Przewaga
- Pieprzony moskit!
- Co?
Otworzył szerzej oczy i rozejrzał się po malowniczo zielonej polance leśnej. Słońce przebijające się przez korony drzew, tworzyło przeźroczyste wstęgi opadające równo na zroszoną po nocy trawę. Ziewnął. Nieprzyjemny zapach dotarł do jego nozdrzy, a jedna ze wstęg wdarła się nieproszona w trupio blade oczy, oślepiając Thara. Rozejrzał się i oprzytomniał. Taaak - pomyślał kłapiąc dolną szczęką i dając w ten sposób do zrozumienia, że i jemu nie podoba się smród utrzymujący się w jego gębie - już ranek.
- Nic. Po prostu to robactwo mnie kiedyś zabije.
Yipban stojąc na szeroko rozstawionych nogach, przeciągnął się i głęboko ziewnął. Podniósł wysoko ręce, napinając drobną, złocistą kolczugę. Po chwili spojrzał na przyjaciela.
- Aha.
- Dziś znów cały dzień podróży?
Wysoki Rudzielec obrócił się na jednej nodze i nie zamierzał odpowiadać. Ta podróż denerwowała go tak samo jak Thara. Kapłan Gorgeulf wysłał ich do Gladish, ale nie powiedział im po co. W gruncie rzeczy cieszył się jednak, że wyrwał się choć na chwile spoza murów ponurego zamczyska. Nie wiedział jednak czemu, Thar tak dziwnie błyska oczami. Zachowuje się nie naturalnie, tak jakby ...
- Yipban! - przerwał mu rozmyślania Thar - Yipban! Bywaj no tu, byle szybko!
Obrócił się i spojrzał w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą leżał jego towarzysz. Thara już tam nie było. Rozejrzał się wokoło. Nie widział niczego więcej jak tylko zielone, bujne krzaczyska i jeszcze tlące się ognisko.
- No bywaj że!
Dopiero teraz dostrzegł niedużą skarpę, która sprytnie kryła się zaraz za wysokim płotem zarośli. Patrzył pod słońce, które teraz nie przerwanie zaglądało mu żarem w oczy, jednak wciąż nie widział Thara.
- Idę ... - zasygnalizował anemicznie.
Thar stał tyłem, mimo to i tak widział kryjący się na twarzy młodzieńca uśmieszek.
Ubrany na czarno podrostek o szczurzo szarych włosach przyklęknął, zatoczył ręką łuk w powietrzu dając tym samym znak Yipbanowi. Obrócił lekko głowę i uśmiechnął się najszczerzej jak mógł.
- Heh... mości Yipban, jecyś konni jadą... i nie wyglądają na miłych, uzbrojeni że strach patrzeć.
- No więc nie patrz - zestrofował go - maruderzy to nie nasza sprawa.
Szybkim skokiem dosięgnął skraju skarpy i zręcznym piruetem zsunął się w dół.
***
Potem długo o ty rozprawiali. Zabijanie to morderstwo, nawet jeśli poczynione w obronie własnej. Zastanawiali się oboje czemu sprawiało im to taką uciechę. Na początku powtarzali sobie - ot, zostało kilka nieboszczków więcej przy drodze...
***
Thar po obfitym śniadaniu, przetarł mankietem kurtki usta. Beknął donośnie. Pod nosem zaśmierdło mu jajecznicą. Obydwoje wybuchli śmiechem. Yipban rzadko kiedy pozwalał sobie na taką beztroskę jak dziś rano. Tharowi natomiast pasowały bezpardonowe zachowania. Śmiał się, żartował, a wszystko to czynił nie naturalnie. Tak jakby wiedział o czymś co ma nastąpić. Już wkrótce. Jednak po tak młodym człowieku ciężko coś wyczuć. Młodość to rzecz trudna do ogarnięcia.
Zaskoczyli ich przy siodłaniu koni. Yipban swoją broń zostawił przy pakunkach. Wysoki rudzielec zmierzył wzrokiem Thara, który zręcznym ruchem dobył swoich dwóch księżycowych ostrzy. Włożył obie klingi do rękawów, wiedział że jeśli dojdzie do starcia musi kupić nową kurtkę. Uśmiechnął się szeroko. Yipban wolnym krokiem ruszył ku bagażom, wiedział też już o co chodziło młokosowi...
Brawurowo wjechali na polankę, która jeszcze do niedawna była własnością dwóch podróżnych i otaczającej ich natury. Było ich ośmiu, raczej młodzi, każdy w lekkiej skórzanej zbroi, nabijanej ćwiekami, bez tarcz. Tylko po jednej króciutkiej kopii, podwiązanej do siodła i oburęcznym mieczu. Najbardziej wysunięty splunął siarczyście. Chwile jechali obleśnie sobie dogadując.
Yipban przyglądał im się przez moment. Dokładnie ci sami których obserwowali ze skarpy. Nie wyglądali na kupców, raczej na eskortę. Wstrzymali konie i rozejrzeli się po polanie. Po chwili na ich brudnych gębach pojawił się uśmieszek. Jeden na karym koniu pocwałował od boku i wlepił ślepia w rozgardiasz, jaki w tej chwili stanowił porozrzucany bagaż.
- Widzę żeśmy znaleźli trochę skarbów, ha ha! - zaśmiał się ten na karym, pokazując równocześnie wyszczerbione zęby.
- Witam mości panów - zaczął grzecznie Yipban, zbliżając się coraz bardziej do bagaży - owe skarby są naszą, jakby to powiedzieć, własnością...
- Łeż to jest! - wykrzyknął któryś z bardziej oddalonych - Łajno jak w stajni stojen, ha ha!
- Aha... - powiedział podnosząc dyskretnie swój miecz - znaczy się nie zważacie na cudzą własność. Znaczy się zbój jesteście panie. A zbóje zdaje się rabują, a nie znajdują.
- Ano zgadza się - warknął kolejny - rabujem. Żadne znajdy nie są nam potrzebne. Chłopaki no już żem, przecie zbóje jestemy, nie? No dalej, mości nieznajomy, pokaż co cennego macie a krzywda się tu nie wydarzy.
Wysoki rudzielec, stojący teraz z mieczem opartym lekko o prawice uda, czknął. Eh - czując znajomy zapach - znowu jajecznica.
- Zbierajcie się stąd. Ale już... i jedną radę jeszcze dla waszmościa. Ogólcie się. Ogólcie się panie, bo wasza broda wygląda jakby wykałaczek nałamanych w gówno napchać - Yipban wybuchł gardłowym śmiechem.
- Nie ładnie, tak do nieznajomego - młody jeździec spoważniał do granic możliwości - o wyglądzie. Teraz moja kolej może na obelgę... jeno ja się nie ujmuję tak nisko. Może i zbój ze mnie panie, drab i cep wymłócony ale obrażać was nie zamierzałem, w żaden sposób. Teraz tylko powtórzę. Dajcie co cennego macie.
Yipban spojrzał kątem oka na młokosa. Thar przytaknął niezauważalnie i rozcapił gębę w uśmiechu. Lekko żółtawe zęby pokazały się tworząc malutkie półkole. Przeciągnął lekko kciukiem po nasadzie swoich ostrzy, tak jakby chciał sprawdzić czy jeszcze tam są. Były. Oczywiście.
- Panie miły - ciągnął gatkę dalej, spoglądając teraz już na jeźdźca nieco łaskawiej. Wiedział już, że się pomylił. Nie powinien był go obrażać - a jakimże to prawem mielibyśmy oddać wam nasze złoto...
- Takim, jako że przewaga po naszej stoi stronie. Wiencyk nas jest.
- Taa... a jeśli, dajmy na to, po grzecznemu nie oddamy...
- To wtedy - przerwał mu ten od karego - uhh! - warknął, pokazując ręką posuwisty ruch wokoło szyi nad którą już pojawił się szyderczy uśmieszek.
- Taa... znaczy się uciekać nie zamierzacie ?
W tym momencie cała gwardia za "karym" wyjęła miecze jak na komendę. Klingi delikatnie tylko zgrzytnęły. Wyglądało to tak, jakby trenowali ten ruch miesiącami. Ładnie im to wyszło - pomyślał Yipban - jak jakiej pieprzonej maruderii, jeno nie udźganej chyba jeszcze w boju. Stare wygi tak nie dbają o prezencje. Coś jest nie tak.
Jeden z nich syknął:
- Koniec gatki panie. Jużście ubici!
Targnął wodze, pochylił się lekko do przodu i rozpędzony wpadł na Yipbana, nie sięgając go mieczem. Yipban znalazł się pod koniem. Wiedział, że konny nie chciał go sięgnąć. Jednak rozzłoszczony tym szczeniackim zagraniem szybko wyturlał się spod niego i wstał młynkując mieczem.
- Nieźliście są panie... taa... ale ja nie z takich co się końskiej dupy wystrachają. Oj, nie z takich panie...
Skoczył.
Wybił się tak że przeleciał zaraz nad koniem, za plecami zbira, z klingą skierowaną do zewnątrz. W locie lekko tylko odbił się od kobyły i spostrzegł wielkie brązowe oczy jeźdźca, zdziwione, mocno zdziwione. Wylądował miękko. Nawet bardzo miękko. Niestety o głowie jeźdźca powiedzieć tego nie można było. Poturlała się trochę tworząc czerwoną ścieżkę, na żywo zielonej trawie, która teraz rozłożyła się na boki jak kapłani widzący bóstwo. Oczy nadal pozostały wielkie, wpatrzone w wysokiego rudzielca.
- Kurwi synu... - powiedział kary zamachując się już na skoczka.
Mocny długi szczęk metalu. Yipban sparował, w ostatniej chwili. Kopnął konia w brzuch. Atakujący po zaskakującym bloku wychylony był do tyłu, więc ładnie stoczył się po końskim zadzie i wyrżnął karkiem w czarny grunt. Zwymyślając przekleństwo, którego by dobry szewc się nie powstydził poczuł zimne ostrze klingi pod lewym oczodołem. Delikatnie go ukłuło.
- Zdaje się, że przewaga po inszej stronie stoi.
- W zad! W Zad mnie cmoknij obszturchańcu obesrany...
- Taa... przyjemności, pozwolicie, na koniec postawie - uśmiechnął się iście diabelsko - Ejże! A ty gdzie? Nazad mówię ...
Rozpędzony Thar ledwo usłyszał te słowa. Jednak było już za późno.
Za późno dla pozostałej części bandy, które zamarła w chwile po lobie jaki wykonała głowa pierwszego szarżującego.
Porozcinane rękawy skórzanej kurtki trzepotały w powietrzu. Raz to w górę, raz w dół, owijały się wokół rąk niczym dwa węże. A powyginane ostrza zmieniały powoli kolor. Z zimnego, białego z nielicznymi refleksami na karminowy. Konni nie wiedzieli co się dzieje. Na ich twarzach pojawił się pot. Zawsze kiedy napadali i rabowali kończyło się na groźbach. W takiej przewadze i tu powinno się na tym poprzestać. Jest ich dużo zostawiamy. Tych jest mało, no to są już biedni. Wyglądali jak prawdziwa drużyna rabusiów. Trochę brudni, uzbrojeni po zęby. Niczego nie można było im zarzucić. Niczego. Rabowani powinni grzecznie oddać kosztowności, a rabujący... a rabujący powinni oddalić się licząc i oceniając "zarobek"! Nigdy jeszcze nie przyszło im walczyć. Lecz teraz walczyli.
I umierali. Po kolei.
Ostatni z pozorowanych zbirów uniósł lekko rękę, w grubej skórzanej rękawicy z nabitymi ćwiekami, które dawały teraz wrażenie. Będąc lekko ogłuszonym na ziemi nic innego nie mógł zrobić. Leżał na wpół wsparty łokciem. Miecz gdzieś poza zasięgiem ręki. Lecz ten uniwersalny poddańczy gest nie został przyjęty tak jak się by tego spodziewał i nie tak, do jasnej cholery, jak by sobie tego życzył! Zdążył jeszcze tylko pomyśleć: Przecież, kurwa, to my jesteśmy... źli.