Spis treści W samo południe

 


Bartosz "Stopersson" Stopczyk

Zagrzebcie mnie ponownie...

Poniższy tekst jest niezależną wizją autora, która może pokrywać się nieco z treściami zawartymi w "Book o' the Dead". Jest to jednak kompletnie przypadkowe, nieświadome i niezamierzone.

***

Widzisz jak gość naprzeciw Ciebie sięga po spluwę i zaczynasz się uśmiechać. Facet wyciągnął jakiegoś ogromniastego Colta. Połowa gości z saloonu uciekła, reszta, włącznie z barmanem, leży plackiem na ziemi. Twój uśmiech staje się jeszcze szerszy, o ile to możliwe. Myślisz, że chyba nawet nie zabijesz tego nieszczęśnika. Rozbawił Cię. Szanse na to, że Cię uszkodzi są przecież niewielkie. Na to, że zabije - żadne. Przecież już to przeszedłeś i wróciłeś. Jesteś wygrzebańcem. Byłym trupem. Takim skurczybykiem, jaki śni się dobrym ludziom w najgorszych koszmarach. Koszmarach... Koszmarach? Nagle czujesz potworny ból głowy, błysk światła pod powiekami... Otwierasz po chwili oczy. Lepiej. Już tak nie boli. Gdzie ten pociąg, który próbował Cię przejechać? Obracasz się i widzisz... Urwisko.
W dole rzeka. Gdzie saloon? Która godzina? Jaki dzień? Jaki miesiąc i rok? I gdzie Ty w ogóle jesteś?

Kilka słów wyjaśnienia

Wygrzebańcy. Sukinkoty, którym udało się. "Przeżyli" własną śmierć. Są nie do zatrzymania. Za szybcy dla normalnych śmiertelników. Za wściekli. Postaci idealne do tego, aby dawać wycisk wszystkim dokoła. Napędzane diabłem siedzącym wewnątrz. Manitou. To przecież lepsze niż najsilniejsze źródło energii. Lepsze niż upiorytowy reaktor Hellstrome'a. Z resztą - to ostatnie to tylko legenda. Chyba.

Zapewne każdy doświadczony Szeryf ma doskonałe sposoby na to, aby usadzić na właściwym miejscu gracza prowadzącego wygrzebańca, który się zanadto "rozbrykał". To pozbawi go jakiejś kończyny (na chwilę oczywiście, bo od czego jest zdolność regeneracji), potem, przy pomocy kilku złodziei, uwolni od ciężaru kilku ciekawych gadżetów, może jakaś moc nie zadziała jak trzeba?...
Moim zdaniem jednak warto zacząć od początku. Poukładać od razu pewne rzeczy właściwie, co pozwoli później uniknąć odwoływania się do tak drastycznych metod.
Czy zastanawialiście się, jaki wpływ na egzystencję wygrzebańca ma jego przeszłość? Charakter i przekonania to coś, co tkwi w nas głębiej niż brud, który zmyje pierwszy letni deszcz. Podobnie śmierć nie jest w stanie zmienić pewnych cech charakteru i osądów.
Przynajmniej nie od razu.

Przeszłość

Gracze znają swoje postaci. Nie sugeruję, że każda z odgrywanych osób powinna mieć pisaną historię grubości 12 tomowej encyklopedii pierwotniaków. Jednak takie rzeczy jak miejsce i czas urodzenia, aktualne miejsce zamieszkania, jakaś rodzina i krewni, najlepsi znajomi, przyjaciele - to znane i potrzebne fakty. Kolejnymi elementami, które tworzą tło postaci, są oczywiście: charakter, przyzwyczajenia i przekonania.
Łatwo wyobrazić sobie wygrzebańca powstałego z wrednego rewolwerowca zabijaki, surowego szeryfa i sędziego w jednej osobie lub ascetycznego Indianina, który zginął zdzierając kolejny skalp bladej twarzy. To są proste archetypy. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku takiego spokojnego, bogobojnego kowala z małego miasteczka na skraju prerii. A może mówimy o nieco starszym poszukiwaczu złota, pracującym ciężko, aby zapewnić lepszą przyszłość swoim wnuczętom, który tylko z tego powodu wybrał się na tę przeklętą tułaczkę? Co z młodym kurierem, przewożącym pocztę? Muchy by wcześniej nie skrzywdził, a teraz przez pomyłkę został zastrzelony przez grupę zaprzyjaźnionych Indian lub osadników.
Wyobraźcie sobie myśli, odczucia takich osób po tym, gdy zmartwychwstają, a następnie stwierdzają, że w ich trzewiach siedzi jakiś demon. Do tego przecież nie dochodzi się tak szybko. Zostawmy jednak na razie życie po życiu. Co z samą pobudką?

Zgrzyt wieka trumny

Powrót z zaświatów jest sam w sobie rzeczą ciekawą. Ostatnim, co pamięta postać jest... śmierć. Wiadomo, że następnie dusza musi toczyć zmagania o władzę nad ciałem z manitou. Najprościej można to nazwać ciągiem przerażających koszmarów. Jeśli przegra, to wyjście z mogiły zapewnia sam opętujący. Przy dobrych układach dusza dość szybko odzyska kontrolę nad ciałem, jeśli jednak ma pecha, może to zając całe lata - manitou w tym czasie nie próżnuje. Przyjmijmy jednak pozytywny przebieg wydarzeń i załóżmy, że walka o ciało jest wygrana. Jeśli postać zginęła gdzieś na odludziu jest spora szansa, że nie została nawet pochowana i nie dopadły jej ścierwojady. W takim momencie może dojść do błędnego wniosku, że po prostu rana, którą otrzymała, nie była śmiertelna, a koszmary były wynikiem gorączki. Rana się zaleczyła i osoba nadal żyje. Zresztą, co innego może sobie pomyśleć człowiek, który budzi się w trumnie? "Pochowali mnie żywego!!!". Przecież krąży pełno opowieści o takich przypadkach. To jednak następuje później.
Spróbujcie uświadomić sobie, co początkowo czuje ktoś, kto chwilę wcześniej zmagał się z demonami i ucieleśnieniem swoich najbardziej przerażających lęków, a następnie budzi się w drewnianym pudle, zbitym ze źle oheblowanych desek. Pod ziemią, bez powietrza, z minimalną możliwością ruchu. Słowo "przerażenie" nie wystarczająco chyba nawet oddaje istotę sprawy. Od tego można przecież oszaleć. Szalony wygrzebaniec - to dopiero coś! Jednak manitou nie na darmo wybierają określone ciała. Przeważnie należą one do gości, co z niejednego pieca chleb jedli, są więc w stanie opanować się na tyle, aby mozolnie wygrzebać się spod ziemi. I pierwszy etap mamy zakończony.

Ponownie pośród ludzi

Po początkowym szoku i wielkiej radości ("Ja żyję!") czas na pierwsze refleksje i obserwacje. Niby wszystko w porządku, ale... "Dlaczego ta jedna rana nie chce się zagoić? Dlaczego ja tak śmierdzę?" - nawet mycie w najgorętszej wodzie z mydłem nie pomaga. Lekarz stwierdza brak pulsu, ludzie zaczynają dziwnie szeptać i odwracać się na ulicy. Trupi wygląd też nie chce ustąpić.
Ważny jest czas, jaki minął od śmierci i fakt, ile osób o niej wiedziało. Ludzie będą normalnie patrzeć na myśliwego, który powrócił po roku z gór. Przecież już wcześniej zdarzały mu się tak długie, samotne wyprawy. Zupełnie inaczej podejdą do syna bogatego ranczera, który został zastrzelony w biały dzień w środku miasta i pochowany blisko rok temu. W ogóle nie będą podchodzić. Prawdopodobnie spróbują go raczej spalić.
Wracając jednak do samej postaci - pamiętajmy, że istnienie tego typu wynaturzeń, jak wygrzebańcy, czy stwory Pomsty, jest trzymane w głębokiej tajemnicy. Co może więc o sobie myśleć taki człowiek? "Jestem chory, zwariowałem lub opętał mnie diabeł." Żadna z możliwości nie jest zbyt przyjemna, choć tylko jedna bliska prawdy. Po pewnym czasie objawią się też pewne nadnaturalne umiejętności, jak niewrażliwość na rany, niemożność upicia się, czy specjalne moce wygrzebańców, które dają mocno do myślenia.
Manitou cały czas stara się przejąć kontrolę nad ciałem "nosiciela". Czasem mu się to udaje, czasem nie. Walka toczy się nieustannie - stąd coraz straszniejsze koszmary. Upić się i zapomnieć tych snów jakimś cudem się nie da. Pech. Wzrasta wyczerpanie i napięcie nerwowe. Postać zachowuje się coraz bardziej niezwykle i nieobliczalnie. Może próbuje nie zasnąć, aby przerażające uniwersum wizji sennych nie miało szansy na ponowne objawienie swoich możliwości? Jeśli tak, to zmęczenie zwiększa nerwowość, co owocuje coraz bardziej irracjonalnymi zachowaniami.
Poza tym jak wytłumaczyć fakt, że są chwile, gdy nie pamięta się nic z tego co się robiło, tylko jakieś rozmazane, krwawe obrazy, plamy? Gość budzi się i stwierdza, że kolejne kilka godzin stanowi dla niego czarną dziurę w świadomości. A dookoła dzieją się straszne rzeczy. Kolejny napad, rabunek, morderstwo. Zginął bliski przyjaciel, może znajomy ksiądz? Manitou zaciera eteralne łapska z radości.
Wreszcie, prędzej czy później, przychodzi ten moment...

Chwila prawdy

Teraz już wiesz. Nie jest ważne, czy powiedział Ci to jakiś duchowny, czy jakiś ekspert od okropności współczesnego świata. Może nawet trafiłeś na kogoś podobnego sobie, tylko bardziej zorientowanego...

Nie chcę tutaj pisać traktatów o moralności, czy polemizować na temat tego, jaki jest człowiek w głębi duszy - zły czy dobry. Wydaje mi się, że bardzo mało jest jednak na świecie ludzi złych od początku do końca, do szpiku kości. Podobnie jest na Dziwnym Zachodzie. Ludzie, których ciała próbują opanować manitou, będą się przed tym bronić, gdyż nikt normalny nie chce popełniać tak odrażających czynów. Poza tym każdy uważa, że ciało jest jego własnością i nie należy do jakiegoś demona, który próbuje je wykorzystać do własnych celów.
Zanim przyjdzie czas na walkę, trzeba pogodzić się z dwoma faktami. Pierwszym jest to, że postać przetrwała własną śmierć. Drugim, że w efekcie zyskała mało ciekawego współlokatora we własnym ciele. Oswojenie się z ta sytuacją, zważywszy na przeszłość, o której mówiłem na początku tego tekstu, może nie być rzeczą prostą. Pierwsze myśli mogą być skrajnie różne. Od: "Boże, czym ja Ci zawiniłem?!", po: "W końcu coś dobrego mnie w tym życiu spotkało!". Ja skłaniał się będę raczej ku tym pierwszym.
Tu właśnie trzeba wziąć pod uwagę historię postaci i jej przekonania. Zwróćcie uwagę, drodzy Czytelnicy, na ten poważny dylemat moralny. Przecież już sama ucieczka przed śmiercią poprzez wykorzystanie możliwości stworzonej przez tak nikczemny byt, jakim jest manitou, może się niektórym wydawać złem. I mało pocieszający jest fakt, że człowiek nie miał zbyt dużego wyboru. Kolejnym elementem jest trwanie tej plugawej egzystencji. Do tego dochodzi jeszcze obciążenie moralne w postaci dotychczasowych czynów złego ducha, przejmującego od czasu do czasu ciało postaci. Nie chcę już rozwodzić się nad tak oczywistymi rzeczami, jak możliwość skrzywdzenia najbliższej rodziny, ukochanych, czy przyjaciół. Przejęcie kontroli nad ciałem nie jest permanentne. Manitou regularnie ponawia ataki i próby, starając się wykorzystać chwilę nieuwagi, czy dekoncentracji właściciela ciała.
Mimo tych wszystkich rozważań decyzja jest jednak oczywista i niezależna od postaci. Trzeba trwać i funkcjonować w tym stanie. Demon skutecznie będzie zapobiegał jakimkolwiek samobójczym próbom.

Co dalej?

W tym momencie okazuje się, że wygrzebaniec to nie wrednie uśmiechnięty ludzki pojazd pancerny, który przemierza prerie i saloony, szukając kolejnej okazji do awantury. To postać z krwi (prawie) i kości. Mimo wszystko człowiek, który cały czas ma jakieś marzenia, cele, myśli, obawy. Człowiek, który z przerażeniem myśli o kolejnej nocy pełnej snów o przeszłości pozostawionej za sobą, o teraźniejszości, wypełnionej spełniającymi się koszmarami, czy o przyszłości, której tak naprawdę nie ma. Czasem człowiek przepełniony tęsknotą za najbliższymi lub smutkiem, czy niechęcią, z powodu tego jak go potraktowano po "powrocie". Przede wszystkim człowiek, który musi nieustannie na siebie uważać, kontrolować każdy ruch i gest, każde słowo, każde uczucie. Przecież jeden wybuch gniewu, chwilowa utrata kontroli nad sobą, może go drogo kosztować. To jest jak życie z bombą w kieszeni. Z bombą o uszkodzonym detonatorze. Wystarczy jeden fałszywy krok...

Kończąc, mam nadzieję, że choć jednemu z Szeryfów uda się doprowadzić do tego, że gracz prowadzący wygrzebańca w pewnym momencie powie:
"Chłopaki, ja mam już dość takiego życia. Rozwalcie mi łeb, przebijcie kołkiem, spalcie, zróbcie cokolwiek, żeby to się skończyło! Zagrzebcie mnie ponownie..."
Szkoda, że nie jest to już takie proste.


Prześlij mi swoją opinię o artykule!

Imię/Ksywa

Opinia

Na górę strony