|
Borys Jagielski
Piękno Wszechświata
|
Brian Greene
Piękno Wszechświata.
(The Elegant Universe)
Recenzja książki popularnonaukowej
Wydawnictwo i rok wydania: Prószyński i S-ka, 2004
Rok pierwszego wydania: 1999
Liczba stron: 430
Oprawa i wymiary: miękka, 14 x 20 cm
ISBN: 83-7255-178-2
Tłumaczenie: Ewa L. Łokas, Bogumił Bieniok
Od dobrych kilkudziesięciu lat fizycy kontynuują ostatnie i niedokończone
dzieło Alberta Einsteina poszukując Świętego Graala nauki, teorii ostatecznie
unifikującej wszystkie znane prawa natury i opisującej cały Wszechświat
jednym koherentnym zbiorem równań. Droga, którą kroczą, nie należy do
najprostszych. W przeszłości wiodła przez szczególną i ogólną teorię względności,
przez mechanikę kwantową, przez zunifikowaną teorię pola, przez jedenaście
wymiarów, przez supersymetrię i supergrawitację. Obecnie naukowcy znajdują
się na pierwszym z końcowych - tak im się przynajmniej wydaje - etapów.
Przypuszczają, że intensywnie badana teoria superstrun stanowi podwaliny
ostatecznego rozwiązania, które zostanie osiągnięte w niedalekiej przyszłości.
Pojęcie "niedalekiej przyszłości" trudno jednakże sprecyzować,
bowiem po pierwsze fizycy borykają się wciąż z rozmaitymi problemami i
nieścisłościami, a po drugie teoretycy wyprzedzili technologów i na eksperymentalne
potwierdzenie wszystkich hipotez przyjdzie nam zapewne czekać bardzo długo.
Fakt, iż ów Święty Graal współczesnej fizyki nie został jeszcze odnaleziony,
nie przeszkadza popularyzatorom nauki pisać i spekulować na jego temat.
Do Stephena Hawkinga, Michio Kaku, Rogera Penrose'a i innych dołączył
pod koniec lat dziewięćdziesiątych Brian Greene.
Autor "Piękna Wszechświata" to wybitny teoretyk strun, profesor
matematyki i fizyki na Uniwersytecie Cornell i Uniwersytecie Columbia.
Omawianej tu książce przyznano nagrodę Aventis 2000. Zasłużenie, jakkolwiek
pozycji o podobnej tematyce, pisanych w równie przystępny sposób, było
już kilka. Z ogólnej perspektywy może się więc wydawać, że "Piękno
Wszechświata" kopiuje treść "Wszechświata w skorupce orzecha"
i "Hiperprzestrzeni". Po lekturze widać jednak wyraźnie, że
profesor Greene naświetla zagadnienie z nieco innej strony, kładzie nacisk
na trochę inne aspekty i że wyróżnia go sprawna, niemalże równie elegancka
co opisywany Wszechświat, maniera pisania.
Książkę podzielono na pięć części, z których część pierwsza i ostatnia
są wprowadzeniem i podsumowaniem, a trzy środkowe stanowią meritum. Nie
usiłuje ono odpowiedzieć na żadne konkretne pytanie, bo pytanie o teorię
ostateczną istnieje tylko jedno i jak dotąd nikomu na nie odpowiedzieć
się nie udało. Brian Green postawił więc sobie za ambitny cel przedstawienie
laikowi na 400 stronach rozwoju i osiągnięć fizyki dwudziestowiecznej,
począwszy od szczególnej teorii względności Einsteina z 1905 r., a skończywszy
na najnowszych dokonaniach "strunowców" datowanych na koniec
lat 90.
Drugą część "Piękna Wszechświata" zatytułowano "Dylemat
czasu, przestrzeni i kwantu". Poświęcono ją dwóm najlepiej rozumianym
obszarom nowoczesnej fizyki - einsteinowskiej relatywistyce i mechanice
kwantowej. Dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od eksperymentu myślowego
młodego Einsteina: Czy gdyby ktoś poruszał się z prędkością światła, wszystkie
promienie świetlne znieruchomiałyby dla jego oczu? Jak wyglądałyby zatem
z tej niecodziennej perspektywy? Idąc tym tropem Albert Einstein odkrył
złowieszczy konflikt pomiędzy dwiema kluczowymi dla ówczesnej nauki teoriami.
Równania Jamesa Clerka Maxwella z drugiej połowy dziewiętnastego wieku
zakładają, iż światło porusza się z niezmienną prędkością c = 300 000
km/s, lecz powstała kilkaset lat wcześniej mechanika Isaaca Newtona zadaje
tu kilka niewygodnych pytań: co znaczy "niezmienna", w stosunku
do czego ją mierzymy, co się stanie, jeśli prędkość tego samego promienia
świetlnego zmierzy dwóch obserwatorów poruszających się względem niego
z różnymi szybkościami?
Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku problem ów formułowało
co prawda wielu fizyków, ale nikt nie ośmielił się ogłosić go publicznie.
A Einstein nie tylko to zrobił, lecz na dodatek przedstawił rozwiązanie
w postaci szczególnej teorii względności. Jej postulaty wstrząsnęły całym
naukowym światem. Po pierwsze, prawa fizyki dla wszystkich obserwatorów
pozostających w niezmiennym ruchu są identyczne. Po drugie (i dopiero
to brzmi niezwyczajnie z punktu widzenia przeciętnego człowieka), światło
podróżuje z taką samą prędkością - wynoszącą c - dla wszystkich obserwatorów,
gdyż im szybciej się poruszamy, tym wolniej upływa nasz czas. Innymi słowy,
Einstein dowiódł, iż czas nie jest wielkością niezmienną i uniwersalną,
lecz względną, zależną od ruchu.
Fizyka natychmiast stanęła przed nowym problemem. Szczególna teoria względności
rozwiązywała niezgodę na linii Newton-Maxwell, lecz sama kolidowała z
newtonowską teorią grawitacji. Ta ostatnia zakłada, że siły grawitacyjne
oddziałują w sposób natychmiastowy, bez względu na dystans, a Einstein
wykazał przecież, że nic nie może poruszać się z prędkością większą od
szybkości światła. Jak było w istocie? Obalenie obowiązującej teorii siły
ciążenia mającej za sobą kilkaset lat doświadczalnych potwierdzeń nie
przyszło Einsteinowi łatwo. Głowił się nad nowym zagadnieniem przez dekadę,
aż wreszcie w 1915 r. światło dzienne (gra słów jak najbardziej zamierzona)
ujrzała ogólna teoria względności. Ogólna, gdyż Einstein rozwinął tę poprzednią
o pojęcia przyspieszenia i czasoprzestrzeni, co pozwoliło mu odkryć, iż
grawitacja przenoszona jest w przestrzeni jako jej zakrzywienia. Konsekwencje
dla pojmowania świata miało to różnorakie, a jedna z nich prezentuje się
mniej więcej tak: Ziemia porusza się wokół Słońca po linii prostej, którą
my jednak odbieramy jako zamkniętą elipsę, ponieważ czasoprzestrzeń wokół
naszej gwiazdy jest grawitacyjnie zakrzywiona.
Do trzech razy sztuka. Niebawem okazało się, że ogólna teoria względności
- teoria opisująca makrokosmos - stoi w poważnej sprzeczności z mechaniką
kwantową - równaniami definiującymi prawa mikrokosmosu. Żadna z nich nie
mogła zatem pretendować do miana teorii ostatecznej, całościowego opisu
Wszechświata, ponieważ pojęcia relatywistycznie nie znajdowały zastosowania
w świecie atomowym i subatomowym, a kwanty ignorowały zupełnie istnienie
grawitacji, zjawiska jak najbardziej niepodważalnego. Prawda musi zatem
znajdować się gdzieś pośrodku, ale tego właśnie konfliktu po dziś dzień
rozwiązać się nie udało. I choć fizycy zaszli bardzo daleko od czasów
Alberta Einsteina i Maxa Plancka (prekursora mechaniki kwantowej), choć
poznawana z roku na rok coraz dokładniej teoria superstrun ma spore szanse
na przyniesienie potrzebnych odpowiedzi, Święty Graal fizyki, ostateczna
teoria opisująca Wszechświat jako całość, nadal pozostaje w ukryciu.
Tak w dużym skrócie wygląda druga część "Piękna Wszechświata".
Brian Greene poświęca osobne rozdziały szczególnej i ogólnej teorii względności,
mechanice kwantowej i panującej pomiędzy nimi wielkiej dysharmonii. "New
York Times" powiedział o Stephenie Hawkingu, że ma on "talent
naturalnego nauczyciela", ale w takim razie Brian Greene to prawdziwy
geniusz dydaktyki. Nie potrafię wyobrazić sobie przystępniejszego przedstawienia
teorii względności i mechaniki kwantowej, które są przecież zagadnieniami
bardzo abstrakcyjnymi i złożonymi. Greene nie spieszy się nigdy, prowadzi
swój wywód krok po kroku, formułuje i odpowiada na pytania, jakie rodzą
się w umyśle laika, a całość okrasza ogromną ilością przykładów i analogii,
z których każda jest dokładnie szkicowana i gruntownie omawiana. Przyznam,
że miałem do czynienia z relatywistyką i kwantami jeszcze przed lekturą
"Piękna Wszechświata", a ponieważ tematyka bardzo mnie interesuje,
być może nie potrafię zdobyć się na pełen obiektywizm w ocenie popularyzacyjnego
współczynnika książki. Przypuszczam mimo wszystko, że laicy przyjemniejszej
i wygodniejszej drogi do zaznajomienia się z fundamentami dwudziestowiecznej
fizyki po prostu nie znajdą.
Dopiero trzecia część "Piękna Wszechświata" - "Kosmiczna
symfonia" - przedstawia pojęcie struny. Od kilkudziesięciu lat fizycy
uważają, że najbardziej podstawowym składnikiem materii* nie są punktowe
cząsteczki jak na przykład atomy czy kwarki, lecz jednowymiarowe, ultramikroskopijne
struny, które drgając w określony sposób, "tworzą" masę i ładunki
elektryczne. Uważa się powszechnie, że wprowadzenie strun do naukowego
wizerunku Wszechświata jest jedynym sposobem pozwalającym na rozwiązanie
sprzeczności pomiędzy teorią względności a mechaniką kwantową. W następnych
rozdziałach profesor Greene wyjaśnia znaczenie przedrostka "super"
w wyrażeniu "superstruny" (poświęcając trochę czasu na ogólne
przybliżenie czytelnikowi pojęć symetrii, supersymetrii oraz spinu) i
wyjawia, że jedną z zadziwiających implikacji nowej teorii stanowi fakt,
iż nasz Wszechświat składa się z jedenastu wymiarów - jednego wymiaru
czasowego, trzech znanych nam wymiarów przestrzennych i siedmiu dodatkowych,
które zdradzają swą obecność dopiero podczas badania niewyobrażalnie maleńkich
dystansów. Wreszcie autor ochładza entuzjazm czytelnika przypominając,
że dopóki istnienia superstrun nie będzie można wykazać eksperymentalnie,
dopóty teoria superstrun pozostanie na dobrą sprawę tylko hipotezą. A
przeprowadzenie odpowiednich doświadczeń wymaga posiadania odpowiednich
technologii, na których uzyskanie będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.
W końcu docieramy do czwartej części, zatytułowanej "Teoria strun
i struktura czasoprzestrzeni", w której Brian Greene dalej eksploruje
krainę superstrun i kryjące się w niej możliwości. Opisuje zmiany, jakie
mechanika kwantowa wymusza w klasycznej geometrii euklidesowej i swój
wkład w badania nad rozdarciami przestrzeni. Jednocześnie okazuje się,
że teoria superstrun wcale nie jest teorią ostateczną; to tylko element
tzw. teorii M. Teorię M osnuwa obecnie mgła tajemnicy, ale naukowcy prowadzą
prężne badania teoretyczne mające na celu stopniowe ułożenie kompletnych
równań, gdyż to właśnie teoria M pretenduje obecnie do tytułu teorii ostatecznej.
Na koniec Brian Greene opowiada, jak najnowsze osiągnięcia w fizyce radzą
sobie z tłumaczeniem fenomenu czarnych dziur i prezentuje niezwykle zajmujące
spekulacje kosmologiczne - potencjalne odpowiedzi na pytania o pochodzenie
i przeznaczenie Wszechświata.
Po przeczytaniu drugiej części "Piękna Wszechświata" byłem
wniebowzięty. Brian Green w maksymalnie interesujący, przejrzysty i komunikatywny
sposób przedstawił niezwykłości teorii względności i mechaniki kwantowej.
W tym momencie gotów byłem wystawić książce najwyższą ocenę, ale w trakcie
dalszej lektury trochę się rozczarowałem. Trochę. Choć kolejne części
napisano równie sprawnym stylem, przy okazji omawiania teorii strun autor
wykorzystuje już znacznie mniej trafnych przykładów i analogii, a implikacje
robią wrażenie mniej oczywistych. Jednakże to nie wina autora. Teoretyczne
ramy relatywistyki zrozumieć można posługując się samą logiką, bez zapoznawania
się z jakimikolwiek wzorami, a jej elegancja oraz spójność i tak zadziwią.
Podobnie przedstawia się sprawa z mechaniką kwantową. Tymczasem za teorią
superstrun kryje się o wiele potężniejszy i bardziej zaawansowany aparat
matematyczny, więc niemożliwością jest, by laik ogarnął całość i wszystkie
następstwa różnorakich postulatów. Teoria superstrun jawi się zresztą
przy teorii względności odrobinę topornie z jeszcze innego powodu - ta
druga stanowi zamkniętą całość, prace nad pierwszą wciąż nie zostały zakończone.
Wszystko to powoduje, iż lektura "Dylematu czasu, przestrzeni i kwantu"
wciąga praktycznie niczym dobra beletrystyka, podczas gdy następne części
są już dużo bardziej "popularnonaukowe".
Dzięki "Pięknu Wszechświata" naszła mnie pewna refleksja. Czy
fizyków nie nauczyła niczego sytuacja, do jakiej doszło przeszło sto lat
temu? Pod koniec dziewiętnastego wieku naukowcy głosili, że poznano wszystkie
prawa natury, że teraz pozostało jedynie dopracowywanie szczegółów. Pewien
ówczesny profesor radził z tego względu swym studentom, by dali sobie
spokój z fizyką. Tymczasem w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego
stulecia nastąpiły dwa potężnych wstrząsy - relatywistyczny i kwantowy
- które zburzyły górne, wydawałoby się gotowe już, piętra fizycznego gmachu
i zmusiły naukowców do żmudnej odbudowy, która po dziś dzień się nie zakończyła.
Na przełomie XX i XXI wieku społeczność badaczy głosi, że od odkrycia
teorii ostatecznej dzieli ich tylko jeden duży krok. A może Natura upokorzy
ich po raz wtóry i nieoczekiwane wstrząsy stworzą nowe paradygmaty? Czas
pokaże. Ten sam czas, przez który my wszyscy podróżujemy z nieprzekraczalną
prędkością światła.
Czy aby na pewno nieprzekraczalną...?
OCENA: 9/10
* ...i energii oraz czterech podstawowych sił kosmicznych: grawitacji,
elektromagnetyzmu, słabej i silnej sile jądrowej.
Prześlij mi swoją opinię o artykule!
|