|
Bajkopisarze i wierszokleci |
Stasiu, czyli kto przepije kosmitów |
IJest ósma rano. Z szarych blokowisk, niczym mrówki, do pracy wypełzają ludzie. Podkrążone oczy, czapki założone na głowy, szczelnie owinięci szalikami. Jakiś nadgorliwy pies szczeka gdzieś w tle. Typowy krajobraz miasta zimą. Ósma rano nie jest porą specjalnie imponującą, można już wtedy wstawać. Niektórzy jednak dopiero się kładą. Stanisław Rzep z trudem trafił kluczem do zamka. Przekręcił raz, drugi i po chwili drzwi stanęły przed nim otworem. Jego dwupokojowe mieszkanie stanowiło żałosny widok. Mętnym, przepitym wzrokiem obrzucił syf panujący w korytarzu. Raz jeszcze obrócił się za siebie, sprawdzając, czy nikt go nie śledził, po czym wniósł zwłoki do środka i zamknął za sobą drzwi. Stasiu nigdy nie był zbyt inteligentny. Choć kumple mówili mu, że ma głowę na karku i ogólnie "kąsa bryłę", to jednak odstawał on nieco od średniej. Bynajmniej nie w górę. Niskie, pomarszczone czoło, dwudniowy zarost, niedokończony tatuaż nagiej panienki na prawym ramieniu, markowy strój sportowy - oto jak kojarzony był "Stachu". Kto mógł przypuszczać, że to właśnie on będzie przedstawicielem naszego gatunku w konfrontacji z obcą cywilizacją. IIByła 2:30 w nocy, kiedy nasz bohater powolnym, chwiejnym krokiem opuszczał swój ulubiony bar, podejrzliwie spoglądając na zdradziecką płaszczyznę chodnika. Po przemierzeniu pierwszych dwustu metrów postanowił odpocząć chwilę przy elegancko wyglądającym śmietniku. Przy okazji zdecydował się też pozbyć nadmiarów płynu ze swojego organizmu. Oczywiście wszystkie te decyzje zapadały w sposób tak półświadomy jak i rutynowy. Zajęty czynnością sikania nie zauważył zbliżających się od tyłu postaci. Rzucały one długie cienie. Nienaturalnie wydłużone ręce, duże głowy, wielkie czarne oczy - słowem, popieprzeni miłośnicy X-filesów. Stachu strząsał właśnie ostatnie krople, kiedy jeden z dyniogłowych chwycił go za rękę. Rzep nie był zbyt oczytany, a w telewizji też wiele (poza reality showami) nie oglądał, więc istoty te nie wywołały w nim jakiegoś bluźnierczego strachu. Zareagował instynktownie. Pierwszy z kosmitów wylądował na ziemi z krwawiącym nochalem po wyjątkowo celnym, jak na stan "ofiary", trafieniu z łokcia. Drugi próbował z przerażeniem w oczach przypomnieć sobie, jak w języku tego gatunku brzmiało słowo "pokój", gdy dostał kopa między nogi, a potem jeszcze dwa proste. Nieprzytomny był już lecąc na pobliski mur. "Jacyś cherlawi ci skini" - pomyślał Stasiu trafiając właśnie uciekającego, trzeciego napastnika pięknym prawym sierpowym. Nasz bohater rozejrzał się i poprzez mgłę, którą rozcieńczone piwo zasnuło mu oczy, nie dostrzegł nikogo więcej. Podciągnął więc wyżej dresy i ruszył lekko w pierwotnie zamierzonym kierunku - do domu. Zrobił parę pierwszych kroków, gdy nagle coś chwyciło go za nogę. Obrócił się i zobaczył jednego z dyniogłowych uparcie trzymających go za nowego Nike'a. Już miał go kopnąć, kończąc tę komedię, kiedy nagle poczuł silne uderzenie w tył głowy i zobaczył zbliżający się z zatrważającą szybkością chodnik. Nastała ciemność. IIIPotworny ból głowy. Kac? Nie, przynajmniej nie tylko. Stasiu powoli otworzył lewe oko. Jakieś wyjątkowo jasne światło próbowało przewiercić mu się przez głowę. Typowe uczucie dla pobudki w sobotę rano. Drugie oko otworzyło się z dużo większym oporem, dając mu w końcu trójwymiarowy obraz całej sytuacji. Nad nim znajdowały się jakieś lampiony, on sam siedział na czymś, co przypominało fotel dentystyczny. Tyle tylko, że ubrany był w nocą koszulę (różową, tfu!) i nogi miał szeroko rozstawione, co nie jest klasyczne dla pobytu u dentysty. Bliższym skojarzeniem byłby fotel ginekologa, ale Stasiu o kobiecych sprawach wiedział tylko tyle, że suczki tak naprawdę go pragną, nieważne co mówią na głos. Zresztą, czego spodziewaliście się po kolesiu o nazwisku Rzep? Nasz bohater szybko zorientował się, że nie zbada guza na swojej głowie (rana tłuczona, zadana tępym narzędziem pod kątem 34o, prawdopodobnie chochlą lub wałkiem do ciasta), ponieważ ręce przywiązane miał do poręczy fotela. Nie zbiło go to jednak z pantałyku. Jego, jakże bystry, umysł postanowił zorientować się w sytuacji. Spod przymkniętych powiek obejrzał pomieszczenie, w którym się znajdował. Dużo blaszanych elementów, białe ściany i sufit, dobre oświetlenie, zapach płynu do podług i smród potu, skomplikowane urządzenia o różnych kształtach - teraz był już pewien, to nie gabinet dentystyczny, to siłownia! No tak, może Stach nie wiedział, dlaczego ci skini go porwali (chociaż jak przez mgłę przypominał sobie, że ktoś chciał mu zdjąć jego nowe Nike'i), ale skoro jest na siłce, to jest na swoim terytorium, pora wziąć się w garść. Lata ćwiczeń i łykania różnych proszków ("cztery tabletki metki to sposób dla twojej sylwetki") sprawiły, że Stasiu miał nie lada kondycję (i nie lada impotencję) i postanowił to teraz wykorzystać. Jak się wytężył, jak się naprężył, jak napiął mięsień dwugłowy, trójgłowy, a nawet takie mięśnie, z których istnienia przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, to linki przytrzymujące jego ręce zaczęły powoli puszczać. Ich agonalne jęki rozdarły ciszę sterylnego (sterydowego?) pomieszczenia. Stachu oczyma wyobraźni widział już, jak rozrywa więzy, gdy nagle w ścianie otworzyły się drzwi, stanęła w nich wysoka postać o za dużej, łysej głowie. Ot skin. Nasz bohater szybko zorientował się, że lepiej się teraz nie szarpać, nie wiadomo, czy nie wzbudziłoby to agresji przybysza. A ponieważ i tak prawie się uwolnił, więc może wykorzystać to później, jako element zaskoczenia (niesamowitych rzeczy można się nauczyć oglądając "Bar"). Wysoka postać zbliżyła się do fotela. Ciężko było zobaczyć jakieś szczegóły jej anatomii, rażące światło lamp uniemożliwiało dokładniejsze przyjrzenie się. Jednak duże, wielkości jabłka, czarne oczy patrzyły tak przenikliwie, że nie dało się ich przegapić. Obcy trzymał coś w swoich nienaturalnie długich palcach i przyłożył to sobie do szyi ("cholerny ćpun" - pomyślał Stachu - "i w dodatku nie chce poczęstować!"). - Greetings earthling. - z ust dyniogłowego wydobył się dźwięk, jakością
przypominający ten ze starych konsoli. Twarz (no, powiedzmy) nieznajomego przybrała zafrasowany wyraz. Wyraźnie był zbity z tropu. Oczywiście jako istota pozaziemska (ups, czyżbym się wygadał, że to jednak nie jest skin?) wykorzystał nieprawdopodobne możliwości analityczne swojego mózgu i po chwili raz jeszcze pogmerał przy urządzeniu. Ze skupieniem odezwał się ponownie. - Elo ziom? - przekształcony komputerowo głos brzmiał nieco niepewnie. "Puknąć?, mnie?" - myśli Staszka wirowały jak szalone. Nie mieściło mu się to w głowie (dziwne, miejsca miał jeszcze dużo), jak to możliwe? Przecież on był samcem. Rwał skejt-dupy i sam je pukał. Nie można puknąć faceta! Chociaż... Różowa kiecka, dentyści... Och! Myśli naszego bohatera nagle z szybkością dziesięcioletniej syrenki zlały się w jedność i doprowadziły do ostatecznego wniosku - "Ci skini... to dentyści-pedały!". Tego było już za wiele dla spokojnego dresa na kacu. Stach napiął mięśnie. Jednym potężnym ruchem rozerwał krępujące go liny, po czym gwałtownie zerwał się z fotela. Zaskoczony kosmita nie zdążył nawet zareagować, kiedy prawy prosty dosięgnął jego beznosej twarzy. Upadając zdążył zakrzyknąć (urządzenie nie odsunęło się jeszcze od jego szyi): - O żesz ty [cenzura: często będący ofiarą napaści seksualnych], w trzy [tylnia część ciała na cztery litery, w liczbie mnogiej] kopany [pochodzący od wielu kur, przez "s" a nie "z"], oby ci [tu następuje wiązanka o związkach jego matki z kozami i psami, o tym gdzie on kogo może i jak mocno oraz żeby mu wyrosły parchy na tyłku i żeby miał za krótkie ręce, żeby się podrapać... kurcze, ale ci kosmici potrafią szybko mówić!]. Łapać go! Ale nasz bokser-amator uciekał już z pomieszczenia wykorzystując to, że drzwi w ścianie pozostały otwarte. Po wybiegnięciu na korytarz, szybko rozejrzał się po okolicy. Znajdował się w wąskim przejściu. Wszystko zdawało się być pokryte jakimś rodzajem blachy. Sterylne, białe światło dobywało się ze szpar w podłodze i suficie. Niebieskie i czerwone światełka błyskały od czasu do czasu w różnych częściach ścian. Z kratek wentylacyjnych rozmieszczonych na wysokości wzroku dobywały się dziwne dźwięki. Staszek nigdy nie był osobiście u dentysty, ale tak właśnie sobie to wyobrażał. Gdzieś zza załomu korytarza usłyszał głosy, postanowił więc biec. Kolejne metry jednolitego i nudnego korytarza przerywali tylko co chwilę kolejni obcy, którzy starali się pochwycić naszego dzielnego dresa, albo próbowali uciec przed jego pięściami, którymi wymachiwał ze wściekłością i finezją nosorożca (jak nosorożec może wymachiwać pięściami, autor nie wie do dziś). Kolejne zakręty migały Stachowi przed oczami. Skręt, unik, uderzenie, przekleństwo, bieg, przekleństwo, uderzenie, przekleństwo, przekleństwo, przekleństwo. Gdyby to był film, byłaby to najnudniejsza ucieczka w jego historii. Nagle korytarz skończył się. Skończył się drzwiami. Znaczy - o tyle, o ile można by to nazwać drzwiami. Ot, otwór w ścianie. Stachu wbiegł do środka i nagle upadł. Obrócił się i zobaczył kosmitę, który podstępnie (chytrze leżąc w poprzek wejścia) przewrócił go na ziemię. Ten kosmita wciskał właśnie jakiś, groźnie wyglądający, przycisk... IVDługie dłonie kosmity powoli zbliżały się do czerwonego przycisku. Stach nabrał powietrza w płuca. Napięcie sięgało zenitu. Szklana Pułapka się nie umywa. W końcu obcy wcisnął przełącznik. Czerwonawe światełko zamrugało, zamigało, coś świsnęło, coś trzasnęło i nagle, zupełnie niespodziewanie (serio!) - zamknęły się drzwi. Dyniogłowy obrócił się w kierunku przybysza i obrzucił go swym nic nie mówiącym, acz niezwykle klimatycznym i przenikliwym spojrzeniem. Ich mgliste spojrzenia spotkały się (mniej więcej na środku pomieszczenia). Obcy trzymał w ręku odkorkowaną, do połowy opróżnioną butelkę. Stachu szybko zczaił bazę. Rozejrzał się - pomieszczenie wypełnione było różnego rodzaju trunkami, zapewne skradzionymi z rodzinnej planety Staszka. Mgliste spojrzenie kosmity nie pozostawiało dla naszego bohatera wątpliwości - są jednak wśród tych dentystów uczciwi ludzie. Powoli podniósł się z podłogi i niepewnie uśmiechnął do wpatrzonego w niego ufoludka. Podrapał się po głowie i wzniósł kciuk ku górze w staropolskim geście przywitania. Żadnej reakcji. Widząc, że tak sobie nie pogada rozejrzał się i po chwili wziął do ręki jeden z trunków znajdujących się w pomieszczeniu. Ruchem, po którym znać było starego wyjadacza, odkorkował jakiegoś siarczana, po czym (oczywiście po uprzednim spróbowaniu, czy nadaje się on do konsumpcji) podał go leżącemu kosmicie. Tamten zdawał się nie zwracać na nic uwagi, jednak, jakby potężnym wysiłkiem, wziął butelkę i przyłożył sobie do ust. Jednym wielkim łykiem opróżnił szklane naczynie z zawartości. [Reklama: Wino Tir, jedyne 2,60zł (bez butelki), do dostania w dobrych sklepach monopolowych.] Stachu był zaskoczony, do tej pory wydawało mu się, że tylko on tak potrafi. Jego ręka sięgnęła po kolejna butelkę... Pili już trzecią godzinę. Alkohol lał się litrami, kilkakrotnie przekroczyli normy dopuszczalne w Unii Europejskiej. Wedle prawa byli martwi jakieś dwa wina, trzy piwa i pół litra temu. Prowadzili ożywioną dyskusję ("Po ichniemu nie rozumiem, on po ludzku też, lecz jest wódka, więc jest tłumacz - przy niej mów co chcesz."), która niestety odbiegała nieco od hollywoodzkich wzorców, ponieważ zamiast o intergalaktycznej metafizyce, losach wszechświata czy uniwersalnej idei miłości rozmowa zeszła na dupy, fury i kto ma więcej obraźliwych określeń na niektóre organy. Od słowa do słowa, od beknięcia do potarcia czułek doszli do wniosku, że pora zmienić lokal, bo ten już trochę zakichali. Korzystając z umiejętności i przepustek dyniogłowego wydostali się z latającego spodka. Gdyby nie byli zalani w trupa, pewnie zastanawialiby się, czemu nikt z pościgu nie dobijał się do pomieszczenia, w którym spożywali największe wynalazki XX i XXI wieku. Ale z drugiej strony, widzieliście przecież filmy, w których pozaziemska cywilizacja nie potrafiła otworzyć drewnianych drzwi, nie? Więc nie czepiajcie się biednych pijaków i pozwólcie im wreszcie dotrzeć tam, gdzie prowadzą ich ulice. Szerokie ulice. VStanisław Rzep (niezbyt imponujące nazwisko jak na bohatera, faktycznie) wyjął klucz z zamka i, po trzech nieudanych próbach, umieścił go w kieszeni. Wyraźnie wycieńczony podciągnął jeszcze "zwłoki" przepitego kosmity pod zegar ścienny (nie kradziony!), który wskazywał godzinę ósmą rano. Zaklął siarczyście, po co czym zaczął jeździć ręką po swoim sportowym odzieniu. W końcu drżącą dłonią wydobył paczkę Malboro i zapalniczkę. Zapalił papierosa i zaciągnął się. Po chwili odetchnął głęboko, powoli wydmuchując dym. - I po co ci to było? - odezwał się przepitym głosem - chciałeś Polaka przepić, ha! - dokończył dumny z siebie Stasiu. - Ale teraz mi wszystko wypaplałeś, ty nędzo, wszystkie plany inwazji, dokumenty, pity, wynalazki, wszystko mam tu! - dokończył w ekstazie wyrzucając z kieszeni coraz to nowe kartki papieru pokryte dziwacznymi symbolami i schematami. Ostatnie kilka godzin spędzili intensywnie w różnych, miejscowych lokalach, jak zwykł nazywać nasz bohater sklepy monopolowe. W tym czasie ich przyjaźń sięgnęła zenitu, a obcy chodnika. Rzep przekonał się, że dentyści mają zamiar najechać jego ojczyste osiedle i okraść je z całego alkoholu, jako patriota nie mógł na to pozwolić i sprytnie uśpił czujność swego wroga alkoholem, by później wydobyć od niego cenne informacje. Niestety, tylko na Bondzie można wydobyć i nie wypić... Wśród nocnej (choć już nieco porannej) ciszy Staszek wykrzykiwał jeszcze coś o wyższości swojej rasy, pochodzenia, narodowości i Lecha nad Warką, po czym powoli wpadł w objęcia snu. Śniły mu się dzikie stada półnagich dentystów, którzy w różowej bieliźnie atakowali kolejne monopole, pozostawiając w nich tylko wodę mineralną. Koszmar. Tymczasem bladosrebrnawy księżyc oświetlał przez uchylone okno wnętrze domu. Oświetlał korytarz, na którym leżała dziwna, dyniogłowa postać, żywcem przypominająca te z kiepskich filmów o kosmitach. Obok niej polegiwał, lekko pochrapując, Stanisław Rzep, dziwny, niskoczoły dres, żywcem przypominający tych, których widujemy codziennie na podwórkach koło trzepaków. Z jego zwiędłej dłoni wypadł właśnie niedopałek papierosa. Rozrzucone naokoło papiery powoli zajęły się ogniem. Przerażony księżyc skrył się za chmurami. Jest ósma rano. Z szarych blokowisk, niczym mrówki, do pracy wypełzają
ludzie. Nad ich głowami, w absolutnej ciszy przelatuje statek kosmiczny.
Wielki, błyszczący, metaliczny spodek z niesamowitą prędkością pokonuje
właśnie przestrzeń nad jednym z bloków, w którym, na trzecim piętrze,
znajduje się ogarnięte płomieniami mieszkanie Stanisława Rzepa. Sąsiedzi
powiedzą później, że widzieli jak wchodził do mieszkania, ale zwłok nie
odnaleziono. Prześlij mi swoją opinię o artykule! |