Początek historii
Zapach starego piwa, brudnych i spoconych ciał oraz dziesiątków innych bliżej nie zidentyfikowanych zapachów wypełniał całą gospodę. Był to mały drewniany budynek z salą biesiadną mającą dziesięć metrów szerokości i tyleż długości. Z salki tej wychodziły drzwi na zewnątrz, oraz drugie mieszczące się za kontuarem prowadzące do kilku nędznych pokoi na piętrze i obskurnego pomieszczenia, które od biedy można było nazwać kuchnią. Główna sala wyposażona była w kilka ław i stołów zbitych z nie heblowanych dech sosnowych, oraz nieszczelny kominek, z którego bez przerwy ulatywał dym. Sala zajęta była po brzegi przez ludzi, pracujących w pobliskiej kopalni srebra, którzy wpadli po robocie na "kropelkę" piwa, aby ochłodzić gardła i przepłukać je ze skalnego pyłu. Wrzaski i krzyki górników oraz piski dziewek zagłuszały inne odgłosy dobiegające z piętra karczmy, gdzie co bogatsi wyrobnicy zabawiali się z miejscowymi panienkami. Po środku tej salki stał wysoki potężnie zbudowany młody chłopak. Długie, czarne, tłuste włosy spadały mu na kark i ramiona. Zielone oczy wpatrywały się bezmyślnie w kłębiący się tłum. Brudny fartuch opinał go w talii. W ręku trzymał lepiącą się szmatę, która kiedyś była biała.
- Gwedan! - donośny wrzask wyrwał z zamyślenia młodzieńca, który nieprzytomnym wzrokiem zaczął rozglądać się po sali, szukając wołającego.
- Gwedan, do stu diabłów, gdzie ty się włóczysz niemoto! - zabrzmiał ten sam głos, ale o ton wyżej, wyraźnie świadcząc o tym iż właściciel tego tubalnego głosu zaczyna się denerwować.
- Już idę Panie Borgirze - krzyknął w tłum młodzian i bezradnie wzruszył ramionami, zagłębiając się między stoliki. Szedł chwilę na wpół oślepiony dymem fajkowym, gdy nagle poczuł z nieopisanym zdumieniem czyjąś dłoń na swoim siedzeniu, a do jego uszu dobiegł kobiecy głos:
- Cóż za urodziwy młodzieniec w takiej spelunie.
Gwedan powoli odwrócił głowę. To co zobaczył przekroczyło jednak jego najśmielsze oczekiwania. Na brudnej ławie siedziała "bogini". Mimo iż siedziała, to jednak można było odgadnąć, że jest nadzwyczaj wysoka, mogła by dorównać mu wzrostem, a on przecież ułomkiem nie był. Szczupła, ale nie za chuda, idealne proporcje. Czarne, lśniące włosy w nieładzie spoczywały na ramionach, a drapieżne zielone oczy lśniły w półmroku. Błyszcząca zbroja łuskowa była odpięta i ukazywała to co według niego zdecydowanie powinno być zasłonięte. Jej opalone ciało błyszczało od potu, który kropelkami spływał po szyi, pomiędzy dwoma pełnymi wzgórzami i znikał pod tuniką. Jej dłonie leniwie głaskały rękojeść miecza leżącego na kolanach. Broń ta miała ostrze ponad metrowej długości o rękojeści pięknie zdobionej i wypolerowanej od ciągłego używania. Obcisłe zielone spodnie wsunięte miała w wysokie skórzane buty jeździeckie zrobione z dziwnej, zielonej skóry.
- Patrz, patrz chłopcze, bo już może nigdy nie zobaczysz Dogiryt Leworęcznej w takiej spelunie.
Gwedan coś niewyraźnie chrząknął cofając się nieznacznie. Wtem olbrzymie owłosione łapsko, niczym kafar uderzyło go w ramię, a tubalny głos wrzasnął mu prosto w ucho powodując, że śmierdzące wyziewy wydobywające się z ust krzyczącego uderzyły falą w nozdrza młodzieńca jak i Dogirty, która skrzywiła się z obrzydzeniem.
- Mam cię niecnoto, do roboty ty parszywy leniu - gruby jegomość, przepasany brudnym tłustym fartuchem, pchnął Gwedana w stronę kuchni.
Gwedan poleciał do przodu, ale szybko i celnie wysunięta z pod stołu noga przerwała jego bieg, który z hukiem zakończył na podłodze z twarzą w odpadkach. W sali zapanowała idealna cisza, przerywana jedynie natarczywym brzęczeniem wszędobylskich much, jednak już po chwili eksplodowała takim śmiechem iż ściany zadrżały, a w stajni spłoszone konie dziko zarżały. Gwedan powoli począł się zbierać z podłogi, ocierając krew spływającą z rozbitego nosa. Karczmarz stał nad nim jak gradowa chmura, bliski wybuchu wściekłości, która jak mniemał powinna był zmieść tego nędznego pomocnika na samo dno piekieł. Jednak jego wzrok spoczął na wysuniętej nodze w zielonym bucie. Podążając wzdłuż tej nogi dotarł do jej właściciela, i już miał zamiar chwycić dowcipnisia za kark i wywlec za drzwi, gdy uświadomił sobie, że patrzy na kobietę. Ta bezczelnie uśmiechała się do niego, ukazując rząd równych zębów, a jej smukła dłoń ciągle niewzruszenie gładziła ostrze.
- Chciałeś coś karczmarzu? Jeśli nie, to racz zaprowadzić mnie do pokoju i przynieść tam balię ciepłej wody...
- Ale... - zaczął karczmarz, próbując przejąć kontrolę nad rozmową.
- Chyba nic tu nie masz do powiedzenia - nagła zmiana tony w jej głosie, oraz niebezpieczny błysk w oku, usunął wszelkie wątpliwości co do tego kto teraz był górą.
- Nie, nic Pani - ukłonił się sapiąc przy tym ciężko - Coś jeszcze Pani?
- Tak, garniec piwa i tego chłopaka na noc, tylko ma być cały i zdrowy oraz w pełni sił - mówiąc to rzuciła na stół kilka sztuk złota, które z brzękiem upadły i potoczyły się po blacie.
Oczy karczmarza prawie wyszły na wierzch patrząc na taką fortunę. Tyle złota zarabiał przez rok. Wytrenowany szybki ruch ręką i pieniądze znikły w fałdach fartucha:
- Jak sobie życzysz pani.
Dogirta wstała z kocią gracją, spojrzała jeszcze raz na zbierającego się z ziemi Gwedana i powstrzymując uśmiech skierowała się na piętro. Gwedan powoli wstawał z ziemi, jedną ręką otarł kaszę, która zmieszana z krwią zalepiała mu twarz, a drugą złapał się za nos, z którego sączyła się ciągle krew, skapując aż na podłogę.
- Słyszałeś co Pani mówiła - wrzasnął mu w ucho karczmarz - precz do balii z wodą, umyj się.
Gwedan niczym zbity pies kuląc się uciekł do kuchni, ścigany poklepywaniami i śmiechem gości.
***
Dogirta leżała na łóżku, którego czasy świetności dawno minęły. Granatowe rozpuszczone włosy tworzyły aureolę wokół jej głowy. W rogu pokoju w nieładzie rzucona była zbroja i bękarci miecz, oraz cały pozostały ekwipunek. Błogą ciszę przerwało nagle ciche pukanie do drzwi. Dogirta sięgnęła dłonią pod poduszkę a jej palce zacisnęły się na rękojeści sztyletu.
- Proszę.
Drzwi powoli się rozchyliły i w progu nieśmiało stanął Gwedan.
- Ach to ty, wejdź - jej dłoń odsunęła się od broni - Chodź, usiądź, ale najpierw zgaś światło!
***
Pierwszym dźwiękiem tego mglistego poranka był zachrypnięty głos koguta. Drugim jęk kobiecy wydobywający się spod koca przykrywającego łóżko.
- Ale z ciebie ogier... Myślę, że zabawię w tej karczmie trochę dłużej, co ty na...
Nie skończyła, jej usta zostały zamknięte soczystym pocałunkiem, a silne dłonie objęły ją w pasie.
***
- Jak tak dalej pójdzie moje ciało zamieni się w kłębek rozkoszy, nie ma co, koniec tego dobrego!
Dogirta zwlekła się z łóżka, cicho pojękując. Poczłapała do krzesła gdzie leżało jej ubranie i wbiła się w nie.
- Wstawaj, pójdziemy na spacer, trochę się poruszać, teraz ja cię czegoś nauczę.
- Musimy... Zostań.
- Wstawaj, mało ci?
- Mało.
Szybko podniesiona zbroja łuskowa z hukiem wylądowała na łóżku powodując iż spod koca wydobył się jęk bólu.
- Za co?
- Wstawaj! - nutka zniecierpliwienia w jej głosie wymiotła Gwedana na środek pokoju.
***
Schodzili po schodach do głównej sali. Kilku siedzących ludzi spojrzało na nich z czającym się uśmiechem. Zza kontuaru wysunął się nieśmiało karczmarz:
- Hmm...
- Czego?
- Pani, to jest mój służący, a ty go zajmujesz już od 3 dni.
- Mało dostałeś.
- Nnnie... to znaczy... tego...
- Dobra, masz tu jeszcze 3 sztuki i nie zawracaj mi dupy.
- Ale...
Szybki obrót i palec wbijający się ostro w brzuch karczmarza wstrzymały dalsze słowa.
- Jeszcze jedno "ale", a pogadamy inaczej. Teraz on jest mój i zastanowię się czy w ogóle ci go oddam.
- Toż to gwałt i złodziejstwo - oburzenie karczmarza, przeszło granicę kiedy to zwraca się uwagę na niebezpieczeństwo.
Dogirta uśmiechnęła się paskudnie.
- W takim razie zawiadom straże. Na razie idziemy na spacer.
Gwedan z opuszczoną głową wyszedł za kobietą
***
- Tak więc sam widzisz, że twoje miejsce nie jest w cuchnącej karczmie -powiedziała Dogirta poklepując Gwedana po ramieniu - Masz talent do machania mieczem, to widać, nie zmarnuj go. Ja muszę się zmywać, bo jeżeli twój wujaszek zawiadomi straże to krew się poleje, a ja z prawem nie chcę zadzierać. Mają dobrych magów. Jeżeli interesuje cię nauka to możemy się spotykać co wieczór pod "Trzema Dębami", hm... Co ty na to?
- No, nie wiem... ale właściwie, czemu nie.
***
- Ha, wróciłeś nicponiu, baba cię rzuciła, to i wróciłeś, ale teraz to odpokutujesz nie będzie ci teraz łatwo, już ja ci dam popalić. Wystawiłeś mnie na pośmiewisko - karczmarz z oburzenia aż zapluł sobie brodę. Od dzisiaj śpisz w stajni, a teraz do roboty!
Czas Gwedanowi mijał szybko, od rana do wieczora uganiał się po sali zmiatając i czyszcząc, a wieczorami udawał się na spotkania z Dogirtą, gdzie krok po kroku uczył się jak trzymać i jak używać miecza. Początkowo był to drewniany kij, potem lekki sztylet, aż na końcu otrzymał od Dogirty prawdziwy miecz. Dbał o niego i czyścił codziennie. Tak minęło kilka tygodni.
- Słuchaj Gwedanie, umiesz dużo - powiedziała Dogirta - Na początek wystarczy. Reszty nauczysz się od innych lub sam, podczas walki o przetrwanie. Skończyły się czasy kiedy łaziłeś ze szmatą i czyściłeś po innych. Teraz role się odwróciły. Pamiętaj, nie wierz nikomu, ani kobiecie, ani mężczyźnie, ani kochance, ani przyjacielowi, nawet żonie. Ja uwierzyłam mężowi i 3 dni później musiałam go zabić, no... nieważne, Słuchaj uważnie... Hej... skoncentruj się ...
- Ale...
- Cicho później powiesz, bo...
Nagle Gwedan szybkim ruchem podciął jej nogi i padł na nią przygniatając ją swoim ciałem. Nad nimi ze świstem przeleciała strzała wbijając się w drzewo. Dogirta zaczęła się spod niego wygrzebywać
- Ej, nie pora na amory... - Jej wzrok spoczął na strzale -...Dzięki!
Oboje poderwali się z ziemi. Kobieta wprawnym ruchem wysunęła miecz, rzucając badawcze spojrzenie, w kierunku skąd nadleciała strzała. Stało tam czterech ludzi. A właściwie nie byli to ludzie, ale coś od nich gorszego. Cztery poczwary średniego wzrostu, odziane w łachmany. Jeden z nich trzymał naciągnięty krótki łuk, pozostali trzej niepewnie dzierżyli zakrzywione szable. Ich twarze, a właściwie ryje przypominały pyski świń. Gwedan ze zdziwieniem przyglądał się istotom, które powoli na krzywych nogach poczęły się zbliżać.
- Noo, kochasiu masz przyjemność, zaznajomić się z Orkami, potraktuj to jako chrzest bojowy, twój jest ten od lewej, resztą się nie przejmuj.
- Ale ich jest za dużo.
- Rób co ci każę!
To, co później nastąpiło, było dla Gwedana niezrozumiałe. Gdy skończyła mówić, jej ręka powędrowała ku cholewie lewego buta skąd ze zwinnością atakującej żmii wystrzeliła ku przodowi. Z jej dłoni w stronę orka z łukiem poszybował sztylet. Nim tamten się zorientował ostrze długości 4 cali wbiło się w jego gardło, a on z charkotem osunął się na ziemię. Pozostali trzej z wrzaskiem rzucili się ku stojącej parze. Dogirta wysunąwszy się do przodu zatrzymała dwóch biegnących, Gwedan nie zdąrzył spojrzeć jak ona sobie radzi z dwoma przeciwnikami, gdyż ku niemu z wrzaskiem nadbiegł trzeci. Jego szabla ze świstem przecięła powietrze, znacząc krwawą szramą ramie i udo. Gwedan syknął z bólu i odskoczywszy do tyłu wyciągnął swój miecz zaplątując się przy okazji w kurtkę. Tylko cudem udało mu się sparować drugie cięcie, od którego zdrętwiały mu palce. Dopiero, gdy ujrzał wykrzywiony wściekłością pysk atakującego zrozumiał, że ten nie żartuje. Machnął ma odlew lewą ręką trafiając pięścią w zarośnięty ryj. Coś pod tym uderzeniem pękło, a ork zawył z bólu. Gwedan wyprostował się w końcu i chwycił oburącz miecz. Ork przykucnął, a z jego rozbitej wargi ciekła krew, coś niewyraźnie zacharczał i rzucił się wymachując szablą. Młodzieniec schylił się mając zamiar ciąć go od dołu, ale potknął się o leżący kamień i poleciawszy głową do przodu machnął jedynie mieczem. Poczuł jednak, iż ostrze zagłębia się w czymś, a potem wraz z uderzeniem o ziemię usłyszał, że i drugie ciało również upada. Chwilę leżał oszołomiony. Nagle do jego świadomości dotarło, że nie słyszy już odgłosów walki. Zerwał się i odwrócił, gotów drogo sprzedać swoje życie. Miecz wypadł mu z dłoni i z brzękiem upadł na kamienie. Z ust wydobył się jęk. Dogirta siedziała na kamieniu, u jej stóp leżały rozcięte dwa ciała, a ona najspokojniej czyściła ostrze miecza.
- Brawo, ale mało brakowało.
- EEEEE, zabiłaś ich?
- Nie, sami upadli.
- Hm... no tak. A gdybym przegrał?
- To byś umarł. Zbieramy się .
- Ale...
- Słuchaj - Dogirta spojrzała na niego surowo - W przyszłości nikt ci dupy ratować nie będzie i jeżeli teraz się tego nie nauczysz to długo nie pociągniesz.
Dogirta podniosła swoje rzeczy i otrzepała spodnie:
- Powodzenia młody!
- Odchodzisz?
- A coś myślał, że cię będę niańczyła całe życie. Radź sobie sam.
***
Były to ostatnie słowa jakie od niej usłyszał. Potem wędrując dowiadywał się, że była to tu, to tam, ale nigdy jej nie spotkał. Może go unikała, zniknęła z jego życia na zawsze. Kilkanaście lat później dowiedział się, że zginęła podczas samotnego ataku na smoka, u którego w skarbcu JA właśnie zostałem znaleziony przez Gwedana. To JA dowiedziałem się o tej historii od niego. Wiele lat po śmierci Gwedana będąc w innym ciele postanowiłem to spisać. Jednak jest to długa historia i na jej opowiedzenie potrzeba czasu.
Kroniki spisane przez BERED OLMA-ZAGINIONY MIECZ.
Rozdział I
Dogirta już dawno zniknęła w ciemności nocy, a ciała orków, jak również płaszcz Gwedana pokryła rosa. Siedział ze zwieszoną głową. Niebo na wschodzie pojaśniało, gwiazdy zbladły. Chłopak siedział bez ruchu, po policzkach ciekły mu łzy. Łzy bezsilności, samotności, utraconej miłości. Miał dopiero 15 wiosen, ale to nie znaczy, że można było nim tak pomiatać. Pojawiła się, ukradła mu serce, nauczyła kilku sztuczek i zostawiła. Powoli wzbierała w nim złość. Drgnęły mięśnie, zacisnął zęby.
- Już ja jej pokażę - wyszeptał - Wszystkim pokażę, że jestem silny - powiedział głośniej - Ruszam w świat!
Powoli wstał, otrząsnął się z odrętwienia, nachylił się i podniósł miecz. Jego wzrok powędrował ku leżącym ciałom. Chwilę się wachał, ale przemógłszy się obszukał je dokładnie. Opłacało się. Kilka sztuk miedzi ,srebra i jedna złota - majątek. Podskoczył kilka razy by rozgrzać mięśnie i truchtem pobiegł w stronę gospody.
***
Gwedan zbliżał się do budynku. Pierwszy kogut zapiał ochryple. Gdzieś wewnątrz trzasnęły drzwi. Ludzie się budzili. Zmęczenie nocnymi przeżyciami dało o sobie znać. Potrząsnął głową by pozbyć się otępienia. Cicho ruszył w stronę stajni. Konie przywitały go parsknięciem. On jednak bez chwili zwłoki nachylił się nad swoim skromnym dobytkiem: koc, torba, kilka kawałków chleba i sera, kilka miedziaków. Wszystko to wrzucił do torby i wymknął się na zewnątrz. Droga prowadziła z zachodu na wschód. Popatrzył ostatni raz na gospodę, po czym ruszył w stronę słońca.
***
Maszerował niestrudzenie przez kilka godzin. Mijał początkowo pola, potem zagłębił się w sosnowy las i delektował się jego urokiem i własną wolnością. W miarę upływu czasu coraz częściej zastanawiał się czy nie postąpił zbyt pochopnie. Jednak ciągle parł naprzód ku nieznanemu. Zresztą, nieznane było wszystko co go otaczało. Najdalej w swoim życiu wyjechał na targ w odległości 5 mil od gospody, a teraz przeszedł już dobre trzy razy tyle. Słońce przygrzewało tak iż miecz zaczął ciążyć, a pot spływał mu po plecach. Wtem, do jego uszu dobiegły odgłosy kłótni, początkowo niewyraźne, ale już po chwili rozróżnił słowa. Schylił się i po cichu zaczął się podkradać. Jeden z głosów był gruby i chrapliwy, twardo brzmiący. Natomiast drugi śpiewny i przepełniony dumą.
- Mówię ci Assalinie, że idąc na południe dojdziemy tam szybciej - powiedział śpiewny głos.
- Bzdury pleciesz, jak zawsze, Mongu, może i coś masz w tej głowie, ale musi to być jeno sieczka. Na północ trza nam ruszać.
- Wiele razy już ci mówiłem byś do mnie nie mówił "Mongu" lecz Ran-val, to raz, a dwa, pohamuj swój krasnoludzki jęzor.
- Mój toporek aż drży. Wyczuwa orkową juchę na północy i tam pójdziem.
- Twój toporek pragnie każdej krwi, w takim samym stopniu jak orkowej
- Cóż... może to i racja...
- No... Tak więc ruszamy na południe.
- Zara, zara...
Nagle pod butem Gwedana pękła gałązka z trzaskiem brzmiącym niczym grom w ciszy lasu. Od ścieżki dobiegł go tupot i z krzaków przed Gwedanem z wrzaskiem wypadła koszmarna postać. Gwedan również odpowiedziawszy wrzaskiem runął do tyłu potykając się przy tym w panice o korzeń i niefortunnie uderzając głową o wiekowy kamień. Osunął się w ciemność.
***
Pierwszy był ból. Nieznośne łupanie w czaszce wypełniło cały świat. Potem przez mgłę zobaczył wierzchołki drzew i błękitne niebo. Chwilę później poczuł iż nie jest w stanie poruszyć ani ręką ani nogą. Był związany. Pochyliła się nad nim twarz. Całkiem przystojna, półelfia, o długich siwych włosach z symbolem wrzeciona dyndającym na łańcuszku zawieszonym na szyi.
- Ocknął się całkowicie.
- Przyłóż mu w czerep to nie będzie przeszkadzał - odezwał się chrapliwy głos.
- Rozwiążmy go.
- Oszalałeś, zobacz jaki to byk, mnie co prawda nie dorówna, ale ciebie zmiecie machnięciem ręki.
- To nie jest takie proste - odezwał się półelf z uśmiechem, przyglądając się ciekawie Gwedanowi - Imię?
- Hę? - spytał zaskoczony Gwedan.
- Imię, ksywa, pseudo, na sto kałdunów koboldzich jak cię wołają chłopku - odezwał się znów chrapliwy.
- EEEEE... no Gwedan.
- Ale wyrżnął, prawie zapomniał - warknął znów chrapliwy.
- Rozwiązuję go.
- Jak tam chcesz, ale ja wezmę toporek, czekaj.
Chwilę później poczuł iż ręce i nogi ma wolne.
- Tylko powoli bratku, bo nawet nie zdążysz pożegnać się ze światem.
Gwedan spojrzał na właściciela głosu, oczywiście był to krasnolud, którego widział. Jednak słowo "krasnolud" mało oddawało jego wygląd. To był kloc zbudowany ze ścięgien, mięśni, stali okrywającej czułe miejsca i z topora. Wszystko to zajmowało przestrzeń jednego metra sześciennego. Zarośnięta gęba o długiej brodzie zatkniętej za pas i czarnych poplątanych włosach wymykających się spod stalowego czepca. Oburącz ściskał topór dorównujący mu prawie długością. Z boku stał półelf. Smukły ale niewysoki, ubrany w białą szatę. Podpierał się na ladze okutej srebrem. W dłoni trzymał cep bojowy.
- Coś za jeden - warknął krasnolud
- Ze wsi, w świat ruszyłem.
- He, he, he - do wtóru zaśmiali się obaj, jeden głośno i charkocząco, drugi cicho zatykając usta dłonią.
- Znaczy się tyś wielki wojownik - konspiracyjnie wyszeptał karzeł.
- No, jeszcze nie, uczyła mnie sama Dogirta.
- Nie znam, a ty Mongu?
- Już ci mówiłem, nazywaj mnie Ran-val. Nie, nie słyszałem o niej. Jednak wielu rzeczy jeszcze nie słyszałem.
Pozwolisz iż sprawdzę jakie jest twoje nastawienie do świata człowieku.
- Nie rozumiem.
- Nie musisz, po prostu pozwól mi zajrzeć w twój umysł.
- Magia?!?
- Raczej boskie cuda. Jeśli jeszcze tego nie wiesz, to stoisz przed kapłanem Pani Losu ISTUS.
- Myślałem, że Pani Losu oddają cześć tylko kobiety.
- He, he, ale ci dogadał Mongu.
Półelf poczerwieniał na twarzy:
- Jeszcze jestem młody, ale kiedyś wszyscy usłyszą o mnie i o mej Pani.
- Niechybnie, he, he, ale póki co zajrzyj mu do czachy, co on kombinuje.
- No więc Gedanie...
- Gwedan jestem...
- Miło mi, nie przerywaj. Więc?
- No dobrze, ale ostrożnie.
- Nie bój się.
Ran Val wziął w dłonie symbol wrzeciona i coś cicho mamrocząc skierował go w stronę chłopaka. Przeszyło go dziwne ciepło i poczuł jak jakieś macki oplątują mu umysł, by po chwili się wycofać.
Ran Val - owi zaperlił się pot na czole.
- Jeszcze nie opanowałem tej sztuki wystarczająco, ale swoje już wiem.
- No i co magus?
- Nadaje się, podobny do nas, coś pośredniego, pomiędzy cuchnącym karłem a wyznawcą Istus.
- Dowcipniś, elfi bękart.
- Assalinie pohamuj się.
- Sam zacząłeś.
- Przepraszam. A ty Gwedanie przyłącz się do nas, bo sam daleko nie zajdziesz. Idziemy właśnie do ... - nie dokończył.
Nagle powietrze na polanie zafalowało, pociemniało i ukształtowało się w postać mężczyzny. Przez jego ciało prześwitywały drzewa stojące za nim, lecz mimo to wydawał się być materialny. Ubrany był w czarny płaszcz, w dłoni trzymał kosę, a na piersi wisiała mała ludzka czaszka. Twarz ukryta była w cieniu kaptura, a dłonie w obszernych rękawach. Chmury zakryły słońce, a na stojących padły szare cienie. Rozległ się głos i wydawało się iż słychać go z każdego miejsca równocześnie.
- Witajcie! Dawno żeśmy się nie widzieli przyjaciele.
- Jaki ja tam twój przyjaciel ścierwo - warknął karzeł.
Ran-val wykonał skomplikowany ruch dłonią, przez jego twarz przemknął cień zastanowienia.
- Widzę Agdronie iż twa potęga rośnie - rzekł.
- A jakże Ran-valu, a jakże. Z utęsknieniem czekam na wasze dusze. Spotkamy się niebawem. Ale, ale, widzę iż znaleźliście sobie nowego kompana. To dobrze, bardzo dobrze.
- Kim jesteś? - ledwo wykrztusił Gwedan, a pot zaperlił mu się na czole.
- Zapytaj o to swoich towarzyszy, z pewnością udzielą ci wyczerpującej odpowiedzi, popartej mało wybrednymi epitetami.
- Spierdalaj ty kozie gówno - warknął Assalin.
- Pohamuj się Assalinie, pohamuj - rzekł mężczyzna - na razie tyle, żegnam, niebawem znów was odwiedzę.
Postać roztrysnęła się niczym bańka mydlana, pozostawiając jedynie niemiłe wspomnienie.
- Kt... Kto to... - wyjąkał Gwedan.
- Hm, można go przedstawić w kilku słowach - zamyślił się Ran-val - ale najlepiej zrobi to chyba Assalin, bo ja w tym nie jestem najlepszy. No Assalinie, przedstaw Agdrona Gwenadowi.
- Gwedanowi - poprawił.
- Taa, więc uwaga zaczynam.....Był to Ciemno Śmierdzący Gnijący Pierdzący Sługus Ciemności. Morderca, zoofil, nekrofil, zrodzony z diablego pomiotu i dziwki elfickiej...
- Assalinie, bez przesady...
- ...topiący się w swym gnoju, pożerający własne bękarty, Agdron pieprzona jego mać w dupu.
- Chyba go nie lubicie - nieśmiało zapytał Gwedan.
- Oj chłopcze napsuł on nam krwi i to jak, ale to już minęło, jeszcze go dorwiemy, a wracając do rzeczy, czy chcesz z nami podróżować?
- Dokąd?
- Do nikąd i wszędzie, akuratnie tera - zagadał Assalin spluwając przez lewe ramię - ruszać nam trza ku przygodzie. Umówili my się z takimi jednymi dziołchami coby czekały na nas opodal. A potem ku świątyni pewnej zmirzać będziem.
- No cóż, właściwie mogę z wami pójść.
- Zginąć możesz młodzieńcze, niezbadane są wyroki Pani Losu.
- Pleciesz farmazony Ran-valu, chodź z nami, dziołchę se poderwiesz, jedna co prawda nie taka jebliwa, bo kapłanka, ale druga kto ją tam wie.
- Zgoda, ruszę z wami.
- Tedy w drogę brachu, jakem rzekł Jam jest Książe Assalin, a ten tu pokraka przyszły Mistrz Magii, przyszły Wielki Kapłan i przyszłe Nic, he, he, he - zarechotał karzeł, ukazując swoje pokaźne braki w uzębieniu. - Komu w drogę temu topór w plecy.
Mówiąc te starodawne krasnoludzkie przysłowie ruszył na północ, przedzierając się przez krzaki, klnąc ilekroć broda zaplątała mu się w gałęzie, to znaczy co drugi krok. Pozostali dwaj popatrzywszy na siebie, uśmiechnęli się rozbawieni i ruszyli za nim.
Rozdział II
W oddali na stoku wzgórza niczym smok na jaju rozsiadło się miasto Taur-Nu. Na wschodzie potężne góry lśniły swymi białymi czapami. Zbliżali się powoli, traktem pełnym dziur. Po tych 7 dniach podróży zdążyli się poznać i polubić. Szli tedy raźno ku tej potężnej fortecy. Jej mury wznosiły się ku niebu, niczym giganci stojący ramię w ramię. Wiele wieżyczek zdobiło je i strzegło. Dochodzili do rozwartej paszczy bram. Kilku kupców kłóciło się na poboczu ze strażnikami o wysokość ceny za wjazd. Grupka biednych chłopów stała z boku wysupłując z węzełków ostatnie miedziaki na wejście do miasta. Gwedan z przyjaciółmi minęli ich i podeszli do strażnika stojącego w wejściu. Był on ubrany w strój typowy dla tego fachu. Długa kolczuga sięgająca prawie kolan, przepasana pasem, na którym zawieszony był miecz. Strażnik opierał się na kilkumetrowej halabardzie, hełm leżał obok na ziemi, gdyż słoneczko ładnie przypiekało.
- Witojcie strażaku - ryknął wesoło Assalin - Piwa byśta się napili?
- Ano pewnie, ale na straży nie może być, bo setnik pogoni - trochę sepleniąc odpowiedział strażnik.
- No coś ty, ino kropelkę - nalegał krasnolud.
Strażnik rozejrzał się, a ujrzawszy setnika twardo kłócącego się z kupcami, uśmiechnął się szeroko.
- Aaaa, dawaj.
Assalin podał mu bukłak. Strażnik pociągnął solidnie, a gęba mu się w uśmiechu rozdziawiła - Pycha, skąd takie dobre?
- Ano widzisz, to z domu z Buruk Khazad, specjalnie dla ciebie niosę.
- A to mu se znamy?
- Już tak, brachu, nie?
- No taaa.
- No to powiedz mi ile liczyta za wejście takich biednych podróżników jak nasza trójka hę?
Strażnik spojrzał na stojących, chrząknął.
- Broń i zbroję mata, czyli bogaci, tedy po sztuce złota za łebka.
- Nie może być, bracie, zdzierasz od brata - Assalin poczerwieniał na twarzy.
Ran-val zaczął grzebać w sakiewce szukając pieniędzy, gdy poczuł stalowy uścisk Assalina na ręku i usłyszał wściekły szept:
- Ani się waż, nie będę płacił temu łachmycie - a zwracając się do strażnika - No tedy bracie ile?
- Jużem powiedział, ile kazano, tyle biorę.
- No to zróbmy umowę, co?
- Jaką?
- Ja ci dam ten bukłak przedniego piwa, który kupiłem za 5 złota, a ty nas przepuścisz.
Twarz strażnika ściągnęła się w wyrazie głębokiego zastanowienia.
- No dobra przechodźta, byle szybko, bo setnik zobaczy.
- Nie bój się, nie bój, już nas nie ma.
Trójka przyjaciół wbiegła do miasta.
- Ale żes interes zrobił, przecież my to piwo za 6 złota kupiliśmy - śmiejąc się zawołał Gwedan.
- Głupiś człeczyno, jak krasnolud robi interes to nie straci. Kupić to kupiliśmy za 6, ale żeśmy wypili 3/4 tedy zostało za dwa, a reszta to woda.
- Słuchaj Gwedanie, z Assalinem nie wdawaj się w targi, on może głupio wygląda, ale od Minotaura jego rogi by kupił, a ten by się nie zorientował.
Grupka ruszyła dalej w stronę karczmy, gdzie ponoć czekać miały jakieś znajome. Karczma nazywała się "Szalony Gigant". Dobrze znany zapach uderzył w Gwedana, gdy ten otworzył drzwi. Stare wspomnienia stanęły przed nim jak żywe. Czy wszystkie gospody na świecie są takie same? Jednak teraz stał z drugiej strony lady i śmiało wszedł do środka zanurzając się w opary dymu fajkowego i zapachu piwa.
- Hola, tutaj Assalinie, Ran-valu - krzyknęła jakaś kobieta machając ręką w ich kierunku.
- Ot i nasza Poisa - sapnął Assalin, przepychając się przez tłum, co szło mu z łatwością mimo niedużego wzrostu, jednak ludzie pchnięci mocarną ręką wpadali na innych lub wywracali się z krzykiem oburzenia. Milknęli jednak zaraz, widząc trójkę idących.
W końcu przyjaciele dopchali się do stolika, przy którym siedziały dwie kobiety. Jedna krótko ostrzyżona, prawie na łyso, o okrągłej twarzy i pełnych ustach. Jej dłoń ciągle gładziła symbol wiszący na piersiach przedstawiający wrzeciono, takie jak u Ran-vala. Ubrana była w szarą tunikę przepasaną sznurkiem. Obok na ławie leżała nowa tarcza i cep bojowy. Wyglądała na bardzo młodą i równie niedoświadczoną co jej towarzyszka. Ta jednak miała długie czarne włosy spięte z boku złotą broszką przedstawiającą pająka z rubinowymi oczami. Twarz miała ładną, ale oszpeconą szramą biegnącą przez lewy policzek. Ubrana była w zbroję łuskową rozpiętą teraz, tak iż rzemienie zwisały luźno. Obok niej również leżała tarcza oraz miecz bękarci. Przed nią w stół wbity był sztylet o perłowej rękojeści.
- Agoria, miło mi - powiedziała długowłosa - Ran-valu, kto to?
- Nasz nowy towarzysz Gwedan.
- Przystojniacha - stwierdziła obrzucając do łakomym spojrzeniem od stóp po głowę.
- Cały twój - chrząknął Assalin - a teraz zamów żarło.
Cała trójka usiadła przy stole, a już po chwili zajadali dzika popijając winem lub piwem. Gdy już ucichły odgłosy mlaskania i siorbania, a większość towarzystwa popuściła pasa Poisa zapytała:
- No Ran-valu, gdzie nas teraz ciągniesz?
Półelf zamyślił się chwilę, dłubiąc kością w zębach.
- Hm... Teraz przed nami jest pewna, opodal znajdująca się świątynia. Doniesiono mi iż jest to miejsce kultu boga złodziei. W sumie niech tam sobie będą, ale zrobili duży błąd. Mianowicie skradli księgę zaklęć mojemu staremu znajomemu mieszkającemu w Esmur. Znajomym tym jest mój...
- Mongu, wiesz co to mnie obchodzi - jęknął znudzony krasnolud - jak chcesz opowiadać historię swojego życia, to mi zapłać.
- Assalinie już mówiłem ci tysiąc razy byś nazywał mnie Ran-valem a nie Mongiem.
- Wykastruj się, a dla mnie zawsze będziesz Mongiem.
- I mów tu do krasnoluda, uparty jak osioł - pokręcił z dezaprobatą głową półelf.
- Wracając do sprawy - nieśmiało zagadnął Gwedan - to co my musimy zrobić?
- Znając Assalina - odpowiedziała Agoria - to pójdziemy tam, rozwalimy drzwi, wpadniemy niczym burza, wszystkich wyrżniemy, zabierzemy skarby i księgę, no i zyskamy kolejnego śmiertelnego wroga.
- Oto niegodna córka systemu - jęknął zrezygnowany Ran-val.
- Ale uczy się szybko - z uśmiechem odrzekł karzeł.
- Tedy szykujmy się i w drogę - wstając powiedziała Poisa.
- Dobra - wycierając ręce o spodnie, sapnął krasnolud wstając od stołu - Komu w drogę temu...
- TAK WIEMY, WIEMY - chórem przerwali mu pozostali.
Krasnolud uśmiechnął się paskudnie.
***
Noc przespali w gospodzie, a rankiem, jeszcze przed świtem, byli już w drodze. Gwedan mógł się teraz dokładnie przyjrzeć kobietom. Poisa ubrana była podobnie jak Ran -val, jednak pod szarym habitem nosiła jeszcze kolczugę, przy pasie miała zamocowany cep, a na szyi taki sam symbol wrzeciona. Domyślił się iż oboje są kapłanami bogini Istus. Jednak Ran-val był wyżej postawiony w hierarchii. Poznał to po ilości węzełków przy sznurze, którym byli przepasani. Poisa miała pięć węzełków, a Ran-val miał ich osiem. Agoria ubrana była w zbroję skrywającą wszelkie witalne punkty jej ciała, równie pięknego co miecz, którym władała. Broń była taka sama jak Gwedana, nazywana mieczem bękarcim. Jednak ten Agorii rękojeść miał zdobioną złotem i platyną. Ostrze oplecione było siecią magicznych run. Dziewczyna swoje puszyste włosy skryte miała pod hełmem wyobrażającym lwią paszczę, ozdobionym futrem, spadającym na kark i ramiona. Na plecach przymocowaną miała tarczę i plecak. Ran-val i Assalin niczym nowym się nie wyróżniali od pierwszego spotkania.
- No panowie i reszta - rzekł Assalin - z tego co wczoraj wyciągnąłem od Ran-vala to przed nami jakieś dwa dni drogi.
- Cykor cię obleciał Assalinie - ze skwaszoną miną zapytała "reszta" w postaci Agorii.
- Morda ci się wykrzywiła jakbyś zobaczyła upiora - odpowiedział.
- Bo zobaczyłam - zachichotała, dając równocześnie kuksańca łokciem pod żebro Gwedanowi, który nie spodziewając się tego, zaniósł się atakiem kaszlu. - Te, młody, Agoria cię podrywa, pilnuj się - zawyrokował Assalin, na co dziewczyna zaczerwieniła się i szybko odsunęła się od Gwedana szepcząc coś do Poisy. - Eh te dzierlatki, tylko jedno im w głowie - z uśmiechem na ustach włączył się do rozmowy Ran-val.
Rozmawiając i śmiejąc się na przemian szli tak kilka godzin, aż słońce schowało się poza wierzchołkami drzew. Niebo pociemniało, temperatura raptownie spadła.
- No cóż, chyba czas się zatrzymać - rzekł Ran-val.- ja strażuję pierwszy, potem jak chcecie.
Po kilkuminutowej kłótni w końcu ustalono kolejność wart. Zapadła noc. Ogień wesoło trzaskał. Niebo zakryte chmurami nie wyglądało za przyjemnie. Gdzieś czasami poprzez chmury przebijały się promienie księżyca. Jeszcze jakiś czas grupa rozmawiała, ale w końcu dyskusje ucichły i jedni po drugich zapadali w spokojny sen. Jedynie Ran-val siedział tyłem do ogniska wpatrując się w ciemność.
- Ran-valu - rozległ się szept.
Półelf drgnął, chwytając za cep.
- A to ty Gwedanie. Myślałem, że już śpisz.
- Nie mogę. Wiesz, ja jeszcze dużo nie walczyłem.
- Boisz się?
- A powinienem?
- Pamiętam jak pierwszy raz byłem zmuszony do zabicia kogoś, to był kobold, taki mały stwór o psiej mordzie.
Napadli na wioskę hobbitów. Bałem się jak cholera.
- Ja już walczyłem z orkiem.
- Eee, to już z ciebie wielki wojownik - odparł ze śmiechem
- To nie było śmieszne.
- Wiem, ale pociesz się tym, że wielu nie przetrwało walki z orkiem. Tobie się to udało. Jesteś silny, przetrwasz.
- Wiesz kim byłem wcześniej?
- Nie, i nie chcę wiedzieć. Wyroki Pani Losu są niezbadane, nawet zwykły śmierdzący pomywacz z karczmy może stać się wielkim wojownikiem.
Na twarzy Gwedana odmalowało się bezgraniczne zdumienie:
- S...skąd wiesz?
Ran-val uśmiechnął się pod nosem:
- Mimo żartów Assalina, to mówił on trochę prawdy, zajmuję się magią. Myślisz, że pozwoliłbym ci się dołączyć do nas nie badając twojej przeszłości odpowiednio.
- No tak, masz racje - z niedowierzaniem pokręcił głową.
Z pomiędzy kocy i sprzętu leżącego przy ognisku dobiegło warknięcie, po czym usłyszeli szorstki głos Assalina:
- Kurwa, zamknięcie wy się w końcu, spać w pierdu, nie można.
- Przepraszamy - szepnął Gwedan.
- Wsadź sobie swoje przeprosiny, i stól pysk.
- Nie przejmuj się tym stary zgredem - rzekł z uśmiechem Półelf - Idź spać. Dobranoc.
- Dobranoc.
***
Rankiem Gwedan wstając stwierdził iż jedynie on i Assalin jeszcze leżą. Spojrzał w kierunku wstającego słońca. Było jeszcze bardzo wcześnie, a Agoria już krzątała się szykując śniadanie. Teraz miał okazję podziwiać jej figurę. Zbroja leżała obok ogniska, a ona była ubrana jedynie w cienką tunikę, mimo panującego chłodu. Co raz gdy się nachylała ukazywała swoje wdzięki. Gwedan nerwowo przełknął ślinę. Agoria drgnęła i spojrzała na niego.
- Widzę, że wstałeś. Najwyższy czas - uśmiechnęła się ciepło, a Gwedan poczuł jak ten uśmiech grzęźnie głęboko w jego sercu.
- Gdzie reszta? - spytał przeciągając się .
- Jak co rano poszli oddać się modłom do swojej Pani Losu, a Ran-val jeszcze będzie ze trzy godziny studiować swoje księgi.
- Oni tak zawsze?
- Niestety, bez tego nie mieliby takich mocy.
- Znowu mielesz językiem - zdenerwowany głos Assalina wydobył się z pod koca.- Ja ci ten jęzor wyrwę.
- O, nasz wspaniały krasnolud, jak zawsze obudził się w dobrym humorze - osądziła Agoria.
- Stul pysk.
- Nie przejmuj się Gwedanie, z rana on tak zawsze.
Minęło jeszcze kilka godzin nim czekając na Ran-vala zjedli śniadanie, wykąpali się w pobliskim strumieniu, od którego Assalin trzymał się z dala. Koniec końców ruszyli ponownie w drogę koło południa przy wtórze zrzędzenia krasnoluda.
Rozdział 3
Stali nad brzegiem jeziora. Słońce kryło się już za wzgórzami, które niczym straż otaczały dolinę. Po jej środku znajdowało się owo jezioro, otoczone gęstym mieszanym lasem. Po środku jeziora była wysepka, na której stał kamienny budynek. Z dala trudno było odróżnić szczegóły. Widoczne były jednak 3 łodzie, które zacumowano u jej brzegu. Powierzchnia jeziora lekko falowała poruszana delikatnym wiaterkiem, który chłodził rozgrzane twarze wędrowców.
- No i kupa - sapnął Assalin.
- Nie nastawiaj się tak pesymistycznie - pocieszył go Ran-val.
- Pesy... co?
- Eee, nic - machnął ręką zrezygnowany Ran-val.
- Płyniemy wpław, czy jak? - zapytała Poisa.
- Ten tego, ja nie umiem pływać - cicho powiedział Gwedan.
Assalin obrzucił go spojrzeniem, które mogło by wodę zamienić w sopel lodu.
- Spoko, spoko, załatwię wam łódkę, tylko chwilę poczekajcie - rzekł Ran-val zdejmując płaszcz i odpinając broń.
- Chcesz tam płynąć? - z niedowierzaniem zapytała Agoria
- Co ja na głowę upadłem?
- I to nie raz - dogryzł Assalin.
- Hm... na tak. Poczekajcie.
Ran-val stanął nad samą wodą. Jego dłonie zatańczyły wykonując skomplikowane ruchy. Wyciągnął z kieszeni piórko jakiegoś ptaka i coś wyszeptał w dziwnym języku. Jego ciało uniosło się trochę nad ziemią.
- Zaraz wracam.
Półelf uniósł się w powietrze niczym ptak, skręcił w miejscu i pomknął ku wyspie. Cała pozostała czwórka zobaczyła jak dolatuje do wyspy, coś majstruje przy jednej z łodzi, po czym trzymając ją za linę lecąc holuje ją w kierunku stojących.
- Wsiadajcie, ja będę was asekurował.
- Ase... co? - zapytał Assalin.
- Ale żeś się ciekawski dziś zrobił Assalinie - rzekła Poisa.
- No, Gwedanie ,wsiadaj - popędził go Ran-val.
Gwedan stał z rozdziawionymi ustami wpatrując się w półelfa. Co chwila dłońmi przecierał oczy.
- No cóż, mówiłem ci, że zajmuję się trochę magią.
- Taaa - z ociąganiem wsiadł do łodzi.
- Ran-valu? - z przekąsem zapytał Assalin
- Słucham ?
- Nie zapomniałeś czegoś?
- O co chodzi?
- WIOSŁA - wrzasnął krasnolud.
- Ciszej - uspokoiła go Agoria.
- Aaa, wiosła - zreflektował się Ran-val, chwilę się zamyślił - Tam nie było.
- A wiesz co mnie to obchodzi? - zapytał z miłym uśmiechem Assalin, co w jego wykonaniu mogło przysporzyć nie jednego o szybsze bicie serca.
- Tak masz rację, już się robi.
Ran-val nachylił się i wziął do ręki leżący na ziemi kij. Wygładził go dłonią i wypowiedział jakieś słowo znów w tym dziwnym języku. Kij trzymany w dłoni zadrżał i zaczął się samoistnie wyginać, jeszcze chwila i mag trzymał w dłoni wiosło. Czynność powtórzył cztery razy, po czym każdy z siedzących w łódce otrzymał jedno. Gwedan przez chwilę oglądał je i stukał, po czym z niedowierzaniem zanurzył w wodzie, odpychając się od brzegu.
Łódka pchnięta silnymi ruchami ramion ruszyła w kierunku wyspy.
Ran-val unosił się nad nimi. Łódka szybko mknęła do piaszczystego brzegu, gdzie wyciągnięte do połowy z wody leżały dwie takie same łodzie. Piach kilka metrów w głąb wysepki przechodził w kamieniste podłoże, przecięte niczym blizną wąskimi schodami prowadzącymi do budynku. Była to wysoka kamienna świątynia. Nad dębowymi drzwiami ozdobionymi srebrnymi kołatkami w kształcie wilczych łbów, znajdował się witraż przedstawiający czerwonego smoka ziejącego ogniem w rycerza na koniu. Budynek był ozdobiony dwoma imitacjami wieżyczek po obu stronach.
Grupa wyskoczyła z łodzi jak tylko ta zaryła dziobem w piach. Szybko podbiegli do wrót wyciągając po drodze broń. W dłoniach krasnoluda zabłysnął topór, Agoria dzierżyła swój miecz bękarci, Poisa zasłaniając się tarczą trzymała cep, Gwedan niepewnie chwycił oburącz rękojeść swojej broni nie bardzo wiedząc jak się zachować. Jedynie Ran-val był spokojny, założył nogę na nogę i w takiej pozycji wisiał metr nad ziemią przyglądając się okolicy.
-Słyszycie coś?- szepnęł Poisa.
-Nic, jak makiem zasiał, to pewnie pułapka- wyszeptał Assalin.
Ran-val wyciągnął garść brunatnego proszku z kieszeni i podrzucając go w powietrze coś szepnął, jednocześnie pokazując dłonią w kierunku drzwi. Jego oczy przybrały dziwny wyraz, jakby pusty, ale zarazem jakby coś oglądał. Po chwili oprzytomniał potrząsając głową.
-Assalinie- powiedział głośno- możesz wyważyć te drzwi, nie ma pułapki ,a w środku jest pusto.
Assalin spojrzał na niego niepewnie, po czym wzruszywszy ramionami, schował topór do pokrowca na plecach. Cofnął się kilka kroków, nabrał powietrza w płuca. Z jego ust wydobył się ryk niczym wołu. Krótkie nogi wybiły szybki rytm na kamiennych schodach i sto kilo żywej masy popartej olbrzymią siłą uderzyło w drzwi. Te zadrżały, skrzypnęły i lekko się wygięły.
-Jeszcze raz Assalinie ,popraw się - z zapałem krzyknęła Poisa, ale natychmiast umilkła zgromiona surowym spojrzeniem Ran-vala.
Krasnolud ponownie się cofnął i znów uderzył w drzwi, które tym razem z głośnym jękiem dartego metalu upadły, wyrwane z zawiasów.
Krasnolud siłą rozpędu wpadł do środka i nim jeszcze stanął pewnie na nogach już w jego dłoniach zataczał koła topór.
Wewnątrz świątyni panowała cisza i spokój. Mimo, że pajęczyny zaścielały kąty pomieszczenia to kurzu nie było na podłodze. Ołtarz -czarny kawałek bazaltu, pęknięty na pół, leżał pod ścianą.
-Zbezczeszczona i nie używana świątynia Nerulla- stwierdził Ran-val przyglądając się symbolom wyrytym na ścianach i ołtarzu.
-Ale coś tu za czysto- rzekł Gwedan
-Masz rację - potwierdziła Poisa.
Nagle ciszę panującą w świątyni niczym strzał z bicza przerwał zgrzyt odsuwanej skały. Wszyscy odwrócili się w tym kierunku spostrzegając iż część podłogi unosi się, ukazując schody prowadzące w dół. Na schodach wpatrując się w grupę stało trzech mężczyzn. Pierwszy ubrany był w czarny habit, a dłonie schował w rękawach, twarz zakrywał mu kaptur. Dwaj stojący za nim ubrani w kolczugi zarzucone na czarne tuniki, z mieczami przy pasach i wycelowanymi łukami w grupę.
-No, na, no, kogo my tu widzimy?- spokojnie powiedział stojący na przedzie- Goście.
Zrobił krok do przodu pozwalając wyjść dwóm łucznikom i jeszcze kolejnym trzem mężczyznom ubranym w zbroje łuskowe z mieczami w dłoniach.
-Bądźcie łaskawi rzucić broń i udać się z nami.-dokończył.
Gwedan bez wahania puścił broń, która z brzękiem upadła na podłogę powodując jakby wybicie z transu stojących obok. Ran-val drgnął i rzekł:
-Z kim mam przyjemność?
-Jam jest Hardos Najwyższy kapłan tej świątyni.
-Wydaje mi się że już nie , ołtarz jest zniszczony.
-To tylko pozory, a teraz bądźcie łaskawi zastosować się do mych poleceń.
Assalin pytająco spojrzał na Ran-vala, ciągle mocno ściskając stylisko topora. Agoria zgorszonym wzrokiem patrzyła na Gwedana, gdy ten zaczerwieniony wpatrywał się w podłogę gdzie leżał jego miecz. Blisko,ale jak daleko.
-Wybacz że jeszcze o coś zapytam?- Powiedział spokojny głosem półelf.
-Tak?
-Czy przypadkiem nie wy skradliście księgę z Eshmur?
-A, o to wam chodzi. A jakże my.
-Tedy mam sprawę. Wy ją nam oddacie ,a my was opuścimy i nigdy tu nie wrócimy.
-Nie wątpię, ale widzisz półelfie. Nikt kto ujrzał wejście do tego miejsca nie może go już opuścić.
-Zawsze jest ten pierwszy raz.
-Tak ,jednak nie dotyczy on was, przykro mi.
-Mnie również.
Ran-val uczynił niedostrzegalny gest dłonią, na który nikt nie zwrócił uwagi, z wyjątkiem Assalina , który tylko na to czekał. Ręka krasnoluda płynnym ruchem przesunęła się do paska i szybko wyprostowała. Błyszczące ostrze sztyletu pomknęło zagłębiając się aż po rękojeść w sercu jednego z łuczników. Zdziwiony wzrok kapłana i mieczników podążył za osuwającym się ciałem ich towarzysza. Drugi łucznik na chwilę spojrzał w tym samym kierunku i to wystarczyło by Poisa wypowiedziała jedno słowo:
-Umrzyj!
Mężczyzna osunął się w konwulsjach na podłogę.
Miecznicy z krzykiem rzucili się do przodu. Gwedan zdezorientowany zrobił krok do tyłu. Assalin z rykiem ,niczym rozsierdzony buhaj runął do przodu. Jego topór zatoczył dwa kręgi i jeden z atakujących padł na ziemię bluzgając krwią z uciętego ramienia i rozerwanej piersi. Agoria z dzikim okrzykiem sparowała cios miecza skierowanego w kierunku Gwedana.
-Rusz się bałwanie-wrzasnęła, odbijając cios drugiego.
Kapłan widząc iż sytuacja robi się niewesoła jednym susem znalazł się przy otworze w ziemi. Jeszcze krok i zniknął w ciemnej jamie. Jedynie tupot nóg na schodach świadczył o jego pośpiechu.
Ran-val szepnął dziwne słowo brzmiące jak: HARK i z jego dłoni wystrzeliły cztery jaśniejące kule uderzając w dopiero co podnoszącego się łucznika.
Gwedan dochodząc do siebie schylił się po leżący miecz. Szybko się podniósł potrącając przy tym Agorię powodując iż ta wytrącona z równowagi nie zdążyła odbić ciosu i krwawa szrama pojawiła się na jej ramieniu. Assalin tymczasem dopadł stojącego już łucznika, jeden potężny cios znad głowy pozbawił go życia.
Dwaj pozostali łucznicy z furią atakowali Agorię, która krwawiąc obficie z ramienia powoli się wycofywała. Poisa poruszyła dłońmi ściskając w jednej mały kawałek żelaza. Jeden z walczących stanął nagle sparaliżowany.
-Nieee! krzyknął Ran-val ,ale ostrze Agorii już zagłębiło się w trzewiach sparaliżowanego.
-Głupia dziwka-wrzasnął Assalin, podcinając jednocześnie nogi ostatniemu walczącemu. Gwedan w końcu stojąc pewnie na nogach uderzył z całych sił. Jego miecz natknął się na miecz wroga, który z trzaskiem pękł, a ostrze Gwedana zagłębiło się w pierś padającego.
-Głupcy!- krzyknął Ran-val, chciałem kogoś żywcem, do niczego się nie nadajecie -jego spojrzenie powędrowało na Agorię i Gwedana.
Poisa już stała przy przyjaciółce opatrując jej ramię:
-To tylko draśnięcie.
-Trza nam zejść do lochów-z uśmiechem rzekł krasnolud.
-Niestety-przytaknął Ran-val.
***
Światło przebijające się przez otwór wejściowy pozostało za nimi. Szli w dół po kamiennych schodkach, powoli i uważnie.. Assalin pierwszy, z toporem w dłoniach, wodząc jego ostrzem w powietrzu . Za nim, szła Agoria z łukiem naciągniętym do połowy, wpatrując się w ciemność przed nimi ,ledwie tylko rozświetlaną przez magiczne światło przywołane przez Ran-vala, który szedł trzeci. Za nim podążał Gwedan na miękkich nogach z duszą na ramieniu. Pochód zamykała Poisa, co chwila oglądając się za siebie i szepcząc po cichu modlitwę do Istus-Pani Losu.
Podążali wilgotnym korytarzem, jego ściany zdobiły wapienne nacieki, liczne pajęczyny i odchody szczurze. Miejsce to według mniemania Gwedana zdecydowanie nie należało do przyjemnych, a na dodatek gdzieś przed nimi czaił się ten przeklęty kapłan szykując nie wiadomo co.
Gdzieś w oddali zabłysło światło, a szybko podniesiona dłoń krasnoluda zatrzymała pochód.
-Cosik przed nami-szepnął
-Musimy się cicho podkraść-doradził Ran-val
-Etam, może szturmem ich weźmiem?
Prychnięcie lekceważenia dobiegło od strony Agorii, co spowodowało wściekłe spojrzenie krasnoluda, którego dłonie mocniej zacisnęły się na stylisku.
-Tylko bez burd na terenie wroga-uprzedził awanturę Ran-val.
-Niech tedy ta siksa idzie pierwsza-warknął Assalin.
-A pójdę mondralo- odpysknęła mu Agoria.
Dziewczyna wysunęła się na prowadzenie i powoli ruszyli dalej.
Po kilku krokach korytarz raptownie rozszedł się na boki, przechodząc w jasno oświetloną salę. Pięknie wyszywane arrasy zdobiły komnatę. Kamienne kolumny podtrzymywały sufit, który skrywały cienie. Podłoga zasłana była czerwonym dywanem ,a palące się jasnym ogniem kaganki wyraźnie świadczyły o tym iż ktoś tu mieszka. Pod przeciwną ścianą stał kamienny blok wykonany z czerwonego marmuru. Stały na nim trzy miedziane świeczniki i również miedziane dwie miski wypełnione srebrem i złotem. Pomiędzy nimi leżał manuskrypt obity w szarą skórę. Na widok tej księgi w ust Ran-vala wyleciał szept:
-To jest to czego szukamy.
W tym momencie za nimi rozległ się zgrzyt i potężna stalowa krata zamknęła odwrót, równocześnie jeden z arrasów odchylił się ukazując wymierzone w nich pięć ciężkich kusz. Drugi arras opadając na ziemię odsłonił stojącego kapłana, otoczonego trzema wojownikami w zbrojach płytowych z toporami w dłoniach . Za nimi stał mężczyzna w czerwonej szacie o czaszce łysej niczym kolano. Na ustach czaił mu się złowróżbny uśmiech. Kapłan odezwał się pierwszy:
-I chyba znaleźliście to coście szukali, ale daleko tego nie wyniesiecie.
-O oo -jęknął Gwedan.
-Kurwa!- dołączył się do niego Assalin
-Niespodzianka-szepnęła Poisa
-My już sobie pójdziemy, pomyliliśmy drzwi- odezwał się Gwedan, powoli wycofując się, aż oparł się plecami o kratę.
-Wyjdziecie - odpowiedział kapłan- ale na pewno nie o własnych siłach i z pewnością bez broni i sprzętu.
-To wygląda groźnie- szepnął do Ran-vala Assalin.
-Oni chyba chcą się bić-odpowiedział.
Tą cichą dyskusję przerwał stanowczy okrzyk kapłana:
-Brać ich!
Syk wypuszczanych bełtów, szybkie słowa inwokacji Poisy i Ran-val, oraz krzyk Assalina zlał się w jedno. Trzy bełty uderzyły w ściany krusząc je solidnie, kolejny bełt rozorał nogę Agorii , która syknęła z bólu, na szczęście pocisk rozrywając ubranie i skórę nie uczynił większej szkody. Ostatni pocisk z głośnym stukiem ześlizgnął się po zbroi Assalina. Poisa machnęła dłonią w kierunku kuszników, z których 2 ulegli nagle paraliżowi mięśni i upadli na ziemię. Z dłoni Ran-val z potężnym ogłuszającym hukiem wystrzeliła błyskawica. Jaśniejący pocisk pomknął w kierunku kapłana uderzając w pierś, przeszywając ją i zagłębiając się w wojownika stojącego za nim. Prowadzony mocą magii pocisk przeszedł przez najemnika pozostawiając za sobą spalone zwłoki, uderzył w ścianę odbijając się od niej po czym ponownie zanurzył się w ciało kapłana grzęznąc w nim na dobre. Tym razem kapłan również osunął się na ziemię obok dymiącego ciała woja. Wszystko to trwało sekundę.
Czerwony mag wzniósł dłonie intonując jakieś słowa, dwóch jego strażników runęło na zbliżającego się z krzykiem Assalina. Gwedan i kuśtykająca Agoria zaatakowali dwóch pozostałych kuszników.
Assalin, niczym kosiarz koszący łany zboża , pozbawił głów swoich przeciwników jednym płynnym ruchem. Agoria dopadła jednego z przeciwników tnąc mieczem z półobrotu, jednak cios został zablokowany o wysunięty nie wiadomo skąd sztylet, który zagnieździł się w jej ciele. Agoria krzyknęła i osunęła się na ziemię obok sparaliżowanych kuszników.
Gwedan niewprawnie sparował cios kusznika zadany mieczem długim. Przerażenie powodowało, że ręce miał śliskie i sztywne. Jednak opędzając się teraz już od dwóch przeciwników nie miał czasu myśleć o własnym strachu, zwłaszcza gdy jedno z ostrzy pozostawiło na jego twarzy krwawą szramę.
Wtedy to, pomiędzy rękoma czerwonego maga pojawiła się mała ognista kula, rosnąca w oczach. Z głośnym buczeniem opuściła ona dłonie czarującego i z hukiem uderzyła w zbliżającego się Assalina. Potężna eksplozja wstrząsnęła ścianami świątyni. Całe pomieszczenie wypełnił ogień. Koszmarne gorąco zalało wszystkie korytarze. Fale płomieni wyleciały bocznymi odnogami. Z tych płomieni niczym Anioł Śmierci wychynął Assalin, z osmaloną brodą i brwiami. Jego zbroja była nadtopiona i prawie z niego spadała, ale topór Assalina wzniósł się nad głową maga niczym miecz katowski. Mag podniósł dłonie z bezradnym obronnym geście, ale na nic ten wysiłek, gdyż potężne ostrze przecięło je i zagłębiło się w głowie rozdzielając ją na dwoje, a ciało padło z głuchym łoskotem.
Jednak nie wszyscy ustali na nogach po potężnym wybuchu ognistej kuli. Gwedan padł wymieciony podmuchem eksplozji, na ciała walczących z nim kuszników. Poisa stała opierając się chwilę po czym osunęła się na podłogę w palącym się miejscami ubraniu. Ran-val stał ciągle w jednym miejscu, otrzepując się z popiołu. Teraz rozejrzał się po sali, po czym podbiegł do leżącej Agorii i Gwedana. Chwilę ich badał. Agoria została osłonięta przed wybuchem jedną z kusz i ciałami sparaliżowanych ,którzy teraz już nie żyli. Nad Gwedanem odprawił krótką modlitwę przykładając dłonie do jego czoła i kilka ran zabliźniło się w szybkim tempie.
-Spoko- Assalinie wszyscy żyją.
-To dobij.
--Ale nasi!
-Aha, no dobra -krasnolud nachylił się nad ciałem maga ,szybko go przeszukując. Wyciągnął księgę w, której magowie zapisują swoją tajemną wiedzę, wraz z sakiewką z pieniędzmi.- Ran-valu ta księga ci się pewnie przyda.
-Oczywiście, ale teraz lepiej się stąd zbierajmy.
Assalin wstał, podszedł do leżącego Gwedana i podniósł go niczym szmacianą lalkę, a nie jak chłopa ważącego prawie sto kilo.
-Ty weź Agorię a ja tego zaniosę na górę.-ryknął.
-W porządku, Poiso czy możesz pomóc?- Ran-val zwrócił się do kapłanki.
-Tak już....moment... uff- powoli kapłanka zebrała się z ziemi- Co mam zrobić?
-Weź tę księgę !- wskazał głową na ołtarz i leżący na nim manuskrypt, sam równocześnie chowając pod płaszcz księgą ,którą odebrał od Assalina.
Assalin wyszedł na zewnątrz. Tymczasem Ran-val ze stęknięciem podniósł Agorię i powlókł się za towarzyszem.
Poisa podeszła do ołtarza. Zatrzymała się i odmówiwszy kilka słów modlitwy złożyła dłonie. Jej poparzenia zabliźniły się trochę. Czynność tą powtórzyła kilka razy , aż wszelkie ślady oparzeń znikły. Kobieta wzięła księgę, jej dłoń objęła opasłe tomisko i schowała je do torby. Spojrzała jeszcze na ołtarz. Sięgnęła po cep wiszący u pasa. Z całych sił uderzyła w kamień, raz i drugi. Kamień zadrżał jak żywy po czym z hukiem pękł wydzielając smugi czarnego cuchnącego dymu.
Poisa z obrzydzeniem cofnęła się i obróciwszy się pobiegła w stronę wyjścia.
Na zewnątrz czekali na nią Assalin i Ran-val. Agorii i Gwedana nie było.
-Gdzie oni?
-Przeniosłem ich za pomocą magii, przez portal do miasta, do świątyni- odpowiedział Ran-val
-Dobra, wracamy, wykurujemy się. Ty magusie, przeczytasz tę śmierdzącą księgę, molu książkowy i ruszymy gdzieś dalej ku zagładzie cuchnącym orkom i dokopać Agdronowi, może dorwiemy go w końcu. Wiesz Ran-valu, on jest gorszym ścierwem niż elfy- rzekł z uśmiechem.
-Szanuj się Assalinie- odpowiedział mu Ran-val, po czym obaj uścisnęli sobie dłonie i w trójkę ruszyli powoli w stronę miasta, aby dołączyć do Agorii i Gwedana i dalej razem szukać nowych przygód.
Opowiadanie napisane na podstawie systemu AD&D.
Gwedan- wojownik 2 poziom- człowiek (Sergiusz R. Nowak)
Assalin- wojownik 7 poziom- krasnolud (Wojtek Dziadkiewicz)
Ran-val- mag/kapłan 8/8 poziomy- półelf (Artur Nurzyński)
Agoria- wojownik 5 poziom- człowiek (Agnieszka Siewierska)
Poisa- kapłanka 5 poziom- człowiek (Halina Mazurak)