Kropla
Wielka kropla wdarła się nie proszona za kołnierz. Spadła nagle, pomknęła szybko i niespodziewanie w dół. Skąd? A któż to wie. Płynęła bezlitośnie w dół, po kręgosłupie. Na początku nieprzyjemnie, zimna jak okruch lodu. Raziła, ściągała skórę. Jednak traciła swój impet i równocześnie stawała się znośna. Pobierała ciepło z otoczenia, traciła coś, na każdym odcinku. Część po części oddawała coś z siebie, raz to odkładała się w porach, raz coś odskoczyło i zagłębiło się w szybko chłonącej wełnianej koszulinie. Po chwili już jej nie było, znikneła bezpowrotnie. Deszcz siąpił. Tysiące małych, zimnych kropelek, rzucanych na różne grunta. Niektóre trafiają w błoto, inne, w miejsca bardziej odpowiednie. Bardziej odpowiednie? A cóż to znaczy? Odpowiednie miejsce. Taak - pomyślał Yipban - pogoda jest wyjątkowo ohydna. Pada, a właściwie to leje jak z cebra. Tylko ten ceber jest... dziwny, nieobliczalny. Chyba nikt nim nie potrafi pokierować.
Dwaj jeźdźcy pogrążeni w ciszy, postukujący na swych szarych ogierach po błotnistej drodze. Cisza wydawała się krzyczeć. Była nie do zniesienia, tylko od czasu do czasu konie pochrapywały do siebie, tak jakby to one rozmawiały, starały się podtrzymać rozmowę.
- Słuchaj... - jeden z zakapturzonych, szarych ludzi nie wytrzymał - nie wiedziałem...
- Nie wiedziałeś? A może nie chciałeś wiedzieć? Nie, ty wiedziałeś, wiedziałeś dobrze, że to wyrostki próbujący życia, szczeniaki którzy wywinęli się spod ręki matki, tylko zbłądzili, nieco...
- Nieco? Nazywasz niecnym zbłądzeniem ograbienie kilku ludzi, ba, kilkudziesięciu? Wiesz że nie jeden z tych ludzi pracował cały rok, cały rok? Yipban, czy ty wiesz ile to jest przepracować cały rok? Wiesz, wiesz też, że ci ludzie mieli rodziny na utrzymaniu. A teraz kiedy wracają do domu zostali napadnięci, ograbieni. Wiesz co to dla nich oznacza? - nie czekał na odpowiedź, wiedział że nie odpowie - Głodówkę, całą zimę...
- Wiem! - wtrącił mu szybko - tylko chciałbym ci coś powiedzieć.
Popatrzył na niego. Myśl jaka przybiegła mu teraz jako pierwsza wydawała się być nie na miejscu. Thar wyglądał jak mokra kwoka, trzymająca się kurczowo grzędy. Był cały mokry. Na czubku jego nosa dojrzał małą, zwisającą kropelkę. Wisiała przez chwilę, po czym spadła. Pomyślał o kropli. O cebrze. O wszystkim. Spojrzał ponownie na Thara.
- Wpadła ci kiedyś kropla za pazuchę? Wpadła... - powiedział mocno pociągając nosem - a komu nie wpadła. Zimne i nie przyjemne, nieprawdaż? Taak... właśnie. Zimna. Powoli się jednak kształtuje i robi się, dajmy na to, znośna.
Pobiera coś od otoczenia ale też i oddaje... wiele. O wiele więcej niż bierze. Uczucie jakie się doznaje jest nieprzyjemne. Z początku. Ale zastanów się. Po chwili brakuje ci tego. I właśnie tu ścierw leży. Człowiek jako ta kropla. Najsampierw upierdliwiec straszny. Nerwi się na wszystko, miota. Jednak potem... jest inny. I tu niestety dwojako można to pojąć. Kształtuje się i jest, hm, dajmy na to... wartościowy. Albo pozostaje cierniem. Widzisz świat potrzebuje ludzi takich jak oni. Muszą być jacyś źli.
Wysmarkał się w rękawicę.
Jechali długo.
- Kropla - powiedział Thar ze spuszczonymi oczyma, po długim okresie ciszy. Zacisnął piędzi. Targnął lekko wodze.
Nakazał wierzchowcowi ominąć wielką kałużę, wielkie zbiorowisko małych, zimnych kropelek. Płaszcz przykleił się do pleców, przywarł do nich i zdawał się być ciepły.
- Aha.
Deszcz padał. Rozsiewał wciąż tysiące kropel. Trafiały różnie. Tak jak w prawdziwym świecie ludzie trafiają do różnych środowisk.
***
Z okienka zajazdu biła delikatna poświata, przypominająca daleko oddalone ognisko. Wydawało się nawet, że porusza się w rytm niesłyszalnej muzyki, muzyki granej przez wiatr i deszcz. Konie chrapnęły. Błoto uskoczyło spod stóp jak stado żab skaczących na komendę. Chlapnęło miło dookoła. Zapach jaki się unosił wokoło oberży potrafiłby przemówić chyba do każdego. Zapach nowej skórzanej kurtki rozpłynął się jakby. Wcześniej mocno wyczuwalny, teraz zdawał się być nieobecny.
Drzwi delikatnie skrzypnęły.
Stojący na szynkwasie grubawy oberżysta spojrzał na przybyszów.
- Aaa... witamy, witamy zacnych panów. Jadła ? Popitku li?
- A i owszem. Jadła. I to dobrego. Ale najpierw piwska, antałek. Trza wypić. Okazja jest. A właściwie to nie, ale co wam do tego, wam jeno utarg ważny i niech tak zostanie. Nie żałować. Gorzałka jak się znajdzie to też. Tylko mocna.
Zasiedli przy stole, na którym w krótkim czasie pojawiły się wielkie kufle z fifkami, wielka taca, a na niej pieczyste. Wszystko to znikało w zastraszającym tempie. Mięso chrupało, ociekało sokami. Było dobrze wypieczone ale soczyste. Lekko za słone ale smaczne. I ostre, przede wszystkim. Spieczona skórka miała wiewiórczo rudy kolor i ładnie kontrastowała przy takim świetle z pokrojoną drobno cebulką i koprem. Błyszcząca, zdawała się być lekko pikowana. Jakby poprzeszywana tysiącami drobnych niteczek, tworzących dookoła siatkę. Przyprowadzało to Tharowi na myśl mokry płaszcz, jakkolwiek jednak dla jagnięcia niezbyt przyjemny. Na stole oprócz wykwintnych potraw i napojów, pojawiły się też pobrzękujące monety - przyczyna zła - szybko zebrane przez grube łapska szynkarza i chytre oczy bywalców przybytku.
Piwa i gorzałki ubywało. Głowy stawały się jakby cięższe.
Żołądki stawały się jakby pełniejsze, pasy i ubrania jakby nie szyte na miarę, źle podopinane, za wąsko.
- Yipban, muszę do wychodka, he he, zaraz wracam, nie długo obiecuję - wymuszony uśmiech pojawił się na twarzy wyrostka. Przewiązane ciemne włosy błysnęły przez chwile. Uśmiech zdawał się być nie tyle wymuszony, co podtrzymujący, bynajmniej nie atmosferę - zaraz wracam!
Wstał, odsuwając krzesło daleko do tyłu. Dopił jeszcze tylko pośpiesznie piwo i ruszył niewyraźnym krokiem w kierunku drzwi.
***
Odprowadził go oczyma do wyjścia.
Lekko się zataczał. Wyglądał dość komicznie.
Yipban był mu wdzięczny. Za wszystko. Za to że jest z nim, rozmawia. Taak, przyjaźń. Ciekawym co by się ze mną działo gdyby nie ten młody fircyk, ha. Gdyby nie on, pewnie siedział bym jeszcze tam. Nad brzegiem. Ona odeszła ode mnie... byłem tam i nie chcę wracać. Byłem tam sam. I widziałem wilka, wielkiego czarnego wilka, zapłakanego...
Urwał.
Zobaczył coś czego nie powinien był zobaczyć. W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą siedział Thar siedziała młoda piękna kobieta. Uśmiechnęła się zalotnie.
Cześć rozbójniku.
Znał ją. Znał ją bardzo dobrze. To Beathe.
Podniosła się lekko, nachyliła mocno przez stół. Lekko szarawa szata przylegała do torsu, niczym mokry płaszcz. Niby nic nie odsłaniała, przylegała dokładnie a jednak nie jednemu w głowie zatańczyło na taki widok. Była nie wysoka, ale bardzo zgrabna. Szczuplutkie, długie ręce złapały za kosmyk włosów. Włosy. Delikatne rzadkie blond włosy opadały na ramiona i plecy, lekko falowały na piersiach. Były raczej proste. Zwykłe długie, proste blond włosy... ale zachwycały. Niebieskie oczy powoli zbliżały się do jego twarzy. Znał te oczy doskonale. Oczy, które przybierały różne barwy. Nigdy nie wiedział jak to się dzieje. Lecz te oczy raz były szare, raz zielonkawe, raz znowu niebieskie. Ale zawsze głębokie i pełne zrozumienia, opiekuńcze. Biło od nich ciepło. Emanowało na całe jego ciało. Czuł je.
Pocałowała go lekko w usta. Uszczypnęła w górną wargę. Zawsze tak robiłaś, pomyślał.
Patrzył na nią.
-Chyba za dużo wypiłem. Tak na pewno...
-Nie, nie wypiłeś za dużo. Zawsze byłeś ignorantem, ale uwierz mi ja tu jestem. Przyszłam... przykro mi Yipban, przykro mi.
-Przykro Ci... Kocham cię.
-Wiem. Ja też cię kocham, wiesz prawda?
-Wiem. Chodź do mnie. I zostań ze mną. Bez żadnych pytań, obiecuję...
Patrzyła no niego. W jej pięknych zielonkawych oczach pojawiły się łzy. Zauważył to i poczuł jak serce przez chwile zatrzymuje się. Słyszał jak uderza. Szybko, miarowo. I mocno. Jak stal o stal. Z głuchym brzękiem. Patrzył na nią długo. Broda marszczyła mu się, usta zjeżdżały w kwaśny grymas. Szybko je zagryzał ale nie mógł ich opanować. Wszystko mu się przypominało. Jak kiedyś z nią był. Miłość.
-Yipban... przyszłam po niego, wiesz przecież. Przyszłam po niego ale nie wiem czemu tak jest...
-Nie, proszę... nie zniosę więcej...
-Wiem. Słyszysz bicie stali. To nie serce. Wyjdź teraz i wybierz. Bacz co mówisz, proszę, albo sam się zranisz.
-Beathe, zostań...
Łzy leciały z jej oczu. Malutkie, z końca izby praktycznie nie widoczne. Pozostawiały za sobą tylko złociste wstążeczki, w których odbijał się ogień z paleniska.
Idź już. Tak będzie lepiej.
***
Wybiegł szybko na zewnątrz.
Brzęk stali.
Szybko skierował się w zaciemnioną uliczkę, skąd dochodziły niebezpieczne dźwięki. Deszcz padał bezustannie, teraz jeszcze większymi kroplami. Wiatr szumiał w uszach. Błyskało od czasu do czasu. Biegł bardzo szybko, na rogu niemal się nie przewrócił. Poślizgnął się na lepiastej glinie, która przylgnęła do jego butów.
Zobaczył Thara. Jak tnie, paruje. Nowa kurtka była lekko nadcięta pod prawą ręką. Od tamtego miejsca w dół kurtka przybierała nienaturalny ciemny odcień. Thar stał pod murem, lewą ręką podtrzymując bok a w prawej trzymając pałkę. Przynajmniej teraz to coś służyło za pałkę. Dość prymitywną i mocno pociętą u czubka.
***
Zaskoczyli go. Stał pod murem. Jedną ręką podpierał się, w drugiej natomiast, trzymał teraz bardzo zbyteczny przedmiot.
- Ehem...
Lekko obrócił się. Pośpiesznie naciągając w górę spodnie. Szukał paska. Przecież, cholera gdzieś jest. Głupi pasek... noo, jesteś, w końcu.
Popatrzył przed siebie, teraz lekko już uspokojony, zapinając pasek i szturchając koniuszkiem małego palca głowicy sztyletu. Poczuł ją, delikatnie podsunął pod dłoń. Przed Tharem stało dwóch wyrośniętych wiejskich chłopaków, których wcześniej już widział w oberży.. Stali przed nim zmoknięci, lekko trzęsący sie z zimna. A może nie z zimna? Może ze strachu przed tym co za chwile nastąpi. Workowate koszule, teraz mocno naciągnięte w dół pokazywały, że chłopcy pochodzili najprawdopodobniej z biednej rodziny. Najprawdopodobniej nie raz sami ciągnęli orkę. I najprawdopodobniej nieźle im to szło.
- Dawaj pieniędze... czasu nie momy, szybko.
Popatrzył na nich.
- Źle trafiliście chłopcy - sam zdziwił się swoim słowom - nie mam przy sobie ni miedziaka...
Długo nie czekali. Zaatakowali prawie równocześnie. W górze błysnęły dwa ostrza. Najprawdopodobniej ostrza oderwane od kosy. Dość ostra zabawka. Thar uskoczył w prawo unikając jednego ale wpadł prosto pod drugie, pod to trochę spóźnione. Na szczęście było na tyle spóźnione, że zdążył wyciągnąć swój sztylet. Ostrze kosy ześlizgnęło się ze zgrzytem obok jego głowy. Thar nie czekając rzucił się na kawał drąga, który dojrzał w kałuży. Cienki ale może być, wytrzyma dwa, trzy ciosy - spojrzał na kosy wieśniaków - może jednak tylko dwa... oby.
Chłopcy zbliżali się powoli, rozchodząc delikatnie na boki, ze spuszczonymi głowami, jak zawodowi szermierze. Pierwszy z nich, ten nieco szybszy uderzył od dołu, na wykroku. Pałka skutecznie powstrzymała kosę, przynajmniej jeszcze tym razem. Drugi mierząc w głowę krzyknął niezbyt głośno. Krzyk w porę ostrzegł Thara, uchylił się. Thar wpadł między nich. Krzykacza zdzielił łokciem w twarz. Niestety chłopaszek nie przejął się tym zbytnio. Posłał mu prawy sierpowy, dzięki czemu Thar podziwiał z bardzo nie wielkiej odległości odpadki z karczmy, porozrzucane w kałużach. Gdzieś zgubił sztylet.
- Dajcie te cholerne pieniędze... nie warto umierać.
Thar podniósł się powoli. Próbował sparować cios zadawany przez tego szybszego. Wystawił pałkę przed siebie, na torze kosy. Wytrzymaj jeszcze raz... maleńka, wytrzymaj.
Pałka nie wytrzymała. Poczuł jak ostrze przecina mu skórę na żebrach. Ale chyba nic więcej.
Jednak coś pomogłaś pałeczko.
- Teraz chłopaki jesteście mi winni za kurtkę... dzisiaj kupiłem nową.
Podniósł się powoli z dużym wysiłkiem, podparł się u mur. Spojrzał na swój bok. Krwawił. Wieśniacy śmiali się.
***
- Łap!
Miecz poszybował płynnie, wprost w ręce czarnowłosego młodziana, który teraz delikatnie broczył krwią.
Thar zamłynkował delikatnie. Spostrzegł przerażenie w oczach wieśniaków. Jeden z nich od razu rzucił się do ucieczki, pozostawiając za sobą na kałużach ślad jaki pozostawia odlatujący z wody łabędź.
Drugi z wieśniaków poślizgnął się i upadł. Jednak w jego oczach nadal widoczna była złość i zdenerwowanie. Thar przypadł do niego momentalnie. Miecz podstawił mu pod gardło. I napierał, powoli. Klinga drażniła grdykę.
- Thar... nie.
Obrócił się lekko, nie popuszczając jednak siły naporu.
- Kropla?
- Tak. Kropla. Wybierz jedną z możliwości, zinterpretuj właściwie...
Thar popatrzył chwilę na wieśniaka, w jego wielkie przerażone oczy. Teraz już nie takie groźne. Rozpływały się.
Ukucnął. Miecz położył obok siebie. Odwrócił się twarzą do Yipbana.
Patrzyli chwilę na siebie.
Potem Thar zrobił dziwną minę. Wysoki rudzielec dałby głowę, że coś usłyszał. Jakby odgłos wysuwającego się sztyletu.
Thar podniósł się gwałtownie. Na prostych nogach, tyłem do celu, ciął na pamięć. Klinga miecza rozpłatała czaszkę wieśniaka.
- Dlaczego? Thar! Dlaczego...
Czarnowłosy chłopak, z zakrwawionym mieczem w ręku popatrzył na przyjaciela. Z kącika ust wyciekła cieniuteńka czerwona strużka.
- Dlaczego? Wiesz... to bardzo dobre pytanie... bardzo dobre...
Upadł. Na wznak.
Miecz brzęknął koło niego. Z pleców sterczał wbity nóż. Zwykły nóż do cięcia, dajmy na to skór zwierzęcych. Wbity aż po samą nasadę.
Yipban podbiegł do niego, obrócił i wziął na kolana. Czarnowłosy chłopak patrzył zeszklonymi oczyma. W dal.
- Thar... słuchaj... widziałem Beathe. Ona powiedziała, że mam do wyboru, żebym uważał... i to się nie może tak skończyć...
Czarnowłosy chłopak patrzył zeszklonymi oczyma. W dal. Lekko się uśmiechnął. Czerwona piana toczyła się z jego ust. Odchrząknął.
- Wiesz, wydaje mi się... heh... że to ja... powinienem teraz widzieć duchy...he... wiesz, nie ma co... piękna śmierć...
Oboje się uśmiechnęli. Oboje już teraz przez oczy ze szkła.
- Yipban... zawsze są Ci źli...
- Cicho, proszę.
- Yipban...
- Aha?
- Jaka ona była?
- Wspaniała, gdybyś ją znał polubił byś... Thar?
Cisza.
Deszcz właśnie przestał padać.
***
Thar poznał Beathe. I tak jak mówił jego przyjaciel, Yipban, była cudowna i rzeczywiście polubił ją. Na swój sposób nawet ją pokochał. Na swój sposób. Ponieważ wiedział co to przyjaźń.
***
Czarna mgła znów go oplotła. Nieprzenikniona i zimna, dusząca i mokra. Trzymała go i wpadała wszędzie. Zaglądała do gardła, do serca. Grzebała w mózgu. Ale jemu to nie przeszkadzało. Znów tu jest... i tym razem chyba nie chce stąd wyjść. Było mu obojętne jak długo tu będzie. Nie miał już nikogo i nie zamierzał stąd odchodzić, choć nienawidził tego miejsca.
Mgła przez chwilę rozrzedziła się. Na tyle, że dojrzał przed sobą kogoś kogo już wcześniej widział. Znał go. To czarny wilk. Leżał.
Kiedyś, kiedy widział go wcześniej, wilk siedział wyprostowany, zapatrzony w jezioro, z nadzieją w załzawionych i zapadniętych oczach.
Yipban pomyślał, że w końcu odpoczywa. Nie wypatruje już swojej wilczycy.
To co z tego, że tak naprawdę wilk już nie żył. To co z tego, że tak naprawdę zobaczył samego siebie. W przyszłości. To, dla niego, nie było teraz ważne.