|
Bajkopisarze i wierszokleci |
Tancerze Stali |
-Chcę się do was przyłączyć - powiedział młody, długowłosy chłopak, wyglądający
na silnego i zręcznego. - Chcę być jednym z was. Zamknęły się za nim drewniane drzwi z mosiężnymi klamkami i takimiż okuciami. Znalazł się za upragnionym murem. Wokół roztaczał się ogród, zajmujący większą część ogrodzonego terenu. Rosło tam wiele drzew, wszędzie rosła trawa. W różnych miejscach stały kuźnie, co można było poznać po kłębach szarego dymu unoszącego się z kominów i odgłosach młota kowalskiego uderzającego o kowadło. Wśród drzew znalazło się parę par trenujących walkę, kilka osób medytowało. Nikt zdawał się nie zauważać jego wejścia. Postąpił, parę kroków ścieżką, starając się sprawiać jak największy hałas, szurając nogami po kamieniach. Po chwili przystanął i głośno odkaszlnął. Nie było żadnego skutku. Zaczął iść dalej w stronę wielkiego budynku w centrum. Był on rzeczywiście podobny do pałacu. Wszędzie pełno było okien, wiele uchylonych. W środku musiało być jasno jak na dworze. Budynek miał trzy piętra i dach spadzisty, pokryty czerwonymi dachówkami. Z każdego piętra wyrastały balkony z ozdobnymi balustradami. Wszystko to sprawiało raczej wrażenie podmiejskiego domku bogatych rodów, którym kiedyś w rzeczywistości mogło być. Główne drzwi były uchylone tak, że bez trudu można było przejść. Od razu po wejściu zauważył młodego chłopaka idącego korytarzem z książką, w którą się zaczytywał. Odwrócił się, czując, że ktoś na niego patrzy. -Słucham? - zapytał Drzwi, do których go skierowano były wielkie, z ciemnego drewna. Zdobiły je liczne słoje układające się w tajemnicze i piękne wzory. Zdołał się im dokładnie przyjrzeć, zanim odważył się zapukać. Nikt nie odpowiedział. Po chwili znowu zapukał. Kiedy znowu nie doczekał się odpowiedzi uchylił je lekko i wszedł do środka. Wystrój wnętrza pokoju, do którego wszedł był skromny. Pod ścianą stał stojak na broń, a na nim trzy miecze, obok na osobnym stojaku wspierał się topór dwustronny. Wszystkie te bronie posiadały swoje nazwy wyryte na nich zdobnymi literami, których jednak mimo wysiłków nie był w stanie odczytać. Przy przeciwległej ścianie stał regał z książkami, podobnie przy ścianie naprzeciw wejścia, obok wielkiego, lekko uchylonego okna. Po całym, sporym pomieszczeniu porozstawiane były okrągłe stoliki i pojedyncze krzesła przy nich. Przy jednym ze stolików siedział młody, jasnowłosy mężczyzna o niebieskich oczach szybko przebiegających ponad kolejnymi linijkami drobnego, odręcznego tekstu książki. Był dobrze zbudowany i z pewnością wysoki. U pasach miał przywieszony długi, cienki miecz, przystosowany raczej do pchnięć i szybkich, delikatnych cięć, niż do twardej walki i blokowania ciosów. Z pewnością pozwalał na wyprowadzenie ciosu i uniknięcie ataku przeciwnika, jeśli zdołał takowy wyprowadzić. Mężczyzna podniósł oczy znad czytanego tekstu słysząc zamykane drzwi. Na jego spokojnej twarzy pojawił się uśmiech, mały i przyjazny. -Nie znam cię, musisz być nowy. Inni do mnie nie przychodzą - uśmiechnął się szerzej. - Usiądź, musimy porozmawiać. Nieśmiało wszedł do środka i przysunął sobie krzesło z najbliższego stolika, na którym usadowił się po przeciwnej stronie niż mężczyzna. Nie wiedział, czego się teraz spodziewać. -Nie denerwuj się, zawsze tak postępuję. Ja jestem Siward, a ty...? Wyszedł z pokoju nieco zdziwiony. Przez te kilka minut, jakie tam spędził powiedział zaledwie jedno słowo. Postanowił jednak zaufać Siwardowi, generałowi Tancerzy Stali i zrobić wszystko tak, jak radził. Nie miał nic do stracenia. "Ciekawiło go, czy każdego tak witali?" - pomyślał. Wyszedł przed pałacyk i rozejrzał się za jakimś cienistym zakątkiem, a po chwili szedł już w stronę rozłożystego dębu pod samym murem. Usiadł w jego cieniu krzyżując nogi, plecami oparł się o chropowaty pień, a ręce położył luźno na trawie. Przez chwilę myślał, jaka powinna być jego broń, jaka do niego pasuje. Przymknął powieki i myślał. Co chwilę do jego głowy błądziły różne inne myśli, jak na przykład to, czy dobrze wybrał przyłączając się do Tancerzy Stali, jak będzie tu żył, czy to wytrzyma. Odpędzał je jednak i starał się z całych sił skoncentrować na broni. Miecz, bo topór nie wchodził dla niego w grę, powinien być długi, dwusieczny. Uważał jednak, że to zbyt tradycyjne, a on chciał czegoś innego. Chciał się czymś wyróżniać. Końcówka, sam sztych miecza. Nie będzie zwykły. Musi się czymś różnić... Będzie długi, dużo dłuższy i zakrzywiony. Trochę szerszy niż reszta miecza, przystosowany raczej do szybkich i śmiertelnie ostrych cięć, niż do sztychów. Ale takim będzie się źle broniło, nie będzie mógł być taki gruby, jak zwykłe miecze. Złamał by się przy bloku silniejszego ciosu. Potrzebne jest coś innego, czym dałoby się parować ciosy. Nie może to być tarcza, zbyt ograniczała ruchy i byłą za ciężka, by szybko się z nią poruszać, za duża, by ją ukryć. Sztylet, to będzie idealne. Trochę dłuższy niż zwykle, jakieś trzydzieści centymetrów, trochę szerszy i cięższy, tak by się nie złamał. Zasnął, a w głowie kłębiły mu się dziesiątki myśli. Śnił o sobie takim, jakim chciałby być, z długim mieczem w jednej i sztyletem w drugiej ręce. Świetny szermierz, z którym nikt nie może się równać. Spał, aż słońce zaszło i pokazał się księżyc. Jasno rozświetlał ogród, było blisko pełni. -Obudź się, już późno - ktoś szarpał go za ramię usiłując obudzić ze snu. - Chodź do środka, bo zmarzniesz na kość. Noce są już chłodne. Wstał, nie do końca wiedząc, gdzie się znajduje. Wszystko przychodziło z oddali, z ociąganiem. Poszedł jednak posłusznie za głosem, koncentrując się na tym, żeby nie upaść. Wprowadzono go do pałacu, tym razem poszedł jednak na prawą stronę i schodami do góry, na drugie piętro. Cały czas kierował się za swoim przewodnikiem. W końcu przeszedł za drzwi, takie same jak na parterze i znalazł się w rozległym pokoju z porozstawianymi łóżkami. -Tam pod oknem jest twoje łóżko. W kufrze możesz zostawić wszystkie swoje
rzeczy. Będą tam bezpieczne. Chłopak, który go tu przyprowadził zniknął mu z oczu. Fleance dopiero teraz przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Skierował się do swojego łóżka, jedynego wolnego w pokoju. Mimo, że słońce musiało zajść niedawno, wszystkie łóżka były już pozajmowane. Nieliczni czytali jakieś książki przy lampkach oliwnych, większość spała. Widocznie dni mieli tu na prawdę męczące. Nie spodziewał się, że jest aż tylu wśród Tancerzy Stali jest aż tylu Nowicjuszy, bo tak ich nazywano według tego, co mówiono w mieście. Rozebrał się do snu i wszystkie rzeczy schował do kufra. Na sam spód wrzucił sakiewkę z pieniędzmi, a raczej resztą pieniędzy, jaka mu pozostała. Mimo wszystko wolał nie kusić losu, choć nie spodziewał się, by ktoś mógł go okraść. Gdy opadł na łóżko prawie od razu zasnął. Zdążył się jeszcze tylko przykryć kocem. Wrócił do swych marzeń. Rano obudziły go promienie słońca wpadające przez szeroko otwarte okno. Mimo jesieni na zewnątrz było ciepło, a do środka wpadł podmuch ciepłego powietrza. Prawdopodobnie był to ostatni ciepły dzień przed przyjściem pogody deszczowej i chłodnej. Potem przyjdzie zima i przyniesie śnieg. Czuł się trochę dziwnie będąc w prawie nieznanym mu miejscu. Znowu ogarnęły go wątpliwości, czy dobrze zrobił zostając Nowicjuszem Tancerzy Stali. Nie wiedział, jak dobrze potrafili walczyć inni Nowicjusze. Nie chciał okazać się beztalenciem. Nie wiedział, jak długo tu wytrzyma. Gdy tak leżał pełen wątpliwości poczuł, że nie jadł wczoraj kolacji. Żołądek miał pusty. Wstał i ubrał się z zamiarem znalezienia kuchni lub jadalni. Rozejrzał się po pokoju. Był ostatnim, który wstał, słońce było już wysoko. Zdziwił się trochę, że nikt go nie obudził. Pościelił łóżko i starannie poskładał rzeczy w swoim kufrze. Starał się jak najbardziej przedłużyć czas, jaki musi spędzić w sypialni, mając nadzieję, że ktoś tu wejdzie i będzie mógł go o wszystko zapytać. Podszedł do okna i wychylił się za nie. Niebo było jasne i tylko parę chmur, nie zwiastujących deszczu, błąkało się po nim. Na dole ujrzał kilka trenujących par, z kominów kuźni wzbijały się kłęby szarego dymu. -Muszę stąd kiedyś wyjść - powiedział sam do siebie i ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł an zewnątrz i skierował się na parter, rozglądając się na boki, mając nadzieję na zobaczenie kogoś lub czegoś, dzięki czemu mógłby się dowiedzieć, gdzie można coś zjeść. Kiedy znalazł się na parterze zobaczył uchylone drzwi. Podszedł do nich i zerknął przez szparę do środka. Zobaczył parę półek i kilka noży zawieszonych na ścianie. Nikogo tam nie było, ujrzał jedynie jabłko stojące na stole. Podszedł i zaczął się zastanawiać, czy może je zjeść. Był bardzo głodny. -Nowy? - zapytał głos z tyłu. Fleance gwałtownie się odwrócił chowając
ręce za siebie, by nikt nie pomyślał, że już prawie chciał wziąć jabłko
od ręki. Teraz był już przekonany co do swojej decyzji. Wiedział, że tak już pozostanie. Będzie jednym z nich, jego też kiedyś nazwą Tancerzem. Będzie jednym z najlepszych. Wyszedł na zewnątrz i odetchnął głęboko. Skierował się do jednej z kuźni, wybranej na chybił- trafił. Wszedł do środka przez uchylone drzwi i zobaczył tego samego mężczyznę, z którym rozmawiał w kuchni. Tym razem miał włosy związane z tyłu i założony gruby, skórzany fartuch, chroniący przed żarem paleniska, który wypełniał całą kuźnię. Mężczyzna właśnie odłożył ciężki młot kowalski i trzymając odkuta stal w długich szczypcach włożył ją do wiadra z wodą. Buchnęła para, stal zasyczała i zaczęła stygnąć. Fleance oparł się o drzwi obserwując pracę mężczyzny. Wiedział już, czemu mimo swego wieku mężczyzna miał ciągle mocne ręce i twarde mięśnie. Nie przestał pracować. Mężczyzna uważnie obejrzał ostrze i włożył je z powrotem w rozżarzone węgle. Odwrócił się w stronę drzwi i przeciągnął. Dopiero po chwili zauważył Fleance'a stojącego w cieniu. -Ach, to ty - powiedział, uśmiechając się. - Chcesz odkuć swoją broń?
Za chwilę skończę i kuźnia będzie do twojej dyspozycji. Poczekał, aż mężczyzna skończy swoją pracę, a potem wszedł głębiej stając obok kowadła i nie wiedząc, co robić. -Weź ten stalowy pręt i włóż go między węgiel. Pośpiesz się, nie mam całego dnia. Teraz weź te szczypce i młot. Gdy pręt będzie czerwony wyciągnij go szczypcami, połóż an kowadle i ciągle przytrzymując go szczypcami wal w niego młotem. Pilnuj, by kuć równo i nie obracaj prętem na wszystkie strony. Miecz ma tylko dwa ostrza. Kuj najpierw jedną, potem drugą stronę. Miecz ma być płaski, nie powyginany we wszystkie strony. Potem do wody i znowu do żaru. I tak dalej, aż będziesz zadowolony. Zrozumiałeś? -Tak, chyba - odpowiedział zmieszany szybkim nauczaniem kowalstwa. Nie
tego się spodziewał. Kiedy po paru godzinach wyszedł z kuźni wcale nie był zadowolony ze swojego pierwszego miecza. W niczym nie przypominał on tego, o czym myślał. Zagięty sztych w ogóle nie nadawał się do cięcia, a cały miecz był strasznie powyginany. Obawiał się, że z jego nauki może jednak nic nie wyjść. Poszedł z powrotem do kuźni i nie wychodził z niej aż do wieczora , jeśli
nie liczyć krótkiej przerwy na obiad, którą stanowiły tym razem dwa jabłka,
w które obfitowała teraz kuchnia. Często korzystał z ich rad, przez co jego dzieło coraz bardziej przypominało wymarzony miecz. Sztylet okazał się mniejszym wyzwaniem i po trzech tygodniach trzymał go już w dłoni i był z niego zadowolony. Przypominał miniaturę miecza, był długi na trzydzieści trzy centymetry, w tym rękojeść, która owinięta była skórą, na którą wydał swoje ostatnie pieniądze. Skóra ta świetnie trzymała się ręki, nie wyślizgiwała się, z o to mu chodziło. Był mocny i wytrzymały, a także nieźle wyważony. Walczyło mu się nim niezwykle dobrze. Miecz, by można go tak było nazwać bez oszukiwania samego siebie był o wiele większym wyzwaniem. Kiedy sztylet spoczywał już w kufrze owinięty w delikatny materiał, Fleance długo pracował nad mieczem. Ciągle coś mu w nim nie pasowało, mimo iż wszyscy wokół mówili, że jak na pierwszą broń jest piękny i dobry, że potem może go przekuć. Fleance ciągle chciał go ulepszać. Chciał, żeby był piękniejszy, bardziej wyważony, sztych był dokładnie taki, jakim go sobie wyobraził. Przyszedł jednak dzień, kiedy stwierdził, że jest z niego zadowolony. Nie był nim zachwycony, powiedział sobie jednak, że już dość długo nad nim pracuje i w najgorszym wypadku szybko go przekuje. Jednak pierwsze trzy osoby, które go zobaczyły idącego z nim do pałacu nie do końca chciały uwierzyć, że to jego pierwsza broń. Miecz był naprawdę piękny. Głowicę miał w kształcie kwiatu róży, specjalnie ją zamówił u złotnika biegłego w takich rzeczach, a by za nią zapłacić, musiał przez tydzień sprzątać w dwóch oborach przy karczmach. Rękojeść owinął tą samą skórą, której użył przy oprawianiu sztyletu. Wzdłuż ostrza wygrawerował pnący się krzak róży, obiecując sobie w duchu, że za każdym razem, gdy nauczy się czegoś ważnego, wygraweruje tam jeden kwiat. Był z niego zachwycony. Mimo późnej pory wrócił do sypialni tylko na krótką chwilę, potrzebną na wydobycie sztyletu ze skrzyni i od razu wyszedł kierując się w stronę pokoju generała Siwarda. Przez te parę miesięcy, jakie tu spędził poznał dokładnie cały pałac, wielokrotnie po nim wędrując. Wiedział gdzie mają swoje pokoje najważniejsi ludzie spośród tej placówki Tancerzy. Zapukał i nie czekał na odpowiedź, tylko otworzył drzwi i wszedł do środka. Był zbyt podekscytowany, by czekać. Naprzeciwko drzwi stał stół, zazwyczaj zastawiony książkami. Teraz książki powróciły na regały, na stole zaś był położony miecz, którego czyszczeniem zajmował się właśnie Siward. -Ach, Fleance - powitał go. - Co cię do mnie sprowadza? Wyciągnął obie bronie i podał ej generałowi. Ten najpierw wziął sztylet, któremu bacznie się przyjrzał, potem sięgnął po miecz. Fleance'owi wydawało się, że ogląda go całe wieki, choć w rzeczywistości przyglądał się mu może przez dwie minuty. Chciał poprosić go, żeby się pośpieszył, ale nie chciał go popędzać, wiedział, że tak nie wypada. Siward uważnie obejrzał różę, potem sprawdził rękojeść, przejechał kciukiem po ostrzu. Uważnie obejrzał krzak róży. -Czemu akurat róża? - zapytał w końcu. -Już jesteś? - zapytał Siward widząc Fleance'a w drzwiach swojego gabinetu
wczesnym rankiem. - Zresztą rozumiem cię. Też byłem podekscytowany moim
własnym Rytuałem Związania. Takie coś można przeżyć tylko raz. -Rytuał Związania to najważniejsze wydarzenie w życiu każdego Tancerza Stali. Polega to na magicznym połączeniu twojej duszy i miecza. Od tej chwili miecz będzie cię słuchał. Przy małym treningu będziesz w stanie przywołać miecz do siebie. Prawie niemożliwe stanie się, by ktoś ci go zabrał lub użył go, czy nawet dotknął miecza lub sztyletu bez twojej zgody i wiedzy. Zawsze będziesz wiedział, gdzie twoja broń jest, tak jak zawsze wiesz, gdzie jest twoja ręka. Będzie częścią ciebie. Nie będziesz mógł go zmienić na inną broń, bo straciłbyś część samego siebie, kawałek swojej duszy. Po pewnym czasie byś zwariował. Dlatego decyzja, czy będziesz Tancerzem Stali zapadnie teraz. Czy chcesz być jednym z nas. Wiesz jak wygląda nasze życie, dużo o nim słyszałeś. Więc... ? -Tak - odpowiedział Fleance pewny swej decyzji. Wiedział, że ich życie
jest niebezpieczne, dużo słyszał od starszych kolegów, ale nigdy nie odwiodło
go to od decyzji zostania Tancerzem. Siward wstał, a Fleance razem z nim. Zabrał swoją broń i udał się za Siwardem. Zeszli na parter i wyszli na zewnątrz. Fleance'a zaskoczyła obecność
Angusa i kilku innych starszych Tancerzy Stali. Oprócz nich było tam też
trzech czarodziejów, rozpoznawalnych po długich togach i wielkim symbolu
Ynny, bogini magii, zawieszonym na szyi każdego z nich. Czarodzieje ustawili się, każdy pod jednym z drzew. Wokół panowała niezwykła cisza, mącona jedynie cichym szmerem potoku, którego jednak nigdzie nie było widać. -Stój nad swoją bronią i myśl tylko o tym, jak się nad nią napracowałeś - powiedział Siward nachylając się do ucha Fleance'a, starając się jednocześnie nie przekroczyć granicy kręgu. - Nie rób gwałtownych ruchów i bądź spokojny. Nie bój się, każdy Tancerz Stali przeszedł coś takiego. Fleance kiwnął głową na znak, że rozumie. Stanął tuż obok swojej broni i myślał o niej. Przypominał sobie każdą chwilę, jaką spędził nad jej wykonaniem. Pomoc Angusa, liczne rady Nowicjuszy i Tancerzy Stali, wszystkie chwile załamania i szczęście, jakie go ogarnęło, kiedy zakończył pracę. Troje czarodziejów zaczęło swoje inkantacje wyciągając przed siebie ręce. Jeszcze bardziej starał się skoncentrować na swojej broni, która zaczęła lekko drżeć i błyszczeć, jakby nie tylko odbijała światło słońca, ale świeciła też własnym blaskiem. Mimo, że była zima i wszędzie na zewnątrz leżał śnieg, to na tej polance było ciepło. Tak mu się wydawało na początku. Teraz poczuł, jak mroźny wiatr przebija się przez jego ubranie, docierając do skóry i przedzierając się w głąb, do kości. Inkantacje ciągle rozbrzmiewały jednostałym tonem, a głos rozbrzmiewał potrojony, bo z gardeł trzech czarodziejów. Po paru minutach trzy postacie umilkły. Równocześnie Fleance poczuł straszliwe zmęczenie. Nogi się pod nim ugięły i o mało nie upadł. Poczuł, że ktoś go trzyma pod pachami. Odwrócił powoli wzrok i zobaczył Angusa i jeszcze jednego z Tancerzy. Teraz był jednym z nich. Osiągnął to, spełnił swój cel. Nie okazał się bezwartościowym, jak z początku myślał. Prawdę powiedziawszy czuł się dumny, ze okazał się lepszy od wielu innych. Rzadko który Nowicjusz miał odkutą tak dobrą broń, jak jego, po tak krótkim czasie, niespełna trzech miesiącach. Jego miecz był zgodny z jego wyobrażeniem. Idealnie leżał w dłoni, świetnie ciął. Sztylet również mu nie ustępował. A teraz stał się częścią tej broni, a ona stała się częścią jego samego. Poczuł, jak zamykają mu się oczy, powieki były zbyt ciężkie, by utrzymać je w górze. Po chwili obudził oczy i zobaczył, że jest wnoszony do pałacu przez Tancerzy Stali. Powieki znowu mu opadły, tym razem na dłużej. Kiedy się obudził podniósł się na rękach i rozejrzał się po sypialni. Obok niego postawiono mały stolik, na którym leżały jego miecz i sztylet. Ktoś jednak włożył je w piękne pochwy. Były całe czarne, z wymalowanymi na nich różami z kolcami. Z jednego z tych kolców spadała właśnie kropla krwi. Metalowe okucia pochew wydawały się wykonane ze srebra. Fleance wyciągnął rękę i sięgnął po broń. Gdy tylko dotknął sztyletu poczuł jego delikatne drżenie w dłoni, podobnie zachowywał się miecz. Przełożył je na łóżko i wyciągnął z pochew. Miecz i sztylet wydawały się jeszcze lepiej pasować do jego dłoni. Reagowały na samą myśl o ruchu, cięły dokładnie tam, gdzie chciał je skierować. Poruszały się zanim zdążył jeszcze napiąć jakikolwiek mięsień. Znowu poczuł euforię. Zrozumiał w pełni, na czym,m polegał Rytuał Związania. Tego nie dało się wytłumaczyć słowami. On wiedział gdzie jest miecz, a miecz rozumiał, czego od niego oczekuje. Sztylet także wiedział dokładnie, gdzie ma się znaleźć by zablokować cięcie wyimaginowanego przeciwnika. A jego miecz ciął, raz rozcinając płynnie tętnicę na szyi, innym razem wypruwając wnętrzności z ciała. Trafiał w ścięgna trzymającej broń ręki, tak, że stawała się bezużyteczna, potrafił nawet odciąć głowę jednym cięciem. Stoczył wiele bojów, wielu wrogów padło trupem przed ostrzem jego miecza, aż wrócił do rzeczywistości i włożył broń do pochew, podziwiając je po raz kolejny. Poczuł głód, zupełnie jak pierwszego dnia, kiedy także obudził się w pustej sypialni. Tym razem wiedział jednak dokładnie, gdzie się udać i co chce zjeść. Zszedł więc do kuchni i przygotował sobie jajecznicę, taką samą jak owego dnia, trzy miesiące temu. Posprzątał po sobie i wyszedł na dwór, szczelniej otulając się płaszczem, by uchronić się przed zimnem. Tym razem wszystkie ćwiczące pary go zauważyły. Odwrócili się w jego stronę i patrzyli z mieszanką zazdrości i uznania. Ich bronie również były dobre, ale nie mogły się równać z jego mieczem. Wszyscy z nich walczyli długim mieczem, czasami z tarczą, częściej jednak trzymali miecz w obu rękach. Podszedł do jednej z par i poprosił o krótką walkę. Dawno już nie walczył, ale czuł, że teraz mógłby pokonać każdego. Następny miesiąc spędził na walkach i treningu. Chciał jak najlepiej poznać swoją broń, jak najlepiej ją zrozumieć, co oznaczało zrozumienie samego siebie. Jak się okazało, nie było to łatwą rzeczą. Nauczył się jednak wyczuwać dokładne miejsce, gdzie znajduje się broń, ale nie mógł jej przywołać. Co najwyżej wprawić w lekkie drżenie i tylko wtedy, gdy był blisko. Po tym miesiącu uznał, że należy mu się już jeden kwiat róży, który tez skwapliwie wygrawerował na ostrzu swojej broni. Tego samego wieczoru, k9iedy zakończył prace nad kwiatem róży i jako ostatni jadł kolację, poczuł, że do kuchni ktoś wszedł i uważnie go obserwował. Odwrócił się i zobaczył Siwarda stojącego w drzwiach. -Chciałem z tobą porozmawiać - powiedział od Fleance'a, kiedy ten powitał
go. Kiedy zamknęła się za nim brama, ta sama, przez którą wkroczył do świata Tancerzy Stali, zaczął zastanawiać się, jak dostanie się do miasta o którym mówił Siward. Miało być o jeden dzień pieszej drogi, ale pewnie liczono to w słoneczny i ciepły dzień, a nie w deszczowy i chłodny wiosenny poranek. Udał się do wschodniej bramy, mając nadzieję, że trafi na kogoś, kto
akurat będzie jechał w stronę Infrar, bo tak nazywało się owe miasto.
Fleance zwiedził już część świata, kiedy był jeszcze najemnikiem i służył
wielu panom. W tamtym mieście jednak jeszcze nigdy nie był. Przez plecy miał przewieszony miecz, a u pasa przywieszony sztylet. Idąc przez miasto ściągał na siebie spojrzenia zdziwionych jego obecnością nielicznych przechodniów. Dotarł do brami i rozejrzał się. W pobliżu nie było żadnego wozu, ani
nikogo, któ kierował by się w tamtą stronę. Fleance im się nie dziwił.
Pogoda nie była najlepsza do podróży. Drogi były rozmokłe, wszędzie były
kałuże, z nieba padał rzęsisty deszcz i wiał przeraźliwie zimny wiatr. Po kilu godzinach marszu traktem usłyszał za sobą rżenie konia i chlupot kół na mokrej drodze. Po chwili wóz podjechał do niego, a z niego dało się słyszeć wołanie. -Panie, może siądziecie na wóz. Schowacie się przed deszczem, a i mi
przyda się towarzysz podroży - wołał woźnica. - No to jak? Siadacie? Gdy dojechali na miejsce podziękował jeszcze raz za podwiezienie i szybko się oddalił. Deszcz przestał padać, ale zaczynało się ściemniać, prawdopodobnie przez grubą warstwę chmur, które zaległy na niebie. On jednak nie miał pieniędzy na nocleg. Mimo to skierował się do karczmy, której szyld zobaczył na końcu ulicy. Tam pewnie będzie mógł zorientować się, o co chodzi z tymi atakami orków. Ich nikt nie chciał zaatakować. Ian też ani jednym słowem nie wspomniał o niebezpieczeństwie. Wszedł do karczmy i podszedł do baru. W środku było sporo osób, jak to zazwyczaj wieczorami w karczmach, niezależnie w którym mieście i co się wokół działo. Wokół rozbrzmiewały śmiechy i wesołe rozmowy. Nie czuło się atmosfery strachu i niebezpieczeństwa, jaka zazwyczaj towarzyszyła miastom i ludziom, których życie i rodzina były w niebezpieczeństwie. Karczmarz zauważył go i podszedł do niego, wycierając bar białą szmatą. -Co podać? - zapytał uprzejmym tonem. Karczmarz zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni, a po chwili wyszedł, trzymając w ręku miskę ciepłej zupy. Podszedł do schodów i zaczął wchodzić na górę, szybciej niż wskazywałaby na to jego tusza. Fleance poszedł za nim. Karczmarz wprowadził go do pokoju przez cienkie drzwi z jasnego drewna, zupełnie inne, niż te, które Fleance oglądał tyle razy w pałacu. Karczmarz pokazał mu, by usiadł przy stole i sam usadowił się naprzeciw niego, podając mu łyżkę i miskę z zupą. -W taką pogodę nie godzi się nikogo zostawić głodnego, nawet jeśli nie
ma pieniędzy - powiedział. - O co chcecie zapytać? W stajni nie było wielu zwierząt, tylko cztery konie. Jeden z nich, czarny ogier stojący najbliżej wejścia, zarżał głośno, widząc go w drzwiach. Fleance podszedł do niego i pogłaskał go między uszami i po grzywie, tak długo, aż się uspokoił. Znowu przypomniały mu się czasy, gdy był mieczem do wynajęcia. Wtedy też nie rzadko pracodawcy zapewniali mu konia, raz miał nawet swojego, zdobytego na jakimś rozbójniku, ale szybko zdechł ze starości. Wtedy też niektórzy pracodawcy oferowali jedynie spanie w stajni, ze zwierzętami, ale jemu to nie przeszkadzało. Wciągnął powietrze nosem i poczuł zapach świeżego siana. Bardzo lubił ten zapach. Był wykończony, wic od razu zdjął z pleców miecz i odpiął pas, ze sztyletem
i ukrył je w wielkiej kupie siana. Sam położył się obok i przykrył aż
po szyję pachnącą, wysuszoną trawą. -Odwiązałeś się, tak - powiedział i podrapał go po pysku. - Lepiej cię przywiążę z powrotem, bo jeszcze uciekniesz. Wstał i złapał za uprząż tuż przy pysku i pociągnął zwierzę w stronę miejsca, gdzie stał poprzedniego wieczoru. Kiedy go zawiązywał, usłyszał jak otwierają się drzwi stajni, po chwili zaś usłyszał głos karczmarza. -Ty psie parszywy, ty złodzieju, koniokradzie jeden -krzyczał karczmarz,
biegnąc w stronę Fleance'a. - Zupę zeżre, prześpi się, a w podzięce konia
ukradnie, psi syn. Wyszedł z karczmy i chciał obejść stajnię, żeby się schować z tyłu. Nie przeszedł jednak trzech kroków, gdy poczuł dziwne uczucie i usłyszał karczmarza. -Auu, a co to, do wszystkich demonów, ma znaczyć?! Fleance postanowił jednak wrócić. Kiedy wszedł z powrotem do stajni,
zobaczył karczmarza leżącego na ziemi, z jedną ręką w końskim gównie,
prawdopodobnie zostawionym przez czarnego ogiera. Na sianie leżał jego
miecz. Podszedł do niego, przewiesił przez plecy i zapiął pas ze sztyletem.
Wszystko to robił powoli i spokojnie, rozkoszując się milczeniem karczmarza. Udał, się w stronę rynku, to znaczy w stronę, w którą udawała się większość ludzi rankiem. Starał się wmieszać w tłum, sam nie wiedząc czemu. Po prostu nie chciał się wyróżniać. Udało mu się to łatwo, zważywszy, że większość mężczyzn nosiła tu bronie. Kiedy dotarł na rynek od razu poznał ratusz, tak jak mówił karczmarz. Był to wysoki i szeroki budynek, z wieżą wystającą wysoko ponad inne budynki. Gdyby wcześniej spojrzał w niebo, z pewnością by go zauważył. Podszedł bliżej i pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z łatwością. Wszedł do środka i doszedł do schodów. Wszedł na nie i wchodził ciągle do góry, sam nie wiedząc, gdzie się kieruje. Kiedy dotarł do szczytu zauważył kobietę idącą w stronę jednego z pokoi. -Przepraszam - powiedział. - Szukam burmistrza, muszę z nim porozmawiać. -Dobrze, może pan na mnie liczyć. Wyszedł na zewnątrz i opuścił budynek. Usiadł na brzegu wielkiej fontanny ustawionej na rynku, służącej teraz jako poidło dla koni. Zaczął się zastanawiać, jak by wyglądał świat, gdyby elfowie i krasnoludy zostały. Ale ludzie sami się o to prosili. Elfowie byli traktowani jako wiecznie żyjący marzyciele i poeci, krasnoludy zaś były dla nich tylko i wyłącznie górnikami i robotnikami, czasami mogącymi się przydać w ciężkiej bitwie. Gnowy i niziołki także nie były traktowane dobrze. Niziołki służyły tylko w domach bogatych rodów, a ich krainy dawno podbito. Gnomy uważano powszechnie za głupich wynalazców, wierzących, że można latać bez użycia magii i strzelać bronią bez cięciwy. Tyle zdążył się dowiedzieć, a po części domyśleć. Nie dziwił się ich decyzji. Sam by odszedł. Orkowie jednak zostali, podobnie gobliny, ogry, trolle, a razem z nimi wszystkie inne złe istoty. Okazały się nie takie głupie, za jakie się je powszechnie uważa. Po opuszczeniu tej krainy przez dobre rasy, te złe zaczęły przeważać. Ludzie potrafili się bronić, ale jak to powiedział burmistrz elfowie i krasnoludy trzymali ich na krótkiej lince. Teraz stały się niebezpieczne jak nigdy dotąd, ale ludzie jeszcze tego nie widzą. Zaczął się zastanawiać, jak odnaleźć orków. Nie miało najmniejszego sensu biegać po lesie i szukać ich jaskini, ani też łazić po trakcie i liczyć, że go napadną. Nie atakowały biednych podróżnych. Jedyną możliwością wydawało mu się przyłączenie się do jakiejś karawany kupieckiej, jak najbogatszej i czekanie na atak. Poszedł od razu na targ i odszukał tam jakieś bogate stoisko. Padło na handlarzy bronią i innymi odkuwanymi rzeczami, jak sprzączki do pasa, ozdoby i okucia do pochew. Zagadał do nich, pochwalił się bronią, a po chwili już był członkiem ich straży, płacili mu trzy sztuki złota tygodniowo. Całkiem sporo, musieli się naprawdę bać. Resztę straży stanowiło dziesięciu najemników, w tym ich dowódca, w wieku Fleance'a. Reszta była od niego o dobre parę lat młodsza. Wyruszali z miasta za dwa dni, a do tego czasu mógł nocować w wynajętym przez nich lokalu. Wyżywienie musiał sobie załatwić sam, ale przynajmniej zapłacili mu już z góry. Dni te spędził rozpytując od czasu do czasu po co bogatszych stoiskach
o ataki orków. Dwóch handlarzy, z tych, z którymi rozmawiał, było napadniętych.
Stracili prawie wszystko i ponieśli wielkie straty. Orkowie zawsze pojawiali
się z zaskoczenia, byli przygotowani jak nigdy dotąd i dokładnie wiedzieli,
jak mają się zachować. Innymi słowy nie przypominały zwykłych orków. Obaj
handlarze twierdzili, że zachowywali się tak, jakby ktoś nimi dowodził,
jednak nie było go z nimi. Nie odeszli dwudziestu minut do miasta, a już wiedzieli, że zostaną napadnięci. W lesie dało się słyszeć odgłosy skradania, bo orkowie ci, nawet jeśli byli dowodzeni przez naprawdę dobrego przywódcę, to i tak skradali się kiepsko. Co jakiś czas któryś z zielonoskórych wykrzykiwał jakieś przekleństwo w swoim ohydnym języku. Karawana zatrzymała się, bo ucieczka nie wchodziła w grę. Wozy były za wolne. Najemnicy, wraz z Fleancem wyskoczyli z wozów i ustawili się przed nimi, po tej stronie drogi, z której mieli wyskoczyć orkowie. Ci też po chwili wyskoczyli, a raczej wypadli na drogę, potykając się o wielki konar, który leżał na samym brzegu drogi. Jeden z nich wpadł głową w kałużę, inny wdepnął w końskie gówno. Rozległy się głośne przekleństwa, tym razem w języku ludzi. -Oddawać wszystko! - ryknął jeden z nich, kiedy przekleństwa ucichły. - Jak się nie będziecie stawiać, to pożyjecie jeszcze trochę. Jak kto złapie za miecz, to - i tu przejechał palcem po swojej szyi. Fleance sięgnął po broń. Sztylet w lewej i miecz w prawej ręce prezentowały się tak dobrze, że reszta najemników bez jednego słowa sięgnęła po swoje miecze. Kupcy wyciągnęli kusze z już nałożonymi bełtami. Orkowie ryknęli głośno, potrząsając bronią, a kilka bełtów poszybowało i utkwiło w czaszkach lub piersiach zielonych przeciwników. Fleance ruszył do przodu. Przeciął gardło pierwszemu z brzegu orkowi i sztyletem przebił kolejnego, zanim ci się zorientowali, co się stało. Potem zareagowali szybko i zbili się w ciasną kupkę, odwracając się do siebie plecami, tworząc półkole, z tyłu osłonięte lasem. Najemnicy ruszyli. Jeden z nich wpadł w środek grupy i przeciął dwóch orków, jednemu ciął przez twarz, a drugiemu po piersi. Dwa kwilące ciała padły na ziemię, a po chwili dołączyło do nich trzecie- najemnik. Ta taktyka nie zdawała egzaminu. Orków zostało jeszcze z piętnastu, podczas gdy tylko dziesięciu najemników. Poprawka, czternastu orków, bo kolejny bełt przeszył ze świstem powietrze, trafiając w szyję orka, który groził karawanie. Kupiec znowu zaczął naciągać kuszę korbą. Chwilę później kolejne dwa bełty z dwóch kusz przebiły dwa orcze ciała. Jeden trafiając w brzuch, drugi w ramię dłoni trzymającej broń ręki. Orkowie nie widząc innego wyjścia ruszyli do ataku. Dwanaście do dziesięciu, pomyślał Fleance ruszając do boju. Może nam się uda. Przeciął jednego wroga i zablokował cios innego. Sztylet z mieczem idealnie współgrały, błyszcząc w powietrzu szybciej, niż normalny człowiek byłby w stanie zauważać ciosy i parować je. Kolejne dwa ciała padły obok niego z ręki najemników, potem padł kolejny najemnik. Kupcy nie mogli już strzelać z kusz, bo nie dawało się łatwo rozróżniać, który to ork, a który człowiek, tak szybko zmieniała się sytuacja w bitwie. Orkowie zaczęli przegrywać. Zostało ich już tylko pięciu, podczas gdy najemników było dziewięciu. Jeszcze jeden zginął z ręki przywódcy najemników, a wtedy reszta padła na ziemię, mając chyba nadzieję na ukrycie się miedzy ciałami. Fleance podniósł jednego z nich na kolana i powiedział do niego: -Zaprowadzisz mnie do twojego przywódcy, albo zginiesz tu. Ork wyglądał, jakby rozważał kilka możliwości w swojej głowie, ale ostatecznie wstał i poprowadził Fleance'a w stronę lasu. Ten ostatni kiwnął tylko na karawanę, żeby wrócili do miasta, albo udali się w dalszą podróż. Było mu obojętne, ale lepiej, żeby stąd odjechali. Ork prowadził go do swojego przywódcy przez gęsty las, gęstniejący z każdą chwilą. Potem trzeba było przedzierać się przez krzaki sięgające kolan. Wreszcie stanęli jednak w kręgu domów, a raczej szałasów, co i tak stanowiło duże osiągnięcie, jak dla orków, zazwyczaj mieszkających w jaskiniach. Nagle ork, który go tu doprowadził ryknął głośno do swoich towarzyszy, a Fleance dałby sobie rękę uciąć, że nie było to wołanie dowódcy. Sięgnął po broń, i przyłożył miecz do pleców orka, mówiąc mu, żeby ich powstrzymał i zawołał przywódcę. Ork posłuchał, ale i tak z szałasów wypadło przeszło dwudziestu orków, którzy nie byli przyjaźnie nastawieni. Jednak ork, który go tu przyprowadził, zaczął do nich coś szybko mówić, a ci nie zaatakowali. Z namiotu w środku obozu wyszedł ork. Mniejszy od innych o parę centymetrów, trochę mniej brzydki. Zdziwiło to Fleance'a, który zawsze słyszał, że przywódcami band orków zawsze zostaje najsilniejszy osobnik, a ten z pewnością nim nie był. -Półork, jeśli się dobrze domyślam? - zapytał Fleance, popychając końcem
miecza orka stojącego przed nim. - Nie jesteś taki głupi, jak cała reszta,
i przez to tak dobrze się zorganizowaliście, mam rację? Fleance raz odskoczył, parę razy parował ciosy. Były niezwykle silne. Ork wydawał się wcale nie męczyć. Fleance zaś nie miał okazji, aby wyprowadzić swój atak. Starał się wabić orka w różne pułapki, jakich nauczył się podczas treningu u Tancerzy, ale ten machał tylko mieczem nie dając się w nie wciągnąć. Fleance wpadł jednak na dobry pomysł. Zaczął biegać do okoła. Ork nie wydawał się tym przejmować i raz po raz okręcał się wokół własnej osi. Raz ciął nawet jednego z orków stojących w koło nich. W pewnym momencie ork stracił równowagę i upadł. Od razu jednak zaczął się podnosić i wtedy właśnie stal odcięła jego dłoń, a potem głowę. Krew bryzgnęła na Fleance'a i innych orków, a w tym samym momencie po ziemi poturlała się głowa ich przywódcy. -Tyle zostało z waszego wodza. Po tych słowach zauważył, że stoi w środku obozu orków, a właśnie zabił ich najsilniejszego wojownika i wodza. W walce nie miał najmniejszych szans, więc jedynym wyjściem okazał się odwrót. Zaczęło go gonić trzech orków, ale ci szybko zrezygnowali, słysząc odgłosy walki w obozie. Musieli w końcu wybrać nowego przywódcę, a to powinno ich zając. Teraz już z pewnością nie będą tak dobrze zorganizowani. Zajmie im parę miesięcy pozbieranie się z tego, wszystkiego, a mają jeszcze stare łupy, także jeszcze jakiś czas pożyją w spokoju. Wrócił na trakt. Kiedy wyszedł, zobaczył, że kupcy jeszcze nie odjechali. Nie czekali jednak na niego, ale zajmowali się ciałami. Najpierw wzięli ciała najemników, którzy nie przeżyli spotkania z orkami. Potem ograbili ciała orków i wrzucili je do rowów obok traktów. Dobra broń nigdy nie jest zła, pomyślał Fleance i podszedł do kupca, który go wynajął. -Teraz nie powinno być już problemów z orkami, przynajmniej na jakiś
czas. Nie mają już przywódcy. Pod koniec dnia stał już u bramy siedziby Tancerzy Stali, z wysokości
konia widział pałac za murem. Na trawie, pokrytej jeszcze resztkami śniegu
ćwiczyli Nowicjusze. Poszedł prosto do pokoju Siwarda. Ten jak zwykle
nie odpowiedział na pukanie, więc musiał sam wejść do środka. KoniecPrześlij mi swoją opinię o artykule! |