spis treúci Konkurs

Bajkopisarze i wierszokleci


Jarosław Porwoł

Tancerze Stali


-Chcę się do was przyłączyć - powiedział młody, długowłosy chłopak, wyglądający na silnego i zręcznego. - Chcę być jednym z was.
-Czyli kim? - zapytał strażnik pilnujący wejścia do wielkiego budynku, prawie pałacu, z dużym ogrodem otoczonym wysokimi murami, przez które prawie nie było widać wnętrza.
-Jak to kim? Tancerzem Stali!
-A kim oni są?
-Jak to? To wy, ludzie broniący słabszych.
-Pomyliłeś budynki, tu nikt nie broni słabych. Niejeden z mieszkających tutaj gardzi słabymi i nieudacznikami.
-Ale to na pewno wy! pokonujecie potwory, chronicie kupców, walczycie ze wszystkim co złe.
-Tak, ale nie bronimy słabych. Tancerze Stali, to ludzie, którzy zrozumieli, że nie starczy umiejętnie walczyć mieczem. To za mało. Zrozumieli, że miecz musi być idealnie dopasowany do swojego pana. Miecz posiada duszę. Są miecze lepsze i gorsze. Tancerze Stali nauczyli się robić miecze najlepsze. Żaden kowal nie był w stanie wykuć miecza idealnego. Zawsze coś nie pasowało. Tancerze Stali zrozumieli, że sami muszą odkuć swój miecz, swojego najlepszego przyjaciela. To jednak nie było takie proste. Kiedy już opanowali rzemiosło kowalstwa, to miecze i tak nie byłym idealne. Zawsze znajdowała się w nich skaza. Zrozumieli, że muszą nadać mieczowi duszę. Zaczęli medytować i rozmyślać nad tym dniem i nocą. Kiedy zrozumieli i ujrzeli oczyma wyobraźni każdy szczegół, każdy cal miecza, kiedy poznali jaki ma być ich miecz: ciężki, tępy, kruszący kości, czy lekki i ostry rozcinający skórę, mięśnie i zbroje, wtedy dopiero zaczęli go odkuwać. Był piękny, a zarazem groźny. Tancerz mógł nim walczyć najlepiej jak umiał. Pasował idealnie do Tancerza który go odkuł. Był idealny. Jedynym problemem było i jest to, że każdy chcący zostać Tancerzem Stali musi odkuć swój miecz sam. Nie może go kupić ani otrzymać. Miecz musi stać się dla niego bratem. Nie narzędziem, muszą łączyć go z nim więzy, mocne jak więzy krwi, nie do rozerwania. Inaczej nic z tego. Tancerze Stali nie walczą w obronie słabszych. Oni walczą z silnymi. Chcą zdobywać doświadczenie, by odkuwać lepszą broń i lepiej walczyć. Chcą, podobnie jak ich miecze osiągnąć ideał, idealnie współgrać ze swoją bronią. Ich mocą jest miecz, siła, zręczność, rozum i odwaga. Hańbą jest umrzeć z własnej głupoty, rzucić się na zbyt silnego przeciwnika. Chwałę przynosi śmierć w walce na starość, bycie blisko ideału, lub stanie się nim.
-Ciągle chcę się do was przyłączyć - powiedział trochę tonem dziecka, które upiera się przy swoim, mimo, że w jego głosie nie było juz słychać takiego pochopnego zdecydowania. Teraz był to jego wybór.
-Wchodź. Wiedz, że będzie ciężko, będzie nie raz bolało, niejednokrotnie będziesz chciał odejść i zdecydować o końcu swej męki.
-I tak nie zmienię zdania - odpowiedział juz zupełnie zdecydowanym tonem.
-No i dobrze - powiedział strażnik z uśmiechem. - Tak po prawdzie, to ciężko będzie jak cholera, ale Tancerze Stali zazwyczaj wybierają drogę dobra i pomocy. Tylko tą drogą można dojść do mistrzostwa. Powodzenia!

Zamknęły się za nim drewniane drzwi z mosiężnymi klamkami i takimiż okuciami. Znalazł się za upragnionym murem. Wokół roztaczał się ogród, zajmujący większą część ogrodzonego terenu. Rosło tam wiele drzew, wszędzie rosła trawa. W różnych miejscach stały kuźnie, co można było poznać po kłębach szarego dymu unoszącego się z kominów i odgłosach młota kowalskiego uderzającego o kowadło. Wśród drzew znalazło się parę par trenujących walkę, kilka osób medytowało. Nikt zdawał się nie zauważać jego wejścia.

Postąpił, parę kroków ścieżką, starając się sprawiać jak największy hałas, szurając nogami po kamieniach. Po chwili przystanął i głośno odkaszlnął. Nie było żadnego skutku. Zaczął iść dalej w stronę wielkiego budynku w centrum.

Był on rzeczywiście podobny do pałacu. Wszędzie pełno było okien, wiele uchylonych. W środku musiało być jasno jak na dworze. Budynek miał trzy piętra i dach spadzisty, pokryty czerwonymi dachówkami. Z każdego piętra wyrastały balkony z ozdobnymi balustradami. Wszystko to sprawiało raczej wrażenie podmiejskiego domku bogatych rodów, którym kiedyś w rzeczywistości mogło być.

Główne drzwi były uchylone tak, że bez trudu można było przejść. Od razu po wejściu zauważył młodego chłopaka idącego korytarzem z książką, w którą się zaczytywał. Odwrócił się, czując, że ktoś na niego patrzy.

-Słucham? - zapytał
-Jestem tu nowy, gdzie powinienem się zgłosić? - zaczerwienił się po tym pytaniu jakby pytał o rzecz oczywistą.
-A, ... prosto, tym korytarzem i drugie drzwi na lewo. Na pewno trafisz.
-Dzięki. Skierował się we wskazane miejsce. Od środka budynek także przypominał pałac. Ściany obite były ciemną boazerią, wszędzie wisiały portrety, tarcze lub skrzyżowane miecze, a co parę kroków w ścianie znajdował się świecznik.

Drzwi, do których go skierowano były wielkie, z ciemnego drewna. Zdobiły je liczne słoje układające się w tajemnicze i piękne wzory. Zdołał się im dokładnie przyjrzeć, zanim odważył się zapukać. Nikt nie odpowiedział. Po chwili znowu zapukał. Kiedy znowu nie doczekał się odpowiedzi uchylił je lekko i wszedł do środka.

Wystrój wnętrza pokoju, do którego wszedł był skromny. Pod ścianą stał stojak na broń, a na nim trzy miecze, obok na osobnym stojaku wspierał się topór dwustronny. Wszystkie te bronie posiadały swoje nazwy wyryte na nich zdobnymi literami, których jednak mimo wysiłków nie był w stanie odczytać. Przy przeciwległej ścianie stał regał z książkami, podobnie przy ścianie naprzeciw wejścia, obok wielkiego, lekko uchylonego okna. Po całym, sporym pomieszczeniu porozstawiane były okrągłe stoliki i pojedyncze krzesła przy nich.

Przy jednym ze stolików siedział młody, jasnowłosy mężczyzna o niebieskich oczach szybko przebiegających ponad kolejnymi linijkami drobnego, odręcznego tekstu książki. Był dobrze zbudowany i z pewnością wysoki. U pasach miał przywieszony długi, cienki miecz, przystosowany raczej do pchnięć i szybkich, delikatnych cięć, niż do twardej walki i blokowania ciosów. Z pewnością pozwalał na wyprowadzenie ciosu i uniknięcie ataku przeciwnika, jeśli zdołał takowy wyprowadzić.

Mężczyzna podniósł oczy znad czytanego tekstu słysząc zamykane drzwi. Na jego spokojnej twarzy pojawił się uśmiech, mały i przyjazny.

-Nie znam cię, musisz być nowy. Inni do mnie nie przychodzą - uśmiechnął się szerzej. - Usiądź, musimy porozmawiać.

Nieśmiało wszedł do środka i przysunął sobie krzesło z najbliższego stolika, na którym usadowił się po przeciwnej stronie niż mężczyzna. Nie wiedział, czego się teraz spodziewać.

-Nie denerwuj się, zawsze tak postępuję. Ja jestem Siward, a ty...?
-Fleance.
-Ach, więc już jesteśmy sobie przedstawieni. Jestem tutaj nazywany generałem, ale nie lubię tego określenia. To nie jest wojsko. Strażnik przy bramie coś ci już pewnie powiedział? - zaczekał chwilę, zaczynając z powrotem widząc przytaknięcie Fleance'a. - Nie jesteśmy wojownikami, mimo, że dużo walczymy. Nie jesteśmy też kowalami, mimo, że znamy to rzemiosło. Najbardziej opisuje nas nasza nazwa: Tancerze Stali. W naszych rękach stal tańczy i śpiewa. Kiedyś się o tym przekonasz. Broń odkuwamy sami, bo tylko wtedy można zbliżyć się do ideału na tyle, by prawie juz go osiągnąć. Każdy ma inne zdolności, inną broń preferuje. Ja lubię lekką, szybką broń, inni chcą ciężkie ostrze, a są i tacy, co wybierają topory. Nikt nie pomoże ci w kuciu inaczej, niż radami czysto technicznymi. Miałeś już kiedyś styczność z bronią? - znowu zaczekał na bezgłośne przytaknięcie Fleance'a, by kontynuować. - Idź więc teraz na zewnątrz, wybierz sobie drzewo i usiądź pod nim. Jedyne o czym musisz teraz pomyśleć, to twoja broń. Pamiętaj, że przelejesz w nią część swojej duszy. Dokładnie przemyśl swój wybór. Ta broń będzie twoim najlepszym przyjacielem. Teraz idź.

Wyszedł z pokoju nieco zdziwiony. Przez te kilka minut, jakie tam spędził powiedział zaledwie jedno słowo. Postanowił jednak zaufać Siwardowi, generałowi Tancerzy Stali i zrobić wszystko tak, jak radził. Nie miał nic do stracenia.

"Ciekawiło go, czy każdego tak witali?" - pomyślał.

Wyszedł przed pałacyk i rozejrzał się za jakimś cienistym zakątkiem, a po chwili szedł już w stronę rozłożystego dębu pod samym murem. Usiadł w jego cieniu krzyżując nogi, plecami oparł się o chropowaty pień, a ręce położył luźno na trawie.

Przez chwilę myślał, jaka powinna być jego broń, jaka do niego pasuje. Przymknął powieki i myślał. Co chwilę do jego głowy błądziły różne inne myśli, jak na przykład to, czy dobrze wybrał przyłączając się do Tancerzy Stali, jak będzie tu żył, czy to wytrzyma. Odpędzał je jednak i starał się z całych sił skoncentrować na broni.

Miecz, bo topór nie wchodził dla niego w grę, powinien być długi, dwusieczny. Uważał jednak, że to zbyt tradycyjne, a on chciał czegoś innego. Chciał się czymś wyróżniać. Końcówka, sam sztych miecza. Nie będzie zwykły. Musi się czymś różnić... Będzie długi, dużo dłuższy i zakrzywiony. Trochę szerszy niż reszta miecza, przystosowany raczej do szybkich i śmiertelnie ostrych cięć, niż do sztychów. Ale takim będzie się źle broniło, nie będzie mógł być taki gruby, jak zwykłe miecze. Złamał by się przy bloku silniejszego ciosu. Potrzebne jest coś innego, czym dałoby się parować ciosy.

Nie może to być tarcza, zbyt ograniczała ruchy i byłą za ciężka, by szybko się z nią poruszać, za duża, by ją ukryć. Sztylet, to będzie idealne. Trochę dłuższy niż zwykle, jakieś trzydzieści centymetrów, trochę szerszy i cięższy, tak by się nie złamał.

Zasnął, a w głowie kłębiły mu się dziesiątki myśli. Śnił o sobie takim, jakim chciałby być, z długim mieczem w jednej i sztyletem w drugiej ręce. Świetny szermierz, z którym nikt nie może się równać. Spał, aż słońce zaszło i pokazał się księżyc. Jasno rozświetlał ogród, było blisko pełni.

-Obudź się, już późno - ktoś szarpał go za ramię usiłując obudzić ze snu. - Chodź do środka, bo zmarzniesz na kość. Noce są już chłodne.

Wstał, nie do końca wiedząc, gdzie się znajduje. Wszystko przychodziło z oddali, z ociąganiem. Poszedł jednak posłusznie za głosem, koncentrując się na tym, żeby nie upaść. Wprowadzono go do pałacu, tym razem poszedł jednak na prawą stronę i schodami do góry, na drugie piętro. Cały czas kierował się za swoim przewodnikiem. W końcu przeszedł za drzwi, takie same jak na parterze i znalazł się w rozległym pokoju z porozstawianymi łóżkami.

-Tam pod oknem jest twoje łóżko. W kufrze możesz zostawić wszystkie swoje rzeczy. Będą tam bezpieczne.
-Dzięki.

Chłopak, który go tu przyprowadził zniknął mu z oczu. Fleance dopiero teraz przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Skierował się do swojego łóżka, jedynego wolnego w pokoju. Mimo, że słońce musiało zajść niedawno, wszystkie łóżka były już pozajmowane. Nieliczni czytali jakieś książki przy lampkach oliwnych, większość spała. Widocznie dni mieli tu na prawdę męczące.

Nie spodziewał się, że jest aż tylu wśród Tancerzy Stali jest aż tylu Nowicjuszy, bo tak ich nazywano według tego, co mówiono w mieście.

Rozebrał się do snu i wszystkie rzeczy schował do kufra. Na sam spód wrzucił sakiewkę z pieniędzmi, a raczej resztą pieniędzy, jaka mu pozostała. Mimo wszystko wolał nie kusić losu, choć nie spodziewał się, by ktoś mógł go okraść.

Gdy opadł na łóżko prawie od razu zasnął. Zdążył się jeszcze tylko przykryć kocem. Wrócił do swych marzeń.

Rano obudziły go promienie słońca wpadające przez szeroko otwarte okno. Mimo jesieni na zewnątrz było ciepło, a do środka wpadł podmuch ciepłego powietrza. Prawdopodobnie był to ostatni ciepły dzień przed przyjściem pogody deszczowej i chłodnej. Potem przyjdzie zima i przyniesie śnieg.

Czuł się trochę dziwnie będąc w prawie nieznanym mu miejscu. Znowu ogarnęły go wątpliwości, czy dobrze zrobił zostając Nowicjuszem Tancerzy Stali. Nie wiedział, jak dobrze potrafili walczyć inni Nowicjusze. Nie chciał okazać się beztalenciem. Nie wiedział, jak długo tu wytrzyma.

Gdy tak leżał pełen wątpliwości poczuł, że nie jadł wczoraj kolacji. Żołądek miał pusty. Wstał i ubrał się z zamiarem znalezienia kuchni lub jadalni. Rozejrzał się po pokoju. Był ostatnim, który wstał, słońce było już wysoko. Zdziwił się trochę, że nikt go nie obudził.

Pościelił łóżko i starannie poskładał rzeczy w swoim kufrze. Starał się jak najbardziej przedłużyć czas, jaki musi spędzić w sypialni, mając nadzieję, że ktoś tu wejdzie i będzie mógł go o wszystko zapytać.

Podszedł do okna i wychylił się za nie. Niebo było jasne i tylko parę chmur, nie zwiastujących deszczu, błąkało się po nim. Na dole ujrzał kilka trenujących par, z kominów kuźni wzbijały się kłęby szarego dymu.

-Muszę stąd kiedyś wyjść - powiedział sam do siebie i ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł an zewnątrz i skierował się na parter, rozglądając się na boki, mając nadzieję na zobaczenie kogoś lub czegoś, dzięki czemu mógłby się dowiedzieć, gdzie można coś zjeść.

Kiedy znalazł się na parterze zobaczył uchylone drzwi. Podszedł do nich i zerknął przez szparę do środka. Zobaczył parę półek i kilka noży zawieszonych na ścianie.

Nikogo tam nie było, ujrzał jedynie jabłko stojące na stole. Podszedł i zaczął się zastanawiać, czy może je zjeść. Był bardzo głodny.

-Nowy? - zapytał głos z tyłu. Fleance gwałtownie się odwrócił chowając ręce za siebie, by nikt nie pomyślał, że już prawie chciał wziąć jabłko od ręki.
-Tak, nowy - powiedział. - Szukałem czegoś do jedzenia i ...
-Bierz, tutaj sami gotujemy dla siebie. Masz się w końcu nauczyć odpowiedzialności i życia na własną rękę, nie przychodzenia na obiad o wyznaczonej porze. To nie twój dom, tu nie ma twojej mamy.
Fleance przyglądał się mężczyźnie. Był stary, z długimi, rzadkimi włosami opadającymi na ramiona i wielkimi węzłami mięśni pod koszulą.
-Dobrze, dziękuję - odpowiedział.
Mężczyzna wyszedł z kuchni, a Fleance zaczął się zastanawiać, co chciałby zjeść. Znalazł parę jajek i patelnię. Pokroił też kawałek świeżej kiełbasy, którą ktoś zostawił obok patelni. Nie jeden raz jadł już coś przyrządzonego własnymi rękoma, ale teraz smakowało inaczej. Lepiej.
Wyszedł z kuchni, po chwili jednak wrócił i zabrał ze stołu jabłko, wytarł je o ubranie i ugryzł.
-Jestem tutaj, bo tak zdecydowałem. Nie ma sensu zmieniać decyzji, bo wyszedłbym tylko na idiotę. Zawsze chciałem zostać Tancerzem Stali!

Teraz był już przekonany co do swojej decyzji. Wiedział, że tak już pozostanie. Będzie jednym z nich, jego też kiedyś nazwą Tancerzem. Będzie jednym z najlepszych.

Wyszedł na zewnątrz i odetchnął głęboko. Skierował się do jednej z kuźni, wybranej na chybił- trafił. Wszedł do środka przez uchylone drzwi i zobaczył tego samego mężczyznę, z którym rozmawiał w kuchni. Tym razem miał włosy związane z tyłu i założony gruby, skórzany fartuch, chroniący przed żarem paleniska, który wypełniał całą kuźnię. Mężczyzna właśnie odłożył ciężki młot kowalski i trzymając odkuta stal w długich szczypcach włożył ją do wiadra z wodą. Buchnęła para, stal zasyczała i zaczęła stygnąć.

Fleance oparł się o drzwi obserwując pracę mężczyzny. Wiedział już, czemu mimo swego wieku mężczyzna miał ciągle mocne ręce i twarde mięśnie. Nie przestał pracować.

Mężczyzna uważnie obejrzał ostrze i włożył je z powrotem w rozżarzone węgle. Odwrócił się w stronę drzwi i przeciągnął. Dopiero po chwili zauważył Fleance'a stojącego w cieniu.

-Ach, to ty - powiedział, uśmiechając się. - Chcesz odkuć swoją broń? Za chwilę skończę i kuźnia będzie do twojej dyspozycji.
-Dziękuję, ale chciałbym pana prosić o pomoc. Jeszcze nigdy nie pracowałem w kuźni i nie bardzo wiem, co robić.
-No dobrze, mogę ci powiedzieć, co po kolei robić i jak to robić lepiej, ale pracować musisz sam. Takie są zasady.
-Zgoda.

Poczekał, aż mężczyzna skończy swoją pracę, a potem wszedł głębiej stając obok kowadła i nie wiedząc, co robić.

-Weź ten stalowy pręt i włóż go między węgiel. Pośpiesz się, nie mam całego dnia. Teraz weź te szczypce i młot. Gdy pręt będzie czerwony wyciągnij go szczypcami, połóż an kowadle i ciągle przytrzymując go szczypcami wal w niego młotem. Pilnuj, by kuć równo i nie obracaj prętem na wszystkie strony. Miecz ma tylko dwa ostrza. Kuj najpierw jedną, potem drugą stronę. Miecz ma być płaski, nie powyginany we wszystkie strony. Potem do wody i znowu do żaru. I tak dalej, aż będziesz zadowolony. Zrozumiałeś?

-Tak, chyba - odpowiedział zmieszany szybkim nauczaniem kowalstwa. Nie tego się spodziewał.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował, pytaj o Angusa.
-Fleance, miło mi i dziękuję.

Kiedy po paru godzinach wyszedł z kuźni wcale nie był zadowolony ze swojego pierwszego miecza. W niczym nie przypominał on tego, o czym myślał. Zagięty sztych w ogóle nie nadawał się do cięcia, a cały miecz był strasznie powyginany. Obawiał się, że z jego nauki może jednak nic nie wyjść.

Poszedł z powrotem do kuźni i nie wychodził z niej aż do wieczora , jeśli nie liczyć krótkiej przerwy na obiad, którą stanowiły tym razem dwa jabłka, w które obfitowała teraz kuchnia.
Fleance w kuźni spędzał całe dnie. Nauczył się wstawać wcześniej i poznał już wielu innych Nowicjuszy, bo taki tytuł nosili ci, którzy jeszcze nie opuścili siedziby Tancerzy Stali. Niektórzy byli tutaj już od kilku lat.

Często korzystał z ich rad, przez co jego dzieło coraz bardziej przypominało wymarzony miecz. Sztylet okazał się mniejszym wyzwaniem i po trzech tygodniach trzymał go już w dłoni i był z niego zadowolony. Przypominał miniaturę miecza, był długi na trzydzieści trzy centymetry, w tym rękojeść, która owinięta była skórą, na którą wydał swoje ostatnie pieniądze. Skóra ta świetnie trzymała się ręki, nie wyślizgiwała się, z o to mu chodziło. Był mocny i wytrzymały, a także nieźle wyważony. Walczyło mu się nim niezwykle dobrze.

Miecz, by można go tak było nazwać bez oszukiwania samego siebie był o wiele większym wyzwaniem. Kiedy sztylet spoczywał już w kufrze owinięty w delikatny materiał, Fleance długo pracował nad mieczem. Ciągle coś mu w nim nie pasowało, mimo iż wszyscy wokół mówili, że jak na pierwszą broń jest piękny i dobry, że potem może go przekuć. Fleance ciągle chciał go ulepszać. Chciał, żeby był piękniejszy, bardziej wyważony, sztych był dokładnie taki, jakim go sobie wyobraził.

Przyszedł jednak dzień, kiedy stwierdził, że jest z niego zadowolony. Nie był nim zachwycony, powiedział sobie jednak, że już dość długo nad nim pracuje i w najgorszym wypadku szybko go przekuje. Jednak pierwsze trzy osoby, które go zobaczyły idącego z nim do pałacu nie do końca chciały uwierzyć, że to jego pierwsza broń.

Miecz był naprawdę piękny. Głowicę miał w kształcie kwiatu róży, specjalnie ją zamówił u złotnika biegłego w takich rzeczach, a by za nią zapłacić, musiał przez tydzień sprzątać w dwóch oborach przy karczmach. Rękojeść owinął tą samą skórą, której użył przy oprawianiu sztyletu. Wzdłuż ostrza wygrawerował pnący się krzak róży, obiecując sobie w duchu, że za każdym razem, gdy nauczy się czegoś ważnego, wygraweruje tam jeden kwiat.

Był z niego zachwycony. Mimo późnej pory wrócił do sypialni tylko na krótką chwilę, potrzebną na wydobycie sztyletu ze skrzyni i od razu wyszedł kierując się w stronę pokoju generała Siwarda. Przez te parę miesięcy, jakie tu spędził poznał dokładnie cały pałac, wielokrotnie po nim wędrując. Wiedział gdzie mają swoje pokoje najważniejsi ludzie spośród tej placówki Tancerzy.

Zapukał i nie czekał na odpowiedź, tylko otworzył drzwi i wszedł do środka. Był zbyt podekscytowany, by czekać.

Naprzeciwko drzwi stał stół, zazwyczaj zastawiony książkami. Teraz książki powróciły na regały, na stole zaś był położony miecz, którego czyszczeniem zajmował się właśnie Siward.

-Ach, Fleance - powitał go. - Co cię do mnie sprowadza?
-Siwardzie, generale - powiedział Fleance, kłaniając głowę. Tak należało witać się z jednym z najznamienitszych Tancerzy Stali. - Właśnie zakończyłem pracę nad moim mieczem, przyszedłem usłyszeć twoje zdanie.

Wyciągnął obie bronie i podał ej generałowi. Ten najpierw wziął sztylet, któremu bacznie się przyjrzał, potem sięgnął po miecz. Fleance'owi wydawało się, że ogląda go całe wieki, choć w rzeczywistości przyglądał się mu może przez dwie minuty. Chciał poprosić go, żeby się pośpieszył, ale nie chciał go popędzać, wiedział, że tak nie wypada.

Siward uważnie obejrzał różę, potem sprawdził rękojeść, przejechał kciukiem po ostrzu. Uważnie obejrzał krzak róży.

-Czemu akurat róża? - zapytał w końcu.
-Co? - odparł zaskoczony pytaniem Felance.
-Czemu róża, a nie lilia czy inny kwiat.
-Bo róża jest piękna. Pod pięknem czają się jednak kolce, którymi mimo swej niewielkości może poranić do krwi. Podobnie moja broń. Też jest piękna, wiele nad nią pracowałem. Mimo swego piękna jest też śmiertelnie niebezpieczna. Może zranić do krwi, może odciąć całą rękę.
-Mhm. Dziękuję - powiedział i powrócił do badania miecza.
-Piękny, naprawdę - powiedział po chwili. - Mało który Nowicjusz posiada taka piękną i niebezpieczną broń. Będzie co dobrze służyła. Teraz jednak musisz przejść tak zwany Rytuał Związania. Ty i twój miecz musicie stać się jednością. Wiem jak ciężko nad nim pracowałeś. To będzie zwieńczenie twoich trudów. Ale jutro dokładnie ci to wszystko wyjaśnię. Idź, zjedz kolację i wyśpij się dobrze. Jutro czeka cię ciężki dzień.
Tak też zrobił. Zjadł coś szybko i poszedł spać. Nie mógł już się doczekać następnego ranka. Rytuał Związania, zwieńczenie jego wysiłków. Naprawdę był tego ciekaw.
I zasnął, a w nocy nic mu się nie śniło, jak już od wielu dni.

-Już jesteś? - zapytał Siward widząc Fleance'a w drzwiach swojego gabinetu wczesnym rankiem. - Zresztą rozumiem cię. Też byłem podekscytowany moim własnym Rytuałem Związania. Takie coś można przeżyć tylko raz.
Fleance wszedł do pokoju i usiadł na krześle, które wskazał mu Siward. Miecz i sztylet położył przed sobą na stole.

-Rytuał Związania to najważniejsze wydarzenie w życiu każdego Tancerza Stali. Polega to na magicznym połączeniu twojej duszy i miecza. Od tej chwili miecz będzie cię słuchał. Przy małym treningu będziesz w stanie przywołać miecz do siebie. Prawie niemożliwe stanie się, by ktoś ci go zabrał lub użył go, czy nawet dotknął miecza lub sztyletu bez twojej zgody i wiedzy. Zawsze będziesz wiedział, gdzie twoja broń jest, tak jak zawsze wiesz, gdzie jest twoja ręka. Będzie częścią ciebie. Nie będziesz mógł go zmienić na inną broń, bo straciłbyś część samego siebie, kawałek swojej duszy. Po pewnym czasie byś zwariował. Dlatego decyzja, czy będziesz Tancerzem Stali zapadnie teraz. Czy chcesz być jednym z nas. Wiesz jak wygląda nasze życie, dużo o nim słyszałeś. Więc... ?

-Tak - odpowiedział Fleance pewny swej decyzji. Wiedział, że ich życie jest niebezpieczne, dużo słyszał od starszych kolegów, ale nigdy nie odwiodło go to od decyzji zostania Tancerzem.
-Możesz wybrać swoją broń. Czy to ten miecz i sztylet? - wskazał na broń Fleance'a.
-Tak, to moja broń i ją wybieram.
-I chcesz związać się z nią Rytuałem Związania?
-Tak, chcę - odpowiedział w duchu czując euforię. Teraz do końca uwierzył w prawdziwość tej chwili.

Siward wstał, a Fleance razem z nim. Zabrał swoją broń i udał się za Siwardem.

Zeszli na parter i wyszli na zewnątrz. Fleance'a zaskoczyła obecność Angusa i kilku innych starszych Tancerzy Stali. Oprócz nich było tam też trzech czarodziejów, rozpoznawalnych po długich togach i wielkim symbolu Ynny, bogini magii, zawieszonym na szyi każdego z nich.
Poprowadzili go za pałac, w stronę bramy, przez którą Fleance jeszcze nigdy nie przechodził.
Gdy brama została otwarta ujrzał polanę z rzadka porośniętą drzewami. Między trzema z tych drzew ułożony był krąg z kamieni. Wprowadzono go do środka tego kręgu i kazano położyć broń na ziemi.

Czarodzieje ustawili się, każdy pod jednym z drzew. Wokół panowała niezwykła cisza, mącona jedynie cichym szmerem potoku, którego jednak nigdzie nie było widać.

-Stój nad swoją bronią i myśl tylko o tym, jak się nad nią napracowałeś - powiedział Siward nachylając się do ucha Fleance'a, starając się jednocześnie nie przekroczyć granicy kręgu. - Nie rób gwałtownych ruchów i bądź spokojny. Nie bój się, każdy Tancerz Stali przeszedł coś takiego.

Fleance kiwnął głową na znak, że rozumie. Stanął tuż obok swojej broni i myślał o niej. Przypominał sobie każdą chwilę, jaką spędził nad jej wykonaniem. Pomoc Angusa, liczne rady Nowicjuszy i Tancerzy Stali, wszystkie chwile załamania i szczęście, jakie go ogarnęło, kiedy zakończył pracę.

Troje czarodziejów zaczęło swoje inkantacje wyciągając przed siebie ręce. Jeszcze bardziej starał się skoncentrować na swojej broni, która zaczęła lekko drżeć i błyszczeć, jakby nie tylko odbijała światło słońca, ale świeciła też własnym blaskiem. Mimo, że była zima i wszędzie na zewnątrz leżał śnieg, to na tej polance było ciepło. Tak mu się wydawało na początku. Teraz poczuł, jak mroźny wiatr przebija się przez jego ubranie, docierając do skóry i przedzierając się w głąb, do kości.

Inkantacje ciągle rozbrzmiewały jednostałym tonem, a głos rozbrzmiewał potrojony, bo z gardeł trzech czarodziejów.

Po paru minutach trzy postacie umilkły. Równocześnie Fleance poczuł straszliwe zmęczenie. Nogi się pod nim ugięły i o mało nie upadł.

Poczuł, że ktoś go trzyma pod pachami. Odwrócił powoli wzrok i zobaczył Angusa i jeszcze jednego z Tancerzy.

Teraz był jednym z nich. Osiągnął to, spełnił swój cel. Nie okazał się bezwartościowym, jak z początku myślał. Prawdę powiedziawszy czuł się dumny, ze okazał się lepszy od wielu innych. Rzadko który Nowicjusz miał odkutą tak dobrą broń, jak jego, po tak krótkim czasie, niespełna trzech miesiącach. Jego miecz był zgodny z jego wyobrażeniem. Idealnie leżał w dłoni, świetnie ciął. Sztylet również mu nie ustępował. A teraz stał się częścią tej broni, a ona stała się częścią jego samego.

Poczuł, jak zamykają mu się oczy, powieki były zbyt ciężkie, by utrzymać je w górze. Po chwili obudził oczy i zobaczył, że jest wnoszony do pałacu przez Tancerzy Stali. Powieki znowu mu opadły, tym razem na dłużej.

Kiedy się obudził podniósł się na rękach i rozejrzał się po sypialni. Obok niego postawiono mały stolik, na którym leżały jego miecz i sztylet. Ktoś jednak włożył je w piękne pochwy. Były całe czarne, z wymalowanymi na nich różami z kolcami. Z jednego z tych kolców spadała właśnie kropla krwi. Metalowe okucia pochew wydawały się wykonane ze srebra.

Fleance wyciągnął rękę i sięgnął po broń. Gdy tylko dotknął sztyletu poczuł jego delikatne drżenie w dłoni, podobnie zachowywał się miecz. Przełożył je na łóżko i wyciągnął z pochew. Miecz i sztylet wydawały się jeszcze lepiej pasować do jego dłoni. Reagowały na samą myśl o ruchu, cięły dokładnie tam, gdzie chciał je skierować. Poruszały się zanim zdążył jeszcze napiąć jakikolwiek mięsień.

Znowu poczuł euforię. Zrozumiał w pełni, na czym,m polegał Rytuał Związania. Tego nie dało się wytłumaczyć słowami. On wiedział gdzie jest miecz, a miecz rozumiał, czego od niego oczekuje. Sztylet także wiedział dokładnie, gdzie ma się znaleźć by zablokować cięcie wyimaginowanego przeciwnika. A jego miecz ciął, raz rozcinając płynnie tętnicę na szyi, innym razem wypruwając wnętrzności z ciała. Trafiał w ścięgna trzymającej broń ręki, tak, że stawała się bezużyteczna, potrafił nawet odciąć głowę jednym cięciem. Stoczył wiele bojów, wielu wrogów padło trupem przed ostrzem jego miecza, aż wrócił do rzeczywistości i włożył broń do pochew, podziwiając je po raz kolejny.

Poczuł głód, zupełnie jak pierwszego dnia, kiedy także obudził się w pustej sypialni. Tym razem wiedział jednak dokładnie, gdzie się udać i co chce zjeść. Zszedł więc do kuchni i przygotował sobie jajecznicę, taką samą jak owego dnia, trzy miesiące temu. Posprzątał po sobie i wyszedł na dwór, szczelniej otulając się płaszczem, by uchronić się przed zimnem.

Tym razem wszystkie ćwiczące pary go zauważyły. Odwrócili się w jego stronę i patrzyli z mieszanką zazdrości i uznania. Ich bronie również były dobre, ale nie mogły się równać z jego mieczem. Wszyscy z nich walczyli długim mieczem, czasami z tarczą, częściej jednak trzymali miecz w obu rękach.

Podszedł do jednej z par i poprosił o krótką walkę. Dawno już nie walczył, ale czuł, że teraz mógłby pokonać każdego.

Następny miesiąc spędził na walkach i treningu. Chciał jak najlepiej poznać swoją broń, jak najlepiej ją zrozumieć, co oznaczało zrozumienie samego siebie. Jak się okazało, nie było to łatwą rzeczą. Nauczył się jednak wyczuwać dokładne miejsce, gdzie znajduje się broń, ale nie mógł jej przywołać. Co najwyżej wprawić w lekkie drżenie i tylko wtedy, gdy był blisko. Po tym miesiącu uznał, że należy mu się już jeden kwiat róży, który tez skwapliwie wygrawerował na ostrzu swojej broni.

Tego samego wieczoru, k9iedy zakończył prace nad kwiatem róży i jako ostatni jadł kolację, poczuł, że do kuchni ktoś wszedł i uważnie go obserwował. Odwrócił się i zobaczył Siwarda stojącego w drzwiach.

-Chciałem z tobą porozmawiać - powiedział od Fleance'a, kiedy ten powitał go.
-Słucham cię - odrzekł zaniepokojony Fleance.
-Tak... Tancerze Stali nie są obrońcami ludzkości, jak się powszechnie uważa. Po prostu częściej mówi się o tych dobrych. Są jednak i "ci źli". Łączy nas jedynie wspólny cel: chęć zdobywania wiedzy i doświadczenia. Dzieli zaś wszystko inne - podszedł do stołu i usiadł naprzeciw Fleance'a. - Oni uważają się za lepszych, gardzą słabymi, uważają, że rządzić światem powinni najsilniejsi. "Dobrzy" Tancerze Stali nie gardzą słabymi. Każdy sam kuje swój los, każdy robi to tak jak umie. Dla nas zło jest czymś, co trzeba zwalczać, ucząc się przy tym. Nawet przegrana walka może się okazać niezwykle pouczająca. Oni uważają, że liczy się tylko zwycięstwo, a przegraną trzeba opłacić swoją śmiercią, nie uznają kompromisów. Nie o tym jednak chciałem mówić. Teraz możesz opuścić już naszą siedzibę, iść zdobywać doświadczenie. Nie musisz tego robić, ale to właśnie nauka jest celem naszego życia. Możesz tu zawsze wrócić, żeby przekuć broń, odpocząć trochę lub wyleczyć rany. Te drzwi zawsze będą dla ciebie otwarte. Jeśli chciałbyś wyruszyć, to polecam ci miasto na wschód stąd. Chcą pozbyć się bandy orków, które atakują kupców i kradną bydło. Może to cię zainteresuje.
-Chętnie tam wyruszę, nawet jutro z samego rana - odpowiedział uradowany możliwością wypróbowania broni w prawdziwej walce Fleance.
-Świetnie. Mam nadzieję, że wybierzesz drogę dobra, ale niczego nie mogę ci narzucić. Teraz czeka mnie jednak trudniejsza sprawa. Nie zastanawiałeś się czasem, skąd mamy jedzenie, stal i wszystko inne? - zaczekał chwilę, a nie usłyszawszy odpowiedzi zaczął kontynuować. - To wszystko zdobywamy dzięki Tancerzom Stali. Zawsze znajdzie się gdzieś trochę grosza, dostanie zapłatę za uratowanie kogoś lub odnajdzie parę cennych drobiazgów u pokonanego przeciwnika. Prosiłbym cię, choć wstyd mi o tym mówić, abyś o nas nie zapominał. Nie mamy innych środków, więc każdy Tancerz w miarę swoich możliwości wspomaga nas ze swoich zysków. Mam nadzieję, że ty także o nas nie zapomnisz. I jeszcze raz przepraszam, że muszę mówić o takich rzeczach.
-Nie ma sprawy. Prawdę powiedziawszy, parę razy zastanawialiśmy się z innymi Nowicjuszami, raz zobaczyliśmy Tancerza, który daje ci pieniądze. Razem domyśliliśmy się o co chodzi. Razem doszliśmy do wniosku, że to i tak nie za dużo w porównaniu z tym, co tutaj dostaliśmy.
-Dziękuję za zrozumienie. Naprawdę - i wyszedł, czerwieniąc się cały. Po raz pierwszy Fleance widział Siwarda tak zaczerwienionego. Nawet ostry, zimowy wiatr nie robił go takim czerwonym.
Zawsze było trudno mówić komuś, o konieczności zapłaty za coś, co miało być darmowe.

Kiedy zamknęła się za nim brama, ta sama, przez którą wkroczył do świata Tancerzy Stali, zaczął zastanawiać się, jak dostanie się do miasta o którym mówił Siward. Miało być o jeden dzień pieszej drogi, ale pewnie liczono to w słoneczny i ciepły dzień, a nie w deszczowy i chłodny wiosenny poranek.

Udał się do wschodniej bramy, mając nadzieję, że trafi na kogoś, kto akurat będzie jechał w stronę Infrar, bo tak nazywało się owe miasto. Fleance zwiedził już część świata, kiedy był jeszcze najemnikiem i służył wielu panom. W tamtym mieście jednak jeszcze nigdy nie był.
Idąc tak w stronę bramy zdał sobie sprawę, że jednak nie będzie tak łatwo, jak to sobie wyobrażał. Posługiwał się dobrze mieczem, mało który Nowicjusz mógł mu dorównać. Jednak to nie zapewni mu jedzenia i miejsca do spania.

Przez plecy miał przewieszony miecz, a u pasa przywieszony sztylet. Idąc przez miasto ściągał na siebie spojrzenia zdziwionych jego obecnością nielicznych przechodniów.

Dotarł do brami i rozejrzał się. W pobliżu nie było żadnego wozu, ani nikogo, któ kierował by się w tamtą stronę. Fleance im się nie dziwił. Pogoda nie była najlepsza do podróży. Drogi były rozmokłe, wszędzie były kałuże, z nieba padał rzęsisty deszcz i wiał przeraźliwie zimny wiatr.
Otulił się dokładniej płaszczem i ściągnął niżej kaptur, by choć trochę schować się przed złą pogodą. Wyszedł za bramę i nie oglądając się za siebie poszedł do przodu, omijając kałuże.

Po kilu godzinach marszu traktem usłyszał za sobą rżenie konia i chlupot kół na mokrej drodze. Po chwili wóz podjechał do niego, a z niego dało się słyszeć wołanie.

-Panie, może siądziecie na wóz. Schowacie się przed deszczem, a i mi przyda się towarzysz podroży - wołał woźnica. - No to jak? Siadacie?
Fleance nie odpowiedział, tylko wsiadł na wóz obdarzając woźnicę uśmiechem, an który ten odpowiedział ukazując dwa rzędy zniszczonych zębów.
-Jestem Ian - powiedział, widząc, że Fleance już usadowił się na wozie, ściągając kaptur i chowając się dokładniej pod okrytym materiałem wozem.
-Fleance, miło mi i dziękuję za podwiezienie - odpowiedział.
-Jadę do Infrar, muszę kupić materiał. Jestem krawcem, a oni tam mają dużo taniej. Założyli gildię i każdy ma tam dobrze. Dzielą się zyskami i nie mają problemów. A u nas mówią tylko o zdrowej konkurencji. A bo mi to na zdrowie wyjdzie, jak będę głodem przymierał.
Ian gadał tak przez całą drogę, pozwalając jedynie na Fleance'owi na przytakiwanie i słuchanie. Fleance nie był jednak tym zawiedziony. Tego właśnie chciał. Posiedzieć na wozie, a potem z niego zsiąść. Nie przeszkadzało mu narzekanie woźnicy na wszystko, cokolwiek przyszło mu do głowy. Niech sobie pogada. Widocznie jemu potrzeba tego, pomyślał.

Gdy dojechali na miejsce podziękował jeszcze raz za podwiezienie i szybko się oddalił. Deszcz przestał padać, ale zaczynało się ściemniać, prawdopodobnie przez grubą warstwę chmur, które zaległy na niebie. On jednak nie miał pieniędzy na nocleg. Mimo to skierował się do karczmy, której szyld zobaczył na końcu ulicy. Tam pewnie będzie mógł zorientować się, o co chodzi z tymi atakami orków. Ich nikt nie chciał zaatakować. Ian też ani jednym słowem nie wspomniał o niebezpieczeństwie.

Wszedł do karczmy i podszedł do baru. W środku było sporo osób, jak to zazwyczaj wieczorami w karczmach, niezależnie w którym mieście i co się wokół działo. Wokół rozbrzmiewały śmiechy i wesołe rozmowy. Nie czuło się atmosfery strachu i niebezpieczeństwa, jaka zazwyczaj towarzyszyła miastom i ludziom, których życie i rodzina były w niebezpieczeństwie.

Karczmarz zauważył go i podszedł do niego, wycierając bar białą szmatą.

-Co podać? - zapytał uprzejmym tonem.
-Nic, nie mam pieniędzy, chcę jednak pogadać - powiedział trochę nierozmyślnie Fleance. Karczmarz odszedł bez słowa. - O czymś ważnym, o atakach orków - zawołał za nim, a oczy wszystkich osób, będących na tyle blisko, by go usłyszeć zwróciły się w jego stronę. Po chwili wrócili do swoich spraw, udając w duchu, że o nic nie słyszeli.
-Niebezpiecznie jest tu o tym mówić, to niedobry temat na rozmowy przy wielu ludziach. Karczma mi upadnie, jak nie będę miał klientów, a tak dzieje się z każdą karczmą, w której rozmawia się na podobne tematy. Chodź na górę.

Karczmarz zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni, a po chwili wyszedł, trzymając w ręku miskę ciepłej zupy. Podszedł do schodów i zaczął wchodzić na górę, szybciej niż wskazywałaby na to jego tusza. Fleance poszedł za nim.

Karczmarz wprowadził go do pokoju przez cienkie drzwi z jasnego drewna, zupełnie inne, niż te, które Fleance oglądał tyle razy w pałacu. Karczmarz pokazał mu, by usiadł przy stole i sam usadowił się naprzeciw niego, podając mu łyżkę i miskę z zupą.

-W taką pogodę nie godzi się nikogo zostawić głodnego, nawet jeśli nie ma pieniędzy - powiedział. - O co chcecie zapytać?
-Podobno w waszym mieście i okolicy dochodzi do ataków orków?
-Ano, atakują kupców, jednego, czy może dwóch, już nie pamiętam, ubili. Często napadają i kradną wszystko, co może mieć jakąś wartość. Ale tylko w okolicy. Do miasta się jeszcze nie zapuściły - wstał i zaczął chodzić po pokoju czyszcząc zakurzone szafki i poprawiając posłanie na łóżku. - Głupie to one nie są, straż by ich rozniosła. Ale i tak nie chcemy ich tutaj. W mieście wszystko drożeje, kupcy nie chcą przyjeżdżać, a jak już jadą, to mają dużą obstawę, co by ich orki nie zmogły. A za to wszystko płacimy my, bo ktoś za to zapłacić musi.
-Ale nie wygląda na to, by coś wam groziło, na dole wszyscy dobrze się bawią - powiedział między kolejnymi łyżkami Fleance.
-A po co jest karczma? Żeby się dobrze bawić. Cały dzień się martwią, to się choć napić i pogadać chcą, póki piwo jeszcze nie takie drogie. Ale wy chyba chcecie z tymi orkami sobie poradzić, nagrodę wziąść, co? - powiedział patrząc na miecz przewieszony przez plecy Fleance'a. - Tak, musicie się zgłosić do burmistrza, on wam wszystko powie.
-A nie dałoby się mnie gdzieś przenocować, tylko dzisiaj? - zapytał Fleance odkładając łyżką i przypominając sobie dawne czasy, kiedy wielokrotnie spał w łóżku karczemnym, potem uciekając przez okno, zanim nadszedł ranek.
-Nie w pokoju, ale możecie spać w stajni, tam ciepło i wygodnie na sianie. Nierzadko sypiają tam goście, jak który dłużej i lepiej się zabawi. Chcecie, to idźcie, a jak nie to płaćcie, interes muszę utrzymać.
-Dziękuję za zupę - powiedział Fleance i wstał od stołu. - Gdzie mogę znaleźć burmistrza.
-W ratuszu, pójdziecie na rynek i na pewno zauważycie.
Fleance wyszedł z pokoju i zszedł na dół. Za sobą słyszał kroki karczmarza. Wyszedł na zewnątrz i przeszedł do stajni. W środku było trochę cieplej niż na dworze, nie wiał mroźny wiatr i dach chronił przed deszczem, który na nowo rozpadał się podczas jego krótkiego pobytu w karczmie.

W stajni nie było wielu zwierząt, tylko cztery konie. Jeden z nich, czarny ogier stojący najbliżej wejścia, zarżał głośno, widząc go w drzwiach. Fleance podszedł do niego i pogłaskał go między uszami i po grzywie, tak długo, aż się uspokoił.

Znowu przypomniały mu się czasy, gdy był mieczem do wynajęcia. Wtedy też nie rzadko pracodawcy zapewniali mu konia, raz miał nawet swojego, zdobytego na jakimś rozbójniku, ale szybko zdechł ze starości. Wtedy też niektórzy pracodawcy oferowali jedynie spanie w stajni, ze zwierzętami, ale jemu to nie przeszkadzało.

Wciągnął powietrze nosem i poczuł zapach świeżego siana. Bardzo lubił ten zapach.

Był wykończony, wic od razu zdjął z pleców miecz i odpiął pas, ze sztyletem i ukrył je w wielkiej kupie siana. Sam położył się obok i przykrył aż po szyję pachnącą, wysuszoną trawą.
Rano obudził się czując na sobie śmierdzący oddech i coś mokrego. Gdy otworzył oczy stwierdził, że to ów koń, którego poprzedniego wieczoru podrapał za uszami stoi nad nim i szturcha go nosem. Z szyi zwisała mu rozwiązana uprząż.

-Odwiązałeś się, tak - powiedział i podrapał go po pysku. - Lepiej cię przywiążę z powrotem, bo jeszcze uciekniesz.

Wstał i złapał za uprząż tuż przy pysku i pociągnął zwierzę w stronę miejsca, gdzie stał poprzedniego wieczoru. Kiedy go zawiązywał, usłyszał jak otwierają się drzwi stajni, po chwili zaś usłyszał głos karczmarza.

-Ty psie parszywy, ty złodzieju, koniokradzie jeden -krzyczał karczmarz, biegnąc w stronę Fleance'a. - Zupę zeżre, prześpi się, a w podzięce konia ukradnie, psi syn.
-Odwiązał się...
-Łżeć jeszcze mi będzie, w żywe oczy. Wstydu nie masz. Wynoś się, bo straż zawołam!
Fleance czując, że nie ma się co sprzeczać poszedł wziąć swój miecz i sztylet, ciągle ukryte w sianie.
-Wynocha! - ryknął karczmarz tak głośno, że konie niespokojnie się poruszyły.
-Chcę wziąć swój miecz...
-WYNOCHA! - ryknął karczmarz kolejny raz. - Miecz pewnie też ukradłeś. Wynocha - karczmarz zrobił się tak czerwony, że Fleance postanowił wrócić tu za parę minut, kiedy karczmarza już nie będzie, bał się o jego zdrowie.

Wyszedł z karczmy i chciał obejść stajnię, żeby się schować z tyłu. Nie przeszedł jednak trzech kroków, gdy poczuł dziwne uczucie i usłyszał karczmarza.

-Auu, a co to, do wszystkich demonów, ma znaczyć?!

Fleance postanowił jednak wrócić. Kiedy wszedł z powrotem do stajni, zobaczył karczmarza leżącego na ziemi, z jedną ręką w końskim gównie, prawdopodobnie zostawionym przez czarnego ogiera. Na sianie leżał jego miecz. Podszedł do niego, przewiesił przez plecy i zapiął pas ze sztyletem. Wszystko to robił powoli i spokojnie, rozkoszując się milczeniem karczmarza.
-Żebym cię tu więcej nie widział, bo straż będzie się musiała tobą zająć - krzyknął jeszcze za Fleancem, gdy ten wychodził już ze stajni.

Udał, się w stronę rynku, to znaczy w stronę, w którą udawała się większość ludzi rankiem. Starał się wmieszać w tłum, sam nie wiedząc czemu. Po prostu nie chciał się wyróżniać. Udało mu się to łatwo, zważywszy, że większość mężczyzn nosiła tu bronie.

Kiedy dotarł na rynek od razu poznał ratusz, tak jak mówił karczmarz. Był to wysoki i szeroki budynek, z wieżą wystającą wysoko ponad inne budynki. Gdyby wcześniej spojrzał w niebo, z pewnością by go zauważył. Podszedł bliżej i pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z łatwością. Wszedł do środka i doszedł do schodów. Wszedł na nie i wchodził ciągle do góry, sam nie wiedząc, gdzie się kieruje. Kiedy dotarł do szczytu zauważył kobietę idącą w stronę jednego z pokoi.

-Przepraszam - powiedział. - Szukam burmistrza, muszę z nim porozmawiać.
-W sprawie orków? Proszę za mną.
Okazało się, że kobieta także szła do burmistrza, była bowiem jego pomocniczką we wszelkich sprawach. Wprowadziła go do gabinetu burmistrza i przedstawiła cel jego wizyty.
-Witam - rzekł w końcu burmistrz. - Jestem Jonaos, burmistrz tego miasta. Chcesz więc zająć się orkami? Bardzo to miłe, ale dzieci nie potrzebujemy.
-Nie jestem dzieckiem! - oburzył się Fleance. - Mam dwadzieścia pięć lat.
-No to jesteś dzieckiem, dziękuję.
-Ale Tancerzem Stali zostałem -Fleance nie rezygnował.
-Tancerzem Stali, tak, no pewnie. Może kiedyś.
-Nie wierzy mi pan? - Fleance wyciągnął miecz i sztylet. Na ich widok burmistrz cofnął się z krzesłem.
-Proszę je schować, bo wezwę straż! - powiedział bardzo głośno, mając zapewne nadzieję, że asystentka go usłyszy. Niestety poszła ona właśnie na targ, by kupić potrzebne jej rzeczy.
-Niech się pan nie boi. Kto inny nosiłby taki miecz i sztylet, tak ozdobiony, jeśli nie Tancerz?
-No dobra, może i masz rację. Przyjmę cię, ale schowaj broń - kiedy miecz i sztylet schowały się w pochwach burmistrz zaczął czuć się o wiele pewniej. - Może i jesteś Tancerzem, ale i tak myślę, że nie podołasz temu zadaniu.
-Niech pan pozwoli mi spróbować.
-Dobrze, ale niech twoi rodzice nie mają do mnie pretensji, jeśli zginiesz.
-Moi rodzice zostawili mnie, gdy miałem sześć lat.
-Mniejsza z tym. Orkowie atakują nasze miasto, no może nie do końca miasto, ale utrudniają nam życie.
-Rozmawiałem o tym już z karczmarze w jednej z karczm. Chodzi mi o to, co wiadomo o orkach.
-Tak więc, napadają na bogate karawany, biednych kupców raczej oszczędzają, bo nie ma im czego zabrać. Wszystko zaczęło się, kiedy dwadzieścia lat temu opuściły nas elfy i krasnoludy. Oni trzymali je w ryzach, a my nie możemy dać sobie z nimi rady - mówił szybko i był cały zdenerwowany. Chyba ciągle bał się, że Fleance wyciągnie z powrotem miecz. - Od tego czasu zdarzały się częstsze napaście, ale teraz to już istna plaga! Zawsze dało się ich jakoś przepędzić, ale teraz wydają się być lepiej zorganizowani. Masz się ich pozbyć, a dostaniesz nagrodę. Nie ważne, jak to zrobisz, byle skutecznie. Jeśli przez tydzień nie zdarzy się żadna napaść, to nagroda jest twoja. Nic więcej mi nie wiadomo. Nie wiem, gdzie są, jak są uzbrojeni i takie tam. Masz się ich pozbyć, zrozumiano?

-Dobrze, może pan na mnie liczyć.

Wyszedł na zewnątrz i opuścił budynek. Usiadł na brzegu wielkiej fontanny ustawionej na rynku, służącej teraz jako poidło dla koni.

Zaczął się zastanawiać, jak by wyglądał świat, gdyby elfowie i krasnoludy zostały. Ale ludzie sami się o to prosili. Elfowie byli traktowani jako wiecznie żyjący marzyciele i poeci, krasnoludy zaś były dla nich tylko i wyłącznie górnikami i robotnikami, czasami mogącymi się przydać w ciężkiej bitwie. Gnowy i niziołki także nie były traktowane dobrze. Niziołki służyły tylko w domach bogatych rodów, a ich krainy dawno podbito. Gnomy uważano powszechnie za głupich wynalazców, wierzących, że można latać bez użycia magii i strzelać bronią bez cięciwy. Tyle zdążył się dowiedzieć, a po części domyśleć. Nie dziwił się ich decyzji. Sam by odszedł.

Orkowie jednak zostali, podobnie gobliny, ogry, trolle, a razem z nimi wszystkie inne złe istoty. Okazały się nie takie głupie, za jakie się je powszechnie uważa. Po opuszczeniu tej krainy przez dobre rasy, te złe zaczęły przeważać. Ludzie potrafili się bronić, ale jak to powiedział burmistrz elfowie i krasnoludy trzymali ich na krótkiej lince. Teraz stały się niebezpieczne jak nigdy dotąd, ale ludzie jeszcze tego nie widzą.

Zaczął się zastanawiać, jak odnaleźć orków. Nie miało najmniejszego sensu biegać po lesie i szukać ich jaskini, ani też łazić po trakcie i liczyć, że go napadną. Nie atakowały biednych podróżnych. Jedyną możliwością wydawało mu się przyłączenie się do jakiejś karawany kupieckiej, jak najbogatszej i czekanie na atak.

Poszedł od razu na targ i odszukał tam jakieś bogate stoisko. Padło na handlarzy bronią i innymi odkuwanymi rzeczami, jak sprzączki do pasa, ozdoby i okucia do pochew. Zagadał do nich, pochwalił się bronią, a po chwili już był członkiem ich straży, płacili mu trzy sztuki złota tygodniowo. Całkiem sporo, musieli się naprawdę bać. Resztę straży stanowiło dziesięciu najemników, w tym ich dowódca, w wieku Fleance'a. Reszta była od niego o dobre parę lat młodsza. Wyruszali z miasta za dwa dni, a do tego czasu mógł nocować w wynajętym przez nich lokalu. Wyżywienie musiał sobie załatwić sam, ale przynajmniej zapłacili mu już z góry.

Dni te spędził rozpytując od czasu do czasu po co bogatszych stoiskach o ataki orków. Dwóch handlarzy, z tych, z którymi rozmawiał, było napadniętych. Stracili prawie wszystko i ponieśli wielkie straty. Orkowie zawsze pojawiali się z zaskoczenia, byli przygotowani jak nigdy dotąd i dokładnie wiedzieli, jak mają się zachować. Innymi słowy nie przypominały zwykłych orków. Obaj handlarze twierdzili, że zachowywali się tak, jakby ktoś nimi dowodził, jednak nie było go z nimi.
Kiedy już karawana wyruszyła spodziewał się wszystkiego. Nie wiedział, czy wyjdzie z tego cało, ale jak dotąd zginęło tylko dwóch kupców, którzy nie chcieli się poddać. Cały problem tkwił w tym, że on też nie mógł się poddać, tylko musiał im się przeciwstawić.

Nie odeszli dwudziestu minut do miasta, a już wiedzieli, że zostaną napadnięci. W lesie dało się słyszeć odgłosy skradania, bo orkowie ci, nawet jeśli byli dowodzeni przez naprawdę dobrego przywódcę, to i tak skradali się kiepsko. Co jakiś czas któryś z zielonoskórych wykrzykiwał jakieś przekleństwo w swoim ohydnym języku.

Karawana zatrzymała się, bo ucieczka nie wchodziła w grę. Wozy były za wolne. Najemnicy, wraz z Fleancem wyskoczyli z wozów i ustawili się przed nimi, po tej stronie drogi, z której mieli wyskoczyć orkowie.

Ci też po chwili wyskoczyli, a raczej wypadli na drogę, potykając się o wielki konar, który leżał na samym brzegu drogi. Jeden z nich wpadł głową w kałużę, inny wdepnął w końskie gówno. Rozległy się głośne przekleństwa, tym razem w języku ludzi.

-Oddawać wszystko! - ryknął jeden z nich, kiedy przekleństwa ucichły. - Jak się nie będziecie stawiać, to pożyjecie jeszcze trochę. Jak kto złapie za miecz, to - i tu przejechał palcem po swojej szyi.

Fleance sięgnął po broń. Sztylet w lewej i miecz w prawej ręce prezentowały się tak dobrze, że reszta najemników bez jednego słowa sięgnęła po swoje miecze. Kupcy wyciągnęli kusze z już nałożonymi bełtami.

Orkowie ryknęli głośno, potrząsając bronią, a kilka bełtów poszybowało i utkwiło w czaszkach lub piersiach zielonych przeciwników. Fleance ruszył do przodu.

Przeciął gardło pierwszemu z brzegu orkowi i sztyletem przebił kolejnego, zanim ci się zorientowali, co się stało. Potem zareagowali szybko i zbili się w ciasną kupkę, odwracając się do siebie plecami, tworząc półkole, z tyłu osłonięte lasem.

Najemnicy ruszyli. Jeden z nich wpadł w środek grupy i przeciął dwóch orków, jednemu ciął przez twarz, a drugiemu po piersi. Dwa kwilące ciała padły na ziemię, a po chwili dołączyło do nich trzecie- najemnik.

Ta taktyka nie zdawała egzaminu. Orków zostało jeszcze z piętnastu, podczas gdy tylko dziesięciu najemników. Poprawka, czternastu orków, bo kolejny bełt przeszył ze świstem powietrze, trafiając w szyję orka, który groził karawanie. Kupiec znowu zaczął naciągać kuszę korbą. Chwilę później kolejne dwa bełty z dwóch kusz przebiły dwa orcze ciała. Jeden trafiając w brzuch, drugi w ramię dłoni trzymającej broń ręki. Orkowie nie widząc innego wyjścia ruszyli do ataku. Dwanaście do dziesięciu, pomyślał Fleance ruszając do boju. Może nam się uda.

Przeciął jednego wroga i zablokował cios innego. Sztylet z mieczem idealnie współgrały, błyszcząc w powietrzu szybciej, niż normalny człowiek byłby w stanie zauważać ciosy i parować je. Kolejne dwa ciała padły obok niego z ręki najemników, potem padł kolejny najemnik. Kupcy nie mogli już strzelać z kusz, bo nie dawało się łatwo rozróżniać, który to ork, a który człowiek, tak szybko zmieniała się sytuacja w bitwie.

Orkowie zaczęli przegrywać. Zostało ich już tylko pięciu, podczas gdy najemników było dziewięciu. Jeszcze jeden zginął z ręki przywódcy najemników, a wtedy reszta padła na ziemię, mając chyba nadzieję na ukrycie się miedzy ciałami.

Fleance podniósł jednego z nich na kolana i powiedział do niego:

-Zaprowadzisz mnie do twojego przywódcy, albo zginiesz tu.

Ork wyglądał, jakby rozważał kilka możliwości w swojej głowie, ale ostatecznie wstał i poprowadził Fleance'a w stronę lasu. Ten ostatni kiwnął tylko na karawanę, żeby wrócili do miasta, albo udali się w dalszą podróż. Było mu obojętne, ale lepiej, żeby stąd odjechali.

Ork prowadził go do swojego przywódcy przez gęsty las, gęstniejący z każdą chwilą. Potem trzeba było przedzierać się przez krzaki sięgające kolan. Wreszcie stanęli jednak w kręgu domów, a raczej szałasów, co i tak stanowiło duże osiągnięcie, jak dla orków, zazwyczaj mieszkających w jaskiniach.

Nagle ork, który go tu doprowadził ryknął głośno do swoich towarzyszy, a Fleance dałby sobie rękę uciąć, że nie było to wołanie dowódcy. Sięgnął po broń, i przyłożył miecz do pleców orka, mówiąc mu, żeby ich powstrzymał i zawołał przywódcę. Ork posłuchał, ale i tak z szałasów wypadło przeszło dwudziestu orków, którzy nie byli przyjaźnie nastawieni. Jednak ork, który go tu przyprowadził, zaczął do nich coś szybko mówić, a ci nie zaatakowali. Z namiotu w środku obozu wyszedł ork. Mniejszy od innych o parę centymetrów, trochę mniej brzydki. Zdziwiło to Fleance'a, który zawsze słyszał, że przywódcami band orków zawsze zostaje najsilniejszy osobnik, a ten z pewnością nim nie był.

-Półork, jeśli się dobrze domyślam? - zapytał Fleance, popychając końcem miecza orka stojącego przed nim. - Nie jesteś taki głupi, jak cała reszta, i przez to tak dobrze się zorganizowaliście, mam rację?
-Masz, ale to nic nie zmienia. Nie wyjdziesz stąd żywy.
-Może, ale mam parę pytań. Jak zostałeś ich przywódcą. Nie powiesz mi, że pokonałeś ich poprzedniego wodza.
-Nie, pokonał go mój brat, zupełny ork i potężny, nawet jak na orka. Bardzo mnie polubił, ale jest trochę głupi. Został więc moim ochroniarzem, a ja nimi dowodzę. Jak sam zauważyłeś, nie jestem taki głupi. Dzięki temu żyje nam się tu bardzo wygodnie. I ty tego nie zmienisz.
Machnął ręką, a z tłumu wyszedł najwyższy ork, jaki chyba w ogóle istniał. Miał dużo ponad dwa metry wzrostu i wyglądał na silnego. Ruszył na Fleance'a całą masą swego cielska i machał mieczem na oślep.

Fleance raz odskoczył, parę razy parował ciosy. Były niezwykle silne. Ork wydawał się wcale nie męczyć. Fleance zaś nie miał okazji, aby wyprowadzić swój atak. Starał się wabić orka w różne pułapki, jakich nauczył się podczas treningu u Tancerzy, ale ten machał tylko mieczem nie dając się w nie wciągnąć.

Fleance wpadł jednak na dobry pomysł. Zaczął biegać do okoła. Ork nie wydawał się tym przejmować i raz po raz okręcał się wokół własnej osi. Raz ciął nawet jednego z orków stojących w koło nich. W pewnym momencie ork stracił równowagę i upadł. Od razu jednak zaczął się podnosić i wtedy właśnie stal odcięła jego dłoń, a potem głowę. Krew bryzgnęła na Fleance'a i innych orków, a w tym samym momencie po ziemi poturlała się głowa ich przywódcy.

-Tyle zostało z waszego wodza.

Po tych słowach zauważył, że stoi w środku obozu orków, a właśnie zabił ich najsilniejszego wojownika i wodza. W walce nie miał najmniejszych szans, więc jedynym wyjściem okazał się odwrót. Zaczęło go gonić trzech orków, ale ci szybko zrezygnowali, słysząc odgłosy walki w obozie. Musieli w końcu wybrać nowego przywódcę, a to powinno ich zając. Teraz już z pewnością nie będą tak dobrze zorganizowani. Zajmie im parę miesięcy pozbieranie się z tego, wszystkiego, a mają jeszcze stare łupy, także jeszcze jakiś czas pożyją w spokoju.

Wrócił na trakt. Kiedy wyszedł, zobaczył, że kupcy jeszcze nie odjechali. Nie czekali jednak na niego, ale zajmowali się ciałami. Najpierw wzięli ciała najemników, którzy nie przeżyli spotkania z orkami. Potem ograbili ciała orków i wrzucili je do rowów obok traktów. Dobra broń nigdy nie jest zła, pomyślał Fleance i podszedł do kupca, który go wynajął.

-Teraz nie powinno być już problemów z orkami, przynajmniej na jakiś czas. Nie mają już przywódcy.
-Tak? To świetnie, wreszcie będzie można podróżować normalnie - odetchnął z ulgą. - A co do zapłaty, to masz tu pięć sztuk złota. Za ten tydziń ci już płaciłem, ale to za podziękowanie, walczyłeś za trzech. Bez ciebie musielibyśmy się poddać. Dziękuję.
-Nie ma za co - powiedział Fleance, łapiąc w locie sakiewkę ze złotymi monetami. Za taką sumę mógłby żyć w najlepszym apartamencie przez tydzień, z wyżywieniem i winem.
-Weź też tego konia. Należał do jednego z najemników, którzy zginęli, więc chyba mogę ci go dać. Proszę - podał mu cugle jednego z koni, czarnego ogiera, którego spotkał już w karczmie, a raczej w jej stajni.
-Dzięki, przyda się - wsiadł na konia i jeszcze raz kiwnąwszy głową kupcowi, odjechał.
-Dwa tygodnie minęły, ale nie wywiązałeś się z zadania. Napaści znowu się zaczęły - powiedział burmistrz, uśmiechając się niepewnie.
-Niemożliwe, zabiłem ich przywódcę, na pewno z\nie zdążyły się porządnie zorganizować! - prawie krzyknął Fleance.
-Ale nikt nie mówi o orkach. Teraz napadają ludzie, a raz napadł troll.
-Ale ja miałem się pozbyć orków, a nie trolli.
-Dokładnie pamiętam tamtą rozmowę. Powiedziałem, że dam ci nagrodę, jeśli przez dwa tygodnie nie będzie żadnego ataku czy rabunku. Nie było mowy o orkach.
-Ale kazano mi pozbyć się orków. Nagroda mi się należy.
-Zgodnie z prawem, nie.
Fleance sięgnął po miecz, ale nie zdążył go jeszcze wyciągnąć, a już burmistrz zaczął znowu mówić.
-Zważywszy jednak na to, że odważnie pozbyłeś się orków, dam ci w nagrodę dziesięć sztuk srebra.
-Ile? Za to ledwie napiję się piwa i zjem coś!
-No dobra, z własnej kieszeni dołożę sztukę złota, zadowolony?
-Bez trzech sztuk złota stąd nie wyjdę -powiedział Fleance, znowu sięgając po miecz.
-Dobrze, masz już i wynocha. Najpierw ratujesz miasto przed rozbojami orków, a potem sam robisz rozbój w biały dzień. Idź, bo się rozmyślę i wezwę straż.
Fleance pominął fakt, że nagroda, jaka mu się należała wynosiła pięć sztuk złota. I tak zarobił już dużo.

Pod koniec dnia stał już u bramy siedziby Tancerzy Stali, z wysokości konia widział pałac za murem. Na trawie, pokrytej jeszcze resztkami śniegu ćwiczyli Nowicjusze. Poszedł prosto do pokoju Siwarda. Ten jak zwykle nie odpowiedział na pukanie, więc musiał sam wejść do środka.
-Fleance! - powiedział radośnie. - Jakże się cieszę, że cię widzę. Jak ci poszło?
-Świetnie, zarobiłem sporo, a orków się pozbyłem, przynajmniej na czas, dopóki nie znajdą nowego wodza.
-Opowiedz mi o tym wszystkim.
Kiedy Fleance przedstawił całą sytuację, sięgnął po sakiewkę i położył ją na stole.
-To dla Tancerzy - powiedział.
Swiard wziął sakiewkę i wyciągnął z niej pięć sztuk złota. Resztę rzucił Fleance'owi.
-Tyle wystarczy, nie potrzebujemy znowu tak dużo - powiedział. - Zresztą reszta ci się przyda. Słyszałem od starszych Tancerzy Stali, że na połyudniu dzieje się coś niedobrego. Może chciałbyś to zbadać, bo sprawa nie powinna być niezwykle trudna.

Koniec


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony