|
Film |
Pojutrze
|
"The Day After Tomorrow", 2004Reżyseria: Roland Emmerich Czy podobał Wam się "Dzień Niepodległości"? Odpowiedź na to pytanie wyjawi, w jakim stopniu do gustu przypadnie Wam "Pojutrze", najnowsze dzieło Rolanda Emmericha. Pomijając fakt, iż oba filmy nakręcił ten sam reżyser, tak się bowiem składa, że w obu przypadkach mamy do czynienia z nowoczesnym kinem katastroficznym, w którym zrealizowane z rozmachem i przy wydatnym użyciu efektów specjalnych sceny spychają na plan dalszy fabułę i bohaterów. I nikt nie usiłuje przekonać nas, że jest inaczej. Wszyscy niby zdają sobie sprawę, że chodzi tu przede wszystkim o blockbusterowe show, kiwają ze zrozumieniem głowami, ale nie przeszkodziło to "Dniowi Niepodległości" właśnie zebrać generalnie nieprzychylne recenzje. Krytycy czepiali się naiwnej fabuły (Obcy atakujący Ziemię - tylko to wystarczyło, by zdyskwalifikować obraz w ich oczach), wieszali psy na płytkich bohaterach, wytykali palcami hollywoodzki happy-end. A przecież nigdy nie powiedziano, że "Dzień Niepodległości" ma ambicje pretendować do Oskara w kategorii "najlepszy scenariusz" bądź "najlepsza pierwszoplanowa rola męska". Ludzie wędrowali do kin, by popatrzeć na gigantyczne UFO równające z ziemią nasze miasta, by zetknąć się z wellsowską wizją przybyszy z kosmosu, której w sztuce kinowej jak na lekarstwo. I wszyscy ci, którzy poszli do kina nie oczekując nic ponad dobre widowisko, mieli okazję doskonale się w ciągu tych przeszło dwóch godzin zabawić. Ja byłem właśnie jedną z tych osób, więc nie dziwcie się, że do "Pojutrza" podchodzę z entuzjazmem. Sytuacja wygląda tu bowiem bardzo podobnie. Malkontenci wszelacy, przedkładający narzekanie na braki fabularne nad zalety audiowizualne, nie mają w filmie Emmericha czego szukać. Cała reszta, lubiąca od czasu do czasu obejrzeć na ekranie to, czego doświadczenie w rzeczywistości jest niemożliwością - marsz do kin! Po ataku Obcych i po amerykańskim wcieleniu najsłynniejszego łuskowatego potwora wszechczasów przyszła kolej na pogodowe szaleństwo. Klimatolog Jack Hall ostrzega na konferencji w New Dehli przed fatalnymi skutkami globalnego ocieplenia, które z czasem doprowadzi do nadejścia nowej epoki lodowcowej. Głupi politycy szydzą i dać wiary nie chcą: globalne ocieplenie i epoka lodowcowa? Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Konstantynopol. Nie wywiera na nich najmniejszego wrażenia fakt, że na zewnątrz, na ulicach stolicy Indii pada właśnie śnieg, znany dotąd większości delhijczyków tylko z obrazków. Nawet dewastujące Tokio kule gradowe wielkości kokosów zbywają milczeniem. Działać zaczynają dopiero wtedy, gdy stado olbrzymich tornad rozwala ze szczętem Los Angeles. Niestety, wtedy już jest za późno. Jack Hall pomylił się bowiem tylko co do jednego - kolejna epoka lodowcowa nie nadejdzie za 100 lat, lecz za kilka miesięcy. Poprzedzi ją trwająca wiele tygodni globalna burza, jakiej rodzaj ludzki w czasach historycznych nie uświadczył. Burza, która już się rozpoczęła, lecz śnieg w New Dehli, mordercze gradobicie w Japonii i tornada na Zachodnim Wybrzeżu USA to tylko nieśmiała przygrywka. Prawdziwe atrakcje - temperatura spadająca w ciągu kilku sekund do ponad minus stu stopni, huragany formujące się nad kontynentami, gigantyczne fale niszczące nadbrzeżne miasta, zamiecie śnieżne i ulewy - dopiero na nas czekają. Na deser zaś cała północna półkula pokryta zostanie lodem i śniegiem. Na kilka tysięcy lat. W przeciwieństwie do Obcych i Godzilli, pogodowego szaleństwa powstrzymać się nie da. Najpierw trzeba przeżyć kilka krytycznych miesięcy, a potem przystosować się do nowych warunkach. Lecz Jack Hall ma przed sobą jeszcze trudne zadanie. Jego syn, Sam, wraz z kilkoma kolegami (i wieloma innymi ludźmi) utknął w Bibliotece Publicznej na Manhattanie. I tak właśnie, o ile pierwszą połowę "Pojutrza" wypełniają zapierające dech w piersiach fantazje meteorologiczne twórców filmu, o tyle w drugiej widz obserwuje zmagania głównego bohatera, który wraz z parą towarzyszy wyrusza przez śnieżne zaspy z odsieczą do Nowego Jorku. Tyle, jeśli chodzi o fabułę, którą, jak wcześniej zaznaczyłem, przejmować się wcale nie należy. Nie oznacza to jednak, że poraża ona widza nędzą scenariuszowych założeń i kompletną naiwnością. Zrealizowano ją bez ambicji, lecz przyzwoicie i wraz ze sztampową galerią postaci bez szczególnych zgrzytów pcha akcję do przodu. Dwa niechlubne wyjątki - na szczęście objętościowo nieznaczne - to uczucie rodzące się pomiędzy synem Jacka a koleżanką Laurą (przynajmniej bardzo ładną) i dodany jakby na siłę wątek chorującego na białaczkę dziecka, które czeka w zasypanej śniegiem klinice na przybycie ambulansu. Ale przecież w "Pojutrzu" pierwszych skrzypiec nie grają wcale ludzie, ale rozwścieczona do granic ludzkiej wytrzymałości Matka Natura. Spójrzmy prawdzie w oczy. Irwin Allen umarł i długo przyjdzie nam czekać na filmy na miarę "Płonącego wieżowca" i "Tragedii Posejdona", w których katastroficzna oś owinięta była doskonałą, trzymającą w napięciu fabułą. Roland Emmerich to w tej chwili jedyny chyba hollywoodzki twórca kina katastroficznego (jeśli pominiemy Jamesa Camerona i jego "Titanica") i radzi sobie niezgorzej, więc nie sądźmy go, póki nie pojawi się ktoś lepszy. Zachwycanie się efektami specjalnymi jest oczywiście bardzo niebezpieczne, bo we współczesnym kinie przy pomocy komputerów osiągnąć można wszystko, co się żywnie podoba. By móc nazwać filmowe sceny prawdziwie spektakularnymi, efekty muszą mieć jeszcze treść i oddziaływać na emocje widza umiejętnie skomponowanym obrazem i dźwiękiem. Krótko mówiąc, nie wystarczy naćkać bajerów; trzeba zadbać poza tym o coś, co wraz z kolegą z reala zwykliśmy określać niepolskim mianem "feelingu". A w scenach pogodowych "Pojutrza" feeling z pewnością występuje. Może i nie wylewa się hektolitrami z ekranu i głośników, ale jest tam cały czas w zupełnie zadowalających ilościach. Zresztą, Emmerich nie miał innego wyjścia, nie mógł pozwolić na sytuację, w której sceny owe są jedynie męczącym zapychaczem miejsca i uzasadnieniem nazywania filmu katastroficznym - bo wtedy dostalibyśmy szmirę, nie film. W trakcie projekcji przyjemny dreszczyk przechodzi po plecach widza wielokrotnie. Robią wrażenie ptaki masowo uciekające z Nowego Jorku, robią wrażenie tornada rozrywające wieżowce Los Angeles na strzępy, robią wrażenie fale wdzierające się na Manhattan i zalewające kwadraturę nowojorskich ulic, robią wrażenie pionowe formacje chmur, robi wrażenie amerykańska flaga zamarzająca na kamień. Prawdę mówiąc, w związku z zamarzaniem wkradła się do filmu drobna przesada. W kilku scenach widzimy, jak stustopniowy mróz "goni" bohaterów korytarzami niczym potwór z horroru klasy B. W trakcie oglądania epizody te wydają się nawet dramatyczne, ale za chwilę uświadamiamy sobie komizm takiej sytuacji. Warto powiedzieć również, że "Pojutrze" mimo wszystko to nie tylko lekka rozrywka na jeden wieczór. W większości dotychczasowych filmach Emmericha odnaleźć można drobne przesłanie o charakterze polityczno-społecznym (np. w "Dniu Niepodległości" cała ludzkość jednoczy się przeciwko wspólnemu wrogowi). "Pojutrze" nie stanowi wyjątku, wręcz przeciwnie - choć morał nie narzuca się, w końcowych scenach uderza w widza z całą mocą, a na dodatek ma podwójny charakter. Przede wszystkim meteorologiczny. Sceptycy i prześmiewcy powiedzą, że przecież wydarzenia przedstawione w "Pojutrzu" są kompletnie nierealistyczne. Otóż wcale nie są. Wszystko, co w swym filmie naszkicował Emmerich, może się zdarzyć (i prędzej czy później pewnie się zdarzy), tyle tylko, że w innej, znacznie szerszej skali czasowej, którą reżyser ze zrozumiałych powodów musiał w ogromnym stopniu ścisnąć. Nie oznacza to wcale, że zmian klimatycznych nie odczujemy na naszej skórze my bądź nasze dzieci. Przypomnijcie sobie powódź, która nawiedziła Polskę w 1997 r. i tą europejską sprzed dwóch lat. Chiny kilka lat temu nawiedziło monstrualne gradobicie. A od Antarktyki naprawdę odrywają się gigantyczne kawały lodu. Drugie przesłanie Emmerich związał bardziej bezpośrednio z polityką. Nie chcę zniechęcać Was do "Pojutrza" przez dorabianie filmowi ideologicznej otoczki, ale by prawdzie stała się zadość trzeba wspomnieć o krytycznych razach, jakie reżyser wymierza Zachodowi z powodu jego stosunku do krajów Trzeciego Świata. Powtarzam: w obrazie chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę podsycaną widowiskowymi scenami pogodowymi, lecz krótka mowa wygłoszona na sam koniec przez prezydenta USA nie pozostawia wątpliwości, że Emmerich pragnął powiedzieć coś ważnego. A wcześniejsza sekwencja, w której tysiące Amerykanów nielegalnie przekracza granicę z Meksykiem szukając schronienia u swego południowego sąsiada, w pierwszej chwili budzi uśmiech, a potem daje sporo do myślenia. Wystawiona niżej ocena adresowana jest wyłącznie do miłośników tego typu rozrywki, jaką "Pojutrze" reprezentuje. Pozostali mogą machnąć na film ręką, chociaż warto obejrzeć go dla efektów specjalnych - pod względem ilościowym i jakościowym z czymś takim spotykaliśmy się już wielokrotnie, ale jeśli chodzi o ich tematykę, film stanowi niewątpliwy precedens. Bo że staruszkę Ziemię trzeba szanować, wiemy wszyscy. Niby. OCENA: 7/10
|