama. Podczas kręcenia wysokobudżetowej ekranizacji "Nowego wspaniałego świata" na stołku reżyserskim zasiąść powinien nie kto inny jak Terry Gilliam. On w takich klimatach czuje się jak ryba w wodzie. Scobin: Niestety o aktorach, którzy mogliby zagrać w takiej filmowej wersji powieści, dosyć trudno mi się wypowiadać. Mam raczej słabą wyobraźnię i kiedy czytam, nie widzę twarzy. A po obejrzeniu filmowego "Władcy Pierścieni" nie umiem już sobie wyobrazić innego Gandalfa niż Ian McKellen. Dlatego tutaj uchylam się od odpowiedzi. Borys: W porządku, więc ja też się nie będę wygłupiał, gdyż w trakcie lektury nie "widziałem" żadnych aktorów, którzy dobrze pasowaliby do poszczególnych ról. A innego Gandalfa potrafię sobie wyobrazić. Sean Connery. Końcowa ocena Borys: Za fabułę 5, za realia +2, za przesłanie +1. Styl Huxleya średnio przypadł mi do gustu -- minus pół. Reasumując, w dziesięciostopniowej skali przyznaję "Nowemu wspaniałemu światu" siódemkę z plusem. Scobin: Ja pójdę o pół szczebla wyżej. Nie mniej -- bo uważam, że książka jest dobra i ważna. Nie więcej -- ponieważ nie mam pewności, czy można ją określić mianem wybitnej. Troszkę brakuje fabule, troszeczkę może też językowi (choć znam jedynie polski przekład, więc nie do końca mogę wyrokować), lecz przede wszystkim -- książka jest za krótka. Dlatego brakuje rozwinięcia niektórych wątków (chociażby wątku Helmholtza Watsona). Ale osiem na dziesięć postawię. Borys: Dziękuję Ci za rozmowę. Mam nadzieję, że zachęciliśmy wszystkich, którzy lekturę "Nowego wspaniałego świata" mają wciąż przed sobą, do rychłego sięgnięcia po tę klasyczną powieść fantastycznonaukową. Luty 2005 Prześlij mi swoją opinię o artykule! |